Home > Uncategorized > Kobra kąsa Chińczyków

Kobra kąsa Chińczyków

- Aresztujemy każdego, kogo złapiemy z siekierą, maczetą, albo inną bronią – ogłosił w poniedziałek Francis Kabonde, szef policji w Zambii. Mundurowi wyciągnęli lekcję z poprzednich wyborów i przed wtorkowym głosowaniem postanowili dmuchać na zimne. Nie pomogło: już dzień później, na górniczej północy kraju doszło do zamieszek. Którymi bardziej od samych Zambijczyków, przejęli się zapewne Chińczycy.

Ponad 1000 miejsc do obsadzenia we władzach lokalnych. 150 etatów posła do zgarnięcia. I ten najważniejszy fotel – prezydencki. O który zmagała się dziesiątka kandydatów. Ale tak naprawdę, liczyło się tylko dwóch starców.

Zambia wyboryPolski wyborco, doceń, że nie masz takich kolejek do swojej komisji, gdzieś w żłobku na Bałutach (Fot. Geoffrey Machayi/AP)

Rupiah Banda, znany po prostu jako RB i Michael Sata, powszechnie nazywany King Cobra, przyszli na świat w tym samym, 1937 r. i obaj od dawna ocierali się o najwyższe stanowisko w kraju.

Banda przez lata służył w dyplomacji i wytrwale piął się po szczeblach partyjnej kariery. W 2006 r. został mianowany wiceprezydentem, a gdy dwa lata później urzędująca wówczas głowa państwa – Levy Mwanawasa – zmarła nagle na zawał, przejął stery i kilka miesięcy później zwyciężył w wyborach. Co ulica przyjęła zamieszkami, nie wierząc w oficjalny wynik. Banda pokonał zaledwie o włos (różnica niecałych 35 tys. głosów) ze swoim konkurentem, któremu wygraną wróżyły wcześniej wszystkie sondaże. Z King Cobrą.

Michael Sata przygotowywał się do nowej roli przez całe życie. Do szerszej świadomości przebił się po raz pierwszy w 1985 r., kiedy został burmistrzem Lusaki. Okazał się sprawnym administratorem, budował mosty, drogi, usprawniał komunikację. Z takimi osiągnięciami, bez problemu dostał się do parlamentu, gdzie powierzono mu funkcje rządowe. Szefował resortowi pracy, potem zdrowia, a w 1995 r. został ministrem bez teki i według większości analityków, trzecim najważniejszym człowiekiem w państwie, zaraz po prezydencie i wiceprezydencie. Ambitnie liczył, że w 2001 r. to właśnie on zostanie namaszczony jako kandydat partii rządzącej na prezydenta. Kiedy jednak zaszczyt spotkał nie jego, a Mwanawasę, Sata obraził się, zabrał zabawki i założył opozycyjne ugrupowanie. Z którym przegrał w 2006 r. i dwa lata później.

We wtorek udało mu się wreszcie pokonać złą passę. Dziś rano ogłoszono oficjalne wyniki i wiadomo już, że to Sata wprowadzi się teraz do Pałacu Prezydenckiego. Co musi pewnie strasznie martwić Chińczyków.

Chińczyk w kopalni w ZambiiWykop mi tu basen, ale żeby miał hydromasaż (Fot. Per-Anders Pettersson/Getty Images)

Na pierwszy rzut oka, zwycięstwo polityka niechętnego Pekinowi, jest dziś w Zambii kompletnie bez sensu. Ale świetnie pokazuje skomplikowane relacje azjatyckiego giganta z afrykańskim kontynentem.

Kiedy w 1964 r. Zambia uzyskiwała niepodległość od Wielkiej Brytanii (wtedy jeszcze jako Rodezja Północna), była jak na miejscowe warunki stosunkowo zamożna i miała szansę jeszcze bardziej się wzbogacić. Ale fatalne zarządzanie gospodarką, w połączeniu z korupcją, źle przeprowadzoną nacjonalizacją i spadającymi cenami miedzi (która jest głównym towarem eksportowym w kraju; w okresie międzywojennym był on wręcz jego największym producentem na świecie), sprowadziło dawną gwiazdę do roli pariasa. Długi rosły, a kasy nie było. Jeszcze dekadę temu, Zambia zaliczała się do najbiedniejszych państw na świecie. I wtedy pojawili się Chińczycy.

Rozwijające się w niesamowitym tempie Państwo Środka, porzebuje ogromnych ilości minerałów. Które najłatwiej zdobyć właśnie w Afryce, więc Chińczycy postanowili machnąć ręką na pośredników i zaangażować się bezpośrednio w ich wydobycie. Zambia jest tego idealnym przykładem. Pekin inwestuje tu ogromne sumy w górnictwo, wydobywana jest nie tylko miedź, ale też kobalt i nikiel. Wymiana handlowa skoczyła z niecałych 100 mln dolarów w 2000 r. do prawie 3 mld w roku ubiegłym. Ba! Lusaka ma od niedawna pierwszą na kontynencie filię Bank of China, która obsługuje na miejscu transakcje w juanach.

I wydawać by się mogło, że kraj tylko na tym korzysta. Od pięciu lat ma roczny wzrost 6 proc., a w tym prawdopodobnie przekroczy 7 proc. No więc, skoro jest tak świetnie, to czemu jest tak źle? I dlaczego w wyborach wygrywa kandydat, który zapowiada gruntowną przebudowę relacji z Chinami?

King CobraKing Cobra węży się nie boi, w trawie siedzi (Fot. Elias Mbao/Africa Review)

Sytuacja w Zambii przypomina trochę tę z Peru. Tam też wielu analityków nie mogło się nadziwić, jak to się stało, że chociaż krajowa gospodarka jest rozpędzona jak Usain Bolt, to większość wyborców pokazuje swój sprzeciw, wybierając populistę. A dzieje się tak, bo liczby na papierze, a rzeczywistość na miejscu, nie zawsze idą w parze.

Zambia rozwija się fantastycznie, ale jako gospodarka narodowa. Przeciętni obywatele jak na razie w ogóle z tego nie korzystają. Dwie trzecie z nich wciąż zarabia mniej niż 2 dolary na dzień. Wielu twierdzi wręcz, że Chińczycy ich “okradają”. Nie tylko załatwiają sobie tanie minerały (praca w kopalniach jest źle opłacana, a warunki opłakane), ale jeszcze zalewają kraj tanią elektroniką, tekstyliami, które wypierają lokalną produkcję, a nawet całkowicie zmonopolizowali miejscowy rynek drobiu.

Sata zyskał przydomek King Cobra, ze względu na swoją retorykę, w której “kąsa” przeciwników. I chociaż w obecnej kampanii nieco stonował swoją anty-chińską retorykę, to aż do jej rozpoczęcia przekonywał, że po dojściu do władzy, całkowicie zmieni zasady współpracy. Oraz, że tylko w nim nadzieja, bo Banda i jego rząd siedzą Pekinowi w kieszeni (faktycznie, partia rządząca ma problemy z wyjaśniem, skąd wzięła tak duże fundusze na kampanię).

Najwyraźniej jego rodacy uwierzyli w te słowa i postanowili pokazać Chińczykom żółtą kartkę. Na wybory zarejestrowało się niemal o milion osób więcej niż poprzednio (co daje w sumie 5,2 mln wyborców – rekord w historii kraju), głównie młodych i albo bezrobotnych, albo zasuwających za grosze w kopalniach. Sata wygrał przekonująco. Być może jego triumf będzie początkiem szerszej zmiany na kontynencie, gdzie coraz częściej słychać głosy, że Pekin za często robi tu co chce.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

About these ads
  1. wersy
    23/09/2011 at 18:51 | #1

    No to kiepsko. Nie ma człowieka, którego nie dałoby się kupić albo usunąć.

    Swoją drogą i tak wygląda to kiepsko, bo Chińczycy ich pewnie rzeczywiście “okradają”, tak jak “okradali” ich wcześniej Brytyjczycy, (a IIRP “okradali” Żydzi) ale wygonienie złodzieja z chałupy jakoś nigdy nie kończy się powszechną szczęśliwością i bogactwem.

  2. R
    24/09/2011 at 21:53 | #2

    No nie podzielam w pełni poglądu Wersy. Dla mnie jest to idealny przykład rozwarstwienia cyfrowych wskaźników i realiów życia. Wirtualna gospodarka, tak jak dzisiejszy kryzys, budzisz się rano i dowiadujesz się, że jesteś biedniejszy o sporą kwotę ale czy jesz gorsze śniadanie, zostawiasz auto na parkingu lub gaśnie ci światło wieczorem? Tak samo oni słyszą, że wszystko rośnie i śniadanie nie jest lepsze, do pracy biegnie w tych samych sandałach od dekady, a światła i wody brak :(

  3. kujawianin
    27/09/2011 at 15:10 | #3

    @R:

    Wystarczy, że w ciągu najbliższego tygodnia stracisz pracę. Od razu przestaniesz mieć wątpliwości, czy Ci się pogorszyło z powodu kryzysu.

    W państwach afrykańskich jest inaczej niż w Europie czy USA. Tam najczęściej cały ekstra dochód jest zgarniany przez klikę. U nas nie jest idealnie, ale ich etyka to wciąż Kali, co dobrze jak kradnie krowę (a źle jak jemu kradną).

  4. 03/10/2011 at 09:22 | #4

    Nie zgadzam się ani z Wersy, ani z Kujawianinem.

    Wersy (i ogólnie):

    Wrzucanie do tego samego worka przykładów z zarzutami o “okradaniie” kolonii przez Brytyjczyków i Polski przez Żydów, to nieporozumienie. I nie chodzi mi o żadne pierdoły związane z antysemityzmem i tak dalej, tylko o to, że to całkowicie nieporównywalne kosmosy. Nie chce mi się w to zagłębiać, na pewno wiesz ocb – po prostu niefortunne porównanie i tyle.

    Natomiast faktycznie, odniesienie do czasów kolonializmu ma dużo sensu w przypadku Chińczyków. W weekend ukazał się ciekawy artykuł w “The Atlantic”, w którym autor zastanawia się, czy wybór Saty oznacza, że na południe od Sahary może dojść do czegoś podobnego jak Arabska Wiosna. Chodzi z grubsza o to (dorzucam teraz jeszcze wnioski z kilku innych publikacji), że chociaż Pekin nie zarządza krajami afrykańskimi bezpośrednio (tak, jak dawne potęgi kolonialne), to jednak sposób, w jaki finansuje ich władze (na zasadzie: gówno nas obchodzi, jak rządzicie, dopóki mamy dostęp do tanich minerałów i nowych rynków zbytu/ziomuś daj mi koncesję, to odpalę ci działkę) sprawia, że konserwują nieefektywne i skorumpowane rządy. A tamtejszym mieszkańcom coraz mniej się to podoba i być może w pewnym momencie czara goryczy się przeleje i obali dotychczasowe struktury.

    Kujawianin:

    Nie zgadzam się z Tobą co do tej kwestii mentalności Kalego. Wydaje mi się, że to dużo bardziej skomplikowany układ, niż takie sienkiewiczowskie uproszczenie. Kilka lat temu tłumaczył mi to pewien facet w Tanzanii (swoją drogą – bardzo zgorzkniały i niezadowolony, że tak to właśnie wygląda). Z grubsza, to przekonywał mnie, że chodzi o więzy rodzinne i klanowe, które w większości państw afrykańskich są wciąż ważniejsze niż jakaś tam ulotna wspólnota narodowa (o społeczeństwie obywatelskim nie mówiąc). A zatem, władza w postaci różnych skorumpowanych polityków, dyktatorów itd., zagarnia kasę i przywileje nie tylko dla siebie osobiście, ale także dla swoich ziomków i w ich imieniu. Innymi słowy – akurat im się powodzi (są przy władzy), to skorzystają i podoją dla swojej społeczności ile tylko się da. Stąd biorą się zresztą późniejsze konflikty – niby rewolucja obala dyktatora, ale jednak zawsze znajdują się tłumy takich, którzy będą go bronić, a przecież nie tylko dlatego, że wierzą we wmawiane im przez jego propagandę bzdury, tylko dlatego, że czują autentyczną więź ze swoim “protektorem”.

    Pzdr.

  5. wersy
    05/10/2011 at 10:44 | #5

    @okradanie przez Żydów/Anglików/Chińczyków.

    Nie chodzi mi oczywiście o porównywanie działalności Żydów w Polsce do działalności Brytyjczyków w ich koloniach, ale o mechanizm ludowego buntu i nienawiści. Różna jest oczywiście skala, ale jest on jednak podobny: “Ponoć to nasz kraj, a my tu żyjemy jak biedaki, pracujemy 12 godzin na dobę (ew. nie mamy w ogóle pracy) i i tak nie mamy niczego, za to ONI maja wszystiego w bród. Dlaczego? Pewnie dlatego, że nas okradają – wystarczy się ich pozbyć, a całe to bogactwo spłynie na nas”. A to jednak nie takie proste, bo po wyrzuceniu wyzyskiwaczy okazuje się, że i bogactw do wyzyskiwania jakby mniej.

    Ci Chińczycy jednak jakąś infrastrukturę muszą budować, nawet jeśli tylko dla swoich potrzeb, a bez tego przecież żadego rozwoju nie będzie.

  6. 07/10/2011 at 09:25 | #6

    No właśnie nie do końca tak.

    Jak się trochę rozejrzeć po świecie, to rolę Żydów w Europie jako ofiar do bicia przy okazji zamieszek, przyjmują też inni – w byłych koloniach brytyjskich w Afryce są do Hindusi, a w Azji właśnie Chinczycy. Tyle, że w tym przypadku wściekłość tłumu kierowana jest na sąsiadówch, których łatwo napiętnować: bo są wyraźnie inni, bo są przedsiębiorczy, bo mają inną mentalność, wreszcie bo jest ich mniej, więc się nie odegrają.
    Ale to wciąż budowanie oskarżeń na zwykłej zawiści.

    Tymczasem z Chinami (jako państwem) czy dawniej europejskimi potęgami w Afryce jest inaczej. Oni tu nie przychodzą, żeby się osiedlić i ułożyć życie obok (jak chociażby Żydzi u nas przez kilkaset lat), tylko przyjeżdżają wyeksploatować dany kraj, wycisnąć z niego jak najwięcej i nie mają ochoty dawać czegoś od siebie w zamian.
    Piszesz o infrastrukturze. Ona na ogół jest bardzo słabej jakości. Chociażby przy okazji wyborów w Zambii, jednym z argumentów, po które często sięgał Sata, był przykład drogi, którą budowali tam Chińczycy. Miała być super przejezdna i polepszyć komunikację, a jak przyszła ostra pora deszczowa, to… drogę po prostu wymyło. Kopalnie są budowane jak najtaniej, ich konstrukcja urąga bezpieczeństwu pracujących tam ludzi. I tak dalej.

    Masz na pewno rację w jednym: w większości (jeżeli nie we wszystkich) z tych krajów, potrzebny jest ktoś z zewnątrz, kto ma know-how, albo chociaż pieniądze, dzięki którym w ogóle jakakolwiek produkcja może ruszyć z miejsca. Chińczycy mają jedno i drugie. Sęk w tym, że daja obie rzeczy w zamian za zdecydowanie przekraczające je profity. I miejscowi czują się, moim zdaniem słusznie, wyzyskiwani.

    Pzdr

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s

Follow

Get every new post delivered to your Inbox.

Join 29 other followers

%d bloggers like this: