Archive

Posts Tagged ‘Gangi’

Dziedzictwo

Nicolas Sarkozy przemawiał na otwarciu mostu. W tym samy czasie, 200 km dalej, z karabinów maszynowych ostrzeliwały się dwa wrogie gangi. Dziewięć osób zginęło na miejscu, dwie poważnie ranne trafiły do szpitala. W Gujanie Francuskiej to dzień jak co dzień. W istocie, gdyby Francja była miastem, to właśnie w tę jego część nie zapuszczaliby się bojaźliwi mieszkańcy. Która jego dzielnica biłaby pozostałe na głowę w statystykach przestępczości? Proste: Gwadelupa.

Gorąco na GwadelupieW karaibskim raju jest zawsze gorąco, ale niekoniecznie tak, jak to opisują foldery all inclusive (Fot. Chesnot/SIPA)

W ciągu dnia, centrum Pointe-à-Pitre – największego miasta w tym departamencie zamorskim Francji – zapełniają bladzi turyści z Europy i Stanów, którzy jednak po kilku godzinach zakupów w centrum szybko zmykają to swoich kurortów z prywatnymi plażami. Po zmroku, ich miejsce zajmują prostytutki, złodzieje i handlarze narkotyków. Chociaż port zamieszkuje zaledwie 30 tys. miejscowych, a całkowita populacja Gwadelupy to niewiele ponad 400 tys. osób, to gdyby przestępczość była dyscypliną sportową, karaibski “raj”mógłby spokojnie stawać w szaranki z Barceloną, Paryżem, czy Berlinem. Przeciwników ze swojej kategorii wagowej powalałby na deski już w pierwszej rundzie.

Do niedawna, bandyci ograniczali się do drobnicy. Włamania, przemyt, handel narkotykami, kradzieże “na wyrwę” (kierujący skuterem przejeżdża szybko koło przechodnia, a siedzący z tyłu pasażer chwyta jego plecak czy torbę). Ale od dłuższego czasu stają się coraz brutalniejsi. Liczba zabójstw jest już czterokrotnie wyższa niż we Francji europejskiej. Autorzy zleconego przez Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i opublikowanego w lipcu specjalnego raportu piszą wprost, że “społeczeństwo Gwadelupy zostało zainfekowane przemocą”, i że na wyspach rozwijają się brutalne gangi pozbawionej skrupułów młodzieży. Jakby na potwierdzenie tych słów, na tydzień przed wigilią, znany policji w Basse Terre (formalnej stolicy departamentu) miejscowy ćpun i alkoholik zaatakował maczetą Victorina Lurela, przewodniczącego Rady Regionalnej.

Być może szef lokalnej komórki Partii Socjalistycznej stał się postronną ofiarą skandalu, jaki niewiele wcześniej wywołały słowa współpracującej z nim pani kryminolog: “To wstrząsające, że większość z tych przestępstw popełniają mieszkańcy afrykańskiego pochodzenia”. Opinia publiczna zagrzmiała, że to rasizm. Niesłusznie. Rasistowskie są dopiero powody, dla których to właśnie czarni, a nie biali obywatele Gwadelupy, sięgają po rozbój i kradzieże.

Protesty na GwadelupieFrancuskie Karaiby, czyli miejsce, gdzie zmieniły się nazwy, a wszystko inne zostało po staremu (Fot. Reuters)

Chociaż niewolnictwo zniesiono we Francji formalnie w 1818 r. (i to już po raz trzeci, bo wcześniej abolicję ogłaszano już w XIV i XVIII w., choć najwyraźniej bez przekonania), to na Karaibach była to raczej zmiana kosmetyczna, niż rzeczywista: za wyjątkiem Haiti, gdzie niewolnicy obalili swoich dawnych panów w krwawej rewolucji, wszystko pozostało po staremu, z tym, że wyzysk fizyczny został zamieniony na ekonomiczny. Tak zwani “békés”, czyli biali potomkowie europejskich kolonistów, zachowali pieniądze, ziemię i wszystkie biznesy na wyspach. Dzieci i wnuki Afrykanów zostały na lodzie, musieli się dostosować do zasad narzucanych im przez klasę rządzącą.

Békés są jak ziarnko grochu w fałdach pościeli (np. w sąsiedniej Martynice stanowią zaledwie 1 proc. populacji), ale mogą robić co chcą. To do nich należą wszystkie miejscowe supermarkety. Konkurujący z nimi drobni sklepikarze, w rzeczywistości napędzają zyski ich właścicielom, bo muszą się zaopatrywać w żywność u miejscowych gospodarstw, które również są własnością potomków kolonistów (na Gwadelupie należy do nich ponad 90 proc. przemysłu żywnościowego). Sprowadzanie produktów z Europy jest nieopłacalne, a import z bliższej Ameryki Łacińskiej jest obłożony zaporowymi cłami, których békés bronią jak reduty Ordona. Pieniądze z hoteli, barów i restauracji płyną szerokim strumieniem właśnie do ich kieszeni. Wszystkie stacje benzynowe, co do jednej, należą właśnie do békés. Dzięki temu monopolowi, mogą utrzymywać dwukrotnie wyższe ceny paliwa, niż na kontynencie. Na Martynice prawie wszystkie stanowiska w administracji publicznej są obsadzone przez białych.

Codzienność czarnych mieszkańców jest dramatycznie inna. Chociaż koszty życia na Gwadelupie są wyższe niż w kontynentalnej Francji, to średnia płaca jest znacznie niższa. Do wybuchu światowego kryzysu gospodarczego,karaibskie departamenty miały najwyższe bezrobocie w całej Unii Europejskiej. Na Gwadelupie, wśród młodzieży do 24. roku życia, wynosiło ono aż 55 proc.! Co dziesiąty mieszkaniec Antyli żyje poniżej granicy ubóstwa. 2/3 mieszkańców Pointe-a-Pitre gnieździ się w lokalach socjalnych.

We Francji nigdy nie było to tajemnicą, ale reszta świata dowiedziała się, że karaibskie departamenty nie są rajem, dopiero w styczniu 2009 r. Globalny kryzys gospodarczy zaczynał rozkręcać się na dobre, koszty utrzymania szły cały czas w górę, a płace ani drgnęły. Mieszkańcy Antyli w końcu stracili cierpliwość. Strajki ogarnęły najpierw Gwadelupę, a chwilę później Martynikę. Lokalne związki zawodowe utworzyły Kolektyw Przeciw Wyzyskowi, który zaczął się domagać podniesienia płacy minimalnej, a gdy spotkał się z odmową – ogłosił strajk generalny. Wysłane do rozpędzania tłumu oddziały policji obrzucono kamieniami, doszło do zamieszek, jeden z działaczy związkowych został zastrzelony na ulicy. Mieszkańcy zaczęli budować barykady, podpalać samochody, sklepy i restauracje. Zamknięto stacje benzynowe, banki, oraz szkoły. Protestujący na Gwadelupie zaczęli okupację portu i jedynego w departamencie lotniska.

Początkowo, głównie pod wpływem békés, Paryż twardo bronił statusu quo. Ale protesty wybuchły w trakcie sezonu turystycznego, hotelowi goście byli przerażeni, na odbite lotnisko transportowano ich pod obstawą, Francja zaliczyła blamaż w międzynarodowych mediach, a podobne demonstracje zapowiedziały także związki w Gujanie Francuskiej i na Reunionie. Nicolas Sarkozy nie miał już innego wyjścia, jak tylko zgodzić się na najważniejsze postulaty protestujących.

Bekes na MartyniceZa dziadka butów nie mieli: postęp jest (Fot. Christophe Calais/Paris Match)

Od tamtych wydarzeń minęły już prawie trzy lata, ale poprawy nie widać. Kryzys gospodarczy wcale się nie skończył, bezrobocie nie zmalało, a békés nie spuścili z tonu. Przestępcy są coraz brutalniejsi, a nawet nie ma im kto przeciwdziałać: w całym Pointe-à-Pitre jest tylko 21 policjantów. W dodatku, fatalnie wyposażonych. Sprowadzane z kontynentu radiowozy nie są przystosowane do karaibskiego klimatu – zdarzają się tygodnie, kiedy nie działa żaden wóz policyjny.

Nie wszędzie jednak jest tak źle. W Baie-Mahault na służbie jest aż 40 policjantów, patrolujących miasto na zmianę dzień i noc. Przestępczość jest o wiele niższa niż w innych częściach departamentu. Ale wbrew pozorom nie ze względu na zwiększoną obecność mundurowych. Po prostu miejscowe władze (przewodniczącym rady miejskiej jest niezależny Ary Chalus, polityk nie związany ani z lewicą, ani z prawicą) inwestują w liczne programy społeczne. Tutejsza młodzież może za darmo uczestniczyć w kursach doszkalających i zajęciach sportowych, działa specjalny urząd pomagający im w znalezieniu zatrudnienia, a nawet organizowane są zajęcia mające przygotować kandydatów do egzaminów policyjnych (co wyjaśniałoby nadwyżkę w tej gałęzi budżetówki). Baie-Mahault może sobie na to wszystko pozwolić, bo po mistrzowsku wykorzystuje wszystkie możliwe dofinansowania z Unii Europejskiej.

W listopadzie, Rada Regionalna zaleciła podobne działania na całej Gwadelupie. Ale jak na razie, nikt się do nich nie pali. Békés łatwych zarobków nie odpuszczą. Przestępczość im niestraszna: chronią ich wysokie mury rezydencji. Te same, w których wcześniej zamykali niewolników.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Milicja Antyobywatelska

W więzieniu w Rio de Janeiro dochodzi do buntu, osadzeni biorą zakładników. Negocjacje się załamują, jednostka specjalna policji szturmuje budynek, giną ludzie i wybucha skandal. Dowódca oddziału, podpułkownik Roberto Nascimento, bierze na siebie odpowiedzialność i zostaje zwolniony ze służby. Ale kiedy okazuje się, że na ulicy cieszy się niesłychaną popularnością, gubernator proponuje mu, żeby pokierował wywiadem w Sekretariacie Bezpieczeństwa. Choć początkowo zadowolony z nowej pracy, szybko odkrywa, że ma być tylko listkiem figowym, podczas gdy miasto przejmują powoli we władanie milicje – paramilitarne bandy skorumpowanych policjantów, którzy są chronieni przez miejscowych polityków, w tym samego gubernatora, szefa Nascimento.

Tak przedstawia się skrócony opis fabuły “Elitarnych 2″, brazylijskiego kandydata do tegorocznych Oskarów, który w październiku wszedł także do polskich kin. Ale chociaż w filmie trup ściele się gęsto i nie brak efektownych strzelanin, sprowadzanie go do taniej sensacji byłoby błędem.

– To prawie dokument – twierdzi w rozmowie z Działem Zagranicznym Paulo Storani, ekspert do spraw bezpieczeństwa i były dowódca BOPE, elitarnych jednostek specjalnych brazylijskiej policji. Wie, co mówi: filmowa postać podpułkownika Nascimento jest oparta właśnie na nim.

NascimentoPrzykład, jak zrobić film sensacyjny, obyczajowy i dokumentalny w jednym (Fot. Lula Carvalho/”Tropa de Elite 2″)

Polskie tłumaczenie podtytułu – “Ostatnie starcie” – jest nieco mylące. Portugalskie “O Inimigo Agora é Outro” oznacza dosłownie “Teraz jest inny wróg” i sugeruje, że bardziej niż zwykłymi przestępcami, policjanci powinni się zająć kolegami z własnych szeregów. Paulo Storani, który – tak jak filmowy Nascimento – po odejściu z jednostek specjalnych został zatrudniony w Sekretariacie Bezpieczeństwa (tyle że w São Gonçalo, mieście po drugiej stronie Zatoki Guanabara niż Rio) mówi wprost, że milicje są już większym niebezpieczeństwem niż osławione gangi narkotykowe.

– To byli, albo wciąż zawodowo czynni policjanci, strażacy i strażnicy więzienni – opowiada – Kontrolują całe dzielnice, w których wymuszają na miejscowej ludności i handlarzach opłaty za ochronę, przemocą wzbudzają w nich strach i zmuszają do całkowitego podporządkowania się.

Na swoim terenie milicje nakładają własne podatki, którymi obwarowują wszystko, co przyjdzie im do głowy, od opłat za korzystanie ze środków transportu, przez kupno butli z gazem, a na zakładaniu telewizji kablowej skończywszy. Śledztwo przeprowadzone przez komisję parlamentarną stanu Rio de Janeiro wykazało, że jedna z paramilitarnych bojówek zarabiała dziennie równowartość 300 tys. złotych. Jej członkowie mogli sobie pozwolić na każdą broń, którą zresztą potem z ochotą handlowali

Pierwsza bojówka powstała w akcie samoobrony. Na początku lat 90., Rio de Janeiro zaczęło się rozbudowywać w kierunku zachodnim. Powstawały domy, ulice i kanalizacja, ale brakowało policji – jedyni funkcjonariusze pojawiali się tu dopiero po służbie, kiedy wracali do świeżo kupionych mieszkań. Więc gdy do jednej z tamtejszych dzielnic, Rio das Pedras, zaczęli ściągać pierwsi gangsterzy sprzedający narkotyki, zamieszkujący ją mundurowi postanowili zwalczyć ich siłą. Okazali się niezwykle skuteczni, działali więc dalej, zbierając fundusze na swoje poczynania wśród sąsiadów: najpierw po dobroci, później wymuszając je siłą. Gdy okazało się, że to całkiem lukratywny biznes, zaczęli go stopniowo rozszerzać o slumsy.

– Policja w Rio de Janeiro degenerowała się przez dekady – tłumaczy Działowi Zagranicznemu Luiz Eduardo Soares, były Sekretarz Bezpieczeństwa Publicznego w brazylijskim Ministerstwie Sprawiedliwości i autor książek, na podstawie których powstały obie części „Elitarnych” – Pensje funkcjonariuszy są tak małe, że muszą szukać dodatkowych sposobów dorobienia. Na ogół zatrudniają się po godzinach jako ochroniarze w sklepach, albo barach. To wbrew prawu, ale władze wolą przymykać oko, bo w innym wypadku musiałyby zwiększyć budżet na wypłaty. I tak państwo przyzwala na zapewnianie bezpieczeństwa zarówno w sposób legalny, jak i nielegalny. Milicje świetnie się w tej sytuacji odnajdują.

Według niedawnego dochodzenia “O Globo”, wiodącego brazylijskiego dziennika, najpotężniejszy z gangów narkotykowych Rio de Janeiro kontroluje dziś 55 slumsów w mieście, podczas gdy milicje – aż 105. Ich członkowie są zdeterminowani, a w walce o zyski bezwzględni. Rozbita w grudniu 20-osobowa banda, zdążyła na swoim terenie zamordować pół setki opornych mieszkańców. Inna ekipa paramilitarnych uprowadziła trzech opisujących jej działania dziennikarzy, którzy byli potem torturowani, między innymi przy użyciu elektrowstrząsów.

Milicje gotowe są uderzać nawet w tych przeciwników, którzy zajmują wysokie, eksponowane stanowiska. Sędzia Patricia Acioli była znana z bezkompromisowej postawy wobec skorumpowanych funkcjonariuszy – w ciągu kilku lat, posłała za kratki kilkudziesięciu z nich. Od pięciu lat regularnie dostawała pogróżki i prosiła o przydzielenie jej ochrony, która z niewyjaśnionych do tej pory przyczyn, została jej odmówiona. W sierpniu została zabita przed własnym domem: zamachowcy strzelili do niej 21 razy, żeby mieć pewność, że nie żyje. Morderstwo wywołało wielki skandal, jej pogrzeb przerodził się w manifestację, a Sąd Najwyższy wydał bezprecedensowe wezwanie do szybkiego znalezienia sprawców. Śledztwo wykazało, że kule, od których zginęła Acioli, pochodziły z policyjnych magazynów. Podejrzanym o zlecenie morderstwa jest dowódca miejscowego batalionu oddziałów specjalnych, do aresztu trafiło też 11 jego podwładnych. Podczas rozbijania innej grupy, przy jej szefie znaleziono listę z nazwiskami osób wytypowanych do zabicia – oprócz Acioli, znajdowało się na niej jeszcze kilkunastu sędziów, prokuratorów i nieprzekupnych policjantów z wydziału zabójstw.

Milicyjna brońOstatnio wyszło na jaw, że milicje w Rio odsprzedają broń gangom, z którymi później walczą – na emeryturze będą zapewne prowadzić kursy MBA “Jak zarobić w sytuacji kryzysowej” (Fot. O Globo)

W “Elitarnych 2″, obok pułkownika Nascimento, drugą najważniejszą postacią jest Diogo Fraga, wykładowca uniwersytecki, który zostaje wybrany do parlamentu stanowego Rio de Janeiro i wspólnie z byłym policjantem doprowadza do wszczęcia śledztwa przeciw zblatowanym z milicjami politykom.

W prawdziwym życiu, Fraga byłby wart ok. 750 tys. złotych – tyle bowiem wynosi nieoficjalna stawka za głowę Marcela Freixo, inspiracji dla filmowego bohatera.

Wieloletni działacz organizacji broniących praw człowieka, Freixo został deputowanym w 2006 r. Już dwa lata później, po coraz liczniejszych doniesieniach o zbrodniach popełnianych przez milicje, doprowadził do utworzenia zajmującej się nimi komisji śledzczej, której sam został przewodniczącym. Pokłosie jej dochodzenia jest monstrualne: zarzuty postawiono kilkuset podejrzanym, większość z nich trafiła za kratki. Wśród nich znalazło się wielu urzędników niższego szczebla, ale nie zabrakło też grubych ryb, jak stanowi parlamentarzyści Álvaro Lins czy Natalino José Guimarães (który wdał się nawet w strzelaninę z próbującymi go aresztować policjantami). Wielu innych, choć uniknęło więzienia z braku wystarczających dowodów, zostało całkowicie skompromitowanych.

Politycy w Rio de Janeiro przez lata albo całkowicie ignorowali problem milicji, albo wręcz popierali je jako coś pozytywnego. Były burmistrz César Maia, jeszcze w trakcie urzędowania nazwał je w wywiadzie “rodzajem społecznej samoobrony”, a jego następca, obecnie urzędujący Eduardo Paes, rzucił w telewizji, że paramilitarni “zapewniają mieszkańcom poczucie bezpieczeństwa” tam, gdzie nie jest w stanie tego zrobić państwo.

– Wielu polityków korzystało na współpracy ze skorumpowanymi funkcjonariuszami, w pierwszej instancji zostali skazani między innymi były gubernator i szef miejscowej policji – wyjaśnia Soares. Milicje nie tylko nie wpuszczały na swój teren gangów narkotykowych, dzięki czemu deputowani mogli rozpowiadać w mediach, że w ich okręgach taki problem nie istnieje, ale wręcz pomagały im wygrywać wybory, zapewniając odpowiednią liczbę głosów. W podzięce, wielu parlamentarzystów w Rio po prostu przymykało oczy na działalność paramilitarnych

Choć wyniki śledztwa komisji Freixo były szokujące (a on sam został w ubiegłym roku ponownie wybrany na deputowanego, z drugim najlepszym wynikiem w całym stanie), to prawdziwym przełomem w sposobie myślenia okazała się dopiero premiera “Elitarnych 2″. W Brazylii film wszedł na ekrany już w październiku zeszłego roku i z miejsca okazał się prawdziwą bombą. Kilkaset kin w całym kraju wyświetlało go po pięć, sześć, a nawet osiem razy dziennie. W dwa miesiące obejrzało go ponad 10 mln osób, a produkcja pobiła frekwencyjny rekord z 1976 r. Fabułę omawiano w mediach, na blogach, temat przebił się też do mediów międzynarodowych.

– Nigdy wcześniej nie było w Brazylii takiego zrozumienia problemu, ani takiego pola do dyskusji. To całkowicie zmieniło stosunek polityków do bezpieczeństwa publicznego – przekonuje Storani, a wtóruje mu Soares – Dziś, kryminalny i okrutny charakter milicji jest więcej, niż widoczny. Do tego stopnia, że nawet politycy, którzy do niedawna je wychwalali, nie mogą już tego robić.

Natalino José GuimarãesDeputowany Guimarães, który w przerwach między głosowaniami lubił sobie powymuszać haracze i postrzelać do aresztujących go policjantów (Fot. Celso Meira/O Globo)

W 2014 r. Brazylia będzie gospodarzem Mistrzostw Świata w piłce nożnej, których finał rozegrany zostanie właśnie w Rio. Już trzy lata później, miasto – jako pierwsze w historii Ameryki Południowej – stanie się areną zmagań olimpijskich. Problem w tym, że metropolia jest usłana favelami, żyje w nich co piąty mieszkaniec, a wiele z nich sąsiaduje z najważniejszymi punktami na mapie, chociażby stadionem Maracanã (zwanym “katedrą futbolu”), czy słynną plażą Copacabana. Władze, bojąc się blamażu, gorączkowo starają się je sobie podporządkować.

W drugi weekend listopada, do Rocinhii, największego slumsu na kontynencie, wkroczyło 3 tys. żołnierzy i policjantów z jednostek specjalnych. To część trwającej od 2008 r. kampanii “odzyskiwania” dzielnic nędzy – po oddziałach szturmowych, na miejsce wkraczają jednostki tzw. Policji Pacyfikacyjnej, które mają z jednej strony nie dopuścić do tego, żeby do faveli powróciły wypędzone gangi narkotykowe, a z drugiej poprawiać wizerunek mundurowych w oczach ich mieszkańców. Rocinha była 19 z kolei podbitym slumsem, władze zapowiadają, że do mundialu będą miały we władzy 40 największych z nich.

Eksperci obawiają się jednak, że to działania na krótką metę. W “spacyfikowanych” favelach już pojawiają się pierwsze milicje, które wypełniają próżnię po nieobecnych gangsterach. Jak dotąd, władze przymykają na to oko, bo paramilitarni nie są potencjalnym zagrożeniem dla żadnej z międzynarodowych imprez (również z tego powodu, jak dotąd pacyfikacje nie objęły żadnej z kontrolowanych przez nich dzielnic), nie handlują też narkotykami.

Jednak Paulo Storani, jak i pozostali komentatorzy, uważają, że to tylko kwestia czasu. Milicje przekształciły się już w klasyczne mafie, więc w końcu przyjmą też dotychczasowy sposób zarabiania gangów narkotykowych. A w przeciwieństwie do nich, paramilitarni mają świetne wyszkolenie, znajomość policyjnych technik operacyjnych i powiązania wśród polityków. Jeżeli pozwoli im się teraz rozwinąć skrzydła, to w przyszłości będzie ich trudniej wykurzyć, niż wszystkich dzisiejszych bandytów razem wziętych.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Prysznic w Kopenhadze

Żołnierze od rana uwijają się jak w ukropie. Przeszukują dom po domu, biją podejrzanych, ładują setki z nich do ciężarówek wiozących ich do naprędce przygotowanych obozów. Do wieczora, wojskowi zdążą zastrzelić kilkadziesiąt osób, większość z bliskiej odległości. Zbyt bliskiej, jak na “wymianę ognia podczas walki”. Mundurowi czują się jednak bezkarni: myślą, że nikt im nie patrzy na ręce, bo na miejscu nie ma żadnych dziennikarzy, zostali odcięci od dzielnicy ścisłym kordonem bezpieczeństwa. Nie wiedzą tylko jednego – że nad ich głowami od samego początku akcji krąży samolot szpiegowski P-3 Orion. I że bardzo dokładnie dokumentuje wszystkie ich ruchy.

Chociaż od szturmu na Tivoli Gardens, slumsu w zachodnim Kingston, stolicy Jamajki, minęło już ponad półtora roku, to wciąż mało wiemy o jego szczegółach, a sama akcja wzbudza ogromne emocje, bo splatają się w niej wątki naprawdę sensacyjne: narkotyki, przemoc, korupcja, zbrodnie przeciw ludzkości i wielka polityka.

Żołnierz w TivoliTego w katalogach turystycznych jakoś nie pokazują (Fot. Rodrigo Abd/AP)

O świcie 24 maja 2010 r., do Tivoli Gardens weszło 500 żołnierzy. Gdy słońce zachodziło za horyzont, tylko jeden z nich był martwy, ale liczba ofiar wśród lokalnych mieszkańców była znacznie większa: 73 zabitych, ponad tysiąc pobitych i przymusowo wywiezionych na przesłuchania. Armia nie mogła jednak ogłosić sukcesu, bo nie osiągnęła zamierzonego celu. Jedyny poszukiwany w tym całym zamieszaniu – Christopher Coke, znany bardziej jako “Dudus” – wymknął się obławie i nikt nie miał pojęcia, gdzie się ukrywa. Wielu podejrzewało za to, że cynk o akcji sprzedał mu nie kto inny, a sam premier karaibskiej wyspy.

Jako dziecko, Dudus miał niezłe perspektywy na wpasowanie się w rolę porządnego obywatela. Był podobno bardzo zdolnym uczniem, a chodził nie do byle jakiej szkoły, bo elitarnego prywatnego liceum, gdzie swoje pociechy posyłali czołowi politycy i najbardziej prominentni biznesmeni na wyspie. Ale rodzice Coke’a nie mieli problemów z opłacaniem mu czesnego, bo jego ojciec był przywódcą największego i najbrutalniejszego gangu na Jamajce. Co bardzo szybko wróciło do Dudusa jak bumerang.

Stary Lester Lloyd Coke wybił się w przestępczym półswiatku Jamajki w latach 70., kiedy złą sławę zyskał dowodzona przez niego banda Shower Posse, zwana tak, bo dosłownie robiła swoim przeciwnikom prysznic z kul. Dekadę później, Coke wykorzystał swoje kontakty wśród bardzo aktywnej karaibskiej diaspory w Stanach Zjednoczonych i przeniósł się na ich wschodnie wybrzeże. Gang szybko podporządkował sobie części Nowego Jorku, New Jersey, Filadelfii i Florydy. Pieniądze z handlu narkotykami i bronią zaczęły płynąć szerokim strumieniem do willi w Miami, gdzie osiadł Lester, ale żaden sposób nie zahamowało to brutalności przestępców. Stary Coke został aresztowany w 1987 r. i deportowany na Jamajkę, gdzie pięć lat później zginął w tajemniczych okolicznościach, zaledwie kilka godzin po tym, jak zamordowano jego starszego syna. Młodszy Dudus nie miał innego wyjścia, jak tylko w wieku 22 lat porzucić marzenia o normalnym życiu i przejąć bandycki interes rodziny.

Dorastanie wśród elity i solidna edukacja pozostawiły jednak trwały ślad, a Christopher wniósł do przestępczego półświatka nowy sznyt. Żarliwy wegetarianin, przez znajomych określany jako cichy i wycofany, starał się zawsze trzymać w cieniu. Zamknął się w swojej willi w Tivoli Gardens i stamtąd zarządzał swoim imperium, znacznie odmieniając jego oblicze. Pod jego przywództwem Shower Posse się stonowało, pokazowe egzekucje przeciwników odeszły do przeszłości. Dudus wyniósł też cenną wiedzę z lekcji historii: strachem można szybko wymusić posłuszeństwo, ale żeby zyskać trwałe poparcie, trzeba okazać szczodrość. I tej Coke nigdy nie żałował: opłacał czesne szkolne dzieciom ze swojej dzielnicy, dawał pieniądze na leczenie starych, a gdy było już za późno, łożył na ich pogrzeby. Pomagał znaleźć pracę, urządzał publiczne imprezy z darmowym jedzeniem. Przy pomocy uzbrojonych bandziorów, całkowicie wytępił drobne kradzieże na swoim terenie. Ci sami przestępcy gorliwie pilnowali, żeby – zgodnie z jego zaleceniem – niepełnoletni nie szwędali się po Tivoli Gardens po zmroku. Ulica go kochała. Ale ważniejszych sojuszników miał o wiele, wiele wyżej: na szczycie rządu.

Golding w TivoliBruce Golding, premier Jamajki, a wolnych chwilach najlepszy ziomek Dudusa (Fot. Ramon Espinosa/AP)

Dudus nie był takim aniołkiem, za jakiego chciał uchodzić. W okrucieństwie prześcigał najbrutalniejszych psychopatów – dobrze znana jest historia, jak to pociął piłą mechaniczną podwładnego, którego podejrzewał o nielojalność. A całą swoją działalność dobroczynną finansował z przestępczego biznesu, który rozwijał jak dobry biznesmen – Shower Posse pompowało coraz więcej narkotyków w amerykańskie wschodnie wybrzeże, a od kilku lat wyrastało też na czołowy gang w Toronto. Coke mógł być jednak pewien, że dopóki siedzi na Jamajce, jego pozycja jest niezagrożona. Miejscowi politycy byli gotowi go chronić, bo dostarczał im najbardziej pożądany z możliwych towarów – głosy wyborców.

Od uzyskania niepodległości w 1962 r., na Jamajce rozwijała się przedziwna symbioza polityki i przestępczości zorganizowanej. Po władzę sięgały na przemian dwa ugrupowania – Jamajska Partia Pracy (JLP) i Ludowa Partia Narodowa (PNP) – które dla zdobycia przewagi, nie cofały się przed żadnymi rozwiązaniami. Działacze obu stron zaczęli uzbrajać bandy przestępców, którzy w zamian za broń i przymykanie oka na ich działalność, zobowiązywały się rozbijać wiece przeciwników, a innych przymuszać na głosowanie na swoich patronów. System polityczny wykorzenił się jeszcze bardziej, kiedy zaczęto budować osiedla z mieszkaniami socjalnymi – politycy wpadli bowiem na pomysł, że skupienie w jednym miejscu bandytów i tłumów podatnych na zastraszenie wyborców, ułatwi zdobywanie mandatów parlamentarnych. W całym kraju zbudowano ponad 20 takich osiedli: w zależności od tego, która partia patronowała budowie konkretnego z nich, lokale przyznawano jej zwolennikom. I, oczywiście, zblatowanym z nią gangom. Przestępcy przejmowali całkowitą kontrolę nad terenem, do środka nie zapuszczały się żadne służby miejskie, a nowy typ dzielnic szybko zaczęto określać jako “garnizony”. Przemoc była tam na porządku dziennym, ale ze szczególną mocną wybuchała zawsze podczas wyborów – apogeum osiągnęła w roku 1980, kiedy walki o głosy pochłonęły ponad 800 ofiar.

Shower Posse było od samego początku związane z JLP. Oni napędzali im wyborców, a partia dbała o dobre samopoczucie “swoich” gangsterów”. Gdy starego Coke’a aresztowano w Miami i deportowano na Jamajkę, ojciec Dudusa nie zdążył nawet zagrzać miejsca w celi, bo został uniewinniony (co jego zwolennicy zebrani przed budynkiem sądu uczcili głośną kanonadą). Jego syn cieszył się nawet większymi względami, bo posłem z okręgu wyborczego Zachodnie Kingston (w którym o wyniku zawsze decydowały głosy z Tivoli Gardens) był nie kto inny, jak Bruce Golding. Czyli szef rządu.

Waszyngton, wiedząc że na proces Coke’a na Jamajce nie ma co liczyć, domagał się jego ekstradycji już od sierpnia 2009 r. Premier Golding opóźniał tę decyzję, jak tylko mógł, a za jego namową, prawnikiem Dudusa został Tom Tavares-Finson, wpływowy senator z jego własnej partii (a prywatnie były mąż Cindy Breakspeare, byłej Miss Świata, długoletniej kochanki Boba Marleya i matki ich syna – Damiana). Gdy wreszcie wojsko wkroczyło do Tivoli Gardens, przywódca Shower Posse zapadł się pod ziemię, a w mediach zaczęły się spekulacje, że to właśnie szef rządu ostrzegł go wcześniej i namówił do ucieczki z miasta. Plotki nasiliły się jeszcze bardziej, kiedy wyszło na jaw, że JLP zapłaciła 400 tys. dolarów znanej firmie lobbyngowej z Waszyngtonu, która miała przekonywać amerykańskie władze, żeby jednak zrezygnowały ze ścigania Coke’a.

DudusCzytelniku, jeżeli kiedyś kupiłeś skręta we Flatbush, to zasiliłeś kieszeń właśnie tego pana (Fot. AP)

Dudusa złapano ostatecznie w czerwcu 2010 r. podczas rutynowej kontroli samochodowej na prowincji – najgroźniejszy przestępca w kraju próbował się maskować, przebierając za kobietę. Został wydany Stanom, gdzie przyznał się do stawianych mu zarzutów. Golding, skompromitowany całą sytuacją, trzymał się stołka tak długo, jak to było możliwe, ale w zeszłym miesiącu złożył w końcu rezygnację i zapowiedział, że nie będzie już kandydować w nadchodzących wyborach.

Do tej pory jednak, wciąż nie wyjaśniono, co dokładnie działo się w Tivoli Gardens tamtego majowego dnia i w jaki sposób zginęło tych kilkadziesiąt ofiar. Wielu świadków twierdzi, że zabici nie mieli nic wspólnego z gangami, a żołnierze dokonywali na nich najnormalniejszych w świecie egzekucji. Nie ma na to jednak żadnych dowodów – dziennikarze zostali wpuszczeni do slumsu dopiero po zakończeniu akcji, nie mogli więc dokumentować jej przebiegu. Zrobili to jednak z nich Amerykanie.

P-3 Orion latał nad Tivoli Gardens przez cały dzień. Miejscowy fotoreporter, nudząc się na wojskowej blokadzie, dostrzegł samolot i sfotografował z braku lepszego zajęcia. Do zdjęć dotarł później Mattathias Schwartz, reporter magazynu “New Yorker”, który przygotowywał materiał o historii Coke’a. Dziennikarz skorzystał z Ustawy o Swobodnym Dostępie do Informacji i uzyskał od rządu potwierdzenie swoich podejrzeń: “Wszystkie zajścia zostały zarejestrowane”.

Na tym jednak kończy się wiedza reportera i – jak na razie – opinii publicznej. Nagrania nie zostały ujawnione i nie wiadomo, czy kiedykolwiek ujrzą światło dzienne. Byłoby to nie na rękę politykom na wyspie, ale także Waszyngtonowi. To właśnie za namową USA, Jamajska Partia Pracy (wbrew nazwie, będąca ugrupowaniem prawicowym) zaczęła budowę “garnizonów”, które miałyby jej zapewnić stałą przewagę nad lewicową Ludową Partią Narodową, w owym czasie coraz bliżej flirtującą z Kubą Fidela Castro. Dokumenty, do których dotarł Schwartz, sugerują także, że amerykańscy agenci byli również obecni w Tivoli Gardens podczas wojskowego szturmu, czemu jednak rząd zdecydowanie zaprzecza.

Ujawnieniem nagrań nie jest więc zainteresowana żadna ze stron, bo wbrew pozorom – jak do tej pory wszyscy wyszli na całym zamieszaniu na plus. Stany schwytały groźnego przestępcę. Dudus wyszedł z zawieruchy cało, a mógł podzielić los swojego ojca (który został przed śmiercią ponownie aresztowany, bo USA domagało się także jego ekstradycji, a zginął w tajemniczym pożarze w celi, co prawdopodobnie miało go powstrzymać przed obciążeniem zeznaniami swoich politycznych protektorów). I nawet JLP zachowała status quo: choć Golding musiał ustąpić, to jednak wcześniej robił wszystko, żeby tylko ochronić Coke’a. Shower Posse nie zapomni tego ani jemu, ani jego partyjnym kolegom, a w nadchodzących wyborach Tivoli Gardens – jak zwykle – murem zagłosuje na kandydata prawicy.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Wołomin grał w innej lidze

Wielkie katastrofy to medale o dwóch stronach. Z jednej jest tragedia tych, którzy tracą w nich rodziny, albo dobytek całego życia. A z drugiej radość tych, którzy będą odbudowywać zniszczone przez nie tereny. Bo wygranie przetargu na takie działania, oznacza z reguły umowy opiewające na dziesiątki milionów. Nie inaczej jest w Japonii. Gdzie, jak się okazuje, wszystkie zlecenia zgarniają organizacje, których szefowie są wydziarani od stóp do głów. I czasem brakuje im kilku palców.

Yakuza bez palcaJeżeli zdrowy na umyśle typ sam odcina sobie palce, to wyraźny sygnał, żeby nie śmiać się z jego koszuli (Fot. Reuters)

Jak donoszą media, Yakuza dosłownie zmonopolizowała odbudowę zniszczonych w marcowym trzęsieniu ziemi terenów. Publiczne zlecenia płyną do nich szerokim strumieniem, a gangsterzy zajmują się wszystkim, od oczyszczania resztek kanalizacji, przez wywóz ton gruzu, aż po budowę nowych domów, szkół, szpitali i innych budynków użyteczności publicznej. Ba! Sprzątają nawet materiały radioaktywne z okolic Fukushimy.

Dlaczego władze przymykają na to oko i pozwalają się bogacić przestępcom? Może dlatego, że kiedy doszło do katastrofy, gangsterzy byli już na miejscu i działali, zanim Naoto Kan zdążył powiedzieć: “Kurde, czuję dymisję”.

Już kilka godzin po pierwszych wstrząsach, do prefektur Fukushima i Ibaraki zaczęły zjeżdżać nieoznakowane ciężarówki z tablicami rejestracyjnymi z Kobe i Tokio. Mężczyźni ubrani w długie, szczelnie zakrywające ciało koszule, zaczęli z nich wyładowywać prowiant, wodę, koce, namioty, latarki, ładowarki do telefonów. Montowali nawet przenośne toalety. Chociaż nie chcieli rozmawiać z mediami i zachowywali się wyjątkowo dyskretnie, szybko wyszło na jaw, że to członkowie Sumiyoshi-kai i Inagawa-kai, odpowiednio drugiej i trzeciej najpotężniejszej gałęzi Yakuzy.

Zdaniem Jake’a Adelsteina, który przez lata pracował w Japonii jako dziennikarz śledczy, przez co poznał tamtejszy świat przestępczości zorganizowanej lepiej od jakiegokolwiek innego obcokrajowca (już po wyjeździe z kraju napisał książkę o tych doświadczeniach – “Tokyo Vice: An American Reporter on the Police Beat in Japan”), tylko w ciągu pierwszych krytycznych momentów po katastrofie, Yakuza wpompowała w dotknięte nią tereny ponad pół miliona dolarów. Wysłała nawet na miejsce swoje “patrole”, które miały dopilnować, by nie dochodziło do szabru.

Nie jest to zresztą pierwszy przypadek, kiedy japońscy przestępcy okazują się skuteczności w działce pomocy humanitarnej, niż miejscowy rząd. Gdy w 1995 r. straszliwe – do dziś zresztą wyjątkowo traumatyczne dla Japończyków – trzęsienie zniszczyło Kobe, pracownicy rządowi okazali się ślamazarni i mało efektywni. Na szczęście, dużo wcześniej przed nimi, na miejscu pojawiała się Yakuza, która skutecznie niosła pierwszą pomoc tym, którzy przeżyli.

Yakuza kąpielHigiena osobista to podstawa prawdziwej gangsterki (Fot. Gideon Mendel/Corbis)

Gdyby ktoś chciał podziękować gangsterom za ich pomoc, to nie będzie miał z tym większych problemów. Yakuza to jedna z najdziwniejszych grup przestępczości zorganizowanej na świecie. Chociaż żyje z nielegalnej działalności, to wiadomo o niej więcej, niż o Thomasie Pynchonie. Dzieli się na kilkanaście dużych grup, a ich nazwy, strefy wpływów i symbole są powszechnie znane. Ba! Mają własne budynki, na których widnieją ich herby, więc trudno się pomylić. Można do nich zadzwonić, można wysłać faks. Samych bandytów, których jest w kraju od 80 do 100 tys., też trudno pomylić z kimkolwiek innym. Ich słynne dziary to małe dzieła sztuki, ale w łaźniach błyskawicznie zdradzają tożsamość ich nosicieli.

Chociaż w 1992 r. wprowadzono restrykcyjne, “antygangowe” prawo, to jego skutki są niewielkie. Przestępcy są widoczni w przestrzeni publicznej, pokazują się na świętach publicznych, twarze ich szefów są powszechnie znane. Chcecie wiedzieć, jak wygląda przywódca Yamaguchi-gumi, najpotężniejszej odnogi Yakuzy? Proszę bardzo:

TsukasaCzłowiek, przy którym Pershing to żart (Fot. Getty)

A tu in motion, wypuszczony z więzienia po odsiedzeniu wyroku:

Chociaż wydawać by się mogło, że wiemy o niej wszystko, co się da, to jednak sama Yakuza o swojej działalności dobroczynnej wypowiadać się nie chce i zaskakująco milczy o powodach niesienia pomocy.

Manabu Miyazaki, japoński pisarz, który bardzo obszernie opisuje w swoich książkach przestępczy półświatek (i ma ku temu naprawdę mocne podstawy: jego ojciec był jednym z przywódców Yakuzy w Kioto), twierdzi, że ta dobroczynność jest absolutnie szczera i spontaniczna. Gangsterzy, rekrutujący się często z najbardziej pogardzanych grup społecznych (np. z kasty burakumin, skupiającej ludzi z zawodów tradycjnie kojarzonych ze śmiercią, takich jak rzeźnicy, grabarze itp.), po prostu wiedzą, co to znaczy być zdanym tylko na siebie i zdaniem Miyazakiego, chcą ulżyć w cierpieniach pokrzywdzonych przez los. Wydawać by się to mogło ckliwym pierdzeniem faceta, który jest bezpośrednio powiązany z tymi, o których się wypowiada, ale co ciekawe, takie samo zdanie mają także ci, którym z wytatuowanymi przestępcami jest zupełnie nie po drodze. Atsushi Mizoguchi, inny pisarz specjalizujący się w tematyce Yakuzy, który jest wobec niej tak krytyczny, że przeżył już dwa zamachy na siebie, także twierdzi, że to nie żaden PR, tylko dobra wola.

Piar, poczucie solidarności, czy miękkie serce, nieważne. Jak widać, miesiące po katastrofie, Yakuza potrafi jeszcze dodatkowo zarobić na swojej dobroczynności. Być może jednak w tym konkretnym wypadku, zwyczajnie jej się to należy. Jeżeli twoja organizacja jest sprawniejsza, niż ta państwowa i skutecznie ratuje ludziom życie, to mały bonus ci się chyba należy.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

PS Dział Zagraniczny uważa też, że jak już się coś w życiu robi, to trzeba to robić z klasą. Bo potem to o tobie będą robić git filmy oglądane na całym świecie, a Wołomin pokaże najwyżej Ryszard Cebula w “Superwizjerze”:

PS2 Dokumentowaniem codziennego życia Yakuzy, zajmuje się od dawna związany z magazynem “Burn” fotoreporter Anton Kusters. Dział Zagraniczny BARDZO poleca jego stronę internetową!

Sandra robi botoks

Upływający tydzien spokojnie możemy zaklasyfikować jako mocno penitencjarny.

1. Świstak zaraz nie będzie miał w co zawijać

Wiadomość tygodnia, to oczywiście powrót wojny domowej na Wybrzeże Kości Słoniowej. Co prawda jeszcze nie oficjalnie, ale wszystko na to wskazuje.
Podłoże jest dokładnie wyjaśnione we wpisie z 12 grudnia, ale przypomnijmy szybko, że poprzedni konflikt wybuchł w 2002 r. i de facto podzielił kraj na dwie połowy: kontrolowaną przez rebeliantów północ i rządowe południe. W 2007 obie strony podpisały zawieszenie broni i wszystko miało pójść w niepamięć w listopadzie zeszłego roku, podczas wyborów prezydenckich. Z tym, że rządzący do tej pory Laurent Gbagbo obraził się na wyniki, powiedział, że nie uzna swojej przegranej i zamknął się w budynkach rządowych. Tymczasem uznawany przez resztę świata za nową głowę państwa Alassane Ouattara też nie wychodzi ze swojej siedziby, którą jest obstawiony przez błękitne hełmy luksusowy hotel. W kraju pat, czasem jakieś ruchawki na ulicach, są zabici i ranni.
Partyzanci z północy najwyraźniej nie wytrzymali już ciśnienia i w nocy z czwartku na piątek zajęli miasto Zouan-Hounien przy granicy z Liberią. Z której na pomoc Gbagbo ciągną ponoć wzywani przez niego najemnicy. Według statystyk UNHCR, z kraju ucieka już ok. 5 tys. osób dziennie. Nowa wojna wisi w powietrzu.
Tymczasem ceny kakao osiągnęły najwyższy poziom od 32 lat (przypomnijmy, że 1/3 nasion na świecie jest produkowana właśnie na Wybrzeżu Kości Słoniowej, a Unia Europejska nałożyła na nie embargo, licząc, że zmusi Gbagbo do oddania władzy). Innymi słowy: ruszajcie do sklepów po czekoladę, bo Dział Zagraniczny przewiduje smutną Wielkanoc.

2. Prison botoks

W grudniu Dział Zagraniczny zajmował się też tym, że kartele narkotykowe w Meksyku się feminizują, a najsłynniejszą kobietą-narco jest tam Sandra Ávila Beltrán. Znana jako Królowa Pacyfiku.
Królowa siedzi teraz w stołecznym więzieniu i czeka, jak potoczą się jej losy, a na rozprawach ewidentnie nie chce wypaść źle, bo dwa tygodnie temu przez media przetoczyła się wiadomość, że władze aresztu pozwoliły pewnemu doktorowi odwiedzić Sandrę za kratkami i strzelić jej kilka zastrzyków z botoksu. Co – jak łatwo się domyślić – nie należy do tej samej grupy praw więźnia, co np. prysznic.
Naczelnika zakładu oczywiście zwolniono, ale w ten piątek zdołał się poskarżyć, że nieniesłusznie, bo botoks był nie dla Królowej, tylko dla niego samego. Chciał chłopak dobrze wyglądać na spacerniaku. Sandra całą sprawę komentuje tak:

Sandra robi botoksJaki botoks? Fot. EFE

3. Tenis, mąka, sznaucery

Skoro już Meksyk, to odnotujmy, że w poprzedni weekend zaczął się w Acapulco Mexican Open. Miejscowi gangsterzy postanowili uczcić turniej tenisa, mordując 13 osób i podpalając pięć samochodów. Nie wiadomo, czy wcześniej robili sobie zastrzyki z botoksu.

Rzutem na taśmę, przelećmy sobie jeszcze jeden z ulubionych tematów Działu Zagranicznego: przestępczość w Ameryce Centralnej. W poprzednią niedzielę, w Gwatemali komuś nie spodobało się, że klub piłkarski Xinabajul (z miasta Huehuetenango) ma kiepskie wyniki, w związku z czym zastrzelił jego prezesa (w listopadzie to samo spotkało szefa klubu Malacateco). We wtorek, w stolicy kraju tłum zlinczował czterech mężczyzn podejrzanych o kradzież… mąki (w zeszłym roku kolektywna sprawiedliwość ulicy zakatowała w sumie 39 osób). A tego samego dnia, w sąsiednim Hondurasie, inni złodzieje zastrzelili ewangelickiego pastora, bo nie chciał im oddać… swoich dwóch sznaucerów. Dział Zagraniczny doszukał się tylko, ze oba skradzione psy to szczeniaki, nie wiadomo czy miniaturki, czy olbrzymy.

4. No tak, no, zabił, ale ma kartę “Wychodzisz z więzienia”

Informowaliśmy już w dwóch podsumowaniach tygodnia, o sytuacji Amerykanina w Pakistanie, który zastrzelił dwóch mężczyzn na ulicy, twierdząc że w samoobronie. Ten tydzien przyniósł już pewne informacje, że Raymond Davis co prawda członkiem CIA nie był, ale działał “na zlecenie” agencji. Czytaj: był płatnym mordercą. Stany mają jednak taką twardą zasadę, że nie porzucają swoich ludzi w potrzebie, w związku z czym dowodzą, że zabójca czy nie, to przed strzelaniną został wpisany na listę pracowników ambasady i immunitet ma. Więc, Pakistanie, przestań szlochać i wypuść Raymonda.
Dział Zagraniczny nie wgłębia się w sprawę jakoś szczególnie, ale pierwsze co przychodzi do głowy to: Waszyngtonie, bardzo git z twojej strony, że nie porzucasz ziomka w potrzebia, szkoda że równocześnie dajesz wszystkim prawdziwym pracownikom ambasady w Islamabadzie jasny sygnał “Chłopaki, czas bardzo szybko zmienić siedzibę firmy”.

5. Łaska pańska

Zajrzyjmy szybko do sąsiada. W Afganistanie na wolność wyszedł właśnie Sayed Mussa. Mężczyzna trafił do więzienia w maju zeszłego roku, po tym jak lokalna telewizja pokazała nagrania, na których widać modlących się Afgańczyków, którzy zmienili wiarę na chrześcijaństwo. Większość szybko się ukryła, ale Sayed wpadł.
W kraju teoretycznie panuje wolność wyznania, ale prozelityzm (czyli właśnie zmiana wiary, czytaj: przede wszystkim z islamu na jakąkolwiek inną) jest surowo zabroniony. Mussie groziła nawet kara śmierci. Po 9 miesiącach odsiadki i licznych międzynarodowych naciskach, mężczyzna został wypuszczony z aresztu, a prokuratura umorzyła dochodzenia. Formalnie z braku wystarczających dowodów, nieoficjalnie podobno pod warunkiem, że Sayed wróci do dawnego wyznania.
W więzieniu wciąż przebywa inny mężczyzna, zatrzymany pod tymi samymi zarzutami.

6. Kto butem wojuje, od buta ginie

Jeszcze kraje muzułmańskie. Czytelnicy Działu Zagranicznego być może kojarzą kim jest Muntazer al-Zaidi, ale jeżeli nie, to wyjaśniamy, że to ten były dziennikarz z Iraku, który wsławił się ciśnięciem buta w stronę ówczesnego prezydenta USA, George’a W. Bush. Przypomnijmy:

Al-Zaidi został wówczas na krótko aresztowany. W tym tygodniu powtórnie trafił do paki, za publiczne nawoływanie do rebelii w stylu egipskim. Na razie nie wiadomo jeszcze, ile czasu spędzi za kratkami.
W ramach ciekawostki, przypomnijmy tylko, co przez ostatnie lata działo się z facetem, który zapoczątkował prawdziwą falę rzucania butami w nielubianych polityków (ofiarami, oprócz Busha, padli też między innymi Wen Jiabao, Dominique Strauss-Kahn, Palaniappan Chidambaram, oraz Mahmud Ahmadineżad). Otóż w grudniu 2009, Al-Zaidi sam stał się celem takiego ataku: swoim obuwiem cisnął weń na konferencji prasowej inny dziennikarz, który oskarżył Muntazera o wybielanie dyktatury Saddama Husajna. Zaidi od jakiegoś czasu mieszkał w Bejrucie, gdzie pisywał felietony do miejscowej gazety. Emigracja mu się najwyraźniej znudziła, ale jak widać, powrót do domu w jego przypadku oznaczał powrót na więzienną pryczę.
Ciekawe, czy w bagdadzkim areszcie robią botoks?

7. Kevin Costner wraca do gry!

Wyspy Marshalla zalało. Konkretnie Majuro, stolicę, którą zamieszkuje ponad połowa z wszystkich 55 tys. mieszkańców archipelagu.
Wyspy Marshalla są znane z dwóch rzeczy. Pierwsza jest taka, że drugie największe skupisko ich mieszkańców – wyspa Ebeye – jest powszechnie uważana za najgorszy slums na Pacyfiku. A druga to fakt, że najwyższe wzniesienie w kraju to niecałe 3 metry nad poziomem morza. A według oceanologów, poziom wód na świecie będzie się przez następne lata podnosił. W związku z czym rząd Wysp Marshalla ogłosił właśnie, że wybuduje wokół stolicy wielki mur, który powstrzyma zalania.
Dział Zagraniczny mówi: Waterworld!

KevinNiektórzy w młodości wierzyli w Jezusa, Dział Zagraniczny wierzył w Kevina Costnera

8. Czyli nie macie kasy?

I to podsumowanie tygodnia zakończmy radosnym, morskim właśnie akcentem. Na Sri Lankę wrócili właśnie rybacy, których kuter zaginął na Oceanie Indyskim na początku miesiąca. Marynarze wyjaśnili, że po prostu napadli ich piraci, którzy dokonali abordażu, zabijając dwóch rybaków i uprowadzili łódź do Somalii. I dopiero wtedy postanowili pogadać ze swoimi ofiarami. Według tych drugich, dialog wyglądał z grubsza tak:
– Jesteście z Iranu?
– Nie, ze Sri Lanki.
– A, czyli nie macie kasy? No to sorry, nasza pomyłka. Możecie wracać do domu.
Dział Zagraniczny nie posiada się z radości, że są jeszcze na świecie piraci, którzy wykazują empatię.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

PS W ramach tygodniowego bonusa, video ze spotkania piłkarskich reprezentacji do lat 20 w meczu Ekwador-Chile. Komentarz po hiszpańsku, ale wystarczy się przyglądać:

Follow

Get every new post delivered to your Inbox.

Join 29 other followers