Home > Uncategorized > Kandelabr Ludwika XV

Kandelabr Ludwika XV

Rok 1971, na Haiti dogorywa François Duvalier, dyktator wyspy znany jako Papa Doc. Tuż przed śmiercią wyznacza na swojego następcę własnego syna, Jean-Claude’a. 15 lat później wybucha rewolucja i Baby Doc – jak dla odróżnienia mówi się na młodszego Duvaliera – pośpiesznie ucieka z kraju. Wydaje się, że na zawsze.
Aż do niedzieli 16 stycznia. Późną nocą cały świat obiega sensacyjna wiadomość, że były “dożywotni prezydent” niespodziewanie wrócił do ojczyzny. News jest tak mainstreamowy, że podają go nawet polskie media. Ale na tym informacje się kończą. Czytelnik nad Wisłą nie dowie się, dlaczego satrapa postanowił nagle odwiedzić kraj, gdzie pod rządami jego samego, a wcześniej jego ojca, według ostrożnych szacunków zamordowano ok. 50 tys. osób, a kolejne 100 tys. w panice opuściło Haiti. A warto się w te powodu zagłębić, bo to historia jak z kiepskiego filmu. Choć wydarzyłą się naprawdę.

Gdy w 1986 roku Jean-Claude musiał w pośpiechu uciekać przed żądnymi zemsty buntownikami, trafił do dawnego kolonialnego władcy wyspy: Francji. Ale Paryżowi nie bardzo było w smak dawać schronienie komuś z tyloma zbrodniami na rękach i Duvalier usłyszał, że ma tydzień na znalezienie sobie innego gospodarza. Co okazało się bardziej niż trudne. Azylu odmówiły mu kolejno Stany, Szwajcaria, Włochy, Hiszpania i Grecja. Kiedy dyktatora odrzuciły nawet Gabon i Seszele, Francuzi machnęli ręką i Baby Doc mógł zabrać się za to, co zawsze wychodziło mu najlepiej: żyć jak playboy.

Rodzina wynajęła zamek w okolicach Paryża, ale Jean-Claude wolał spędzać czas w pełnej przepychu willi na Lazurowym Wybrzeżu. Gazety nad Sekwaną donosiły jak rozbija się po Riwierze kolejnymi luksusowymi samochodami, szczególnie swoim ulubionym Ferrari Testarossa. Duvalierowie brylowali na przyjęciach, kupowali dzieła sztuki i jadali tylko w najdroższych restauracjach.
Tymczasem kolejne rządy na Haiti upadały szybciej niż powstawały. Ale wszystkie domagały się od Francji i Szwajcarii, żeby zamroziły konta, na których rodzina byłego prezydenta miałą ukrywać skradzione państwu miliony. Pewnego dnia, w ramach sądowego dochodzenia o odzyskanie tych pieniędzy, żandarmi wpadli to domu Duvalierów w poszukiwaniu dowodów. W muszli klozetowej znaleźli na wpół zniszczony notes z wydatkami. Kwoty były powalające. 169 tys. dolarów za nanowszą kolekcję Givenchy. 270 tys. za biżuterię Boucheron. 68,5 tys. za zegar. 10 tys. za dwa dziecięcie siodła kupione w Hermèsie. Rachunków próbowała się pozbyć pani domu – Michèle. I to właśnie jest najbardziej znacząca postać w całej tej historii.

Slub DuvalierowPo lewej prezydent, po prawej budżet (Fot. Getty Images)

Kiedy w 1971 roku Jean-Claude składał przysięgę jako “prezydent na całe życie”, był tylko pociesznym 19-letnim grubaskiem, który interesował się wyłącznie romansami i szybkimi samochodami, a o sprawowaniu władzy nie miał najmniejszego pojęcia. Tę przez lata sprawowała w jego imieniu matka, dopóki na drodze młodego władcy nie stanęła Michèle.
Z domu Bennett, w młodości wyszła za Alixa Pasqueta, którego ojciec jeszcze w 1958 próbował zbrojnie obalić Papę Doca (i za co jego zmaltretowane ciało długo wisiało przed Pałacem Prezydenckim). Małżeństwo przetrwało tylko kilka lat: w 1978 Michèle wzięła rozwód i postanowiła szukać szczęścia po drugiej stronie barykady. Rzuciła się na życie nocne stolicy i w ciągu kilku miesięcy została gwiazdą lokalnej elity. Wciąż otyły Baby Doc z bokobrodami wielkości Pola Mokotowskiego nie mógł się oprzeć olśniewającej mulatce. W maju 1980, synowa martwego rewolucjonisty została Pierwszą Damą.

Małżeństwo zaczęło się z hukiem. Dosłownie. Pokaz ogni sztucznych na ślubie kosztował 100 tys. dolarów. Panna młoda miała na sobie jeszcze droższą suknię ślubną, a włosy czesał jej najlepszy paryski fryzjer, sprowadzony prywatnym odrzutowcem. W parkach i na ulicach wystawiono telewizory, żeby biedota mogła podziwiać uroczystości. Całą ceremonia pochłonęła ponad 3 mln dolarów. A dla nowej pani Duvalier to był dopiero początek.
Matce Baby Doca nie podobała się synowa, więc Michèle nakłoniła męża, żeby wysłał starszą panią na przymusowy urlop za granicę. Prezydent był pod tak wielkim wpływem żony, że liczni współpracownicy wspominali później, jak to na posiedzeniach rządu Jean-Claude siedział cicho w fotelu, a ona wściekle strofowała ministrów.
Michèle nie obchodziła władza polityczna, dla niej liczył się tylko luksus. A w wydatkach nie szła na kompromisy. W Miami wydawała kilkadziesiąt tysięcy dolarów na kwiaty, którymi dekorowała Pałac Prezydencki. Rachunki za jej paryskie zakupy opiewały na miliony. Zamawiała tyle sukienek od Valentino, że trzeba je było przewozić ciężarówkami. Francuskich jubilerów z całym ich asortymentem dostarczano na Haiti prywatnym odrzutowcem, żeby mogła sobie wybrać nową biżuterię na następny dzień. Kiedyś wpadł jej w oko bardzo rzadki kandelabr z czasów Ludwika XV. Wkrótce w domu miała ich tuzin.

Michèle potrzebowała coraz więcej funduszy. I potrafiła o nie zadbać. Je rodzina, na czele z ojcem, krótko po ślubie kontrolowała już większość gospodarki na wyspie. Zyski z eksportu zamiast do budżetu, szły prosto do ich kieszeni, ale to dla Bennettów było za mało. Zaczęli przemycać narkotyki na wielką skalę (brat Michèle dostał za to trzy lata odsiadki w Portoryko) i ciułać nawet drobne grosze ze sprzedaży ciał szkołom medycznym na całym świecie. Jakby tego było mało, powołano specjalny państwowy fundusz na budowę państwowej kolei. Nigdy nie powstała, a zebrane na nią pieniądze przepadły jak kamień w wodę.
Szacuje się, że w chwili, gdy Duvalierowie uciekali z Haiti, mieli na swoich prywatnych kontach około 500 mln dolarów. Jednak Jean-Claude cieszył się luksusem we Francji o wiele krócej, niż mógłby podejrzewać.

Kiedy stało się jasne, że nie wrócą na Karaiby i nazwisko Duvalier przestało być gwarancją zysków, w małżeństwie zaczęło się psuć. Baby Doc już w 1990 r. złożył papiery rozwodowe i to był jego największy błąd w życiu. Michèle znalazła lepszego prawnika i puściła go z torbami.

MicheleMichèle (druga od lewej) w lipcu 2010 wygląda lepiej niż w maju 1980 (Fot. WeHaitians.com)

Jean-Claude początkowo chyba nawet nie zorientował się, że trzeba zacisnąć pasa. Pojednał się z matką i wspólnie (wraz z niewielką służbą) wynajęli willę w Cannes. Ale gdy po paru miesiącach nie zapłacili nawet jednego rachunku, właściciel wyrzucił ich na bruk. Wówczas już tylko we dwójkę, pod fałszywym nazwiskiem “Valere” wynajęli apartament w niewielkim hotelu. Gdy i tam odmówili pokrycia rachunków za kilka miesięcy mieszkania, menadżer wezwał policję i były dyktator wraz z mamą trafili do aresztu. W końcu pieniądze wyłożyła ówczesna dziewczyna Baby Doca, ale Duvalier zrozumiał, że żarty się skończyły. Jeszcze pięć lat przewaletował w paryskim Mariocie, którego właścicielem był jego stary ziomek Mohamed Al Fayed (tak, ojciec tego typa, z którym w samochodzie zginęła Diana), ale w końcu i stamtąd musiał się wynieść.
Ostatnie kilka lat spędził w skromnym dwupokojowym mieszkanku na przedmieściach stolicy, a na jego utrzymanie regularnie zrzucali się dawni przyjeciale.

Co to wszystko ma wspólnego z nagłym powrotem Baby Doca do ojczyzny? Wszystko, bo w rzeczywistości chodzi jak zwykle o pieniądze.
Gdy Jean-Claude uciekał z wyspy, miał w Szwajcarii prywatne konto z około 6 milionami dolarów. Przy rozwodzie Michèle nie dostała do niego prawa, ale Duvalier też nie mógł ruszyć funduszy: kolejne rządy Haiti wnosiły do Szwajcarii o ich zamrożenie i zwrot do państwowej kasy. Baby Doc oczywiście nie odpuszczał, a sprawa toczyła się przez lata i nie posuwała ani trochę do przodu. Aż do stycznia 2010.
Sąd Najwyższy Szwajcarii podjął salomonową decyzję. Z jednej strony nakazał odblokować Duvalierowi konto, ale z drugiej zachęcił szwajcarski rząd do uchwalenie specjalnej ustawy, która pozwoliłaby “ominąć” wyrok i zwrócić pieniądze rządowi Haiti. Dział Zagraniczny zupełnie nie rozumie jak to ma niby działać, ale fakty są takie, że parlament nowe prawo klepnął i kasa ma zostać wysłana na Karaiby 1 lutego.

Jean-Claude decyzję oczywiście zaskarżył i wygląda na to, że cała akcja z powrotem do ojczyzny to z jego strony tylko ogromnie przeszacowany wybieg prawny.
Od jego upadku, Haiti coraz bardziej pogrążało się w chaosie, który w ubiegłym roku osiągnął apogeum: najpierw katastrofalne trzęsienie ziemi, później epidemia cholery, o różnych innych nieszczęściach nie wspominając. W kraju dorastają kolejne pokolenia, które nie pamiętają rządów Duvalierów, a z kolei starcom kojarzą się one z okresem względnej stabilności. W rezultacie kwitnie nostalgia za czasami Baby Doca (który był jednak nieporównywalnie mniej krwawy niż ojciec). Starzy duvalieryści przewijają się przez kolejne rządy, w gabinecie prezydenta Gérarda Latortue’a (2004-2006) było ich absurdalnie wielu. Głośnym zwolennikiem byłego dyktatora jest wokalista Michel “Sweet Micky” Martelly, który według oficjalnych wyników zajął trzecie miejsce w zeszłorocznych wyborach prezydenckich, a którego cała społeczność międzynarodowa stara się jednak przepchnąć do II tury.

Baby Doc po latachCiche wejście tylnymi drzwiami w wykonaniu mistrza dyskrecji (Fot. Getty Images)

Wszystko wskazuje na to, że Baby Docowi wydawało się, że w tym ogólnym chaosie zdoła przylecieć na Haiti, posiedzieć na miejscu kilka dni (miał bilet powrotny na 20 stycznia), a potem udowodnić w Szwajcarii, że skoro bezpiecznie odwiedził ojczyznę i wrócił, to dowód na to, że nikt go tam w rzeczywistości nie ściga i pieniądze z konta mu się należą.
I może nawet by się tak stało, ale Duvalier miał pecha. Gdy na lotnisku witało go ponad 2 tys. zwolenników, sprawa stała się zbyt głośna, żeby ją zignorować. Rząd Haiti błyskawicznie oskarżył go o łamanie praw człowieka i korupcję. Jeszcze nie siedzi, ale nie wolno mu opuszczać kraju.
Baby Doc zagrał va banque. I przegrał. Tym razem ostatecznie.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

PS Na forach forach internetowych haitańskiej diaspory można znaleźć informację, że Michèle Bennett przyjechała na wsypę w zeszłym roku na pogrzeb brata, który zginął w trzęsieniu ziemi. Jeżeli to prawda – Dział Zagraniczny nie znalazł potwierdzenia w żadnych innych źródłach – to jak zwykle okazała się sprytniejsza od swojego byłego męża, nie robiąc rozgłosu wokół swojego krótkiego pobytu.

PS2 Gotowość powrotu na Haiti, wyraził też w ostatnich dniach Jean Bertrand Aristide, były ksiądz i dwukrotny prezydent kraju, który każdą kadencję kończył obalony zbrojnym przewrotem, a w 1994 r. do władzy przywracał go między innymi polski GROM (była to pierwsza zagraniczna misja jednostki).

  1. xyz
    27/01/2011 at 14:45

    Maćku, to jest naprawdę ciekawy temat, ale niestety kiepsko napisany… Powinieneś popracować nad stylem, często jest on niespójny, zdarza Ci się źle stosować związki fazeologiczne i używać słownictwa, które nie pasuje do reszty. Szkoda.

  2. 31/01/2011 at 14:06

    Anonimie, masz oczywiście rację, ja też widzę te wady i to nie tylko w tym tekście, ale też innych. Ale wynikają one z bardzo prostej przyczyny. To jest zwykły blog i jak na razie nie ma ambicji zostania portalem informacyjnym. Prowadzę go, bo uważam, że polski czytelnik ma prawo do szerszego spektrum informacji, niż mu oferują rodzime media, a często sam nie wie gdzie je znaleźć, albo też nie potrafi (bo nie zna języka/nie wie gdzie szukać/itd.). Ja i tak się tym zajmuję, więc w wolnych chwilach mogę coś na szybko napisać.

    I to jest właśnie główna przyczyna niedociągnięć: robię to po godzinach, pomiędzy innymi – ważniejszymi – zajęciami. Siadam, biorę oddech i klepię w klawiaturę. Kończę, wrzucam. Nie redaguję. Nie czytam na spokojnie po kilku godzinach, jak robię to z tekstami przeznaczonymi do publikacji w prasie (i nad którymi siedzę dużo dłużej). Powinienem, wiem. Ale albo brakuje mi na to czasu, albo po prostu jestem zbyt leniwy.

    To, że używam kolokwializmów – ale przecież nie wulgaryzmów – też wynika z blogowego charakteru Działu Zagranicznego. Myślę, że jak ktoś tu zagląda, to zdaje sobie sprawę, że to nie “Polityka” czy “Wyborcza” i nie powinno mu to przeszkadzać.

    Tak czy inaczej, nie jesteś pierwszą osobą, która zwraca mi uwagę (np. na to, że robię literówki) i to chyba znak, że jednak powinienem to sobie wziąć do serca. Postaram się więc poświęcać trochę więcej uwagi formie.

    Dziękuję Ci za opinię i pozdrawiam. No i zachęcam do powtórnych odwiedzin, mimo wszystko.🙂

  3. 03/02/2011 at 00:36

    jak to pierwszą?! a garaż.

    a wiadomo, co z tą kasą po 1.02?
    czy haiti dostało?

  4. 07/02/2011 at 10:10

    We wtorek prawo weszło w życie i rząd Szwajcarii ogłosił, że pieniądze przekaże kolegom z wyspy. Nie wiadomo tylko dokładnie jak i kiedy, chyba jeszcze nad tym pracują.

    Tymczasem Baby Doc się oczywiście oburzył i powiedział, że i tak chciał oddać tę kasę potrzebującym rodakom. Wzruszające.

  5. Robotnik
    09/02/2011 at 05:05

    Zara zapierdzielam do roboty git nawijasz ,nie pękaj.

  1. No trackbacks yet.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: