Archive

Posts Tagged ‘Wybory’

Bez prawka, bez mandatu

Arabska Wiosna przetoczyła się przez państwa regionu jak walec. W Tunezji i Egipcie wyniosła do władzy islamistów. W Libii obaliła dyktatora, teraz jej wschód ogłosił autonomię i to zapewne koniec tego państwa w formie, jaką znamy. W Syrii doprowadziła do krwawej wojny domowej. A w Jemenie zmiotła prezydenta i nikt nie wie, jaka przyszłość czeka ten kraj.

Gdzie by nie obrócić głowy, tam spowodowała prawdziwe polityczne trzęsienie ziemi. Za wyjątkiem jednego miejsca, które całkiem otwarcie wrzało już od dawna i gdzie czegoś na kształt Arabskiej Wiosny spodziewano się od co najmniej kilku lat.

Dlaczego więc Algieria nie wybuchła?

KibiceNie, to nie protestujący – to kibice (Fot. EPA)

Po wyjątkowo krwawej wojnie z Francją o wyzwolenie, władzę w kraju przejęli autorytarni wojskowi, którzy przez prawie trzy następne dekady nie chcieli nawet myśleć o jej oddaniu. Ale w 1988 r., po masowych protestach obywateli, rząd postanowił nieco poluzować gorset. Zatwierdzona rok później w referendum nowa konstytucja wprowadzała system wielopartyjny, związki zawodowe, wolność wypowiedzi i zgromadzeń.

Eksperyment z demokracją nie przetrwał nawet trzech lat.

W 1990 r., wybory lokalne miażdżąco wygrał Islamski Front Ocalenia, powiązany z egipskim Bractwem Muzułmańskim. Rok później, zwyciężył też w walce o parlament. Na reakcję byłych przywódców nie trzeba było czekać. Armia zrobiła zamach stanu, wybory zostały unieważnione, partia islamistów zdelegalizowana, konstytucja zawieszona, a wraz z nią – wszystkie dopiero co zdobyte wolności.

Musiało zginąć 200 tys. osób, zanim Abdelaziz Bouteflika, nowy prezydent, zdołał zaprowadzić pokój.

Bouteflika, rządzący krajem od 1999 r., kontynuował tradycję wtrącania przeciwników politycznych do więzień i okaleczania niezależnego sądownictwa. Ale równocześnie ograniczył władzę tajnych służb, pogodził się z islamistami i poszerzył możliwości debaty publicznej – między innymi przywracając częściową wolność prasy. Społeczeństwo obywatelskie poczuło, że pętla na szyi się poluzowała i zaczęło coraz głośniej wyrażać swoje niezadowolenie.

W Algierii jak na dłoni widać było wszystkie elementy, które doprowadziły do wybuchu Arabskiej Wiosny. Coraz młodsze i lepiej wykształcone społeczeństwo. Wysokie bezrobocie. Rosnące koszty życia, szczególnie jedzenia. Wpływy emigracji zarobkowej na postawy tych, którzy zostali w domu, czyli wzrost niezadowolenia z autorytaryzmu. Prasa otwarcie krytykowała władze, obywatele coraz częściej strajkowali, albo zbierali się na demonstracjach. Dział Zagraniczny już w 2008 r. wysłuchiwał na wykładach Uniwersytetu w Granadzie, że wybuch jest tylko kwestią czasu.

A kiedy wreszcie godzina wybiła, Algieria okazała się niewypałem.

Arabska Wiosna w AlgieriiArabska Wiosna w Algierii chwilowo przysiadła (Fot. Sidali Djarboub/AP)

Początek był obiecujący. W styczniu, już po wydarzeniach w Tunezji, ale jeszcze przed Egiptem, Algierczycy wyszli na ulice stolicy protestować przeciw zbyt wysokim cenom jedzenia. W starciach z rządowymi siłami zginęło pięć osób, a osiemset zostało rannych. Pozostałe miasta zawrzały. Ale tylko na chwilę – władze szybko rozbroiły sytuację.

W lutym zniesiono stan wyjątkowy (ten sam, który wprowadzono jeszcze w 1992 r.). W kwietniu zapowiedziano reformę konstytucji i nowe prawo wyborcze. W maju ogłoszono subsydia na mąkę, mleko i cukier. Poza tym, z więzień wypuszczono część islamistów przetrzymywanych tam jeszcze od pamiętnych wyborów, pracownicy budżetówki dostali podwyżkę, a policja polecenie, żeby nie napastować ulicznych sprzedawców, ani… kierowców, którzy nie mają dokumentów.

Poza tym, Bouteflika zapowiedział stworzenie ogólnonarodowego forum, gdzie będą omawiane przyszłe reformy. Do jego zorganizowania wyznaczył dwóch Mohammedów – Touatiego i Ali Boughaziego. Pierwszy to przedstawiciel Berberów, a drugi jest związany z kierownictwem islamistów.

Podziałało. Im więcej mijało czasu, tym Algierczycy byli mniej skłonni do buntowania się. Tym bardziej, że państwowa telewizja pokazywała wydarzenia w sąsiedniej Libii jako terrorystyczną rewolucję i obcą interwencję porównywalną z Irakiem, albo Afganistanem. Rany z własnej wojny domowej jeszcze się nie zagoiły – Algieria wolałaby ich na nowo nie rozdrapywać.

Pytanie: co dalej?

W połowie maja powinny się odbyć wybory parlamentarne. W poprzednich – w 2007 r. – wzięło udział zaledwie 35 proc. uprawnionych, co szczególnie teraz łatwo odczytać jako żółtą kartkę dla rządzących. Władze robią więc wszystko, żeby tym razem było inaczej.

Zgodnie z nowym prawem wyborczym, partie niepowiązane z rządem mogą wreszcie urządzać kongresy i wiece wyborcze. Według przewidywań, w majowych wyborach powinno się zmagać aż 60 ugrupowań. Co nie cieszy jednak wszystkich. Front Sił Socjalistycznych (FFS), główna partia opozycyjna, która zbojkotowała zarówno głosowanie w 2007, jak i 2002 r., uważa że to celowe działanie władzy, która chce rozbić nieprzychylne sobie siły na drobne i słabe grupki.

Rząd robi co może, żeby nowe wybory okazały publiczną akceptacją dla reform, które podejmuje – a taki wizerunek gwarantowałaby wysoka frekwencja. Między innymi dlatego, Ministerstwo Spraw Wewnętrznych od jakiegoś czasu rozsyła SMSy, w których nakłania do głosowania.

W Tunezji, Egipcie i Maroku, elekcje zorganizowane już po zeszłorocznych wydarzeniach, przyniosły zwycięstwo islamistom. Ich koledzy z Algierii liczą teraz na podobny wynik u siebie.

Pytanie więc: czy jeżeli faktycznie odniosą sukces, to wojskowi nie zafundują im powtórki sprzed 20 lat? I czy wówczas obecna wiosna w Algierii nie okaże się jeszcze gorętsza, niż zeszłoroczna u sąsiadów?

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Jak ubrać słonia

Ile brezentu potrzeba na całkowite opatulenie kilkuset pomników słoni? Najwyraźniej dużo, bo służbom publicznym w indyjskim stanie Uttar Pradesh go zabrakło. A do zakrycia zostały jeszcze podobizny kobiety, która zleciła wykonanie posągów.

Wybory lokalne w Indiach, to nie kaszka z mlekiem.

Słonie w różuW Indiach, w tym sezonie słonie noszą róż (Fot. AFP)

Zasady są dość proste. Prawo mówi, że wszyscy kandydaci mają mieć równe szanse i żaden nie powinien być bardziej eksponowany niż inny. Oznacza to, że wizerunki polityków sprawujących kierownicze funkcje muszą zniknąć z publicznych placów, urzędów, środków komunikacji itd. Na ogół wystarczy zdjąć kalendarze z wizerunkami burmistrzów ze ścian, poodklejać plakaty, zamalować sławiące ich graffiti, więc sprawa wydaje się prosta.

No, chyba że jesteś urzędnikiem w Uttar Pradesh. Wtedy rzecz się komplikuje. Mayawati Kumari – premier tutejszego rządu stanowego – choć wywodzi się spośród najniższej i najuboższej klasy w Indiach, to lubi pożyć zgodnie z zasadą “na bogato”.

Dalici to niedotykalni, pariasi. W drabinie społecznej stoją najniżej z wszystkich. Mahatma Gandhi nazywał ich “ludźmi Boga” i próbował wywalczyć im więcej praw, ale udało mu się tylko częściowo. Choć w dużych miastach nie dyskryminuje się ich już tak otwarcie, to na wsi są wciąż szykanowani. Do dziś, ponad 90 proc. wszystkich analfabetów w Indiach, to właśnie dalici. Ale jest jedna rzecz, w której niedotykalni są prawdziwymi mocarzami – liczebność. Szacuje się, że jest ich aż 160 milionów, więc na wyborach to prawdziwa waga ciężka. Nic dziwnego, że Mayawati była wybierana na premiera ubogiego Uttar Pradesh aż czterokrotnie.

Behen-ji, “siostra” – tak nazywają ją zwolennicy. Według innych, to raczej “chciwa i skorumpowana paranoiczka”. Jest obecnie najbogatszym premierem stanowym w kraju, a jej majątek szacuje się na ponad 13 mln euro. Według indyjskich mediów, to aż o 67 proc. więcej, niż jeszcze kilka lat temu, a Mayawati nie potrafi przekonująco udowodnić, skąd ten zysk. Znana z ogromnego zamiłowania do diamentów, nie robi tajemnicy z tego, że lubi dostawać drogocenne prezenty, a na wiecach politycznych z upodobaniem odbiera od tłumów wielkie girlandy utkane z banknotów o wysokich nominałach – dla opozycji to wszystko dowody na jej chciwość i korupcję.

“Siostry” nie oszczędzały też depesze amerykańskich dyplomatów, ujawnione przez Wikileaks. Autorzy piszą w nich, że premier Uttar Pradesh popada w coraz większą paranoję, wszędzie węszy spiski na swoje życie, nigdzie nie rusza się bez obstawy większej niż ma niejedna głowa państwa, oraz że nie bierze do ust niczego, czego wcześniej nie spróbuje wyznaczony do tego człowiek. Amerykanie twierdzą, że lokalni dziennikarze są podsłuchiwani i boją się pisać krytyczne artykuły, a podwładni pani premier w obawie przed utratą pracy, przymykają oczy na jej najbardziej absurdalne zachcianki. Słynna jest anegdota, jak to posłała odrzutowiec po ulubioną markę sandałów, kiedy zaczęły jej się przecierać stare. Według tych samych dyplomatów, jej biura i luksusową rezydencję łączy prywatna droga, która jest błyskawicznie czyszczona, jak tylko przejedzie nią konwój pani polityk.

Girlandy z kasyDzięki za gotówkę chłopaki, będę miała na nowe sandały (Fot. AP)

Największe wrażenie robią jednak pomniki.

Przez ostatnie kilka lat, Mayawati kazała wznieść – często za publiczne pieniądze – 187 posągów słonia, symbolu jej partii. Wiele z nich sięga aż 5 metrów wysokości. Do tego, pani premier zleciła też stawianie pomników samej siebie: tych bardziej widocznych jest w sumie 12, z czego dwa wykuto w marmurze. W stolicy Uttar Pradesh zburzono nawet postawiony zaledwie kilka lat wcześniej stadion, żeby na jego miejscu wznieść podobizny zasłużonych działaczy partyjnych (oczywiście z Mayawati na czele).

Kiedy służby porządkowe wzięły się za wykonywanie zaleceń komisji wyborczej, okazało się, że zadanie jest tak ogromne, że już w poniedziałek zabrakło materiału na dalsze zakrywanie posągów. Z hurtowni błyskawicznie dostarczono dodatków 1500 metrów kwadratowych tkaniny, bo termin upływał w środę o 17:00 czasu miejscowego. Robotnicy uwijali się więc także w nocy. Krótko przed dedlajnem, Umesh Sinha ze stanowej komisji wyborczej, ogłosił, że zadanie zostało wykonane.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Goryl ma gorzej niż uchodźca

Dokładnie za tydzień, 28 listopada, w Demokratycznej Republice Konga odbędą się wybory. Można śmiało zaryzykować stwierdzenie, że przełomowe – bo dopiero drugie w ciągu czterech dekad niepodległości. Afrykański gigant, choć teoretycznie powinien być jednym z najbogatszych i najpotężniejszych krajów świata, bardziej przypomina Somalię, choć wciąż nie można go określić jako państwo upadłe. Jeszcze nie skonało, ale już jest umierające. Najbardziej cierpią na tym kobiety, dzieci i… goryle.

GorylątkoMały goryl jest jak małe dziecko i hasło, że “zły dotyk boli całe życie”, jest w jego przypadku równie prawdziwe (Fot. Virunga National Park)

Demokratyczna Republika Konga powinna być synonimem słowa “dużo”. Duży jest sam kraj – 2 mln kilometrów kwadratowych to prawie cała Europa Zachodnia. Dużo jest jego mieszkańców (71 mln), a ci mają dużo grup etnicznych (ponad 200). Ale przede wszystkim, dużo jest tu minerałów: złota, miedzi, cyny, kobaltu, z Konga pochodzi co trzeci diament na szyjach i palcach bogaczy od Nowego Jorku po Tokio, a każdy z Was nosi kawałek tego kraju w kieszeni, albo torebce – 70 proc. światowych zasobów koltanu, niezbędnego do produkcji telefonów komórkowych, spoczywa właśnie pod jego powierzchnią. Przez co, paradoksalnie, najwięcej jest problemów.

Korupcja jest plagą. Żeby założyć własny biznes w sąsiedniej Rwandzie (która w rankingach jest uznawana za najmniej skorumpowany kraj Afryki), potrzeba tylko 3 dni, w Demokratycznej Republice Konga – co najmniej 65, a i tak nie ma pewności, że sprawa zostanie pomyślnie załatwiona. Więc trzeba smarować i to grubo. Śmiertelność noworodków to 111 na 1000 urodzin (średnia światowa to zaledwie 41). ONZ w swoim dorocznym Raporcie o Rozwoju Społecznym, umieszcza Kongo na smutnym, ostatnim miejscu. A jeżeli ktoś z czytelników zastanawiał się kiedykolwiek, który kraj na świecie na najgorsze statystyki w kategorii bezpieczeństwa lotniczego, to już może zacząć się domyślać.

Najgorsza jest jednak niekończąca się przemoc.

W 1885 r., na konferencji berlińskiej, uznano Kongo za prywatną własność belgijskiego króla Leopolda II. Który okazał się być małym psychopatą. Za sprawą jego bestialskich rządów, zginęła połowa wszystkich mieszkańców tych terenów. W 1908 r., pod naciskiem oburzonej działaniami władcy dupka opinii międzynarodowej, Kongo zostało mu odebrane i stało się belgijską kolonią. Choć dola miejscowej ludności była wciąż ciężka, to na szczęście terror zelżał. Jednak, gdy w 1960 r. kraj stał się niepodległy, przemoc powróciła ze zdwojoną siłą. Najpierw wybuchła wojna domowa ze zbuntowaną Katangą, potem z Kasai Południowym, a w zamachu stanu, władzę przechwycił Mobutu Sese Seko: krzyżówka Pinocheta z Karlem Lagerfeldem.

MobutuMemo: jeżeli władzę w Twoim kraju przejmuje typ o takim guście, to następnego dnia proś o azyl w Szwecji (Fot. Reuters)

W 1996 r., Mobutu zrobił najgorszy błąd swojego życia: zaczął masakrować zamieszkujących wschodnie rubieże kraju Tutsich, żeby ich kuzyni z sąsiedniej Rwandy nie myśleli sobie, że jak wygrali jedną wojnę domową, to mogą za bardzo kozaczyć. Na co ci właśnie krewni postanowili odpowiedzieć, dając dyktatorowi fangę w nos. Już rok później rebelianci, wspierani przez właśnie Rwandę, ale też Ugandę, Burundi i Angolę, zdobywają stolicę, a Mobutu musi uciekać za granicę. Kongo było jednak od happy endu dalej niż bliżej.

Przywódca powstańców, Laurent-Désiré Kabila, dostaje od niedawnych sojuszników krótką piłkę: “Ziomek, pomogliśmy ci, to teraz wyskakuj z diamentów i złota”. Na co Laurent rzuca żołnierskie “Takiego!”, więc Rwanda, Uganda i Burundi nie bawią się dalej w dyplomacje, tylko najeżdżają Kongo. Angola, Namibia, Zimbabwe i Czad przybywają z pomocą, która szybko okazuje się być równie grabieżczym wypadem, co eskapada przeciwników. W ten sposób, Kongo staje się areną konfliktu, znanego powszechnie jako Afrykańska Wojna Światowa. Trudno oszacować, ile pochłonęła ofiar, ale szacuje się, że między 5,5 a 7 mln. I cały czas giną kolejni Kongijczycy.

Mimo, że wojska innych państw wycofały się już w 2002 r., to na wschodzie kraju wojna nigdy nie ustała. Partyzanci szaleją wciąż w Katandze, w Ituri i Kiwu. W tych dwóch ostatnich, postrach sieje również Armia Bożego Oporu, znana z wybitnego okrucieństwa i opierająca się na dzieciach-żołnierzach militarystyczna sekta. Straszliwy jest los kobiet – w maju Dział Zagraniczny podawał, że tylko w latach 2006-2007 na przestrzeni 12 miesięcy, zostało w tym kraju zgwałconych 400 tys. kobiet. Czyli średnio 48 na godzinę! A na pogardzanych Pigmejów najzwyczajniej w świecie urządza się polowania.

Teraz okazuje się też, że jest jeszcze jedna grupa ofiar kongijskiego konfliktu, która nie może mieć nawet pojęcia, że takowy kiedykolwiek się toczył – goryle.

Zabity gorylNa świecie jest już 7 mld ludzi, goryli górskich zostało nieco ponad 700 (Fot. Brent Stirton/Getty Images)

W zeszłym miesiącu, udało się pochwycić szajkę kłusowników, którzy próbowali sprzedać na czarnym rynku małe gorylątko za równowartość 40 tys. dolarów. To już czwarty taki przypadek od kwietnia, a instytucje zajmujące się ochroną tych ssaków przyznają, że niewykrytych spraw jest prawdopodobnie znacznie więcej.

- To tylko czubek góry lodowej – nie krył w rozmowie z prasą Emmanuel de Merode, dyrektor Parku Narodowego Wirunga, w którym żyje ok. 480 z mniej więcej 790 pozostających na wolności goryli górskich.

To wyjątkowy gatunek, największa z małp człekokształtnych – dorosłe samce ważą ponad 200 kg, a gdy się wyprostują, mierzą prawie 2 metry. Występują tylko w lasach deszczowych środkowej Afryki. Mimo potężnych rozmiarów, są mało agresywne. Za to silnie rodzinne: samce, będące przywódcami stada, na ogół nie wdają się w walkę o ochronę terytorium, tylko współtowarzyszy. Co, przy rosnącym popycie na małe gorylątka, okazuje się zgubą dla całego gatunku.

Goryle górskie nigdy nie porzucają swoich małych. Żeby więc porwać jedno, trzeba wcześniej wymordować całą jego rodzinę. Na ogół, na oczach maluchów, dla których jest to niewyobrażalny stres. Na tym nie koniec. Te z gorylątek, które udało się odratować z rąk kłusowników, były na ogół mocno poranione od krępujących je lin, chorowite i niedożywione. Resocjalizacja takiego zwierzęcia, to droga przez mękę.

Nie wiadomo ile dokładnie zwierząt pada łupem kłusowników, nieznani są też ich zleceniodawcy. Najczęściej wymienia się w tym kontekście bogaczy z Bliskiego Wschodu i Rosji, ale brak na to twardych dowodów, a bez nich – procederowi nie można skutecznie przeciwdziałać.

Pracownicy parku, jak również organizacje ekologiczne, przekonują, że handel da się zwalczać dopiero wtedy, kiedy ustaną krwawe konflikty w Kongu i w kraju zapanuje relatywny porządek. Jednak nadzieje, że stanie się tak dzięki wyborom w przyszłym tygodniu, są w zasadzie żadne.

Laurent-Désiré Kabila został zamordowany w styczniu 2001 r. Prezydentem został wówczas jego syn, Joseph. Wychowany w sąsiedniej Tanzanii, w rodzimym kraju nie cieszy się przesadną popularnością. Już dawno ogłosił pięciopunktowy plan naprawy państwa, ale jak do tej pory bardziej zainteresowany był umacnianiem swojej władzy, niż uporaniem się z problemami obywateli. Bici są krytyczni wobec niego dziennikarze, a działacze praw człowieka i organizacji zwalczających korupcję, są mordowani w tajemniczy sposób. Klika rządząca czuje się tak bezkarnie, że w zeszłym miesiącu Zoe Kabila, brat Josepha, kazał swoim ochroniarzom publicznie pobić dwóch policjantów kierujących ruchem na skrzyżowaniu, kiedy ci nie dali pierwszeństwa jego luksusowej terenówce.

W sierpniu 2006 r., w Demokratycznej Republice Konga odbyły się wybory prezydenckie, które – przy licznych głosach wskazujących na fałszerstwa – wygrał Kabila. Dział Zagraniczny był wtedy w Kigomie, mieście położonym nad Jeziorem Tanganika po stronie Tanzanii. Każdego dnia, przez granicę przeprawiały się tu grupy Kongijczyków, uciekających z kraju w obawie przed nasileniem konfliktu i szukające schronienia w okolicznych obozach uchodźców.

Goryle nie mają nawet takiej możliwości.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

O czym pamiętać, głosując w niedzielę

W niedzielę wybory. Kraj podzielony na dwa. Sporadyczna przemoc. Szef opozycji wyzywa przeciwników. Brzmi znajomo? Tak, w Kamerunie głosowanie to nie plaża.

Kamerun komisjaObwodowa Komisja Wyborcza na Bojowników Getta 3 w Łodzi (Fot. AFP)

W weekend o przychylność wyborców zmierzy się 23 kandydatów, ale zwycięzca jest już znany. To Paul Biya, który w czym, jak w czym, ale w rządzeniu to ma wprawę – na czele państwa stoi już od 1982 r. Na swojego następcę naznaczył go pierwszy przywódca Kamerunu, Ahmadou Ahidjo. Dość niespodziewanie, bo on sam był muzułmaninem z północy, a Biya to chrześcijanin z południa. I chyba szybko pożałował decyzji, bo już rok później musiał emigrować do Francji, skąd oskarżał byłego protegowanego o dyktatorskie zapędy i paranoję. Po czym zmontował mu nieudany zamach stanu, za co Biya skazał go zresztą zaocznie na karę śmierci, później zamienioną łaskawie na dożywocie. Ahidjo przeniósł się później do Senegalu, gdzie liczył na upadek rywala. Nie doczekał się, zmarł kilka lat później. Ale już pierwsze po zamachu stanu wybory powinny mu były dać do myślenia, że Biya nie ma zamiaru szybko rezygnować – dostał w nich nie mniej, ni więcej, tylko 99,98 proc. głosów.

Prezydent wygrywał potem wszystkie kolejne elekcje, choć już nie wszystkie z tak łukaszenkowatymi wynikami. W 1990 r. zezwolił bowiem nieostrożnie na legalną działalność opozycji i już dwa lata później musiał się zadowolić tylko 40 proc., a następny kandydat deptał mu po piętach, bo zgarnął ich aż 36. Mało tego, w powszechnej opinii Kameruńczyków i obserwatorów międzynarodowych, prawdziwe proporcje były odwrotne i Biya wygrał tylko dzięki fałszerstwom. Więc przy następnej okazji błędu już nie powtórzył i w 1997 r. powtórnie machnął sobie 92 proc., a w 2004 r., już chyba ze skromności – 70 proc.

No i na tym by się ta polityczna “Moda na Sukces” (żona prezydenta, Chantal, jest prawdopodobnie wzorem i ikoną dla wszystkich fryzjerów pracujących przy tej produkcji) skończyła, bo konstytucja z 1996 r. zezwalała tylko na dwie kadencje, ale… Uhm, zgadliście:
- Ograniczanie wyboru narodu jest niedemokratyczne – ogłosił w sylwestra 2008 Biya. Impreza musiała być przednia: kilka miesięcy później parlament nie tylko zniósł limit kadencji (no bo w końcu i tak miał ich tyle, że co mu szkodzi jeszcze kilka), a w razie gdyby jednak mu się znudziło, to w bonusie dorzucił immunitet karny na czas emerytury.

Biyowie i ich włosyPaul Biya i jego żona Chantal, której fryzura jest zarazem największą budowlą w kraju (Fot. AFP)

- To robactwo – powiedział o rywalach John Fru Ndi, ten sam, który w pamiętnych wyborach w 1992 r. omal nie pokonał prezydenta. Ale tym razem nie miał na myśli głowy państwa, tylko pozostałych opozycjonistów. Liczba kandydatów w tym roku jest rekordowa, a ponieważ wybory są tylko jednorundowe, to Fru Ndi twierdzi, że wszyscy inni działają tak naprawdę z polecenia prezydenta i mają osłabić szansę na zmianę, rozpraszając głosy niezadowolonych. A tych jest ostatnio coraz więcej.

W zamieszkach, jakie wybuchły po ostatniej zmianie konstytucji, zginęło ponad 40 osób. To świeża rana, którą pamięta zbyt wielu. W dodatku chwilę potem, do Kamerunu dotarł światowy kryzys. Oficjalnie bezrobocie wynosi 30 proc., ale to dane sprzed prawie dekady i opozycja przekonuje, że w rzeczywistości bez pracy jest znacznie więcej osób, a ciągle przybywa nowych. Coraz częściej słychać głosy niezadowolenia i zarzucanie prezydentowi, że otacza się kliką, która dorabia się kosztem państwowego budżetu. W marcu władze musiały ekspresowo blokować w kraju dostęp do Twittera, bo mieszkańcy stolicy zwoływali się za jego pomocą na marsze protestacyjne. International Crisis Group ostrzega, że napięcie w Kamerunie rośnie i sytuacja może w końcu wybuchnąć.

Najlepszym dowodem są wydarzenia z ostatniego czwartku. Pięciu umundurowanych mężczyzn zablokowało jeden z ważniejszych mostów w kraju, wywiesiło plakaty z hasłami typu “Biya Dyktator” i zaczęło strzelać. Na miejscu szybko pojawił się oddział żołnierzy, który po krótkotrwałej wymianie ognia pojmał przeciwników, ale strzelanina zdążyła trafić do mediów. Piątka ludzi to jeszcze nie zamach stanu, ale ich szokujące działania są dowodem na to, że Kamerun jest coraz bardziej niespokojny.

A do tego wszystkiego, w tle wciąż tli się konflikt pomiędzy dwoma częściami kraju: francuskojęzyczną i tę porozumiewającą się po angielsku. Ta ostatnia od 20 lat coraz głośniej domaga się wprowadzanie federacyjnego charakteru państwa. Biya nigdzie indziej nie jest tak niepopularny, jak właśnie tu. I jego pewne zwycięstwo właśnie tu będzie kontestowane najmocniej.

Także, drogi wyborco, wrzucając w niedzielę kartkę do urny, pamiętaj, że tego samego dnia robi to także ktoś wiele kilometrów na południe. I tam “zdolność koalicyjna” nie jest nawet w połowie taka, jak u nas.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

PS Chantal Biya ma nawet stronę poświęconą tylko i wyłącznie swoim fryzurom: http://chantalbiyahair.tumblr.com/. Warto!

Kobra kąsa Chińczyków

- Aresztujemy każdego, kogo złapiemy z siekierą, maczetą, albo inną bronią – ogłosił w poniedziałek Francis Kabonde, szef policji w Zambii. Mundurowi wyciągnęli lekcję z poprzednich wyborów i przed wtorkowym głosowaniem postanowili dmuchać na zimne. Nie pomogło: już dzień później, na górniczej północy kraju doszło do zamieszek. Którymi bardziej od samych Zambijczyków, przejęli się zapewne Chińczycy.

Ponad 1000 miejsc do obsadzenia we władzach lokalnych. 150 etatów posła do zgarnięcia. I ten najważniejszy fotel – prezydencki. O który zmagała się dziesiątka kandydatów. Ale tak naprawdę, liczyło się tylko dwóch starców.

Zambia wyboryPolski wyborco, doceń, że nie masz takich kolejek do swojej komisji, gdzieś w żłobku na Bałutach (Fot. Geoffrey Machayi/AP)

Rupiah Banda, znany po prostu jako RB i Michael Sata, powszechnie nazywany King Cobra, przyszli na świat w tym samym, 1937 r. i obaj od dawna ocierali się o najwyższe stanowisko w kraju.

Banda przez lata służył w dyplomacji i wytrwale piął się po szczeblach partyjnej kariery. W 2006 r. został mianowany wiceprezydentem, a gdy dwa lata później urzędująca wówczas głowa państwa – Levy Mwanawasa – zmarła nagle na zawał, przejął stery i kilka miesięcy później zwyciężył w wyborach. Co ulica przyjęła zamieszkami, nie wierząc w oficjalny wynik. Banda pokonał zaledwie o włos (różnica niecałych 35 tys. głosów) ze swoim konkurentem, któremu wygraną wróżyły wcześniej wszystkie sondaże. Z King Cobrą.

Michael Sata przygotowywał się do nowej roli przez całe życie. Do szerszej świadomości przebił się po raz pierwszy w 1985 r., kiedy został burmistrzem Lusaki. Okazał się sprawnym administratorem, budował mosty, drogi, usprawniał komunikację. Z takimi osiągnięciami, bez problemu dostał się do parlamentu, gdzie powierzono mu funkcje rządowe. Szefował resortowi pracy, potem zdrowia, a w 1995 r. został ministrem bez teki i według większości analityków, trzecim najważniejszym człowiekiem w państwie, zaraz po prezydencie i wiceprezydencie. Ambitnie liczył, że w 2001 r. to właśnie on zostanie namaszczony jako kandydat partii rządzącej na prezydenta. Kiedy jednak zaszczyt spotkał nie jego, a Mwanawasę, Sata obraził się, zabrał zabawki i założył opozycyjne ugrupowanie. Z którym przegrał w 2006 r. i dwa lata później.

We wtorek udało mu się wreszcie pokonać złą passę. Dziś rano ogłoszono oficjalne wyniki i wiadomo już, że to Sata wprowadzi się teraz do Pałacu Prezydenckiego. Co musi pewnie strasznie martwić Chińczyków.

Chińczyk w kopalni w ZambiiWykop mi tu basen, ale żeby miał hydromasaż (Fot. Per-Anders Pettersson/Getty Images)

Na pierwszy rzut oka, zwycięstwo polityka niechętnego Pekinowi, jest dziś w Zambii kompletnie bez sensu. Ale świetnie pokazuje skomplikowane relacje azjatyckiego giganta z afrykańskim kontynentem.

Kiedy w 1964 r. Zambia uzyskiwała niepodległość od Wielkiej Brytanii (wtedy jeszcze jako Rodezja Północna), była jak na miejscowe warunki stosunkowo zamożna i miała szansę jeszcze bardziej się wzbogacić. Ale fatalne zarządzanie gospodarką, w połączeniu z korupcją, źle przeprowadzoną nacjonalizacją i spadającymi cenami miedzi (która jest głównym towarem eksportowym w kraju; w okresie międzywojennym był on wręcz jego największym producentem na świecie), sprowadziło dawną gwiazdę do roli pariasa. Długi rosły, a kasy nie było. Jeszcze dekadę temu, Zambia zaliczała się do najbiedniejszych państw na świecie. I wtedy pojawili się Chińczycy.

Rozwijające się w niesamowitym tempie Państwo Środka, porzebuje ogromnych ilości minerałów. Które najłatwiej zdobyć właśnie w Afryce, więc Chińczycy postanowili machnąć ręką na pośredników i zaangażować się bezpośrednio w ich wydobycie. Zambia jest tego idealnym przykładem. Pekin inwestuje tu ogromne sumy w górnictwo, wydobywana jest nie tylko miedź, ale też kobalt i nikiel. Wymiana handlowa skoczyła z niecałych 100 mln dolarów w 2000 r. do prawie 3 mld w roku ubiegłym. Ba! Lusaka ma od niedawna pierwszą na kontynencie filię Bank of China, która obsługuje na miejscu transakcje w juanach.

I wydawać by się mogło, że kraj tylko na tym korzysta. Od pięciu lat ma roczny wzrost 6 proc., a w tym prawdopodobnie przekroczy 7 proc. No więc, skoro jest tak świetnie, to czemu jest tak źle? I dlaczego w wyborach wygrywa kandydat, który zapowiada gruntowną przebudowę relacji z Chinami?

King CobraKing Cobra węży się nie boi, w trawie siedzi (Fot. Elias Mbao/Africa Review)

Sytuacja w Zambii przypomina trochę tę z Peru. Tam też wielu analityków nie mogło się nadziwić, jak to się stało, że chociaż krajowa gospodarka jest rozpędzona jak Usain Bolt, to większość wyborców pokazuje swój sprzeciw, wybierając populistę. A dzieje się tak, bo liczby na papierze, a rzeczywistość na miejscu, nie zawsze idą w parze.

Zambia rozwija się fantastycznie, ale jako gospodarka narodowa. Przeciętni obywatele jak na razie w ogóle z tego nie korzystają. Dwie trzecie z nich wciąż zarabia mniej niż 2 dolary na dzień. Wielu twierdzi wręcz, że Chińczycy ich “okradają”. Nie tylko załatwiają sobie tanie minerały (praca w kopalniach jest źle opłacana, a warunki opłakane), ale jeszcze zalewają kraj tanią elektroniką, tekstyliami, które wypierają lokalną produkcję, a nawet całkowicie zmonopolizowali miejscowy rynek drobiu.

Sata zyskał przydomek King Cobra, ze względu na swoją retorykę, w której “kąsa” przeciwników. I chociaż w obecnej kampanii nieco stonował swoją anty-chińską retorykę, to aż do jej rozpoczęcia przekonywał, że po dojściu do władzy, całkowicie zmieni zasady współpracy. Oraz, że tylko w nim nadzieja, bo Banda i jego rząd siedzą Pekinowi w kieszeni (faktycznie, partia rządząca ma problemy z wyjaśniem, skąd wzięła tak duże fundusze na kampanię).

Najwyraźniej jego rodacy uwierzyli w te słowa i postanowili pokazać Chińczykom żółtą kartkę. Na wybory zarejestrowało się niemal o milion osób więcej niż poprzednio (co daje w sumie 5,2 mln wyborców – rekord w historii kraju), głównie młodych i albo bezrobotnych, albo zasuwających za grosze w kopalniach. Sata wygrał przekonująco. Być może jego triumf będzie początkiem szerszej zmiany na kontynencie, gdzie coraz częściej słychać głosy, że Pekin za często robi tu co chce.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Follow

Get every new post delivered to your Inbox.

Join 28 other followers