Archive

Archive for February, 2011

Panny z willi

W najnowszym “Newsweek’u” (28.02 – 6.03 2011), a konkretnie w wychodzącym razem z nim w każdy ostatni poniedziałek miesiąca dodatku “Newsweek Kobieta”, znajdziecie mój reportaż “Panny z villi”.

Tekst opowiada o grupce dziewcząt z Villa 31, najbardziej znanym slumsie Buenos Aires, które próbują wyrwać się z kręgu wykluczenia, przemocy, narkotyków i jeszcze kilku plag, które nękają takie miejsca jak to. A robią to grając w piłkę. Dla tych, z czytelników Działu Zagranicznego, którzy znają trochę Argentynę, jest dość oczywiste, że w ojczyźnie Messiego, kobiety i futbol nie idą w parze, a już na pewno nie w slumsach. Więc starania drużyny z 31 to prawdziwa droga przez mękę.

Jeżeli jesteście zainteresowani, to polecam najnowszego “Newsweek’a”: reportaż jest naprawdę spory, spędziłem z dziewczynami ponad 2 miesiące i myślę, że naprawdę udało mi się oddać atmosferę, w jakiej żyją.

Poza tym, polecam też zaprzyjaźnioną z Działem Zagranicznym ekipę filmową San Telmo Productions.
Ginger Gentile i Gabriel Balanowski nakręcili jakiś czas temu krótkometrażowy dokument o dziewczynach z Villa 31. Film zgarnął kilka nagród i pojawili się sponsorzy, w związku z czym STP pracuje teraz nad pełnowymiarową produkcją, kręconą już profesjonalnym sprzętem. Jak skończą, to Dział Zagraniczny na pewno zamieści tu linki.
Tymczasem wspomniane 6 minut dokumentu:

A poniżej mój fotoreportaż o dziewczynach. Endżoj.

Villa 31Fot. Maciej Okraszewski/Dział Zagraniczny

BelenFot. Maciej Okraszewski/Dział Zagraniczny

MuralFot. Maciej Okraszewski/Dział Zagraniczny

ChechuFot. Maciej Okraszewski/Dział Zagraniczny

ColaFot. Maciej Okraszewski/Dział Zagraniczny

PiłkaFot. Maciej Okraszewski/Dział Zagraniczny

ChmuryFot. Maciej Okraszewski/Dział Zagraniczny

Szybki prysznicFot. Maciej Okraszewski/Dział Zagraniczny

MedalFot. Maciej Okraszewski/Dział Zagraniczny

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Advertisements

Sandra robi botoks

Upływający tydzien spokojnie możemy zaklasyfikować jako mocno penitencjarny.

1. Świstak zaraz nie będzie miał w co zawijać

Wiadomość tygodnia, to oczywiście powrót wojny domowej na Wybrzeże Kości Słoniowej. Co prawda jeszcze nie oficjalnie, ale wszystko na to wskazuje.
Podłoże jest dokładnie wyjaśnione we wpisie z 12 grudnia, ale przypomnijmy szybko, że poprzedni konflikt wybuchł w 2002 r. i de facto podzielił kraj na dwie połowy: kontrolowaną przez rebeliantów północ i rządowe południe. W 2007 obie strony podpisały zawieszenie broni i wszystko miało pójść w niepamięć w listopadzie zeszłego roku, podczas wyborów prezydenckich. Z tym, że rządzący do tej pory Laurent Gbagbo obraził się na wyniki, powiedział, że nie uzna swojej przegranej i zamknął się w budynkach rządowych. Tymczasem uznawany przez resztę świata za nową głowę państwa Alassane Ouattara też nie wychodzi ze swojej siedziby, którą jest obstawiony przez błękitne hełmy luksusowy hotel. W kraju pat, czasem jakieś ruchawki na ulicach, są zabici i ranni.
Partyzanci z północy najwyraźniej nie wytrzymali już ciśnienia i w nocy z czwartku na piątek zajęli miasto Zouan-Hounien przy granicy z Liberią. Z której na pomoc Gbagbo ciągną ponoć wzywani przez niego najemnicy. Według statystyk UNHCR, z kraju ucieka już ok. 5 tys. osób dziennie. Nowa wojna wisi w powietrzu.
Tymczasem ceny kakao osiągnęły najwyższy poziom od 32 lat (przypomnijmy, że 1/3 nasion na świecie jest produkowana właśnie na Wybrzeżu Kości Słoniowej, a Unia Europejska nałożyła na nie embargo, licząc, że zmusi Gbagbo do oddania władzy). Innymi słowy: ruszajcie do sklepów po czekoladę, bo Dział Zagraniczny przewiduje smutną Wielkanoc.

2. Prison botoks

W grudniu Dział Zagraniczny zajmował się też tym, że kartele narkotykowe w Meksyku się feminizują, a najsłynniejszą kobietą-narco jest tam Sandra Ávila Beltrán. Znana jako Królowa Pacyfiku.
Królowa siedzi teraz w stołecznym więzieniu i czeka, jak potoczą się jej losy, a na rozprawach ewidentnie nie chce wypaść źle, bo dwa tygodnie temu przez media przetoczyła się wiadomość, że władze aresztu pozwoliły pewnemu doktorowi odwiedzić Sandrę za kratkami i strzelić jej kilka zastrzyków z botoksu. Co – jak łatwo się domyślić – nie należy do tej samej grupy praw więźnia, co np. prysznic.
Naczelnika zakładu oczywiście zwolniono, ale w ten piątek zdołał się poskarżyć, że nieniesłusznie, bo botoks był nie dla Królowej, tylko dla niego samego. Chciał chłopak dobrze wyglądać na spacerniaku. Sandra całą sprawę komentuje tak:

Sandra robi botoksJaki botoks? Fot. EFE

3. Tenis, mąka, sznaucery

Skoro już Meksyk, to odnotujmy, że w poprzedni weekend zaczął się w Acapulco Mexican Open. Miejscowi gangsterzy postanowili uczcić turniej tenisa, mordując 13 osób i podpalając pięć samochodów. Nie wiadomo, czy wcześniej robili sobie zastrzyki z botoksu.

Rzutem na taśmę, przelećmy sobie jeszcze jeden z ulubionych tematów Działu Zagranicznego: przestępczość w Ameryce Centralnej. W poprzednią niedzielę, w Gwatemali komuś nie spodobało się, że klub piłkarski Xinabajul (z miasta Huehuetenango) ma kiepskie wyniki, w związku z czym zastrzelił jego prezesa (w listopadzie to samo spotkało szefa klubu Malacateco). We wtorek, w stolicy kraju tłum zlinczował czterech mężczyzn podejrzanych o kradzież… mąki (w zeszłym roku kolektywna sprawiedliwość ulicy zakatowała w sumie 39 osób). A tego samego dnia, w sąsiednim Hondurasie, inni złodzieje zastrzelili ewangelickiego pastora, bo nie chciał im oddać… swoich dwóch sznaucerów. Dział Zagraniczny doszukał się tylko, ze oba skradzione psy to szczeniaki, nie wiadomo czy miniaturki, czy olbrzymy.

4. No tak, no, zabił, ale ma kartę “Wychodzisz z więzienia”

Informowaliśmy już w dwóch podsumowaniach tygodnia, o sytuacji Amerykanina w Pakistanie, który zastrzelił dwóch mężczyzn na ulicy, twierdząc że w samoobronie. Ten tydzien przyniósł już pewne informacje, że Raymond Davis co prawda członkiem CIA nie był, ale działał “na zlecenie” agencji. Czytaj: był płatnym mordercą. Stany mają jednak taką twardą zasadę, że nie porzucają swoich ludzi w potrzebie, w związku z czym dowodzą, że zabójca czy nie, to przed strzelaniną został wpisany na listę pracowników ambasady i immunitet ma. Więc, Pakistanie, przestań szlochać i wypuść Raymonda.
Dział Zagraniczny nie wgłębia się w sprawę jakoś szczególnie, ale pierwsze co przychodzi do głowy to: Waszyngtonie, bardzo git z twojej strony, że nie porzucasz ziomka w potrzebia, szkoda że równocześnie dajesz wszystkim prawdziwym pracownikom ambasady w Islamabadzie jasny sygnał “Chłopaki, czas bardzo szybko zmienić siedzibę firmy”.

5. Łaska pańska

Zajrzyjmy szybko do sąsiada. W Afganistanie na wolność wyszedł właśnie Sayed Mussa. Mężczyzna trafił do więzienia w maju zeszłego roku, po tym jak lokalna telewizja pokazała nagrania, na których widać modlących się Afgańczyków, którzy zmienili wiarę na chrześcijaństwo. Większość szybko się ukryła, ale Sayed wpadł.
W kraju teoretycznie panuje wolność wyznania, ale prozelityzm (czyli właśnie zmiana wiary, czytaj: przede wszystkim z islamu na jakąkolwiek inną) jest surowo zabroniony. Mussie groziła nawet kara śmierci. Po 9 miesiącach odsiadki i licznych międzynarodowych naciskach, mężczyzna został wypuszczony z aresztu, a prokuratura umorzyła dochodzenia. Formalnie z braku wystarczających dowodów, nieoficjalnie podobno pod warunkiem, że Sayed wróci do dawnego wyznania.
W więzieniu wciąż przebywa inny mężczyzna, zatrzymany pod tymi samymi zarzutami.

6. Kto butem wojuje, od buta ginie

Jeszcze kraje muzułmańskie. Czytelnicy Działu Zagranicznego być może kojarzą kim jest Muntazer al-Zaidi, ale jeżeli nie, to wyjaśniamy, że to ten były dziennikarz z Iraku, który wsławił się ciśnięciem buta w stronę ówczesnego prezydenta USA, George’a W. Bush. Przypomnijmy:

Al-Zaidi został wówczas na krótko aresztowany. W tym tygodniu powtórnie trafił do paki, za publiczne nawoływanie do rebelii w stylu egipskim. Na razie nie wiadomo jeszcze, ile czasu spędzi za kratkami.
W ramach ciekawostki, przypomnijmy tylko, co przez ostatnie lata działo się z facetem, który zapoczątkował prawdziwą falę rzucania butami w nielubianych polityków (ofiarami, oprócz Busha, padli też między innymi Wen Jiabao, Dominique Strauss-Kahn, Palaniappan Chidambaram, oraz Mahmud Ahmadineżad). Otóż w grudniu 2009, Al-Zaidi sam stał się celem takiego ataku: swoim obuwiem cisnął weń na konferencji prasowej inny dziennikarz, który oskarżył Muntazera o wybielanie dyktatury Saddama Husajna. Zaidi od jakiegoś czasu mieszkał w Bejrucie, gdzie pisywał felietony do miejscowej gazety. Emigracja mu się najwyraźniej znudziła, ale jak widać, powrót do domu w jego przypadku oznaczał powrót na więzienną pryczę.
Ciekawe, czy w bagdadzkim areszcie robią botoks?

7. Kevin Costner wraca do gry!

Wyspy Marshalla zalało. Konkretnie Majuro, stolicę, którą zamieszkuje ponad połowa z wszystkich 55 tys. mieszkańców archipelagu.
Wyspy Marshalla są znane z dwóch rzeczy. Pierwsza jest taka, że drugie największe skupisko ich mieszkańców – wyspa Ebeye – jest powszechnie uważana za najgorszy slums na Pacyfiku. A druga to fakt, że najwyższe wzniesienie w kraju to niecałe 3 metry nad poziomem morza. A według oceanologów, poziom wód na świecie będzie się przez następne lata podnosił. W związku z czym rząd Wysp Marshalla ogłosił właśnie, że wybuduje wokół stolicy wielki mur, który powstrzyma zalania.
Dział Zagraniczny mówi: Waterworld!

KevinNiektórzy w młodości wierzyli w Jezusa, Dział Zagraniczny wierzył w Kevina Costnera

8. Czyli nie macie kasy?

I to podsumowanie tygodnia zakończmy radosnym, morskim właśnie akcentem. Na Sri Lankę wrócili właśnie rybacy, których kuter zaginął na Oceanie Indyskim na początku miesiąca. Marynarze wyjaśnili, że po prostu napadli ich piraci, którzy dokonali abordażu, zabijając dwóch rybaków i uprowadzili łódź do Somalii. I dopiero wtedy postanowili pogadać ze swoimi ofiarami. Według tych drugich, dialog wyglądał z grubsza tak:
– Jesteście z Iranu?
– Nie, ze Sri Lanki.
– A, czyli nie macie kasy? No to sorry, nasza pomyłka. Możecie wracać do domu.
Dział Zagraniczny nie posiada się z radości, że są jeszcze na świecie piraci, którzy wykazują empatię.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

PS W ramach tygodniowego bonusa, video ze spotkania piłkarskich reprezentacji do lat 20 w meczu Ekwador-Chile. Komentarz po hiszpańsku, ale wystarczy się przyglądać:

Homo Latino

W najnowszym numerze tygodnika “Wprost” (21-27 lutegp 2011) jest mój tekst o sytuacji homoseksualistów w Ameryce Łacińskiej.
W skrócie chodzi o to, że najbardziej katolicki kontynent świata przez ostatnie kilka lat zrobił jakiś niesamowity skok kulturowy i jest teraz bardziej przyjazny gejom i lesbijkom niż klub Toro w Warszawie. Związki partnerskie, małżeństwa, adopcja dzieci: junejmyt, od Baja California po Patagonię to wszystko jest już faktem, a gdzie nie jest, to zaraz będzie.
Powodów, dla których latynoskie republiki liberalizują się na wyścigi, jest oczywiście mnóstwo i są bardzo zróżnicowane, ale w tekście skupiam się na tym, jak świetną pijarową robotę odwaliły środowiska LGBT, promując swoje wartości tam, gdzie patrzy cały kontynent: w telenowelach.

Zainteresowanym polecam zajrzeć do najnowszego “Wprost”, moim zdaniem warto.

BotinerasSporo się zmieniło od “Niewolnicy Isaury”

Tymczasem Dział Zagraniczny chciałby lekko rozwinąć wątek i pokazać, że latynoska publiczność mogła się przez ostatnie lata oswajać z homoseksualizmem nie tylko w ultrapopularnych operach mydlanych, ale też i na innych polach popkultury. Nie będziemy tu pisać pracy magisterskiej, po prostu przelećmy bardzo szybko przez trzy z nich.

Film.
Kino latynoskie od dawna udowadnia, że potrafi się mierzyć z trudnymi tematami i na ogół wyjść z tego starcia zwycięsko (ba! potrafią machnąć nawet film sensacyjny, który ogląda się jak dramat psychologiczny: patrz obie części “Elitarnych”). W produkcjach z najwyższej półki nie mogło więc zabraknąć wątków gejowskich. Dwa przykłady takich właśnie filmów:

Kubański “Fresa y chocolate” (w 1994 r. nominowany do Oscara za najlepszy film obcojęzyczny, nie zdobył, zgarnął za to Srebrnego Niedźwiedzia w Berlinie i hiszpańską Goyę):

Oraz brazylijski “Madame Sata” z 2002 r.:

Telewizja.
Tym Latynosom, którzy nie chodzą do kina, tematy LGBT też nie są obce. Pod warunkiem, że śledzą mały ekran.
Od Meksyku po Chile, stacje telewizyjne nadają w porach obiadowych długie (naprawdę: długie, dłuuugie!) programy plotkarskie, prowadzone na ogół przez kilkuosobową grupę przekrzykujących się osób, z których jedna zawsze jest gejem. Miliony telewidzów mogą się codzienie przekonać, że z homoseksualistą można normalnie porozmawiać i prawie na pewno nie ugryzie.
Inna rozrywka bardzo złej jakości, która sprzyja tolerancji? Proszę bardzo: reality shows. Jeżeli ktoś z czytelników zastanawia się teraz, czy ktoś jeszcze ogląda “Big Brothera”, to tak: w Ameryce Łacińskiej to wciąż coś. A od homoseksualizmu aż w nim kipi, spójrzmy tylko na najnowszą edycję w Argentynie. Jedna dziewczyna to lesbijka, jej kolega z programu trzy lata temu zdobył tytuł “Mr. Gay Cordoba”, a jeszcze inny chłopak urodził się jako dziewczyna. O czym mówi tu:

Muzyka.
Ameryka Łacińska to kontynent, który pulsuje rytmem. A ci, którzy do niego śpiewają, coraz częściej ujawniają się jako homoseksualiści. Już nawet mniejsza z tymi, którzy są znani tylko na swoim podwórku (jak Lisa Marrero w Portoryko, czy Rita Indiana na Dominikanie), ale o swojej orientacji mówią już otwarcie prawdziwe megagwiazdy. Ricky Martin. Angelo Garcia (który zaczynał karierę razem z Martinem w boysbandzie Menudo). Czy wreszcie Christian Chavez, wokalista szaleńczo popularnego zespołu RBD, który powstał na bazie jednej z najpopularniejszych telenowel na świecie: “Rebelde” (nadawanej też w Polsce).
Ale chyba zdecydowanie najciekawszy wątek w muzyce, to zespoły i wokaliści, którzy są stuprocentowo hetero, ale ich czas już dawno minął, więc teraz nagrywają dla publiczności homo, która okazuje się być ich najwierniejszą bazą. Weźmy na przykład zespół Pimpinela, nagrywający tak straszny pop, że Dział Zagraniczny płacze za każdym razem, gdy to słyszy (czyli, na szczęście, rzadko). Pimpinela byli w latach 80. prawdziwymi gwiazdami, ale teraz na próźno szukać ich w mainstreamie. Mają się za to świetnie na scenie gejowskiej, a remix ich piosenki “Tengo derecho a ser feliz” (“Mam prawo do bycia szczęśliwym”) to jeden z największych hitów w gay-friendly klubach Buenos Aires.
Absolutnym mistrzem jest Gualberto Castro. Meksykański kowboj był niekwestionowanym królem list przebojów w 1973 r. Teraz, na emeryturze, mieszka sobie w Las Vegas. Plany na przyszłość? 24 lutego (tak, pojutrze) odsłania własną tabliczkę na Alei Gwiazd, a miesiąc później wydaje nową płytę, na której wszystkie 12 piosenek będzie o gejach, którzy – jak się okazuje – są jego najbardziej hardcorową fanowską bazą. Dział Zagraniczny nie wie, czy nowy album będzie miał jakieś promocyjne teledyski, ale modli się o to, znając wcześniejsze dokonania pana Castro:

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

PS Na sam koniec lekki bonus. We “Wprost” piszę między innymi o telenoweli “Botineras”, gdzie jest wątek gejowskiej miłości dwóch piłkarzy. Słowa tego nie oddadzą, trzeba to zobaczyć, więc poniżej fragment. Czy ktoś to sobie wyobraża w “Na dobre i na złe”?

Ju łont anader rap?

W Polsce ferie, a tymczasem na świecie tydzień w szkolnictwie dość gorący.

1. Najlepszy kandydat, to jedyny kandydat

Mubarak na emeryturze, Ben Ali w szpitalu, grunt pali się pod nogami przywódcom Libii, Omanu, Jemenu, Bahrajnu itd. Zeszłotygodniowe rozruchy w Chartumie też można z grubsza zaliczyć do wydrzeń ze “świata arabskiego”, ale wygląda na to, że wiatry społecznych niepokojów zaczynają też wiać na południe od Sahary. A zaczyna się od niepozornego Dżibuti.
Wciśnięta między Etiopię, Erytreę i Somalię malutka republika niby wybory ma, ale od uzyskania niepodległości w 1977 r. (wcześniej była kolonią francuską) rządzi nią jedna rodzina, która nie bardzo chce się dzielić władzą. Prezydentów było do tej pory dwóch. Pierwszy, Hassan Gouled Aptidon, sprawował urząd tak długo, aż po prostu zrobił się na to za stary i w 1999 r. – w wieku 84 lat – oddał fotel swojemu siostrzeńcowi, Ismaïlowi Omar Guellehowi.
W pierwszych wyborach, jeszcze w tym samym roku, Ismaïl gładko pokonał jedynego kontrkandydata i zgarnął 74 proc. głosów. Ale już przy drugiej elekcji (2005), doszedł do wniosku, że nie ma się co stresować i po prostu nikomu innemu startować nie pozwolił, dzięki czemu może się dziś pochwalić trudnym do zdobycia nawet na Białorusi wynikiem 100 proc. Dział Zagraniczny podejrzewa, że wyborcami byli prawdopodobnie on sam, oraz wujek z ciocią.
Konstytucja przewiduje jednak tylko dwie kadencje. Ale Guelleh, jak wiemy, szczegółami się nie przejmuje i w zeszłym roku ustawę zasadniczą zmienił, dzięki czemu miał wziąć udział w zapowiedzianych na kwiecień wyborach. Pech (jego) chciał, że kraje arabskie eksplodowały i Dżibuti dostało rykoszetem. W stolicy na ulice wyległy tysiące osób, domagając się jego odejścia.
Dział Zagraniczny przewiduje, że o przyszłości kraju zadecyduje postawa Amerykanów. Dżibuti ma dla USA strategicznie kluczowe znaczenie, w Camp Lemonier (dawna francuska baza wojskowa) stacjonuje tam ponad 2 tys. żołnierzy ze Stanów, a sam Guelleh uchodzi za jednego z najważniejszych sojuszników Waszyngtonu w regionie. Jak się sprawy potoczą, zobaczymy pewnie w ciągu najbliższych kilku/kilkunastu dni.

2. Pan od mebli i pani od miliardów

Starsza pani jest najbogatszą kobietą w kraju. Niedługo przed śmiercią, w jej życiu pojawia się przystojny młodzieniec. Para zakochuje się w sobie wbrew sztywnym konwenansom, a gdy ona umiera, zapisuje mu bajeczną fortunę w testamencie. Który później okaże się fałszywy.
Dobry melodramat nie jest zły, zwłaszcza jeżeli jest prawdziwy. Ona nazywała się Nina Wang i była największym rekinem (rekinicą?) finansowym Hong Kongu. On ma w dowodzie Tony Chan i z zawodu zamienia miejscami biurka, fotele i szafki, czyli zajmuje się feng shui (a wcześniej również rozlewaniem wódki w barach i kilkoma innymi rzeczami). Nina zmarła w 2007 r. i wówczas Tony pochwalił się przed światem jej ostatnią wolą, w której przekazywała mu warty jakieś 12 miliardów dolarów majątek. Reszta rodzina szybko oskarżyła go o oszustwo i pokazała inny testament. Który Tony jeszcze szybciej nazwał fałszywym.
W skrócie: w zeszłym roku Chan został aresztowany, ale bardzo szybko wypuszczony za kaucją. W tym tygodniu sąd orzekł, że to jednak on podrobił ostatnią wolę starszej pani. Teraz Tony ma jeszcze szansę na ostatnią apelację w Sądzie Najwyższym, ale media w Hong Kongu są pewne, że i tam przegra.
Piękny scenariusz. Bardzo oryginalny.

Nina i TonyZdjęcie dorównuje historii

3. Podstawówka, gimnazjum i liceum

Sporo się dzieje u nauczycieli na świecie.

We wtorek, na przykład, wywołali oni zamieszki w meksykańskim Oaxaca. Miasto odwiedzał akurat prezydent Felipe Calderón i panie od biologii, oraz panowie od WF-u uznali, że to dobry moment, żeby zaprotestować przeciw nowemu prawu, które ich zdaniem faworyzuje szkoły prywatne kosztem publicznych. A swoje argumenty zaprezentowali podpalając rządowy samochód i dając po głowie stanowemu Sekretarzowi do spraw Bezpieczeństwa Publicznego. W bitwie z policją w ruch poszły kamienie, a w pewnym momencie ktoś zaczął strzelać, choć na razie nie jest pewne czy ze strony tłumu, czy mundurowych. W każdym razie, bilans to jakieś 20 rannych osób.

Posuwamy się zgodnie z ruchem wskazówek zegara i trafiamy na Dominikanę.
Tam nauczyciele też postanowili domagać się podwyżek, oraz żeby rząd zaczął wreszcie (zgodnie z wymogami prawa) przeznaczać 4 proc. budżetu na edukację i wrócił do zwyczaju dopłacania uczniom z biednych rodzin do obiadów. Ale zamiast rzucania kamieniami, ciało pedagogiczne na wyspie wpadło na zdrowszy pomysł i ogłosiło wielki marsz. Kilka tysięcy pracowników szkolnych w poniedziałek ruszyło z północnego zachodu kraju i po przejściu w sumie 200 kilometrów, w piątek rano wkroczyli do Santo Domingo. Rannych? Zero.

I na koniec, stan szkolnictwa w Gujanie.
Tropikalne państwo ma (niespodzianka) problem ze swoimi nauczycielami, którzy uważają, że zarabiają (kolejny nagły zwrot akcji) za mało. Ale zamiast maszerować czy atakować policję, po prostu emigrują. I to w takich ilościach, że po prostu brakuje ludzi do pracy w szkołach (mimo, że co roku uprawnienia do nauczania dostaje około 500 osób). Rząd ogłosił, że szuka uzupełnień zagranicą.
Młody fizyku, jeżeli masz dość zimy w Zespole Szkól Ponadgimnazjalnych nr 4 w Piotrkowie Trybunalskim, a mówisz po angielsku…

4. Do czego prowadzi słuchanie słabych płyt

I jeszcze ciekawa wiadomość z Gujany właśnie.
Może nie wszyscy czytelnicy kojarzą sektę Świątynia Ludu, więc Dział Zagraniczny szybko przypomni. Lata 60. były w Stanach Zjednoczonych odlotowe i trudno, żeby było inaczej przy takiej ilości marihuany i LSD. Ludzie robili wtedy niewytłumaczalne rzeczy, na przykład chodzili na koncerty Donovana. No i dawali się naciągać na różne pseudoreligie, na czym postanowił zbić kapitał niejaki Jim Jones, który założył właśnie Świątynię Ludu.
Sekta w pewnym momencie skupiała kilkanaście tysięcy ludzi, a jej przywódca siciągał z nich całkiem niezłe uposażenie. Kiedy policja zaczęła mu deptać po piętach w USA, kupił sobie kawałek dżungli w Gujanie i przeniósł się tam z najwierniejszymi wyznawcami. Swoją małą utopię nazwali – a jakże – Jonestown. Żeby skrócić opowieść, w 1978 roku Jones i jego ludzie zastrzelili odwiedzających ich dziennikarzy i kongresmena, po czym zmusili ponad 900 osób do wypicia trucizny, a na końcu zabili samych siebie. Było to jedno z największych masowych samobójstw w historii.
W centrum Jonestown stał zabytkowy kościół, wzniesiony jeszcze w połowie XIX wieku przez Portugalczyków. Drewniana budowla spłonęła sześć lat temu, a w czwartek rząd ogłosił, że ją odbuduje. Tyle, że nowa świątynia będzie betonowa.
Co to wszystko ma wspólnego z Jonesem? W sumie nic, ale każdy pretekst do opowiedzenia ciekawej historii jest dobry, prawda?

5. Ju łont anader rap?

Zaczeliśmy od wyborów w Afryce (poniekąd), to na nich skończymy. Głosowanie miało dziś miejsce w Ugandzie i według wstępnych wyników, wygrał je Yoweri Museveni. Rządzący od 25 lat były partyzancki przywódca zgarnął ok. 68 proc. głosów, na pełne wyniki musimy poczekać jeszcze kilka dni.
Sytuacja w Ugandzie jest bardzo ciekawa, ale zostawimy sobie ją na kiedy indziej. Skorzystajmy tylko z okazji, żeby przypomnieć internetowy hit z czasów kampanii wyborczej:

Sam Museveni był remixem (blendem? mashupem?) oburzony, ale nie zmienia to fakty, że piosenka szturmem zdobyła miejscowe dyskoteki. Dział Zagraniczny czeka na raperów w nadchodzących wyborach nad Wisłą.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Kosowo Blues

Wczoraj (17 lutego) Kosowo obchodziło swoją trzecią rocznicę niepodległości. Z tej okazji Paweł Lickiewicz, nasz specjalny wysłannik na Bałkany, spłodził krótki tekst. Enjoy.

Pod koniec stycznia „The Guardian” opublikował fragmenty tajnych z raportów NATO, z których ma wynikać że Hashim Thaçi, obecny premier Kosowa jest grubą rybą lokalnej mafii. Z przecieków wynika, że szef rządu jest silnie powiązany z gangsterami z Albanii, a zachodnie rządy miałyby o tym wiedzieć już od kilku lat.
Sprawa stała się głośna już przy okazji wyborów do parlamentu, w połowie grudnia. Dwa dni po głosowaniu Rada Europy opublikowała raport autorstwa Dicka Martyego, który badał doniesienia o nieludzkim traktowaniu Serbów przez Armię Wyzwolenia Kosowa (UÇK) podczas wojny w 1998 roku. Marty zarzuca premierowi najmłodszego europejskiego państwa, że jako szef partyzantki był wtedy odpowiedzialny za handel bronią, heroiną, ludźmi i… organami do przeszczepów (najlepiej schodziły podobno serbskie nerki). Przekonuje również, że szef rządu nie porzucił przestępczej działalności i trwa ona już 15 lat.
W związku z powyższymi doniesieniami, Rada Europy oraz Parlament Europejski mają rozpocząć dochodzenie w sprawie Thaçiego. Trzeba jednak pamiętać, że do tej pory NATO i państwa zachodnie silnie popierały lokalny establishment, który – choć może nie idealny – zapewnia względny spokój i stabilność Kosowa. EULEX zapowiada śledztwo, ale wielkiego pola manewru nie ma, a sam raport, choć wstrząsnął miejscową sceną polityczną, to jednak nie na tyle by przeszkodziło to jego bohaterowi po raz drugi zostać wybranym na premiera.

FlagiKosowo vel Litel Juesej (Fot. Paweł Lickiewicz/Dział Zagraniczny)

Skandalu nie należy jednak lekceważyć, bo kryzys może wpłynąć na poważne przetasowanie kadr. Wydaje się, że cierpliwość Sojuszu Północnoatlantyckiego się wyczerpała, a wojskowi zaczynają odławianie grubszych ryb. Tymczasem młody narybek, który chce zająć ich miejsce, jest wyjątkowo kolorowy.

W grudniowych wyborach zwycięzka Demokratyczna Partia Kosowa (której Thaçi jest przywódcą) zgarnęła 32 proc. głosów, a opozycyjna Demokratyczna Liga Kosowa 24 proc. Ale najciekawsza jest trzecia siła w parlamencie (12 proc.): ruch Vetëvendosje, Samostanowienie. A konkretnie jej szef, Albin Kurti.
Kurti to Che, Luter i Marthin Luther King Kosowa. Tylko lepszy, bo naraz i swój. Po raz pierwszy stał się sławny podczas studenckich protestów w Prisztinie w 1997 r. Domagał się od Serbów, żeby wynieśli się z zajętych wcześniej uniwersyteckich budynków i dawał się Belgradowi tak bardzo we znaki, że co chwila oskarżały go o terroryzm i działanie przeciwko integralności kraju, po czym wsadzały do paki. Wreszcie, w 2000 r., cierpliwość im się skończyła i studencki przywódca dostał wyrok 15 lat odsiadki. Kurti z dnia na dzień stał się symbolem walki o wolność i idolem wszystkich nastolatków w Kosowie.

Długo zresztą nie posiedział, bo już rok po jego skazaniu Milošević został obalony i Albina wypuszczono. Kurti postanowił skapitalizować popularność, założył Samostanowienie i zaczął głośno potępiać jakiekolwiek negocjacje z Serbią, ONZ-tem czy Unią Europejską. Na tym nie poprzestał i zaczął żądać referendum w sprawie przyłączenia Kosowa do Albanii.

SamostanowienieTo tu w pocie czoła powstają nowe zasady kosowskiej ortografii: “Samostanowienie = Wielka Albania” (Fot. Paweł Lickiewicz/Dział Zagraniczny)

Vetëvendosje nie uznaje statusu Kosowa jako protektoratu międzynarodowego oraz zwierzchnictwa misji policyjnej EULEX nad państwowymi instytucjami. Urzędników unijnych uważa za tak samo skorumpowanych jak miejscowi, więc ani z jednymi ani z drugimi nie chce mieć nic wspólnego. Dlatego, zamiast rozmawiać z innymi siłami politycznymi w kraju, Samostanowienie postanowiło się skupić na akcjach społecznych. Czyli przewracaniu samochodów EULEXu (rekord to 25 jeepów w jedną noc), wywieszaniu na rządowych budynkach listów gończych za znanymi politykami, demonstracjach i politycznym graffiti, którym chłopcy Kurtiego pokryli już chyba całe Kosowo.
Urządnicy z Brukseli okazali się być podobni do Serbów i Albina po prostu zamknęli. Ale, że nie bardzo potrafili mu udowodnić jakiejkolwiek winy, to już po paru miesiącach musieli wypuścić (w międzyczasie w kraju i tak zbierano podpisy pod petycją o jego uwolnienie).

Kurtiemu odsiadki się najwyraźniej znudziły, bo przemyślał sprawę i doszedł do wniosku, że przyda mu się poselski immunitet. A od słów do czynów była już krótka droga. Samostanowienie z ruchu społecznego przeistoczyło się w partię z prawdziwego zdarzenia i od dwóch miesięcy ma w 120-osobowym parlamencie 14 własnych przedstawicieli. A najciekawsze w tym wszystkim jest to, że naczelna zasada Vetëvendosje – „żadnych negocjacji” – wciąż obowiązuje. Jak zatem nowi posłowie chcą się odnaleźć w swoich obowiązkach? Będziemy się przyglądać.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Categories: Uncategorized Tags:

Argentyńskie telenowele i Rastamysz

W tym tygodniu sporo wydarzeń miało coś wspólnego z opisywanymi już wcześniej w Dziale Zagranicznym historiami. Poświęćmy im trochę uwagi.

1. Twoja czekolada jest z przemytu

Dział Zagraniczny uwielbia czekoladę, więc zacznijmy od Wybrzeża Kości Słoniowej, gdzie od listopada zmieniło się niewiele. Gbagbo wciąż jest nieuznawany przez nikogo, ale nie chce się pogodzić z faktami. Ouattara jest dla reszty świata legalnym prezydentem, ale wciąż nie wychodzi z chronionego przez Błękitne Hełmy hotelu. Na ulicach ścierają się zwolennicy jednego i drugiego, jest już prawie 300 ofiar śmiertelnych, a ponad 80 tys. osób to uchodźcy wewnętrzni. No i oczywiście kakao osiąga ogromne ceny na rynku, bo świat wpadł na pomysł, że Laurenta zmusi do rezygnacji embargo na eksport tego owocu. Efekt? Szmugiel na ogromną skalę.
Tymczasem we wtorek, w siedzibie Ministerstwa Skarbu wybuchł gwałtowny pożar. Zanim strażacy opanowali sytuację, ogień zdążył strawić większość dokumentów i baz danych z państwowymi przychodzami i rozchodami. Dobry ruch, jeżeli chce się na uchodźctwie żyć z klasą.

2. Wielkanoc wciąż niespokojna

Na początku grudnia Dział Zagraniczny informował o zamieszkach na Wyspie Wielkanocnej, gdzie część mieszkańców chce ograniczenia liczby turystów odwiedzających co roku ich ojczyznę, a niektórzy dodatkowo żądają od Chile niepodległości.
Taktyka okupacji wciąż trwa i po tym, jak usunięto ich z lotniska i budynków rządowych, grupa protestujących zajęła jeden z luksusowych hoteli. Po wielu tygodniach negocjacji, siłom porządkowym skończyła się cierpliwość, więc policja przeprowadziła szturm na ośrodek i po prostu wyniosła aktywistów.
Ale wbrew pozorom, zbuntowani mieszkańcy odnieśli małe zwycięstwo. Podczas rozprawy sędzia Nora Bahamondes zawiesiła zarzuty o zajęcie cudzej własności, uzasadniając, że najpierw należy ustalić czy ziemia rzeczywiście należy do dewelopera, czy też faktycznie do miejscowej rodziny (która twierdzi, że ich przodkowie zostali jej pozbawieni podstępem).
Sprawę rozpatrzy Sąd Najwyższy.

3. Wybuch w mateczniku

Również w grudniu, nasz korespondent w La Paz opisywał sytuację na ulicach Boliwii po tym, jak rząd ogłosił, że przestanie dopłacać do benzyny, przez co z dnia na dzień jej cena skoczyła o blisko 80 proc. Chociaż władze bardzo szybko wycofały się z tego pomysłu, było to o tyle ciekawe, że to pierwszy przypadek, kiedy przeciw Evo Moralesowi wystąpili nie przedstawiciele opozycji z bogatego wschodu kraju, tylko jego najwierniejsi zwolennicy – biedota z Altiplano. Wtedy prezydent sprawnie rozbroił sytuację: podwyżki ogłoszono, kiedy był z wizytą w Wenezueli, a kiedy stało się jasne, że ulica tego nie zaakceptuje, wrócił i natychmiast je anulował.
Jednak w tym tygodniu musiał stanąć twarzą w twarz z problemami. Podczas przemówienia w rodzinnym Oruro, miejscowi górnicy najbierw głośno go wybuczeli, a chwilę później zaczęli demonstrację w typowy dla siebie sposób: odpalili dynamit. Morales pośpiesznie opuścił miasto. Tymczasem do protestów doszło też w La Paz, Cochabambie i Santa Cruz. Na szczęście dla rządu, fatalna pogoda szybko rozgoniła manifestantów.
Niezadowolenie bierze się z tego, że ceny transportu (a w Boliwii jest on całkowicie prywatny, więc władze niewiele mogą na tym polu zdziałać) wciąż rosną, a w zaopatrzeniu pojawiają się braki (zaczyna np. brakować cukru). I chociaż wynika to w dużej mierze z sytuacji globalnej (żywność drożeje na całym świecie), to dla Moralesa jest to na pewno poważny sygnał, że z reguł miłość ludu jest odwrotnie proporcjonalna do ceny mięsa.

Boliwia protestBoliwijska forma demokracji bezpośredniej (Fot. Juan Karita/AP)

4. Tragedii ciąg dalszy

Dział Zagraniczny podawał dwa tygodnie temu informację o pechowym skrzyżowaniu w Lahore, gdzie pewien Amerykanin najpierw zastrzelił dwóch mężczyzn, a chwilę później jego rodak – pracownik konsulatu – w tym samym miejscu przejechał jeszcze jednego.
Okazuje się, że sprawa jest dużo bardziej skomplikowana, niż się z początku wydawała. Strzelec nazywa się Raymond Davies i od samego początku twierdzi, że działał w samoobronie. Tymczasem świadkowie zeznają, że to on pierwszy zaatakował mężczyzn i zastrzelił ich z zimną krwią. Amerykański konsulat przekonuje, że Davies jest ich pracownikiem i chroni go immunitet, tymczasem jego zatrudnienia nie potwierdzają żadne oficjalne dokumenty. Stany chcą załagodzić sytuację, oferując rodzinie ofiar wysokie odszkodowania, jednak wydaje się, że nic z tego nie będzie: sprawa stała się zbyt głośna, ulicami przetaczają się wściekłe demonstracje żądające kary śmierci dla sprawcy. W dodatku od poniedziałku sprawa ma jeszcze tragiczniejsze oblicze: żona jednego z zastrzelonych powiedziała, że nie wierzy w sprawiedliwość i popełniła samobójstwo.

5. Argentyńska telenowela

Skoro jesteśmy przy tragicznych losach żon, to spójrzmy na chwilę na Argentynę. W ciągu ostatnich dwóch tygodni cztery kobiety zostały tam zamordowane w ten sam bestialski sposób – ich partnerzy oblali je wódką i podpalili. A żeby było bardziej groteskowo, to wszyscy sprawcy tłumaczą się tak samo: “No, oblała się sama, pijąc z butelki, a potem próbowała zapalić papierosa”. Fantastyczna wyobraźnia, Dział Zagraniczny wróży panom wielką przyszłość w pisaniu scenariuszy do telenowel.

A, no i przy okazji. Czytelnicy Działu Zagranicznego oczywiście kojarzą Cristinę Fernández de Kirchner, prezydent Argentyny i żonę Néstora Kirchner, który w październiku zmarł na zawał. Mąż był głową państwa przed Cristiną, planowali się wymieniać urzędem co kadencja i z tego oraz innych powodów (np. prawniczego wykształcenia obojga i pochodzenia z mało ważnego stanu) nazywano ich często latynoskimi Clintonami.
No więc właśnie się okazało, że Néstor miał z Billem więcej wspólnego, niż się wszystkim wydawało: z sekretarką przez lata łączyło go zdecydowanie więcej niż urzędowa papeteria. Elizabeth Miriam Quiroga zostałą kochanką Kirchnera jeszcze w latach 90., kiedy był gubernatorem prowincji Santa Cruz, a kiedy został prezydentem, porzuciła wszystko i podążyła za nim do Buenos Aires, gdzie dał jej pracę w swojej administracji, żeby mogli być blisko siebie.
Ale Néstor zmarł i Cristina rywalkę zwolniła. Co ta ostatnia przyjęła z klasą, o wszyskim opowiadając w gazetach.

Natalio Oreiro: nowe wyzwanie.

6. Halo? Tu Ziemia

Skoro już o przywódcach mowa, to podczas piątkowych modłów w Teheranie, ajatollach Chamanei, faktyczny szef Iranu, rzucił:
– Ten wybuch, który widzimy u narodu egipskiego to właściwa odpowiedź na wielką zdradę, którą zdradziecki dyktator popełnił wobec swojego ludu!
Ali? Serio? Wychodzisz czasem z domu?

7. Grzegorz Lato i Rastamysz

And last but not least, w zeszłą niedzielę obchodziliśmy 66. rocznicę urodzin Boba Marleya. W związku z czym Olivia Grange, Minister Młodzieży, Sportu i Kultury na wyspie, zapewniła że osobiście poprowadzi starania o uznanie piosenkarza za bohatera narodowego. Tak, dokładnie, nie ma tu pomyłki: Tuff Gong może i symbolem jest, ale tylko w powszechnej świadomości, a oficjalnie nie. To ostatnie ma miejsce dopiero, kiedy rząd przyzna mu Order Bohatera Narodowego, którym do tej pory uhonorowano dopiero siedem osób. Wymieńmy je sobie: Queen Nanny, Samuel Sharpe, Marcus Garvey, Paul Bogle, George William Gordon, Alexander Bustamante i Norman Manley.
Czy komuś te nazwiska coś mówią? Działowi Zagranicznemu akurat tak, ale z pełną świadomością że jest w mniejszości. Karaibka wyspa ma chyba tę samą przypadłość co Polska: nad Wisłą wszyskim się wydaje, że świat kojarzy nas z Papieża (ale tego prawdziwego), ewentualnie Lecha Wałęsy, a potem człowiek trafia do Tanzanii albo Argentyny i wszyscy pytają tylko, czy Grzegorz Lato jeszcze żyje.
Jamajko, ogarnij się.

A już na kawę po deserze też karaibka popkultura. BBC na swoim kanale dziecięcym CBeebies nadaje bajkę, której głównym bohaterem jest… Rastamysz. Gryzoń uczy dzieci szacunku i miłości do bliźniego, czasem złapie jakiegoś przestępcę, a na codzień jeździ na desce i gra w kapeli reggae. Sami zobaczcie:

Oczywiście mnóstwo widzów wysłało do stacji listy protestacyjne, że utwierdza krzywdzący stereotyp mieszkańca Karaibów (choć serial jest oparty na bardzo popularnych właśnie na Jamajce ilustrowanych książeczkach dla dzieci).
Ciekawe jak zareagują na plany jednego z synów Marleya. Ziggy ogłosił właśnie, że w kwietniu wyda 48-stronicowy komiks z przygodami sperbohatera z innej planety. Imię herosa? MarijuanaMan.

MarijuanamanTwój czas minął, Clarku Kencie

Nie wiadomo, czy kosmita będzie tak silny jak Superman. Ale bankowo mniej spięty.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

O czym nie powiedzą ci w biurze podróży

Dział Zagraniczny doszedł do wniosku, że skoro ostatnie kilka tygodni pokazało, że raje z obiadokolacją mają jednak trochę inne problemy niż to czy w lutym będzie stopni dwaścia czy dwaściapińć, to może warto przybliżyć jeszcze jakieś miejsca, gdzie jest spoko tylko jeżeli jesteś bardzo bladym grubasem nad basenem. Na przykład Malediwy, gdzie dolecimy już za 2 tys. złotych. A za niecałe 21 peelenów możemy się oddać ulubionej rozrywce lokalnej młodzieży: heroinie.

Położony w samym środku Oceanu Indyjskiego archipelag ponad tysiąca wysepek to ucieleśnienie raju. Turkusowe laguny, białe plaże, fantastyczne rafy koralowe, tysiące kolorowych ryb. Bajkowy klimat przyciąga turystów z gestem – rosyjskich oligarchów, arabskich szejków i zwykłych celebrytów. To zostawiane przez nich pieniądze i dochody z połowu tuńczyka zapewniają Malediwom drugi największy PKB na głowę w całej Azji Południowej. Ale z dala od luksusowych bungalowów panuje inna rzeczywistość.

MaleStolica Malediwów w ogóle (Fot. Shahee Ilyas)

W Malé, stolicy kraju, mieszka tylko 130 tys. osób, ale muszą się pomieścić na zaledwie 5 kilometrach kwadratowych. To jedno z najgęściej zaludnionych miast świata. Na wyspie już od dawna nie ma miejsca na nowe budownictwo, więc domy rosną w górę. Wielopokoleniowe rodziny gnieżdżą się w zatłoczonych klitkach. O żadnej prywatności nie ma nawet mowy, więc nastolatki przesiadują całe dnie na ulicach. I nie ma tam kompletnie nic do roboty: większość turystów spędza w stolicy średnio kilka godzin z całego pobytu, w mieście zarobek na nich jest niewielki (mimo ogromnego PKB, większość obywateli nie zarabia więcej niż 2 dolary dziennie), a inne etaty są już dawno pozajmowane. Bezrobocie wśród młodzieży jest powszechne, a perspektyw nie ma żadnych. Jest za to heroina.

Narkotyki płyną do kraju szerokim strumieniem. Straż przybrzeżna nie jest w stanie upilnować granic, przemytnicy z łatwością przerzucają towar z Pakistanu na niezamieszkane wysepki, a stamtąd małymi partiami dostarczają do Malé. Dilerami zostają bezrobotni młodzi mężczyźni, którzy rozprowadzają heroinę wśród swoich znajomych. A ci spróbują wszystkiego, żeby chociaż na chwilę wyrwać się z apatii. W efekcie, według różnych statystyk, od ciężkich narkotyków jest tu uzależnionych od 20 do 40 proc. małoletnich.
– Ponad połowa naszej populacji ma poniżej 18 lat – powiedział poprzedni prezydent kraju Maumoon Abdul Gayyoom – Nie możemy sobie pozwolić na jej stratę.

HeroinaStolica Malediwów w szczególe (Fot. Mariana Keller/The New York Times)

Gayyoom może sobie ubolewać, ale to przez niego Malediwy nie potrafią zwalczyć u siebie narkomanii. Despotycznie rządził krajem przez 30 lat, siłą zwalczając każde nieposłuszeństwo. Oddał władzę dopiero w 2008 roku, ale pozostawił w spadku brak społeczeństwa obywatelskiego, rozwiniętych mediów i niezależnego sądownictwa. Oraz drakoński kodeks karny.
O leczeniu narkomanów nie ma nawet mowy, za to choćby minimalna ilość substancji odurzających to długa – nawet do 25 lat – odsiadka. We wrześniu popularny w mieście wokalista reggae Haisham Mohamed Rasheed dostał 10 lat za posiadanie niecałego grama marihuany.
Według oficjalnych statystyk, liczba przestępstw związanych z narkotykami podskoczyła w ciągu kilku ostatnich lat o 500 procent. W zeszłym roku tylko z tego powodu aresztowano 1153 osoby. Trzy czwarte wszystkich więźniów w kraju siedzi przez nielegalne używki.

Nawet ci, którzy w końcu zostaną zwolnieni z aresztu, albo wcześniej wykupią się łapówkami, prędzej niż później znowu wpadną w konflikt z prawem. Na zatłoczonych ulicach Malé nie da się uniknąć dawnych kolegów-dilerów, a pokusy pozostają takie same jak wcześniej.
Na leczenie farmakologiczne nie ma pieniędzy, a jedyny w kraju ośrodek rehabilitacyjny może pomieścić niecałe 100 osób. Nikt nie robi badań krwi i chociaż według oficjalnych statystyk na wirusowe zapelenie wątroby albo HIV cierpi niewiele ponad 1 proc. mieszkaców, to zdaniem UNICEFu prawdziwa liczba zakażonych jest wielokrotnie wyższa.

W zeszłym roku doszło do wybuchu przemocy na ulicach Malé. Dilerów zrobiło się tak dużo, że postanowili skrzyknąć się w gangi i walczyć o strefy wpływów. Nocami po mieście biegają chłopcy z nożami dłuższymi od własnych przedramion. Tyle, że tną się między sobą, na turystów nie zwracają uwagi. Więc tej wakacyjnej idylli żadne media wam nie zmącą.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.