Home > Uncategorized > Ju łont anader rap?

Ju łont anader rap?

W Polsce ferie, a tymczasem na świecie tydzień w szkolnictwie dość gorący.

1. Najlepszy kandydat, to jedyny kandydat

Mubarak na emeryturze, Ben Ali w szpitalu, grunt pali się pod nogami przywódcom Libii, Omanu, Jemenu, Bahrajnu itd. Zeszłotygodniowe rozruchy w Chartumie też można z grubsza zaliczyć do wydrzeń ze “świata arabskiego”, ale wygląda na to, że wiatry społecznych niepokojów zaczynają też wiać na południe od Sahary. A zaczyna się od niepozornego Dżibuti.
Wciśnięta między Etiopię, Erytreę i Somalię malutka republika niby wybory ma, ale od uzyskania niepodległości w 1977 r. (wcześniej była kolonią francuską) rządzi nią jedna rodzina, która nie bardzo chce się dzielić władzą. Prezydentów było do tej pory dwóch. Pierwszy, Hassan Gouled Aptidon, sprawował urząd tak długo, aż po prostu zrobił się na to za stary i w 1999 r. – w wieku 84 lat – oddał fotel swojemu siostrzeńcowi, Ismaïlowi Omar Guellehowi.
W pierwszych wyborach, jeszcze w tym samym roku, Ismaïl gładko pokonał jedynego kontrkandydata i zgarnął 74 proc. głosów. Ale już przy drugiej elekcji (2005), doszedł do wniosku, że nie ma się co stresować i po prostu nikomu innemu startować nie pozwolił, dzięki czemu może się dziś pochwalić trudnym do zdobycia nawet na Białorusi wynikiem 100 proc. Dział Zagraniczny podejrzewa, że wyborcami byli prawdopodobnie on sam, oraz wujek z ciocią.
Konstytucja przewiduje jednak tylko dwie kadencje. Ale Guelleh, jak wiemy, szczegółami się nie przejmuje i w zeszłym roku ustawę zasadniczą zmienił, dzięki czemu miał wziąć udział w zapowiedzianych na kwiecień wyborach. Pech (jego) chciał, że kraje arabskie eksplodowały i Dżibuti dostało rykoszetem. W stolicy na ulice wyległy tysiące osób, domagając się jego odejścia.
Dział Zagraniczny przewiduje, że o przyszłości kraju zadecyduje postawa Amerykanów. Dżibuti ma dla USA strategicznie kluczowe znaczenie, w Camp Lemonier (dawna francuska baza wojskowa) stacjonuje tam ponad 2 tys. żołnierzy ze Stanów, a sam Guelleh uchodzi za jednego z najważniejszych sojuszników Waszyngtonu w regionie. Jak się sprawy potoczą, zobaczymy pewnie w ciągu najbliższych kilku/kilkunastu dni.

2. Pan od mebli i pani od miliardów

Starsza pani jest najbogatszą kobietą w kraju. Niedługo przed śmiercią, w jej życiu pojawia się przystojny młodzieniec. Para zakochuje się w sobie wbrew sztywnym konwenansom, a gdy ona umiera, zapisuje mu bajeczną fortunę w testamencie. Który później okaże się fałszywy.
Dobry melodramat nie jest zły, zwłaszcza jeżeli jest prawdziwy. Ona nazywała się Nina Wang i była największym rekinem (rekinicą?) finansowym Hong Kongu. On ma w dowodzie Tony Chan i z zawodu zamienia miejscami biurka, fotele i szafki, czyli zajmuje się feng shui (a wcześniej również rozlewaniem wódki w barach i kilkoma innymi rzeczami). Nina zmarła w 2007 r. i wówczas Tony pochwalił się przed światem jej ostatnią wolą, w której przekazywała mu warty jakieś 12 miliardów dolarów majątek. Reszta rodzina szybko oskarżyła go o oszustwo i pokazała inny testament. Który Tony jeszcze szybciej nazwał fałszywym.
W skrócie: w zeszłym roku Chan został aresztowany, ale bardzo szybko wypuszczony za kaucją. W tym tygodniu sąd orzekł, że to jednak on podrobił ostatnią wolę starszej pani. Teraz Tony ma jeszcze szansę na ostatnią apelację w Sądzie Najwyższym, ale media w Hong Kongu są pewne, że i tam przegra.
Piękny scenariusz. Bardzo oryginalny.

Nina i TonyZdjęcie dorównuje historii

3. Podstawówka, gimnazjum i liceum

Sporo się dzieje u nauczycieli na świecie.

We wtorek, na przykład, wywołali oni zamieszki w meksykańskim Oaxaca. Miasto odwiedzał akurat prezydent Felipe Calderón i panie od biologii, oraz panowie od WF-u uznali, że to dobry moment, żeby zaprotestować przeciw nowemu prawu, które ich zdaniem faworyzuje szkoły prywatne kosztem publicznych. A swoje argumenty zaprezentowali podpalając rządowy samochód i dając po głowie stanowemu Sekretarzowi do spraw Bezpieczeństwa Publicznego. W bitwie z policją w ruch poszły kamienie, a w pewnym momencie ktoś zaczął strzelać, choć na razie nie jest pewne czy ze strony tłumu, czy mundurowych. W każdym razie, bilans to jakieś 20 rannych osób.

Posuwamy się zgodnie z ruchem wskazówek zegara i trafiamy na Dominikanę.
Tam nauczyciele też postanowili domagać się podwyżek, oraz żeby rząd zaczął wreszcie (zgodnie z wymogami prawa) przeznaczać 4 proc. budżetu na edukację i wrócił do zwyczaju dopłacania uczniom z biednych rodzin do obiadów. Ale zamiast rzucania kamieniami, ciało pedagogiczne na wyspie wpadło na zdrowszy pomysł i ogłosiło wielki marsz. Kilka tysięcy pracowników szkolnych w poniedziałek ruszyło z północnego zachodu kraju i po przejściu w sumie 200 kilometrów, w piątek rano wkroczyli do Santo Domingo. Rannych? Zero.

I na koniec, stan szkolnictwa w Gujanie.
Tropikalne państwo ma (niespodzianka) problem ze swoimi nauczycielami, którzy uważają, że zarabiają (kolejny nagły zwrot akcji) za mało. Ale zamiast maszerować czy atakować policję, po prostu emigrują. I to w takich ilościach, że po prostu brakuje ludzi do pracy w szkołach (mimo, że co roku uprawnienia do nauczania dostaje około 500 osób). Rząd ogłosił, że szuka uzupełnień zagranicą.
Młody fizyku, jeżeli masz dość zimy w Zespole Szkól Ponadgimnazjalnych nr 4 w Piotrkowie Trybunalskim, a mówisz po angielsku…

4. Do czego prowadzi słuchanie słabych płyt

I jeszcze ciekawa wiadomość z Gujany właśnie.
Może nie wszyscy czytelnicy kojarzą sektę Świątynia Ludu, więc Dział Zagraniczny szybko przypomni. Lata 60. były w Stanach Zjednoczonych odlotowe i trudno, żeby było inaczej przy takiej ilości marihuany i LSD. Ludzie robili wtedy niewytłumaczalne rzeczy, na przykład chodzili na koncerty Donovana. No i dawali się naciągać na różne pseudoreligie, na czym postanowił zbić kapitał niejaki Jim Jones, który założył właśnie Świątynię Ludu.
Sekta w pewnym momencie skupiała kilkanaście tysięcy ludzi, a jej przywódca siciągał z nich całkiem niezłe uposażenie. Kiedy policja zaczęła mu deptać po piętach w USA, kupił sobie kawałek dżungli w Gujanie i przeniósł się tam z najwierniejszymi wyznawcami. Swoją małą utopię nazwali – a jakże – Jonestown. Żeby skrócić opowieść, w 1978 roku Jones i jego ludzie zastrzelili odwiedzających ich dziennikarzy i kongresmena, po czym zmusili ponad 900 osób do wypicia trucizny, a na końcu zabili samych siebie. Było to jedno z największych masowych samobójstw w historii.
W centrum Jonestown stał zabytkowy kościół, wzniesiony jeszcze w połowie XIX wieku przez Portugalczyków. Drewniana budowla spłonęła sześć lat temu, a w czwartek rząd ogłosił, że ją odbuduje. Tyle, że nowa świątynia będzie betonowa.
Co to wszystko ma wspólnego z Jonesem? W sumie nic, ale każdy pretekst do opowiedzenia ciekawej historii jest dobry, prawda?

5. Ju łont anader rap?

Zaczeliśmy od wyborów w Afryce (poniekąd), to na nich skończymy. Głosowanie miało dziś miejsce w Ugandzie i według wstępnych wyników, wygrał je Yoweri Museveni. Rządzący od 25 lat były partyzancki przywódca zgarnął ok. 68 proc. głosów, na pełne wyniki musimy poczekać jeszcze kilka dni.
Sytuacja w Ugandzie jest bardzo ciekawa, ale zostawimy sobie ją na kiedy indziej. Skorzystajmy tylko z okazji, żeby przypomnieć internetowy hit z czasów kampanii wyborczej:

Sam Museveni był remixem (blendem? mashupem?) oburzony, ale nie zmienia to fakty, że piosenka szturmem zdobyła miejscowe dyskoteki. Dział Zagraniczny czeka na raperów w nadchodzących wyborach nad Wisłą.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

  1. No comments yet.
  1. No trackbacks yet.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: