Home > Uncategorized > Armia na każdą kieszeń

Armia na każdą kieszeń

Jakiś czas temu, pewien magazyn zamówił u mnie tekst o najemnikach. Materiał dostarczyłem szybko, ale właśnie wtedy zatrzęsło Japonią i artykuł trafił do poczekalni. A teraz dowiedziałem się, że koncepcja się zmieniła i nie pójdzie już w ogóle.
Ponieważ o najemnikach zdążyły już od tamtej pory napisać między innymi “Przekrój” i “Wyborcza”, to nie ma sensu, żebym oferował tekst innym redakcjom i wrzucam go tu w lekko okrojonej wersji. Endżoj.

Najemnicy w LibiiMężczyzna oskarżony przez libijskich rebeliantów o bycie najemnikiem (Fot. Goran Tomasevic/Reuters)

Muammar Kaddafi zwalcza rewolucję w Libii, zatrudniając setki najemników. Nie jest to jego wybryk, z ich usług korzystają państwa na całym świecie, a zawód kojarzący się z książkami od historii, jest dziś dochodowy jak nigdy

Cios. Czarnoskóry mężczyzna łapie się za głowę, twarz wykrzywia mu ból. Ludzie kłębią się dookoła, krzyczą, popychają. Są wściekli. – Kto ci rozkazał?! – wołają – Kto?! Kaddafi?! Ofiara jest skołowana, wodzi dookoła pustym wzrokiem. – Oficerowie… – mamrocze niewyraźnie i wyciera rozbity nos. Chwilę później pięść znowu ląduje na jego twarzy, przewraca się, najbliżej stojący zaczynają go kopać. – Już dość! Nie bijcie go! – słychać wołanie. Filmik się urywa. Następne wideo: zakrwawiony Afrykanin w mundurze i wojskowych butach, leży na ziemi i błaga o litość. Kilku Arabów zasłania go własnymi ciałami, inni próbują uspokoić tłum, który chce go zlinczować. Po minucie nagranie się kończy. Nie wiadomo, co stało się z mężczyzną, ale inny materiał jest bardziej szokujący – biały jeep, na masce leżą dwa sine, czarne ciała. Gapie robią zdjęcia komórkami.
To tylko trzy z kilkudziesięciu kręconych telefonami filmików, jakie każdego dnia wrzucają do internetu Libijczycy próbujący obalić dyktaturę Muammara Kaddafiego. Mają potwierdzać podawane przez światowe media informacje, że pułkownik wysłał przeciw własnemu narodowi ściągniętych z Afryki Zachodniej najemników. To hasło może się czytelnikom kojarzyć ze średniowieczem. Nic bardziej mylnego. W dzisiejszych czasach najemnictwo nie tylko ma się świetnie. Jest nawet jednym z najbardziej dochodowych biznesów na świecie.

Armię wynajmę od zaraz
Kaddafi nie musiał szukać długo, żeby znaleźć chętnych do walki w swojej obronie. Przez lata wspierał finansowo partyzantów z Czadu, Sudanu czy Nigru, od których mógł teraz zażądać spłaty długów. Ale wygląda na to, że w panice sięgnął po każdego, kto chciał zarobić – Al-Dżazira podaje, że w Nigerii i Gwinei pojawiły się oferty po 2 tys. dolarów zapłaty dla tych, którzy zdecydują się tłumić rewolucję w Libii.
Afryka to prawdziwy supermarket, w którym każdy z odpowiednio głęboką kieszenią może wybierać takich najemników, jakich tylko zapragnie. Krwawe konflikty w Liberii, Kongu, Rwandzie czy Sudanie, pozostawiły po sobie zastępy weteranów, którzy tylko czekają na oferty.
Kiedy w 1991 r. Zjednoczony Front Rewolucyjny rozpoczynał mającą potrwać 11 lat wojnę domową w Sierra Leone, 80 proc. jego członków pochodziło z krajów sąsiednich, a opłacano ich nielegalnie wydobywanymi diamentami. 7 lat temu Mark Thatcher, syn Margaret, byłej premier Wielkiej Brytanii, sfinansował wyprawę niemal setki byłych żołnierzy z RPA, którzy mieli obalić przywódcę bogatej w ropę Gwinei Równikowej. Do tego grona dołączył ostatnio Laurent Gbagbo, dotychczasowy prezydent Wybrzeża Kości Słoniowej, który nie chce się pogodzić z przegraną w listopadowych wyborach, więc do pomocy sprowadził sobie byłych partyzantów z Liberii.
Jednak większość współczesnych najemników operuje nie tylko w Afryce, a ich pracodawcami nie są wcale egzotyczni dyktatorzy. W rzeczywistości, największym z nich są Stany Zjednoczone.
Od kilkunastu lat branżą rządzą prywatne kompanie wojskowe. Działają jak dawni kondotierzy, którzy w czasach renesansu wynajmowali całe armie włoskim miastom-państwom i walczyli o ich sprawę za sowite wynagrodzenie. Nowocześni kontraktorzy to nastawione na zysk korporacje, które klientom oferują pełny zakres usług: od wojskowego treningu, przez analizy, wsparcie operacyjne, strategiczne planowanie aż po działania militarne.
Kompanie w niczym nie ustępują armiom z prawdziwego zdarzenia. Swoich pracowników rekrutują spośród byłych żołnierzy sił specjalnych i policjantów z elitarnych jednostek antyterrorystycznych. Ich szeregi zasilają między innymi dawni wojskowi z amerykańskich Navy SEALs, nepalscy Ghurkowie (chluba armii brytyjskiej) czy emerytowani oficerowie polskiego GROM-u (dwóch z nich, pracując dla jednej z tych organizacji, zginęło w 2004 r. w Iraku). Korporacje kuszą ich fantastycznymi zarobkami. W firmach ze Stanów Zjednoczonych, personel tej narodowości na niektórych kontraktach dostaje nawet po okrągły tysiąc dolarów wypłaty dziennie. Pracownicy z innych krajów na aż takie luksusy liczyć nie mogą, ale i tak ich pensje kilkakrotnie przewyższają państwowy żołd.
Dawniej do tego biznesu trafiało się przez znajomości, już po odejściu z czynnej służby. Teraz popyt jest tak duży, że kompanie szukają nowych członków nawet podczas trwających misji, np. w Afganistanie działa kilkanaście punktów werbunkowych, w tym jeden nieopodal polskiej bazy wojskowej Gardez.
Z usług najemników korzystają praktycznie wszyscy działający w strefach zagrożenia. Przedsiębiorstwa wydobywające ropę i diamenty, organizacje pozarządowe, dziennikarze, nawet ONZ wynajmowało ich do ochrony swoich konwojów humanitarnych. Najbardziej lukratywne są jednak kontrakty rządowe. W latach 90. firmy tego typu tłumiły bunty między innymi w Sierra Leone, Angoli czy na Papui-Nowej Gwinei, licząc sobie za to grube miliony. Żaden kraj nie był jednak tak hojny jak Stany Zjednoczone, które od 2001 r. miały przeznaczyć na ich kontrakty ok. 100 mld dolarów.
W Iraku ich personel był drugim pod względem liczebności kontyngentem zbrojnym po Amerykanach, ale już w Afganistanie prześcignęli USA dwa lata temu. Kompanie zajmują się praktycznie wszystkim: od prowadzenia i zaopatrywania stołówek, przez stróżowanie w bazach wojskowych, szkolenia dla żołnierzy, i konwojowanie ładunków (jedna z nich wspomagała między innymi transport rosomaków dla polskiej armii w Afganistanie trzy lata temu). Przede wszystkim zajmują się jednak ochroną zagranicznych oficjeli.
Ich popularność bierze się stąd, że są tańsi niż tradycyjne wojsko i absolutnie skuteczni: w Iraku nigdy nie zginął żaden z ochranianych przez kompanie dyplomatów (jedna z nich w 2007 r. uratowała życie polskiemu ambasadorowi Edwardowi Pietrzykowi, na którego przeprowadzono zamach przy użyciu samochodu-pułapki).

Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością
– Złodzieje za dnia, terroryści nocą – tak o działających w Afganistanie prywatnych kompaniach wojskowych wyraził Hamid Karzaj, prezydent kraju.
Blackwater (po fali skandali zmieniła nazwę na Xe, żeby odciąć się od starego wizerunku), do niedawna największa i najbardziej znana z korporacji, co prawda z wszystkich powierzonych jej zadań wywiązywała się celująco, ale przy okazji miała prać brudne pieniądze i przemycać broń. Jej najemnicy tylko w latach 2005-2007 wdali się w prawie 200 strzelanin, a późniejsze śledztwo pokazało, że 80 proc. z nich sami zaczęli. Najgłośniejsza była ta z 16 września 2007 r., kiedy w centrum Bagdadu zabili 17 cywilów, w tym lekarkę i jej dziecko. Żołnierzy innego potentata branży, DynCorp, oskarżano, że w Bośni brali udział w fałszerstwach dokumentów i stręczycielstwie. Sandline International, założona przez skompromitowanych weteranów apartheidu z RPA, łamała embargo ONZ na dostawy uzbrojenia do Sierra Leone. Wiele firm bez cienia skrupułów uczy też wyrafinowanych technik wojskowych klientów, których reputacja jest co najmniej wątpliwa (np. Saracen International szkoli od zeszłego roku siły zbrojne Puntlandu, nieuznawanego przez żadne państwo na świecie rządu w północnej Somalii, który odłączył się od reszty kraju podczas wojny domowej). Problem w tym, że nie bardzo wiadomo kto miałby ich za to wszystko pociągać do odpowiedzialności..
Większość kompanii to byty niemal wirtualne. Na ogół składają się z wielu spółek-córek, zarejestrowanych w egzotycznych krajach i powiązanych ze sobą na tyle niejasno, że trudno dojść która jest tak naprawdę za co odpowiedzialna. Na etatach pracuje w nich garstka osób, a najemników zatrudniają u siebie czasowo, tylko na czas wykonania umowy z klientem, po czym wypuszczają ich z powrotem na rynek. W ten sposób jeden weteran może w ciągu roku wziąć udział w kilku misjach bojowych na dwóch zupełnie różnych kontynentach, pracując dla różnych korporacji. W takich przypadkach nie wiadomo kto kogo i gdzie miałby sądzić. W dodatku ostatnie lata mogą najemników jeszcze utwierdzać w przekonaniu, że są bezkarni.
Paul Bremer, który przez rok po amerykańskiej inwazji na Irak pełnił funkcję jego cywilnego administratora, tuż przed odejściem z urzędu wydał dekret, który de facto dawał najemnikom z USA immunitet.i wyłączał ich spod lokalnej jurysdykcji. Kiedy po słynnej masakrze w centrum stolicy, rząd w Bagdadzie odebrał firmie Blackwater licencję na działanie kraju, ta nic sobie z tego nie robiła. Sprawców strzelaniny szybko wywieziono do Stanów pod pretekstem, że będą tam sądzeni za swoje czyny, a już na miejscu sprawę od razu umorzono. W zeszłym roku założyciel Blackwater, Erik Prince, sprzedał swoją korporację i uciekł przed licznymi pozwami cywilnymi do Zjednoczonych Emiratów Arabskich. – To utrudni szakalom dorwanie moich pieniędzy – powiedział niedawno w wywiadzie dla „Men’s Journal”.
W przypadku najemników Kaddafiego, sprawa wydaje się jednak prostsza. Chociaż prawdziwą międzynarodową zbieraniną – doniesienia mówią o czarnoskórych żołnierzach mówiących zarówno po angielsku, jak i francusku, oraz Białorusinach, Ukraincach i kilku Włochach – to dopóki wydarzenia w Libii pozostają wewnętrzną sprawą tego kraju, są po prostu prywatnymi osobami nielegalnie używającymi przemocy. Prościej mówiąc: przestępcami i jako tacy mogą być później skazani przez zwykły sąd. Oczywiści tylko pod warunkiem, że próbę sił wygra opozycja, a nie dyktator. Bo zwycięzców się nie sądzi.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

PS Warto jeszcze dodać, że choć libijski dyktator faktycznie sprowadził sporo czarnoskórych najemników z Afryki Zachodniej, to najprawdopodobniej większość z pojmanych przez rebeliantów mężczyzn to w rzeczywistości biedni imigranci, którzy do Libii przybyli w poszukiwaniu pracy, albo żeby dostać się z niej do Europy. Pisze o tym między innymi Mariusz Zawadzki w dzisiejszej “Świątecznej” w tekście “Robotnicy wojny”. Dobry artykuł, polecam.

  1. No comments yet.
  1. No trackbacks yet.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: