Home > Uncategorized > Kod na nieśmiertelność i +100 do reputacji

Kod na nieśmiertelność i +100 do reputacji

– Mamy politykę bez skrupułów, bez zasad, bez przyzwoitości! – krzyczał dziennik “The Indian Express”. – Koalicja wygrywa głosowanie, przegrywa zaufanie! – wtórowała mu gazeta “The Pioneer”. – Hańba! – podsumowywał “The Economic Times”.
Takie nagłówki zalały Indie w lipcu 2008 r., kiedy rządzący Indyjski Kongres Narodowy ledwo przetrwał głosowanie o wotum zaufania, a opozycja oskarżyła władze, że przeciągały niezdecydowanych posłów na swoją stronę, płacąc im twardą gotówką. Dziś sprawa wraca jak bumerang, ze zdwojoną siłą.
Gdyby Indie były grą komputerową, to rząd właśnie straciłby jedno życie. A to, że ciągle prze do przodu, byłoby ostatecznym dowodem, że gra na kodach – nikt nie może skusić tyle razy w tak krótkim czasie i wciąż biec po księżniczkę.

Przez ostatnie sześć miesięcy, krajem po kolei wstrząsało sześć wielkich afer, na których skarb państwa – według wstępnych szacunków – miał już stracić ponad 80 mld dolarów.
Fatalna seria zaczęła, kiedy media ujawniły skandal budowlany w Mumbaju. Miasto budowało domy dla wdów po poległych żołnierzach, ale okazało się, że mieszkania zamiast trafić do kobiet, byly nielegalnie przejmowane przez rządzących stanem biurokratów.
Potem poszło już z górki. O łapownictwo zostali oskarżeni organizatorzy zeszłorocznych Igrzysk Wspólnoty Narodów w Delhi. Wyszło na jaw, że nowo mianowany szef najważniejszego antykorupcyjnego urzędu w kraju, sam był wcześniej karany za przyjmowanie kopert pod stołem. A minister telekomunikacji został zwolniony w trybie nagłym i wtrącony do aresztu, kiedy okazało się, że podczas prywatyzacji jednego z przedsiębiorstw załatwił sobie prowizję sięgającą 39 mld dolarów. Jego nabliższego współpracownika znaleziono dwa tygodnie temu powieszonego we własnym mieszkaniu.

ProtestIndyjski akcent na piśmie równie fajny jak w mowie (Fot. PTI)

A afera z przekupywaniem posłów sprzed trzech lat wróciła właśnie na afisz za sprawą Wikileaks. Opozycja próbowała wówczas odwołać rząd, żeby nie dopuścić do przyklepania nowej ustawy o energii nuklearnej. Była napisana w taki sposób, żeby mocno faworyzować potencjalnych inwestorów z USA. Amerykanie niepokoili się, że jeżeli gabinet Indyjskiego Konresu Narodowego upadnie, to kontrakty przejdą im koło nosa. Więc Hindusi postanowili uspokoić kolegów z Waszyngtonu.
– Pokazali mi dwie skrzynki wypełnione gotówką i powiedzieli, że mają w sumie 25 milionów na łapówki – pisał pracownik ambasady w Delhi w depeszy, którą Wikileaks przekazały w tym miesiącu lokalnym gazetom.

– Nikogo nie upoważniałem do kupowania głosów. Nic mi nie wiadomo o żadnych przypadkach kupowania głosów. Nie jestem w to w żaden sposób zamieszany – przekonuje spokojnie premier Manmohan Singh. I chociaż tropy we wszystkich aferach wskazują na jego gabinet, to cały kraj zdaje mu się wierzyć.

79-letni szef rządu cieszy się nieposzlakowaną opinią. Jest powszechnie postrzegany jako autor indyjskiego cudu gospodarczego, do którego doprowadził jako minister finansów na początku lat 90. To typowy technokrata, był szefem państwowego banku centralnego, pracował dla Międzynarodowego Funduszu Walutowego i Azjatyckiego Banku Rozwoju.
Od przewodzi gabinetem, posunął do przodu negocjacje pokojowe z Pakistanem, odwiecznym rywalem jego kraju, porozumiał się z Chinami w sprawie spornej granicy na Himalajach, o które oba państwa stoczyły krótką wojnę w 1962 r., zdystansował się od Iranu – dotychczasowego sojusznika – kiedy wyszedł na jaw jego program nuklearny i jest pierwszym indyjskim przywódcą od 30 lat, który odwiedził Afganistan.

Singh i ObamaDasz posłuchać? (Fot. Pete Souza/White House)

Jest również pierwszym premierem od czasów Nehru, który przetrzymał na stanowisku pełne 5 lat i zachował fotel na następną kadencję. A przecież nawet nie chciał przyjąć tej pracy.
W 2004 r. Indyjski Kongres Narodowy – partia, która przyniosła państwu niepodległość – wróciła do władzy po kilku latach w opozycji. Wszyscy spodziewali się, że szefem rządu zostanie przywódczyni ugrupowania, Sonia Gandhi. Problem w tym, że Sonia nie jest rodowitą Indyjką. W rzeczywistości to Włoszka, która nazwisko przejęła po mężu – Rajivie. Ten ostatni został premierem w 1984 r., kiedy zamordowano w zamachu jego poprzednika, a zarazem matkę: Indirę Ghandi. 5 lat później jego samego rozerwała bomba.
Kongres długo prosił Sonię, żeby – jako matka przewidywanego na przyszłego premiera Rahula – tymczasowo objęła jego przywództwo. Włoszka długo się opierała, ale w końcu lat 90. przyjęła ofertę. Dla wielu wyborców partii, obcokrajowiec na czele ich ugrupowania to było za wiele. Dlatego Gandhi nie chciała ich zrażać jeszcze bardziej i zawsze unikała premierowskiego fotela. Po wyborach w 2004 r. zaproponowała to stanowisko Singhowi, który ponoć przyjął je z wielkimi oporami.

Co ciekawe, Singh nigdy nie wygrał w żadnych wyborach, w jakich startował, a wszystkie dotychczasowe stanowiska piastował z nadania. Mimo to, jest powszechnie uważany za najuczciwszego polityka w kraju. A być może właśnie dlatego.
Prawda jest taka, że dla jego przywództwa nie bardzo widać jakąkolwiek alternatywę. Opozycyjna Indyjska Partia Ludowa jest dowodzona przez starych i skompromitowanych działaczy na spółkę z młodymi, ale niedoświadczonymi wilczkami. W dodatku ją też zżera korupcja i skandale, niewiele mniejsze od tych trapiących rząd.
Parlament pozostaje narodową zakałą bez względu na linię podziałów politycznych. Na 545 członków jego izby niższej, aż 162 (czyli jedna trzecia) ma zarzuty kryminalne, wśród których łapówkarstwo to mały pikuś. Grupa 76 z nich ma zarzuty uczestnictwa w takich czynach jak wymuszenia, porwania, a nawet morderstwa.

W tej sytuacji nic dziwnego, że rząd firmowany przez staruszka Manmohana trwa jak skała. Nie wiadomo tylko jak długo. Premier ma poważne kłopoty ze zdrowiem, w ostatnich latach przechodził ciężkie operacje serca, a najnowsze skandale wyraźnie się na nim odbiły – wygląda na osłabionego i wypalonego. Już wcześniej dawał znać, że prawdopodobnie ustąpi ze stanowiska długo przed planowanymi na 2014 r. wyborami.

Pytanie tylko, kto go zastąpi. Kongres nie ma kandydata takiego kalibru. Opozycja też nie. Jeszcze kilka wielkich afer do kotła i być może społeczne wzburzenie osiągnie taki poziom, że wywinduje do władzy kandydata znikąd, nieprzewidywalnego trybuna ludu napędzanego gniewem. Gdyby tak się stało, cały świat miałby poważny ból głowy – według raportu szwedzkiego instytutu SIPRI (monitorującego konflikty na świecie) z tego miesiąca, Indie są od kilku lat największym kupcem broni na świecie. Ich rywal Pakistan, kupuje co prawda mniej, ale wciąż zgarnia pełne 5 proc. globalnych zakupów. Mówimy o dwóch państwach w stanie konfliktu, z których oba dysponują bronią nuklearną.

Indie trzymają się mocno w swojej grze komputerowej. Singh zapewnia im 1up za 1upem. Miejmy nadzieję, że kiedy go zabraknie, nie skończy się na gwałtownym game over.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

  1. 30/03/2011 at 17:03

    Con-man wealth game

  2. marcinescu
    01/04/2011 at 02:02

    “…załatwił sobie prowizję sięgającą 39 mld dolarów…” jeśli to prawdziwa liczba to wybieram się tam wkrótce w celach lobbystycznych, nieważne czego.
    Jestes pewien że mowa jest o miliardach?

  3. 02/04/2011 at 14:02

    Na sto procent o miliardach. Z grubsza chodzi o to, że kiedy w 2008 roku przyznawano licencje 122 nowym firmom na rynku telekomunikacyjnym, doszło do wielu niedopatrzeń i nadużyć. Skarb państwa stracił na tym w przeliczeniu właśnie te 39 mld dolarów. Które według śledczych zostały i tak wydane, właśnie na łapówki dla ówczesnego ministra Andimuthu’a Raja’y (nie jestem pewien, czy tak się odmienia).

    Z tym, że to taka skrótowa wersja wydarzeń. Oczywiście sam minister dostał sporo mniejszą kasę, a reszta sumy rozmyła się w “kosztach dodatkowych”, czyli w kieszeniach innych osób zamieszanych w tę aferę. Gdy napisałem, że “załatwił sobie prowizję sięgającą 39 mld”, to miałem raczej na myśli, że na tyle trzepnął budżet.

    Co nie zmienia faktu, że do Indii warto wybrać się i tak.🙂

    Pzdr.

  4. marcinescu
    02/04/2011 at 18:04

    fiuuuuuu ..fuck me …..jak to mawiają w Bangalore

    Dzieki za info.

  5. iurabos
    06/04/2011 at 14:11

    mówi się, że jak kochać, to księżniczki a jak kraść to miliony (czy odwrotnie) – a w tym kontekście, księżniczek musiałoby być trochę sporo, a rąbnięcie 39mld dolarów wygląda jak akt boży.
    Trzeba mieć fantazję.

    Na koniec mała dygresja – nie wiem i nie chcę wiedzieć🙂, skąd ty wiesz takie rzeczy jak powyżej, ale czyta się to świetnie.

  6. 07/04/2011 at 15:59

    Z prasy. Zagraniczna o takich rzeczach pisze.

  7. inz.
    24/06/2011 at 14:26

    Za samo przywolanie gry mojej mlodosci – Prince o Persia, +100 punktow szacunku🙂

  8. kociarz
    09/03/2012 at 14:10

    Przeczytałem przecierając oczy ze zdumienia. 39 mld to ogromna kwota, nawet jeśli była do podziału. Facet znalazłby się na nieoficjalnej liście najbogatszych ludzi świata według Forbesa.

    Ja wyczułem inną grę-legendę: Super Mario Bros. Ratowanie księżniczki, 1-upy. Nie pamiętam tylko czy w SMB były cheaty. Na pewno były jakieś znajdźki i można było nazbierać żyć. Może premier zebrał trochę i teraz może je zużyć?

    //Tak, widziałem datę tego posta.

  1. No trackbacks yet.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: