W dobie światowego kryzysu gospodarczego, Afryka znalazła jedną gałąź gospodarki, która nie tylko nie notuje spadków, ale wręcz rozwija się na tyle prężnie, że można ją eksportować. Piractwo właśnie przeniosło się z Somalii na drugi koniec kontynentu – do Beninu i Nigerii.
Dumny nigeryjski przedstawiciel szkoły, że im głębiej naciągniesz czapkę na oczy, tym mniej jesteś rozpoznawalny (Fot. EPA)
W Rogu Afryki nie spuszczają z tonu. Jak w styczniu podawał Dział Zagraniczny, rok 2010 był dla miejscowych korsarzy rekordowy: przeprowadzili 445 ataków, czyli aż o 10 proc. więcej, niż rok wcześniej (kiedy też wyśrubowali wyższą liczbę, niż wcześniej). Najwyraźniej teraz chcą pobić samych siebie, bo International Maritime Bureau informuje, że w pierwszej połowie 2011 r., zaatakowali już 163 razy (podczas gdy w analogicznym okresie 2010 – tylko 100).
Ich poczynania uważnie obserwują koledzy z pozostałych krajów, a ci z Beninu najwyraźniej postanowili skopiować patent.
Piractwo w Zatoce Gwinejskiej to nic nowego, ale do tej pory ograniczało się do Nigerii, gdzie napędzał je konflikt w Delcie Nigru. Ruch na Rzecz Wyzwolenia Delty Nigru (z ang. MEND) od kilku lat żąda sprawiedliwego podziału zysków, jakie rząd centralny ciągnie z wydobywanej tu ropy naftowej. Żeby wywrzeć na nim większą presję, partyzanci zaczęli w pewnym momencie porywać łodzie z zagranicznymi pracownikami działających w regionie koncernów międzynarodowych. Jak to często bywa w takich przypadkach, interes zwietrzyli też zwykli przestępcy (czasem – co też się przecież zdarza – działający i w partyzantce i chcący sobie dorobić na boku) i napady stały się częstsze.
W Afryce Zachodniej taktyka jest jednak zdecydowanie inna od tej, preferowanej przez piratów z Somalii.
Zakładników biorą tylko bojownicy z MEND, którym są potrzebni do wywarcia politycznej presji. Zwykłym bandytom chodzi tylko o łup, głównie paliwo. Taktyka jest taka, że uzbrojeni piraci podpływają szybką motorówką do wybranego celu i wdzierają się na pokład. Następnie kierują okręt do miejsca, gdzie czeka już ich statek-matka, na który porywacze przepompowują ropę. Na końcu, porwaną jednostkę zwyczajnie porzucają.
Co ciekawe, inna jest też skala agresji. Piraci z Somalii, jeszcze do niedawna byli znani z tego, że nie robią krzywdy uprowadzonym marynarzom. Żądającym okupu, zwyczajnie się to nie opłacało. Korsarze z Zatoki Gwinejskiej nie mają takich skrupułów. W akcji typu “hit and run”, liczy się dla nich tylko materialny łup, więc w razie jakiegokolwiek oporu, są dużo brutalniejsi. Napadniętych marynarzy biją bez litości, dźgają nożami, a ostatnio dwóch zastrzelili.
Wcześniej ataki zdarzały się tylko w okolicach Delty Nigru, ale w tym roku bandyci rozszerzyli swój teren łowów i zaczęli pojawiać się też na wodach Beninu. Zajmująca się ochroną jednostek pływających firma Risk Intelligence podaje, że w ciągu kilku ostatnich miesięcy, lokalni piraci przerzucili się z rabowania benzyny na wielkie ładunki typu cargo. Liczba ataków wzrosła na tyle, że londyńska firma ubezpieczeniowa Lloyd’s Market Association zaklasyfikowała Zatokę Gwinejską do tej samej kategorii ryzyka, co wody opływające wybrzeża Somalii.
Dział Zagraniczny wciąż nie wychodzi z podziwu, że trzeba angażować to co w tle, żeby złapać to, co na środkowym planie (Fot. AFP)
Problemem są już wyraźnie zaniepokojone lokalne władze. Szczególnie te w Beninie, którego duża część PKB pochodzi właśnie z obrotów portowych. Bandytyzm na ich wodach oznacza kłopoty dla mieszkańców w głębi lądu.
- Mnóstwo statków już zaczyna omijać nasz brzeg z obawy na piratów – ubolewał Maxime Ahoyo, szef miejscowej marynarki.
Przedstawiciele Beniniu i Nigerii odbyli serię spotkań między ze sobą nawzajem i z dowódcami amerykańskiej floty, przypisanej do działania w rejonie Afryki. Ci ostatni nie potrafią sobie jednak poradzić z piratami w Somalii, których zwalczają połączone siły NATO, Rosji, Chin i Indii, więc niektórzy analitycy szczerze powątpiewają, czy jakiekolwiek ich działania odniosą skutek w przesiąkniętej korupcją Nigerii.
Manuel i Isidro ze sobą nie rozmawiają. Ich rodzinną wieś Ayapa w południowo-wschodnim Meksyku zamieszkuje zaledwie 415 osób, a domy obu mężczyzn dzieli niecałe 500 metrów, ale od lat żaden nie zamienił słowa z drugim i nie zanosi się, żeby miało się to zmienić. Po prostu nie chcą mieć ze sobą nic wspólnego. Koniec. Kropka.
O co trwa spór w latynoskiej wersji “Zemsty” Fredry? Nie wiadomo – zaczęło kilkadziesiąt lat temu od jakiejś legendarnej kłótni. Być może wywołał ją Manuel – który według sąsiadów “jest trochę dupkiem” – ale chociaż już nikt tego dokładnie nie pamięta, to spór pozostał. I być może nigdy się nie skończy, bo Manuel ma 75 lat, a Isidro 69, więc łatwo sobie wyobrazić, że obu mężczyznom do śmierci jest bliżej niż dalej. Problem w tym, że wraz z nimi umrze jeszcze Ayapaneco. Język ich przodków, w którym dziś mówią już tylko (ale nie do siebie) właśnie Manuel i Isidro.
Manuel podczas tego, co wychodzi mu najlepiej: nierozmawiania z Isidro (Fot. Jaime Avalos/EPA)
Emeryci nie używają zresztą nazwy “Ayapaneco” – tak ich język ochrzcili hiszpańscy koloniści. Zamieszkujące te ziemie plemię wolało określenie “Nuumte Oote”, “Prawdziwy Głos”. Choć porozumiewających się w nim ludzi nigdy nie było przesadnie wielu, to jeszcze do połowy XX w. w Ayapa był popularniejszy od hiszpańskiego. Jednak wtedy władze Meksyku wpadły na pomysł alfabetyzacji kraju i przymusowej edukacji w języku narodowym – używanie jakiekolwiek innego stało się w szkołach surowo zabronione. Dzieci stopniowo wtrącały coraz więcej obcych słów do Nuumte Oote, a sprawę ostatecznie przypieczętowały urbanizacja i budowa solidnej drogi: w poszukiwaniu pracy, młodzie wyjeżdżali do miast, gdzie rozmywali się w masie nieznających “Prawdziwego Głosu” Meksykanów. W Ayapa, pamiętają go już tylko dwaj skłóceni ze sobą staruszkowie.
Nuumte Oote ma jednak szansę przeżyć swoich użytkowników. Daniel Suslak, wykładowca antropologii na Indiana University, od kilku lat kursuje bowiem między domami obu mężczyzn i na podstawie rozmów z nimi, tworzy słownik Ayapaneco. Projektem zainteresowała się Instituto Nacional de Lenguas Indígenas, czyli państwowe centrum badań nad językami rdzennymi i niewykluczone, że Suslak dostanie dofinansowanie od rządu Meksyku. Trochę szkoda, że ten zdecydował się na pomoc dopiero, kiedy Nuumte Oote naprawdę dogorywa. Ale to lepsze niż nic, szczególnie, że na świecie nie brakuje języków, które już za chwilę znikną bez śladu, nawet w najcieńszym słowniku.
Mężczyzna z plemienia Hadza wypatruje pozostałe 900 osób, które go rozumieją (Fot. Martin Schoeller/National Geographic)
Na świecie współistnieje dziś – prawdopodobnie – prawie 7 tys. języków. Ale, jak dowodzą badania Muzeum Archeologii i Antropologii z Cambridge, w ciągu 20-30 lat, połowa z nich będzie już martwa.
Niektóre umrą wraz z ostatnimi ludźmi, którzy potrafią się nimi posługiwać. Na przykład, Yahgan (Ziemia Ognista), Tinigua (Kolumbia), Pazek (Tajwan), Laua (Filipiny) czy Bishuo (Kamerun) są znane już tylko po jednej osobie (a listę można ciągnąć i ciągnąć).
Inne, chociaż teoretycznie spełniają warunek słynnego językoznawcy Michaela E. Krauss’a, zgodnie z którym są “bezpieczne” (musi się nimi w każdym momencie posługiwać ponad setka mieszkających na wspólnym obszarze dzieci), to w istocie znikną w ciągu jednej generacji.
Czasami dlatego, że są one najzwyczajniej w świecie “mordowane”. Na przykład, składająca się z aż 17 tys. wysp, zamieszkanych przez ponad 300 grup etnicznych Indonezja, prowadzi świadomą politykę wykorzeniania miejscowych dialektów i zastępowania ich urzędowym Indonezyjskim).
Inne zwyczajnie nie są w stanie przetrwać próby czasu w integrującym się z różnych grup społeczeństwie. Tak dzieje się chociażby w Tanzanii. Gdy kraj uzyskiwał niepodległość (jeszcze jako Tanganika w 1961 r, obecną nazwę przyjął dopiero 3 lata później, po zjednoczeniu z Zanzibarem), jego pierwszy przywódca, Julius Nyerere, głowił się: jak w państwie zamieszkanym przez ponad 120 plemion, uniknąć krawych wojen domowych, grożących wszystkim zamkniętym w sztucznie wyznaczonych przez Europejczyków granicach? Odpowiedź była na wyciągnięcie ręki – kiswahili. Powstały na wybrzeżach Afryki Wschodniej język, wraz ze wzrostem handlu rozprzestrzenił się wgłąb lądu i był prawdziwym lingua franca szlaków kupieckich. Nyerere postawił na jego całkowite upowszechnienie (szczególnie przez prowadzoną w nim darmową i obowiązkową edukację podstawową) i chociaż w kraju wciąż są regiony, gdzie języki plemienne wiodą przed nim prym, to na większości terytorium Tanzanii, to on jest numerem jeden. Im więcej osób się nim posługuje, tym częstsze są związki międzyplemienne, a urodzone z nich potomstwo chętnie porzuca dla niego języki przodków. Piszący te słowa spędził w Tanzanii w sumie kilka miesięcy i od swoich rówieśników często słyszał: – Mój ojciec jest z Chaga, moja matka z Nyamwezi, a ja urodziłem się w Dar es Salaam i znam tylko kiswahili.
Nie wszystkie zagrożone języki są automatycznie skazane na wyginięcie. Niekiedy, przy tytanicznej pracy filologów i miłośników, da się odtworzyć taki, który już praktycznie stał na krawędzi.
Hebrajski, chociaż pozostawał językiem rytualnym, stracił swoją pozycją jako język ojczysty dla Żydów rozproszonych w diasporze, a odrodzenie zaczął przeżywać dopiero pod koniec XIX w. Dziś (w nieco zmienionej formie) jest językiem urzędowym Izraela i posługuje się nim niemal 7 mln osób. Od śmierci udało się uratować też irlandzki [czy tam celtycki, Gaeilge, czy jak kto woli], hawajski, czy chociażby salento. Ba! Włoski Sud Sound System dostaje kasę od lokalnych władz, tylko za to, że swoje piosenki nagrywa właśnie w tym dialekcie:
Prawdziwy problem pojawia się przy językach, które nie mają formy pisanej. Przekazywane ustnie legendy, pieśni itp. da się uratować i utrwalić na różnych nośnikach (robił już tak Bronisław Piłsudski, brat Józefa, który po zesłaniu na Sachalin, zaczął rejestrować język Ajnów na… wałkach woskowych). Jak jednak przenieść je na papier? Ustalić ich gramatykę?
Somalijski, chociaż posługiwali się nim niemal wszyscy mieszkańcy dzisiejszej Somalii, przez wieki nie dorobił się zapisu. Chociaż Osman Jusuf Kendid stworzył projekt własnego alfabetu już w latach 20. XX w., to zwolennicy różnych opcji (silnie promowany był np. alfabet arabski) ścierali się przez następne pół wieku, aż ostatecznie stanęło na alfabecie łacińskim.
W Chile zamieszkuje rdzenne plemię Mapuche. Ich liczebność ocenia się różnie, od 600 tys. aż do 1 mln. Tak czy siak – wydawać by się mogło, że jest ich ostatecznie wielu, by ich własny język kwitł bez przeszkód.
Nic bardziej mylnego. Mapudungun był ostro tępiony przez dyktaturę Pinocheta (za jego używanie w szkołach, dzieci karano biciem), a po jej upadku nikomu nie zależało na jego promowaniu. Dział Zagraniczny spędził wśród Mapuche trzy miesiące i doskonale wie, że najmłodsze pokolenia mają problem nawet z powiedzeniem “Kocham Cię”, chyba jednym z najbardziej podstawowych zwrotów we wszystkich językach świata.
Chociaż co do jego zapisu w języku łacińskim nikt nie ma żadnych wątpliwości, to wciąż nie ustalono do końca, jak przenosić na czcionki niektóre z jego zgłosek. Przed laty, Microsoft wypuścił tłumaczenie Windowsa na Mapudungun i niedługo później musiał go wycofywać, bo lokalne społeczności Mapuche oskarżyły amerykańską firmę, że z góry narzuca im określoną pisownię. Ich języka naucza się w szkołach (jako drugiego i tylko w Regionie IX) dopiero od 2010 r. Piszący te słowa był na przygotowującym tę zmianę kongresie nauczycieli Mapuche w Temuco i pamięta wyraźnie, że chociaż wszyscy starali się porozumiewać tylko i wyłącznie w Mapudungun, to czasami odruchowo przechodzili na hiszpański – w ich języku po prostu brakuje niektórych słów.
Nauczyciele Mapuche podczas rozkminy, jak w Mapudugun powiedzieć: “Siadaj, pała” (Fot. Maciej Okraszewski/Dział Zagraniczny)
Ile języków przetrwa do końca XXI w? Czy mandaryński zastąpi angielski? Trudno powiedzieć. Okazuje się jednak, że Ayapaneco ma na to większe szanse, niż się wydawało. Po tym jak historię Manuela i Isidro opisała prasa od Urugwaju po Mongolię, Instituto Nacional de Lenguas Indígenas ogłosiło, że chciałoby w Ayapa zorganizować lekcje Prawdziwego Głosu, na których mieszkańcy uczyliby się od obu mężczyzn. Najwyraźniej do stolicy nie dotarł główny przekaz artykułów – Manuel z Isidro w jednym pokoju siedzieć nie będzie. Koniec. Kropka.
Róg Afryki pustoszy najgorsza susza od 60 lat. Deszcz widziano w tych stronach ostatni raz jakieś 20 miesięcy temu, a synoptycy przekonują, że przed wrześniem nie spadnie ani jedna kropla wody. Głód dotyka już ponad 12 mln ludzi, niedożywionych jest aż połowa wszystkich pięciolatków. W samej tylko Somalii, co miesiąc 15 tys. osób ucieka ze wsi przed pewną śmiercią. Jeszcze przed kryzysem, duża część pasterzy wyprzedawała większość swoich zwierząt, bo nie byli w stanie utrzymać dużych stad – dziś są za małe, żeby można było z nich żyć.
Jest jednak takie miejsce, gdzie podobne doświadczenia sprzed kilku lat dały mieszkańcom sporo do myślenia. I mocno zmieniły ich styl życia.
ONZ ma na dniach ogłosić pierwszą od 1992 r. klęskę głodową w regionie (Fot. Roberto Schmidt/AFP)
Cztery lata temu, wielu mieszkańców dystryktu Kajiado, jakieś 100 km na południe od kenijskiej stolicy Nairobi, myślało, że świat się kończy.
- Miałem ponad dwieście krów – wspomina Ezekiel ole Kiai – Ale wszystkie padły podczas tamtej suszy.
Brak deszczu dał się wtedy we znaki całej Kenii, ale dla zamieszkujących ją Masajów był wręcz katastrofalny: z głodu padło 70 proc. ich krów. A Masaj bez krowy, to już nie Masaj.
Półkoczownicze plemię to wręcz archetyp pasterskiej społeczności. Jego członkowie wierzą, że to bóg dał im bydło i mają obowiązek się nim opiekować (pierwotna wersja mówiła wręcz, że są jedynymi, którzy mają do tego prawo, co usprawiedliwiało krwawe wyprawy łupieżcze na sąsiadów). Podstawą ich diety jest mleko, ale zużywają go na swoje potrzeby stosunkowo niewiele, więc tuczą się na nim cielaki, z których wyrastają potem wielkich rozmiarów krowy. Często upuszcza im się trochę krwi, która – zmieszana z mlekiem – jest świetnym źródłem protein, ale same zwierzęta zabija się na mięso stosunkowo rzadko. W hodowli a la Masaj idzie o ilość – im większe masz stado, tym sam jesteś większy we własnym stadzie.
Dlatego wydarzenia sprzed kilku lat były takie dramatyczne.
- Bez zwierząt, ludzkie ego jest zdruzgotane – wyznaje szczerze inny poszkodowany w tamtym czasie, Larinkoi ole Kone. Z jego 70 krów, pamiętną suszę przeżyły tylko 3. Mężczyzna dramatycznie poszukiwał sposobu, w jaki mógłby wyżywić swoje dwie małżonki i dziesiątkę dzieci. I znalazł: pasieki.
Lokalna organizacja pozarządowa rozwijała akurat program pszczelarski. Warunki są – większość kwiatów, które kupujemy w Europie, pochodzi właśnie z Kenii. Wcześniej próbowano już Masajów przekonywać do urozmaicenia zajęć, ale dumni pasterze gardzili wszystkimi propozycjami. Jednak, kiedy głód zajrzał im w oczy, szybko zmienili zdanie.
Teraz Kajiado płynie nie tylko mlekiem, ale i miodem (Fot. Peterson Githaiga/Daily Nation)
Zaczęło się skromnie. Pierwsza grupka chętnych dostała kilka uli i podstawowe przeszkolenie. Na początku nie mieli nawet żadnych strojów ochronnych, więc chodzili zbierać miód tuż przed wschodem słońca, kiedy pszczoły są rzekomo bardziej otępiałe. Co i tak nie uchroniło ich przed setkami użądleń. Nie mieli tej przewagi, co ich konkurencja – mangusty.
- Pierdzą – podsumowują krótko Masajowie.
Mangusty mają mistrzowską taktykę. Po prostu puszczają gazy dookoła ula, a gdy pszczoły zostaną przepłoszone, dobierają się do miodu. Problem złodziei rozwiązały dopiero specjalne zatrzaski, których zwierzęta nie potrafią otworzyć.
Pomysł chwycił. Okazało się, że zbierany co trzy miesiące miód doskonale sprzedaje się w stolicy. Dziś pszczelarstwem zajmuje się ponad 600 Masajów w całym regionie. Zarobki zupełnie przerosły ich oczekiwania, więc nie oszczędzają, tylko wydają wszystko na to, co ich zdaniem najważniejsze – edukację dzieci i… krowy.
Znowu dzień opóźnienia. Ale co mówić – wyścigi się zaczęły na Służewcu.
1. Początek sezonu
W Afryce już chyba na dobre rozpoczął się sezon zamachów stanu. Po nieudanych próbach w Demokratycznej Republice Konga i na Madagaskarze, przyszedł czas na Burkina Faso.
Ruchawka zaczęła się już w czwartek, kiedy na ulice Ouagadougou wyległy tłumy, jakich stolica nie widziała od lat. Tysiące ludzi protestowało przeciw rosnącym kosztom życia, bo konflikt w sąsiednim Wybrzeżu Kości Słoniowej spowodował, że w kraju mocno podskoczyły ceny cukru, oleju do smażenia, mleka w proszku itd. Na cywilnym proteście pewnie by się skończyło, ale na nieszczęście dla głowy państwa, adrenalina przelała się do jego pałacu. I za broń chwycili żołnierze z jego straży przybocznej, którzy gwałtownie postanowili dać do zrozumienia, że nie podobają im się opóźnienia w wypłatach żołdu. Strzelanina rozpoczęła się tuż po zachodzie słońca, a bunt szybko rozprzestrzenił się na inne wojskowe baraki. Prezydent Blaise Compaore musiał salwować się ucieczką.
Jakby tego było mało, w sobotę – kiedy wojskowi już się uspokoili – stolicę spustoszyli lokalni kupcy. Z dymem poszła siedziba partii rządowej, zdemolowane zostały też budynki parlamentu, ministerstwa handlu i jeszcze kilka innych. Manifestanci wykrzykiwali, że żołnierze złupili ich kramy, ograbili ich z oszczędzności życia, że biją i gwałcą, a rząd nic sobie z tego nie robi (faktycznie, żeby nie sięgać daleko – w marcu grupa wojskowych też podniosła krótkotrwały bunt i z bronią w ręku odbiła z więzienia kolegów, odsiadujących tam kary za gwałty, a władze po prostu przymknęły oko na cały incydent).
Campaore do niedzieli odzyskał kontrolę, mianował nowych szefów armii i gwardii przybocznej, a w kraju zapanował spokój. Pytanie tylko na jak długo. Prezydent zdobył władzę w 1987 r. w zamachu stanu, ale przez ostatnie lata wyrósł na regionalnego rozjemcę. Aktywnie mediował pomiędzy zwaśnionymi stronami na Wybrzeżu Kości Słoniowej, w zeszłym roku pomógł wynegocjować przekazanie władzy cywilom przez juntę wojskową w Gwinei, wcześniej załagodził też konflikt w Togo. Niewykluczone, że jeżeli sytuacja w Burkina Faso się nie poprawi, to niedługo sam będzie potrzebował pomocy jakiegoś kolegi z sąsiedztwa.
2. Jesteśmy twierdzą
A tymczasem, po drugiej stronie kontynentu temperatura też nie spada. W Swazilandzie (mimo zapewnień ministra, że do niczego nie dojdzie) tłumy wyszły na ulice w 38. rocznicę delegalizacji wszystkich partii politycznych. Policja odpowiedziała armatkami wodnymi, gazem łzawiącym, gumowymi kulami i starym dobrym obijaniem pałą po plecach. Aresztowano przywódców związków zawodowych, działaczy opozycji demokratycznej i relacjonujących wydarzenia dziennikarzy. A kilku polityków z sąsiedniej RPA, którzy głośno wyrazili swoje oburzenie wydarzeniami po drugiej stronie granicy, dostało bana na wjazd do Swazilandu. Co ulubieniec Działu Zagranicznego, minister Lutfo Dlamini, skomentował jak na siebie przystało: “Nic mi o tym nie wiadomo”.
Swoją drogą, oficjalna dewiza Swazilandu brzmi: “Jesteśmy twierdzą”. Ehe.
Twierdza od środka (Fot. AP)
3. Szacunek za podjęcie walki
Marsze przeciw wysokim cenom odbyły się też w Ugandzie, mimo że – uwaga, suspens – władze ich zakazały. W skrócie było tak: Kizza Besigye (który w lutym przegrał wybory prezydenckie z rapującym Yowerim Musevenim) stanął sobie na czele tłumu i ruszył dumnie do przodu, tylko po to, żeby 10 minut później zostać zblokowanym przez policję i stać na środku wielkiego rowu pod palącym słońcem. Kiedy wreszcie po kilku godzinach, stróżom prawa wydawało się, że manifestanci są zmęczeni i kordon poluzowano, ci ruszyli w dalszą trasę. Więc kilometr dalej dostali gazem łzawiącym i gumowymi kulami. Jedna z nich uszkodziła dłoń Besigye, który natychmiast po wydarzeniach został hospitalizowany, a w tym czasie kilku jego kolegów, w tym nowo wybrany burmistrz Kampali, zostało na parę godzin wsadzonych z kratki.
W Polsce działają triady, tzn. porozumienia nabojek różnych zaprzyjaźnionych klubów z północy, centrum i południa. Na przykład zgoda Arki z Lechem i Cracovią, albo Lechii ze Śląskiem i Wisłą. Dział Zagraniczny zastanawia się, czy podobną zawiążą Campaore, Museveni i Mswati III.
4. Peja nosi brodę
Zupełnie inaczej radzi sobie inny ulubiony rząd Działu Zagranicznego. Władze Somalii (przynajmniej te oficjalnie uznawane na świecie, czyli de facto kontrolujące tylko stolicę) po tym, jak same sobie przedłużyły kadencję, postanowiły ogłuchnąć na krytykę. W Nairobi odbyło się spotkanie z inicjatywy ONZtu, którego uczestnicy powiedzieli rządowi w Mogadiszu: “Chłopaki, nie wygłupiajcie się”. Na co ci drudzy, olawszy wcześniej wysłanie jakiegokolwiek przedstawiciela do Kenii, odpowiedzieli w oficjalnym komunikacie: “To spotkanie nie realizuje potrzeb Somalijczyków”.
+20 za konsekwencję.
Tymczasem przeciwnicy rządu numer jeden, czyli islamistyczne bojówki Al-Shabab, też walnęli stylóweczkę. Walczący w ich oddziałach Omar Hammami, urodzony i wychowany w Stanach, miał rzekomo zginąć w marcu. Ale żyje. Co postanowił ogłosić światu w jedny właściwy religijnym fanatykom sposób. Nagrywając gorącego rapa. Fragment tego militarystycznego bałnsu:
“There’s nothing as sweet as the taste of a tank shell
But it could be compared to being where the mortar fell”.
Dla zainteresowanych, całość do odsłuchania tutaj.
Dział Zagraniczny widzi co najmniej kilka możliwych duetów na polskiej scenie.
5. Dział Zagraniczny chce być członkiem tej komisji
Jak już o muzyce mowa, to dwie dobre wiadomości z Jamajki.
Po pierwsze, będzie remake “The Harder They Come”. Legendarny film z 1972 r., w którym po raz pierwszy na szeroką skalę pojawiło się reggae, w roli głównej wystąpił Jimmy Cliff, a na ścieżce dzwiękowej znaleźli się między innymi Desmond Dekker czy Toots and the Maytals, powróci w odświeżonej formie za sprawą Trudie Styler (producentki między innymi “Snatch” czy “Lock Stock and Two Smoking Barrels”), oraz Justine Henzell, córki zmarłego w 2006 r. Perriego Henzella, scenarzysty i reżysera oryginału.
Dział Zagraniczny nie może się doczekać.
Druga dobra informacja, to że gabinet Bruce’a Goldinga zastanawia się nad wprowadzeniem w życie postulatów z raportu Narodowej Komisji do spraw Ganji. Serio, tak się nazywało to grono (złożone z socjologów, prawników, lekarzy i innych tęgich głów dobranych na miejscowych wyszych uczelniach) w 2001 r., kiedy ówczesny rząd zlecił mu badania nad ewentualną legalizacją marihuany. Komisja powiedziała “irie!”, ale władze jakoś się do propozycji nie zapaliły (tak, wiem, nic nie poradzę, takie mam poczucie humoru, bliscy już narzekają). Teraz jednak parlamentarzyści wydają się sprawie przychylniejsi.
Gdyby Jamajka pośpieszyła się z legalizacją, to Dział Zagraniczny podejrzewa, że premiera “The Harder They Come” będzie najwspanialszym seansem w historii kina.
6. A teraz, drogie dzieci, opowiem Wam bajkę
A pierwszym, który wyrwał się przed szereg i postanowił skorzystać na rozluźnieniu kagańca na Jamajce, został ajatollach Mohammad Saeedi. Podczas niedawnej transmisji w irańskiej telewizji, postanowił podzielić się z widzami anegdotką o narodzinach Aliego Chameneiego, kolegi po fachu i faktycznego przywódcy Iranu.
- Tuż przed opuszczeniem ciałą swej matki, ajatollach rzekł “Ya Ali!”, na co położna odpowiedziała “Niech Ali otoczy Cię swoją opieką” – rzucił do kamer Saeedi, a Dział Zagraniczny od razu wiedział, że następne wakacje na Karaibach spędzą razem.
7. Lepsza połowa
A w ogóle, o co chodzi z tymi żonami? Dział Zagraniczny śledzi walkę Sandry Colom o fotel prezydencki po swoim mężu, a w tym tygodniu takie same plany ogłosiły Pierwsza Dama Dominikany, pani Margarita Cedeño, oraz koleżanka po fachu z Ghany, pani Nana Konadu Agyeman-Rawlings (choć trzeba przyznać, że pan Rawlings, na imię Jerry, jest na emeryturze od 2001 r.; na drugiej emeryturze, bo władzę brał w zamachach stanu dwukrotnie).
To może pomysł dla Mswatiego III? Żeby uspokoić Swaziland, może oddać władzę swojej żonie. W końcu ma ich 18, więc szerokie pole do popisu.
8. Czemu interpretują
Skandal na Niue. Jak widać, Barbuda nie jest jedynym wyspiarskim państewkiem, które postanowiło skapitalizować na ślubie Kate i Williama. Kraj na Pacyfiku wypuścił serię znaczków pocztowych z młodą parą. Sęk w tym, że znaczki są podwójne. To znaczy, na tym po lewej jest Kate. A na tym po prawej William. A przez sam środek idzie perforacja.
- Ludzie uważają, ze znaczki sugerują, że para w przyszłości się rozejdzie. Nie wiem, czemu tak to interpretują – powiedział premier Toke Talagi.
Znaczki można zamówić w Nowej Zelandii za 5.80 NZD (Fot. AP)
9. Koon end Frends
A na koniec: Atlantyk. A konkretnie, jego część na północ od wybrzeży Gujany i Surinamu.
Brazylijczycy odkryli tam bowiem… ogromne wiry wodne. Oba mają po 400 km średnicy. Generalnie nie chce mi się o tym pisać, możecie sobie o nich poczytać tu i tu. W skrócie można tylko podsumować, że naukowcy nie do końca wiedzą, skąd te wiry się wzięły.
A Dział Zagraniczny wie: Cthulhu! Coon and Friends strajk bek, unikajcie koncertów Bibera.
Podsumowanie tygodnia znowu spóźnione o jeden dzień. Przepraszamy, zapraszamy.
1. No, tata obalił rząd, to teraz sobie wystartuję w wyborach
W zeszłym tygodniu pisaliśmy o tym, że Sandra Torres de Colom, żona prezydenta Gwatemali, chce po jesiennych wyborach zająć miejsce męża. Ale jest drobny szczegół: konstytucja latynoskiego kraju zabrania kandydowania “krewnym do czwartego pokolenia urzędującej głowy państwa”. W związku z czym Sandra przekonuje, że… przecież jest żoną, a nie krewną. Dział Zagraniczny chciał nawet sugerować rozwód, ale prezydent Álvaro Colom stanowczo odrzucił taką możliwość. “Stanowczo” oznacza “na kilka dni” – w tym tygodniu para ogłosiła, że jednak poświęci małżeństwo dla politycznej kariery Sandry.
- Rozwodzę się z mężem, ale biorę ślub z ludem! – ogłosiła (jeszcze) Pierwsza Dama, z trudem hamując łzy.
Dział Zagraniczny się wzrusza. Szczerze. Zwłaszcza, że Sandra jest już trzecią z rzędu panią Colom, a wcześniej brała już jeden rozwód z innym mężczyzną.
Po prawej obecny prezydent, po lewej być może przyszły. Madonna już ćwiczy “Nie płacz po mnie, Gwatemalo” (Fot. Moises Castillo/AP)
Przeciwnicy polityczni (eks)małżeństwa Colomów oczywiście podnoszą alarm, że to niedopuszczalne kpiny z prawa. O tym, czy Sandra może ubiegać się o najwyższe stanowisko w państwie, ma ostatecznie rozstrzygnąć Trybunał Konstytucyjny. Ten sam, który już w 1989 r. zabronił startu w wyborach innej Pierwszej Damie: Raquel Blandón (jej mąż, Vinicio Cerezo, był prezydentem w latach 1986-1991). No, ale Raquel wówczas rozwodu nie brała…
Co jeszcze ciekawsze, Sandra nie jest jedyną potencjalną kandydatką w tegorocznych wyborach, której start byłby sprzeczny z konstytucją. Do Pałacu Prezydenckiego chce się wprowadzić też Álvaro Arzú (który był już raz głową państwa, a ustawa zasadnicza Gwatemali zabrania reelekcji), Harold Caballeros (pastor ewangeliczny: prawo nie pozwala na start “kapłanom religijnym”), Zury Ríos, której ojciec rządził jakiś czas jako dyktator po zamachu stanu z 1982 r. (konstytucja odrzuca możliwość kandydowania krewnych osób odpowiedzialnych za przewroty) oraz Eduardo Suger (który urodził się w Szwajcarii, więc nie jest jasne, czy spełnia warunek bycia “Gwatemalczykiem z pochodzenia”).
Patrząc na to wszystko, informacja że Leonel Fernandez – prezydent Dominikany – chce w przyszyłym roku kandydować na trzecią kadencję, mimo że (tak, zgadliście) konstytucja tego zabrania, to mały pikuś.
Dział Zagraniczny przewiduje ciekawą polityczną telenowelę.
2. Samozatrudnienie
Można olewać prawo, żeby zdobyć władzę, a można je też olewać, żeby tej władzy nie stracić. Jak w Somalii.
W kraju, który od 1991 r. jest de facto czarną dziurą na mapie świata, trudno wyłonić rząd w normalny sposób. Dlatego obecny powstał w ramach porozumienia pomiędzy różnymi frakcjami w państwie (czy raczej jego części) i pod czujnym okiem Unii Afrykańskiej, ONZ i USA. Miał działać do sierpnia tego roku. Ale już wiadomo, że będzie istnieć dłużej.
- Potrzebujemy więcej czasu, żeby przywrócić bezpieczeństwo – powiedział w niedzielę Mohamed Mohamud Boon, somalijski Minister do spraw Konstytucji (sic!), ogłaszając, że wraz z kolegami postanowił sobie przedłużyć umowę o pracę jeszcze na rok.
Rząd mógł wziąć przykład z parlamentu (również nie pochodzącego z wyborów), który w lutym zagłosował, że przesuwa sobie koniec kadencji o trzy lata.
Dział Zagraniczny mówi: słusznie! W kraju targanym wojną domową warto dbać o już istniejące etaty. ZUS się sam nie opłaci.
A, no i są też doniesienia, że do Somalii wkroczyły pierwsze oddziały kenijskie, żeby pomóc rządowi z Mogadiszu w walce z islamistami kontrolującymi południe kraju. Nairobi na razie oficjalnie tej informacji nie potwierdza, ale gdyby okazała się prawdą (a wiele na to wskazuje), to byłby pierwszy w historii przypadek interwencji tego państwa w Somalii (w Mogadiszu walczą też żołnierze z Ugandy i Burundi, ale w ramach misji Unii Afrykańskiej).
Ostatnia w tym tygodniu wiadomość z Afryki będzie dotyczyć innego aresztowanego: Freda. Pawiana z RPA.
Jeżeli ktoś z czytelników miał okazję odwiedzić Kapsztad, a konkretnie Przylądek Dobrej Nadziei, to z pewnością zauważył grasujące małpy, które wymuszają na turystach jedzenie, a czasem po prostu je bezczelnie kradną. Jedna z nich – Fred właśnie – zyskała sobie szczególnie złą reputację. Pawian był coraz bardziej agresywny, demolował samochody, atakował turystów, kilkoro osób poważnie poturbował. Więc został pojmany i czeka go kara śmierci. Serio: chcą go uśpić. Za kanapki.
5. Sprawiedliwość inaczej
Nie wiadomo z kolei za co policja w Brazylii chciała zabić 14-letniego chłopca z Manaus. Na nagraniu, które ujawniły w tym tygodniu media i które wzburzyło cały kraj, widać, jak jeden z policjantów strzela nastolatkowi w klatkę piersiową z odległości dwóch metrów.
Jak się okazuje, sytuacja miała miejsce w sierpniu zeszłego roku, ale nagranie z kamery przemysłowej długo pozostawało nieznane, bo rodzina chłopca bała się zemsty ze strony policji. Wideo wyciekło teraz, bo zarówno nastolatek (który cudem przeżył), jak i wszyscy jego krewni zostali objęci programem ochrony świadków.
Dział Zagraniczny odwiedzał kiedyś swoją własną rodzinę w Brazylii, kiedy w Sao Paulo doszło do ogromnej strzelaniny pomiędzy dwoma ekipami. Po jednej stronie ulicy strzelała policja. A po drugiej ogniem odpowiadała… policja.
Stróże prawa 1 – Zdrowy rozsądek 0.
6. Senat pozwala
Tymczasem w piątek, Senat w Meksyku znowelizował prawo karne, dzięki czemu od tego tygodnia zdrada małżonka już nie jest przestępstwem. Na co sami Meksykanie reagują pytając: “A była?!”.
7. Żona nie dla emeryta
I tym sposobem zataczamy koło, bo skoro podsumowanie zaczęliśmy od małżeństw i kruczków prawnych, to tym samym skończymy.
Kambodża wprowadziła ograniczenia dla zagranicznych mężczyzn, którzy chcieliby się ożenić z miejscowymi dziewczynami. Konkretnie, to zabroniła tego panom, którzy są po pięćdziesiątce. A jakikolwiek młodszy obcokrajowiec musi się teraz w urzędzie wykazać dowodem, że zarabia przynajmniej 2,5 tys. dolarów miesięcznie (czyli kilkakrotnie więcej, niż wynosi średnia pensja w Kambodży). W przeciwnym wypadku, zgody na sakrament nie dostanie.
- To nie wygląda dobrze, kiedy widzi się młodą Kambodżankę ze starszym obcokrajowcem – wypalił bez ogródek rzecznik prasowy rządu.
Co ciekawe, zakaz nie obejmuje starych Kambodżan, którzy chcieliby się ożenić z młodą właścicielką obcego paszportu.
Premier kraju, Hun Sen, ma 60 lat. I jest brzydki. Ale to na marginesie.
Nie będzie obcokrajowiec kobiet nam łajdaczył! (Fot. EPA)
Generalnie starszy pan nie pierwszy raz pokazuje, że prawa kobiet średnio mu leżą na sercu. W 2007 r. wsławił się publiczną deklaracją, że jego adoptowana córka okazuje się być lesbijką, więc właśnie wykreśla ją z testamentu.
Drogie panie: emigracja. Dział Zagraniczny zaprasza.