Archive

Archive for May, 2011

Liga Mistrzów i oliwa do sałatki

Po dłuższej nieobecności, wraca podsumowanie tygodnia. Tradycyjnie, z jednodniową obsuwą.

1. Zbyt dobrzy na trzymanie terminów

A tydzień był spod znaku futbolowych emocji. I nie chodzi o Barcelonę i Manchester, tylko starych znajomych Działu Zagranicznego – TP Mazembe.
Dopiero co w grudniu przyglądaliśmy się, jak ekipa z Konga po raz drugi wygrała Afrykańską Ligę Mistrzów, a potem jak burza przeleciała przez Klubowe Mistrzostwa Świata, zatrzymana dopiero w finale przez Inter Mediolan. Tym razem powtórki nie będzie, bo Kruki właśnie zostały z Ligi Mistrzów wyrzucone. I postanowiły to olać.
A było tak. W drugiej rundzie turnieju, TP Mazembe rozgromiło Simba SC z Tanzanii 6 do 3. Ale drużyna z Dar es Salaam zgłosiła protest, bo w barwach Kongijczyków występował Janvier Besala Bokungu. 22-latek grał już wcześniej w barwach TP Mazembe, ale w 2007 roku został wypożyczony do tunezyjskiego składu Esperance. Na łono macierzy wrócił w tym roku, ale Tanzańczycy znaleźli dowody, że nie miał prawa biegać po boisku z resztą Kruków, bo jego kontrakt z północnoafrykańską ekipą wygasa dopiero w czerwcu. Afrykańska Konfederacja Piłkarska protest uznała za zasadny i zawiesiła ekipę z Lubumbashi.
– Będziemy się odwoływać! – zapewniał wtedy Moise Katumbi, dyrektor drużyny.
W tym tygodniu wydali oświadczenie, w którym piszą, że zatrudnili ekipę prawników, która udowodni, że “Mazembe wyrządzono niesprawiedliwość”. Ale widocznie chcieli przyoszczędzić na całej sprawie i “ekipa prawników” oznacza kuzynów i kolegów kogoś od podejmowania decyzji. Są bowiem tak kompetentni, że zapomnieli złożyć odwołanie. A termin minął.

Co znaczy, że w tym roku antychińskich zamieszek w Lubumbashi nie obejrzymy.

2. Hiszpania-Mongolia

A, właśnie. Chiny, zamieszki itp. W środę w Państwie Środka protestowali Mongolczycy. W Xilinhot na ulice wyszło ponad 2 tys. osób domagających się osądzenia mężczyzny z grupy etnicznej Han (do której należy ok. 90 proc mieszkańców Chin), który 10 maja rozjechał swoim vanem pasterza, a mimo zeznań świadków, nie usłyszał zarzutów.
Mongołowie, których w kraju jest ok. 6 milionów, twierdzą, że dominujący Han od dawna niszczą ich sposób życia. W bogatym w złoża mineralne regionie Mongolii Wewnętrznej od dawna powstaje coraz więcej kopalń, przez co wzrasta zanieczyszczenie, niszczeją lasy i pastwiska, mniej jest opadów. Śmierć pasterza ostatecznie przelała szalę goryczy. Władze, żeby uspokoić nastroje, szybko ogłosiły, że kierowca pojazdu już został zatrzymany i oskarżony o morderstwo.

3. 3…2…1!

Swoją drogą, zawsze jak piszę o Chinach, to myślę o ogniach sztucznych. Nie wiem dlaczego, po prostu taki odruch. No, w każdym razie, gdyby ognie sztuczne wciąż robić metodą chałupniczą, to wiecie, gdzie jest sporo materiału do składania? W Salwadorze. Po miesięcznym śledztwie aresztowano tam właśnie czterech szeregowców i dwóch oficerów, którzy sprzedawali lokalnym gangom uzbrojenie z wojskowych magazynów. Konkretnie granaty. Konkretnie, 1812 granatów. 1812! Można by tym rozświetlić niebo nad całym Sydney w Sylwestra [to kolejna sprawa – mówię Nowy Rok, myślę Sydney].

SydneyA to mógłby być Salwador… (Fot. Daily Sydney)

4. Film od lat 18

Zostając jeszcze w Ameryce Łacińskiej, w Brazylii uczniowie nie pooglądając sobie video na zajęciach z edukajci seksualnej. Ministerstwo Edukacji przygotowało bowiem kilka krótkich filmików, które mają pokazać dzieciom, że jeżeli jesteś chłopcem i podoba ci się inny chłopiec, albo dziewczynką i podoba ci się inna dziewczynka, to nie znaczy, że Bóg już szykuje się, żeby trzasnąć cię piorunem i zesłać na ognie piekielne. O, przepraszam, według ewangelików tak właśnie jest.
Pisałem już kiedyś o prawach gejów w Ameryce Łacińskiej i że kontynent przeżywa właśnie jakąś masową liberalizację. Ale oczywiście nie bez silnych głosów sprzeciwu. Wydawać by się mogło, że na pierwszej linii będzie Kościół Katolicki. I w istocie tak jest, z tym, że hierarchiczna struktura tego wyznania sprawia, że bardziej pijarowo ogarnięci hierarchowie hamują tych bardziej krewkich. Tymczasem wśród ewangelików jest inaczej.
W Brazylii sytuacja jest specyficzna, ponieważ w ostatnich kilkunastu latach, te wyznania poczyniły ogromne postępy w przyciąganiu na swoją stronę nowych członków. Od lat ich szeregi zasila coraz więcej i więcej katolików, w tym prawodawców. W Kongresie mają dość silną ekipę i rząd musi się z nimi liczyć.
W sprawie filmików dla młodzieży podnieśli tak ogromny krzyk, że prezydent Dilma Rousseff nie miała innego wyboru, jak tylko ogłosić, że materiał widziała i jej zdaniem nie jest właściwie zrobiony, żeby trafić do szkół. Więc (mimo sprzeciwu ministrów zdrowia i edukacji), wstrzymuje jego rozpowszechnianie.

Jakich to porażających treści nie obejrzą więc nastolatki? Między innymi takich:

No, szok normalnie.

5. Rasa panów

To jest tak głupie, że nawet nie chce mi się rozwodzić nad tą informacją. Egipt. Zakładają partię nazistowską. Serio. Niejaki Emad Abdel Sattar, były wojskowy, który ogłosił powstanie ugrupowania, twierdzi, że działali jeszcze za Mubaraka, tyle, że w sekrecie. A teraz się ujawniają.

Łoewa. Nigdy nie mogę wyjść z podziwu, kiedy z flagami Trzeciej Rzeszy biegają radośnie Egipcjanie, Mongołowie, Boliwijczycy itd. Dział Zagraniczny chyba założy w Polsce komórkę Czarnych Panter. Tylko oleje część o “czarnych”.

6. Do sałatki

Telegraph donosi, że Kim Dzong Il podczas zeszłotygodniowej wycieczki do Chin, postanowił wyskoczyć na chwilkę ze swojego lukspociągu i uderzyć na zakupy. A konretnie, to szukał “dobrej oliwy do sałatki”, choć zgodnie z tym, co wiadomo o Korei Północnej, powinien raczej szukać ryżu. Wielu, wielu ton ryżu.

Gazeta informuje, że Kochany Przywódca oliwy jednak nie dostał. Dywersja imperialistów.

7. Kuracja

Coś Wam mówi nazwisko Muhammad Nazaruddin? Tak, zagadliście! To skarbnik partii rządzącej Indonezją. Były skarbnik, bo oskarżono go o korupcję. A w zasadzie nie oskarżono, bo dzień przed postawieniem mu zarzutów, minister Nazaruddin nawiał do Singapuru. Jak się domyśla Dział Zagraniczny, z trzema bańkami dolarów w kieszeni, bo tyle miał przyjąć od różnych interesantów. Twierdzi, że pojechał tylko na badania. Dział Zagraniczny zgaduje, że pewnie trochę zajmą.

8. Ajri

No i na koniec, informacja tygodnia. Rastamouse wydaje singiel! “Hot, hot, hot” trafi na półki 26 czerwca. Czekamy.

(nie mogę wkleić fragmentu singla, do odsłuchania pod tym linkiem)

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

48 na godzinę

O trwającym w nieskończoność konflikcie w Demokratycznej Republice Konga trudno jest powiedzieć coś szokującego, czego już byśmy nie wiedzieli. Wydawać by się mogło, że dotyczy to też masowych gwałtów (chociażby pierwszy w ogóle wpis na Dziale Zagranicznym był właśnie o tym, że w Północnym Kivu gwałci się coraz więcej mężczyzn). A jednak. Od dwóch tygodni, na zagranicznych portalach roztrząsa się pewien właśnie opublikowany raport. Absolutnie porażający.

“American Journal of Public Health” podaje wyniki badań przeprowadzonych w Kongu przez ekipę dr Amber Peterman. Według nich, na przestrzeni 12 miesięcy w latach 2006-2007, zostało w tym kraju zgwałconych 400 tys. kobiet. Czyli średnio 48 na godzinę! Mało tego, zespół twierdzi, że liczba ta jest niedoszacowana i w rzeczywistości może być jeszcze wyższa.

KongoMatka pociesza swojego synka w mieście Fizi. Była w grupie prawie 50 kobiet, które zostały zgwałcone tej samej nocy przez oddział żołnierzy. Tuż przed tym, zranili jej dziecko w głowę, ciskając nim o ziemię. (Fot. Pete Muller/AP)

Można tej publikacji zarzucić kilka rzeczy (i w istocie, niektórzy tak robią). Na przykład, że skoro badanie kończy się na roku 2007, to znaczy, że nie możemy na jego podstawie wnioskować, jak sytuacja wygląda dziś (czy jest lepiej, czy gorzej), bo przecież lata, które nas od tamtej daty dzielą, były obfite w wydarzenia [a kiedy ostatnio nie było w Kongu roku obfitego w wydarzenia?], które mogły wpływać na wzrost, bądź spadek takich przypadków.
Można też się czepiać, że raport nie jest niedoszacowany, jak twierdzą jego autorzy, tylko wręcz przeszacowany, bo wiele tamtejszych kobiet kłamie, przedstawiając się jako rzekome ofiary gwałtów. Absurd? Niekoniecznie. Otóż pomoc medyczna dla ogółu społeczeństwa jest dość trudno dostępna i droga. Tymczasem – ze względu na nagłośnienie w prasie międzynarodowej problemu przemocy seksualnej wobec kobiet – w regionach takich, jak właśnie Kivu, działa stosunkowo liczba kadra zagranicznych lekarzy, którzy mają za zadanie nieść pomoc ofiarom gwałtów.

Można wymienić jeszcze kilka zastrzeżeń, ale powiedzmy sobie wprost. Nawet gdyby raport faktycznie okazał się przestarzały, przeszacowany itp., nawet gdyby okazało się, że ofiarami padła tylko połowa wymienionych, albo nawet ćwierć, to i tak jest to porażające. 100 tys. zgwałconych w ciągu jednego roku? 12 kobiet na godzinę? Horror.

Na tym niestety nie koniec. Moim zdaniem prawdziwą bombą nie jest bowiem to, czy liczba przed zerami jest bliżej jedynki czy dziewiątki. Tylko to, jak te liczby się rozkładają się na mapie kraju.
I tak, w klasyfikacji przoduje – jak można się było spodziewać – Północne Kivu. Na każde 1000 mieszkających tam kobiet, ofiarami gwałtów padło (przynajmniej raz!) 67. Ale nagle okazuje się, że na liście przed Kivu Południowym (44 ofiary na 1000) niespodziewanie plasuje się Équateur (65 zgwałconych kobiet na 1000 mieszkanek prowincji), region położony na drugim końcu kraju niż targane najgorszymi konfliktami wschodnie pogranicze.
Wnioski? Epidemia przemocy seksualnej już dawno wylała się poza tereny objęte walkami i stała się plagą wśród cywilów. Oxfam informował już o tym w zeszłym roku we własnym raporcie, w którym stwierdzał, że aż 40 proc. wszystkich gwałtów popełnionych w 2008 r., to nie dzieło oszalałych od alkoholu/narkotyków/zapachu prochu partyzantów, tylko właśnie zwykłych, nieuzbrojonych mieszkańców Konga. Badania “American Journal of Public Health” pokazują jeszcze czarniejszy obraz sytuacji – wynika z nich bowiem, że prawie 1/4 ofiar [czyli, trzymając się ich danych, byłoby to niemal 100 tys. kobiet] została w rzeczywistości zgwałcona przez własnych mężów, bądź konkubentów.

I to jest dopiero prawdziwy szok.

Gwalty w KonguKobiety w Kongu są zagrożone nawet przez najbliższych (Fot. Marc Hoffer/AFP)

Jak to interpretować? Skąd taka fala przemocy seksualnej w regionach niezagrożonych konfliktem? Dlaczego kobiety padają ofiarami swoich najbliższych? I – przede wszystkim – co robić, żeby położyć temu kres?
To na razie tylko kilka pytań, które zadają sobie organizacje pomocowe, rządy, analitycy itd. Na razie zadowalającej odpowiedzi brak.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

El pueblo unido jamás será vencido

Relacje z Europy raczej się tu nie pojawiają, z różnych powodów. Tak się jednak składa, że Hiszpania przeżywa bunt, jakiego na Starym Kontynencie nie było chyba od francuskiej wiosny w 1968. I tak też się składa, że Dział Zagraniczny przyglądał mu się z bliska. Dlatego poniżej kilka zdjęć z rozgrzanej politycznymi emocjami Barcelony, oraz fragmenty większego publicystycznego tekstu, który być może niedługo ukaże się w pewnym miesięczniku.

Endżoj.

Plac Tahrir wybucha codziennie dokładnie o 21. Przez półtorej godziny, tysiące ludzi krzyczy, skanduje hasła, gwiżdże, wali w garnki, patelnie, potrząsa pękami kluczy i klaszcze tak mocno, że na dłoniach zostają potem bolesne bąble. Kierowcy przejeżdżających obok samochodów nie zdejmują ręki z klaksonów, a na dalszych ulicach niektórzy sąsiedzi wychodzą na balkony i w geście solidarności też przez kilka minut hałasują najgłośniej jak mogą. Ale w rozmowach słychać nie arabski, tylko kataloński i hiszpański. Bo „Plac Tahrir” to tylko jedna z kilku tablic, które manifestujący wywiesili w akcje solidarności z innymi światowymi protestami. W rzeczywistości miejsce nazywa się Plaça de Catalunya i znajduje się w samym centrum Barcelony. A miejscowa młodzież okupuje go już kolejny dzień z rzędu.

15-MFot. Maciej Okraszewski/Dział Zagraniczny

15-M-1Fot. Maciej Okraszewski/Dział Zagraniczny

15-M-2Fot. Maciej Okraszewski/Dział Zagraniczny

15-M-3Fot. Maciej Okraszewski/Dział Zagraniczny

Bunt, który kompletnie zaskoczył media i polityków, zaczął się 15 maja. To wtedy, dokładnie na tydzień przed wyborami lokalnymi (postrzeganymi jako prolog do parlamentarnych, zaplanowanych na marzec przyszłego roku) na główne place 50 hiszpańskich miast wyległo kilkadziesiąt tysięcy ludzi, którzy postanowili pokazać czerwoną kartkę elitom rządzącym. Mimo interwencji policji i zakazów manifestacji wydawanych przez władze, zostali na nich przez następne dni, organizując namioty, toalety, zbiórki żywności, ale też tocząc zażarte dyskusje w tworzonych naprędce komisjach (np. edukacji) i tworząc listy postulatów. Wieczorami urządzali głośne seanse niezgody, na które schodzili się solidarnie inni mieszkańcy, od dziadków po wnuczki.

15-M-5Fot. Maciej Okraszewski/Dział Zagraniczny

15-M-6Fot. Maciej Okraszewski/Dział Zagraniczny

15-M-7Fot. Maciej Okraszewski/Dział Zagraniczny

15-M-8Fot. Maciej Okraszewski/Dział Zagraniczny

Od wybuchu kryzysu gospodarczego minęły już trzy lata, ale jego końca nie widać. Większość nawarzonego piwa musi teraz spijać południe Europy. Grecja faktycznie zbankrutowała, jeżeli zostanie w strefie euro to źle, jeżeli z niej wyjdzie to jeszcze gorzej. Ratunkiem ma być podobno prywatyzacja wszystkiego poza Akropolem. Portugalię udało się uratować ogromnym zastrzykiem gotówki, ale zapłaci za to cięciami w wydatkach na edukację, zdrowie, obcięte zostaną pensje. Tak samo w Hiszpanii. W dodatku temu wszystkiemu towarzyszą oskarżycielskie komentarze polityków z bogatej północy, jak wypowiedź Angeli Merkel, że „jedni mają więcej wakacji niż inni” (w domyśle: kraje śródziemnomorskie byczą się na sjeście, podczas gdy Niemcy ciężko na nich harują). Tymczasem dane Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju pokazują, że Grecy pracują w ciągu roku średnio 2119 godzin, Hiszpanie 1654, a rodacy pani kanclerz zaledwie 1390. Nasi zachodni sąsiedzi przechodzą też na emeryturę średnio w wieku 61,7 lat, a protestujący właśnie Hiszpanie – 62,5.

15-M-9Fot. Maciej Okraszewski/Dział Zagraniczny

15-M-10Fot. Maciej Okraszewski/Dział Zagraniczny

15-M-11Fot. Maciej Okraszewski/Dział Zagraniczny

15-M-12Fot. Maciej Okraszewski/Dział Zagraniczny

15-M-14Fot. Maciej Okraszewski/Dział Zagraniczny

Bezrobocie w Hiszpanii wynosi 21 proc., ale wśród tych którzy nie ukończyli jeszcze trzydziestego roku życia, od wybuchu kryzysu nie spada poniżej 40 proc. Ci, którym się poszczęściło i mają jakąś fuchę, na ogół są zatrudnieni na krótki i nieokreślony okres, na stanowiskach grubo poniżej kwalifikacji i z żałośnie niskim wynagrodzeniem. Na Półwyspie Iberyjskim ukuto nawet specjalną nazwę dla takich ludzi – „mileurista”, czyli taki, który zarabia najwyżej do tysiąca euro. W efekcie nie mogą się nawet usamodzielnić: według Eurostatu, 51 proc. Hiszpanów do trzydziestego czwartego roku życia mieszka z rodzicami. Żeby kupić własne mieszkanie, musieliby zarabiać przynajmniej 27 tys. euro rocznie. Średnie zarobki w tym przedziale wiekowym są niższe aż o 75 proc.

15-M-16Fot. Maciej Okraszewski/Dział Zagraniczny

15-M-17Fot. Maciej Okraszewski/Dział Zagraniczny

15-M-18Fot. Maciej Okraszewski/Dział Zagraniczny

15-M-19Fot. Maciej Okraszewski/Dział Zagraniczny

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Stefan wypada z biznesplanu

Wiecie jak wygląda wombat australijski (a konkretnie północny szorstkonosy wombat)? Nie? No to wygląda tak:

WombatDzień dobry, ile kosztuje karnet na zajęcia “Płaski tyłek”?

Jeżeli – tak jak Dział Zagraniczny -od pierwszego wejrzenia pokochaliście tego buldoga francuskiego świata torbaczy, to śpieszcie na drugą półkulę, bo już za chwilę będzie go można oglądać tylko na archiwalnych zdjęciach. A wszystko dlatego, że jest gatunkiem zagrożonym, a kilku panów, którzy chyba naczytali się w życiu za dużo komiksów, wyliczyło, że… nie opłaca się go ratować.

Najpierw o wombacie. Którego będziemy nazywać Stefan. Przepraszam z góry wszystkich Stefanów, ale on mi po prostu na takiego wygląda.
No więc, Stefan należy do torbaczy (fanfakt: torbę lęgową ma na plecach, bo dzięki temu podczas kopania nor, do środka nie wpada pył, który mógłby poddusić młode) i występuje tylko w Australii. Dzieli sę na trzy gatunki – wombata szerokogłowego, tasmańskiego i właśnie szorstkonosego. Jego kuzyni nie mają najgorzej, szerokogłowych jest dość sporo, tasmańskie zostały trochę przetrzebione na kontynencie, ale za to na swojej wyspie wożą się jak Abradab po Katowicach. Za to szorstkonosy ma ostro w plecy: Stefanów została niecała setka.

A wszystko przez swoje futro. Jest mocne, ale zarazem delikatne. No i jest go dużo, bo Stefany to małe grubasy – niektóre osobniki potrafią mieć nawet do metra długości i ważyć 40 kilo [tu dygresja: znalazłem kiedyś podczas porządków swoją starą kartę sportowca – się grało – w której stoi, że mając 12 lat ważyłem 36 kg; czy ktoś z czytelników ma dzieci i może napisać, czy to normalne? Niby urodziłem się na początku lat 80., ale w Łodzi, a nie Etiopii]. Dużo sierści. Którą można łatwo upolować – wombaty to nie długodystansowce – i korzystnie spylić.
Więc na Stefany zaczęto intensywnie polować. A że samice są z reguły większe, bo mają więcej sadła, to wyłapywano je tym chętniej. Dodajmy jeszcze, że wombaty szorstkonose mają miot (max po dwa małe) raz na mniej więcej trzy lata. Efekt? Jeszcze w połowie XIX w. były dość rozpowszechnione. Sto lat później populacja była tak przetrzebiona, że liczbę dorosłych osobników szacowano na nieco ponad dwa tuziny i obawiano się, czy w ogóle będzie możliwe odbudowanie gatunku.

Na szczęście władze przystąpiły do działania. Stefany objęto całkowitą ochroną i na północnym-wschodzie kraju wydzielono im 300 hektarów rezerwatu, którego część dodatkowo ogrodzono wzmocnioną siatką, żeby do środka nie przedostały się drapeżniki, np. dingo. W dodatku trzy lata temu otworzono kolejne takie sanktuarium.
Wydaje się, że te metody skutkują. Liczba wombatów szorstkonosych zwiększyła się bowiem do ok. stu osobników. I wszystko byłoby spoko, gdyby nie panowie z Uniwersytetu w Adelajdzie i ich kumple z Uniwersytetu Jamesa Cooka.

Wombat sie czeszeJeszcze nie rób! Tylko się uczeszę!

No więc chłopaki z tamtejszych wydziałów środowiska połączyli siły i opracowali Species Ability to Forestall Extinction, czyli… SAFE. Taa, wiem. Od razu nabieram szacunku do typów, którzy poświęcają długie godziny, żeby wybić się w mediach git akronimem. Ciekawe, czy jak wymyślali SAFE, to mieli w pokoju plakat z S.H.I.E.L.D., albo chociaż poradnik Marvela “Jak wypaść ekstra. W oczach szóstoklasisty”. Gdybym żywił do nich sympatię, to może bym jeszcze założył, że po prostu palą z bonga i codziennie oglądają Venture Bros. Ale niestety nie żywię. Czemu? Bo:

– Nie wszystkie gatunki zagrożone całkowitym wyginięciem są sobie równe – mówi Corey Bradshaw, szef projektu.
W skrócie chodzi o to, że naukowcy opracowali system matematyczny, który pozwala obliczyć jakie szanse przeżycia ma dany gatunek. I ile kosztuje jego uratowanie. Ich zdaniem, świata po prostu nie stać na inwestowanie kasy w te zwierzęta, które – jeżeli wierzyć rachunkom SAFE – i tak prędzej czy później znikną. Lepiej przeznaczyć zaoszczędzone środki na inne zagrożone gatunki, które mają większe szanse przetrwania. I tak, np. zamiast łożyć na nosorożca jawajskiego, lepiej przeznaczyć dzięgi na jego kolegę z Sumatry. Inne gatunki, z których ratowania powinniśmy zrezygnować to między innymi kakapo, adaks czy osioł somalijski.

Nie chciałbym jeździć po panu Bradshaw bezpodstawnie. Na zdjęciach w internecie wygląda na spoko typa, z którym można się stuknąć browarem, a przede wszystkim jest w swojej dziedzinie (na której ja się kompletnie nie znam) specjalistą, więc na pewno ma sporo racji.
Po prostu średnio mi współgra ta informacja z ostatnimi depeszami z Australii właśnie, z których wynika, że obecny boom na złoto i różne inne rzeczy, na których leży ten kontynent, jest tak wielki, kasa sypie się strumieniem większym niż najszersza rzeka w kraju (czy Australia ma w ogóle jakieś rzeki?). Jak donosi Reuters, w Karratha (na północnym-zachodzie) górnikom robota tak pali się w rękach, że nie chce im się nawet sprzątać chat, które tymczasowo wynajmują. Płacą więc backpackerom za ich sprzątanie. 25 dolarów australijskich (ok. 70 zeta) za godzinę! Dział Zagraniczny ma znajomych w Londynie, którzy za taką stawkę wyszorowaliby całe metro szczoteczkami do zębów.

Więc taka propozycja. Panowie z SAFE, przecież populacja Stefanów się zwiększa. Jeżeli Waszym zdaniem za wolno, to może by tak wystąpić do rządu, żeby bardziej sypnął groszem ze złota?
A jak nie, to Dział Zagraniczny z wielką radością adoptuje parę wombatów. Pod Łodzią mam duży trawnik. Krety harcują, znaczy się warunki pod nory są.
Może i świat na braku Stefanów przyoszczędzi kilka złotych, ale po prostu nie możemy sobie pozwolić na stratę tego:

StefanSiema, jestem Stefan i lubię, jak się mnie drapie po brzuchu

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Roots, Rock, Reggae

Robi się ciepło, lato coraz bliżej, przeglądam lineupy różnych festiwali i próbuję wyłapać co w tym roku będzie warte zobaczenia. No i nagle w “Antigua Observer” trafiam na informację, że na Karaibach powstaje nowy gatunek muzyczny. Nie wiem, jak u innych, ale kiedy czytam “Dredrock”, to przed oczami od razu stają mi Bad Brains. Albo chociaż Skindred:

W ogóle ragga ficzuringów było w rockowych numerach sporo. Gdy byłem dzieciakiem, to nad Wisłą chyba najbardziej znany taki numer to było “Who’s The King” Dog Eat Dog (gościnnie nawinął Darryl Jenifer z Bad Brains), ale chyba tylko dlatego, że wokalista lata tam w hokejowej bluzie z napisem “Polska”.

Bad BrainsNo i Mos Def twierdzi, że biali ukradli czarnym rakienrola

No w każdym razie Dredrock. Lektura tekstu przynosi informację, że za nowym stylem muzycznym stoi jeden konkretny zespół – Plati & The Naykid-I. A jego wokalista właśnie objeżdża Antyle, promując pierwszy album grupy, który na półki ma trafić w przyszłym miesiącu. Akcja wydaje się trochę naciągana, kiedy czyta się jego wypowiedź:
– Chcemy, żeby reszta planety nie patrzyła na nas jak na pojedyncze kraje, jak to jest z reggae u Jamajczyków czy soca na Trynidadzie, tylko jak na jeden duży gatunek, który jednoczy całe Karaiby.

Słabe, wiem. Ale można mieć jeszcze jakieś drobne, drobniutkie nadzieje, że może jednak. Że może to będzie kawałek dobrej nuty. Że okolica, która wydałą już z siebie tyle perełek, zaskoczy nas czymś jeszcze. I że może będzie to naprawdę troche cięższe granie, bo przecież:
– Zaczynamy od rockowego założenia. Zawsze musimy mieć [w utworze, tak przynajmniej zakładam – przyp. DZ] gitarę rockową – ciągnie Plati.

No więc człowiek ma nadzieję. A potem widzi to:

W sumie nie jest to jakieś wielkie zaskoczenie. Powiedzmy sobie wprost, że większość tego, co z tego regionu trafia do europejskich dyskotek to zwykłe karaibskie disco polo. Dancehall, reggaeton, soca itd. nagrywają tropikalne odpowiedniki Bayer Full czy innych Boysów. I git, nie ma się co spinać, impreza to nie wieczór poezji śpiewanej.
Jest tylko jedna sprawa. Vybz Kartel może i wygląda jak wyjęty z dyskoteki pod Jelenią Górą i wylewa z siebie treści, które po przetłumaczeniu na polski zrobiłyby z niego boga we wszystkich remizach od Poznania po Lublin. Ale kolego Plati! Ani on, ani żaden z jego kolegów nie wciska dla promocji kitu, że robi rocka.

No, w każdym razie – jeżeli za kilka lat na jakimś festiwalu usłyszycie, że Scena Zielona jest tego dnia poświęcona Dreadrockowi, to pamiętajcie: dla własnego bezpieczeństwa lepiej najpierw odwiedzić bar.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Prezydent jest w kontakcie

Od razu na wstępie warto zaznaczyć, że podsumowania tygodnia nie będzie w następną niedzielę, ani w jeszcze następną, bo za kilka dni Dział Zagraniczny wyjeżdża – jak nazwa wskazuje – zagranico.

1. Sto lat, sto dziesięć

Zacznijmy od smutnej informacji. Jeszcze w marcu Dział Zagraniczny życzył z okazji 110. urodzin wszystkiego najlepszego Claudeowi Choulesowi, ostatniemu żyjącemu weteranowi I Wojny Światowej.
Niestety, urodziny okazały się ostatnie – w czwartek Choules zmarł. Był bohaterem kilku filmów dokumentalnych, w których mówił, że okropieństwa konfliktów zbrojnych (służył też w II Wojnie Światowej) zrobiły z niego pacyfistę i że jest przeciw gloryfikacji przemocy, dlatego między innymi odmawiał brania udziału w obchodach kolejnych rocznic związanych z wojnami, w których brał udział.
Może nie była to postać wielka, ani wybitna, ale jego postawa na pewno warta jest naśladowania.

Claude ChoulesClaude Choules 1901-2011 (Fot. AP)

2. Ziemia Święta

No to przy okazji konfliktów: wciąż nie wygasa ten na granicy Kambodży i Tajlandii.
O co chodzi? W IX w. Khmerowie zbudowali świątynię Preah Vihear mniej więcej w środku Indochin, które wówczas kontrolowali prawie w pełni. Po latach jednak, ich imperium zaczęło się kurczyć, a władzę na opuszczanych terenach przejmowali nowi władcy i nowe narody. Dziś, po wielu wiekach, trochę trudno dojść do porozumienia kto dokładnie jest spadkobiercą czego. Tak jest też w przypadku Preah Vihear – pretensje do kompleksu zgłaszają zarówno Tajlandia jak i Kambodża. W XX w. było co najmniej kilka prób rozwiązania dysputy, ale niewiele z nich wynikało. W końcu, w 1962 r., Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości uznał, że świątynia należy się jednak Phnom Penh. Sęk w tym, że nie wypowiedział się w sprawie okolicznych ziem, a że są to tereny zalewowe, to Tajlandia uznała, że mapy z początku poprzedniego wieku (na podstawie których zapadł wyrok) nie oddają sytuacji na miejscu i że same budynki to Kambodża może sobie jeszcze wziąć, ale już okolicę bierze Bangkok.
I git, nikt by się sprawą w ogóle nie przejmował, bo powiedzmy sobie wprost: Preah Vihear leży na kompletnym zadupiu. Ale w lipcu 2008 r. Kambodża wystąpiła do UNESCO o wpisanie świątyni na listę Światowego Dziedzictwa Kulturowego. I nagle, w Bangkoku komuś się zagotowało pod czapką. Tajlandia wysłała na miejsce żołnierzy, sąsiad po drugiej stronie granicy zrobił dokładnie to samo, a co się dzieje, kiedy w gorącym klimacie rozlokujecie niedaleko siebie dwa obozy facetów z ciężką bronią, to naprawdę nie powinno być na nikogo wielką tajemnicą.
Więc szybko doszło do pierwszych potyczek, które z pewnymi przerwami powtarzają się do dziś. W sumie zginęło w nich już kilkadziesiąt osób, w tym paru cywilów.
W poniedziałek Kambodża powtórnie pozwała sąsiada do Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości.

Czy panowie w togach zdołają położyć kres konfliktowi? Dział Zagraniczny nie wie, ale radzi, żeby się pośpieszyli – już dzień po złożeniu sprawy, w Preah Vihear do licznika dołączyła kolejna ofiara, żołnierz z Tajlandii.

3. Logroño, bierz przykład z Yorku i się nie wygłupiaj

A przecież da się rozwiązywać spory na spokojnie. Weźmy Hiszpanię i Argentynę. W Europie mają region, który nazywa się La Rioja i produkuje wina od IX w., a w Ameryce Łacińskiej Juan Ramirez de Velazco w 1591 r. założył miasto Todos los Santos de la Nueva Rioja, gdzie… tak, produkuje się wina.
Dopóki podróż z jednego kontynentu na drugi wymagała żagli, szczurów pod pokładem i szkorbutu po dotarciu do celu, to nikt się nie spinał. Ale przyszła globalizacja i procenty z Argentyny zaczęły zdobywać uznanie w Stanach i na Starym Kontynencie. Na co sepleniący wąsacze z Półwyspu Iberyjskiego nie mogli nie zareagować:
– Oddawać trejdmarka! – krzyknęli Hiszpanie i w 1999 r. poszli do sądu.
A ten wydał w tym tygodniu wyrok (12 lat, nawet nie chce mi się tego komentować), w którym odrzucił skargę, ponieważ nie tylko na wszystkich argentyńskich etykietkach jest wyraźnie napisane “La Rioja ARGENTINA”, ale w dodatku przytłaczająca większość winogron używanych w Europie to czarne Tempranillo, a z kolei w produkcji latynoskiej dominują białe Torrontes.

Dział Zagraniczny pił i jedne, i drugie. A, że na winach się tak naprawdę nie zna, to różnicy nie wyczuł. Poza tym, umówmy się, że chyba jednak większość świata – podobnie jak autor tego bloga – kieruje się jedną zasadą: butelka ma nie trzeszczeć więcej niż trzydzieści zeta. I chlup.

4. Bramka ważniejsza od flagi

Jeszcze przy okazji Argentyny dwa newsy.

Po pierwsze, był kiedyś Manuel Belgrano. Który zasłużył się tym, że zaprojektował flagę Argentyny. No i jeszcze kilkoma rzeczami, ale prawda jest taka, że liczy się przede wszystkim sztandar i za to Manuel trafił na 10-pesowe banknoty. Chociaż tyle od rodaków, którzy za życia się na niego wypięli, przez co umierał w nędzy.
Ale okazuje się, że w dzisiejszych czasach walka o niepodległość ojczyzny uległa inflacji. Bo chłopaki z Kościoła Maradony (tak, Ręka Boga ma kilkadziesiąt tysięcy zarejestrowanych wyznawców) rozkręcili na fejsbuku akcję, żeby jednak Manuela zastąpić Diegiem.

Dział Zagraniczny proponuje też, że jak ze stówek poleci Roca, to warto na nie dać Messiego. Dzięki temu oba typy banknotów będzie można fizycznie zmniejszyć o połowę. Ratujmy lasy!

Belgrano pesoTu już niedługo wyznawcy chcieliby widzieć Boskiego Diego

News drugi jest taki, że Policja Federalna założyła sobie oficjalne konto na Twitterze. Warto czytać. Ulubiony wpis Działu Zagranicznego: “Dzieci biorą narkotyki, żeby być w lepszym kontakcie ze społeczeństwem”.

5. Comando Wojtyła

Kto jeszcze bierze, żeby być w lepszym kontakcie? Kończący właśnie karierę prezyden Peru, Alan García. Rzecze bowiem Alan w poniedziałek przy okazji otwierania hydroelektrowni:
– Jego pierwszym cudem [“jego”, czyli Jana Pawła II, a pierwszym po beatyfikacji – przyp. DZ] było usunięcie ze świata wcielenia zła, inkarnacji przestępstwa i nienawiści!
Czytaj: Karol załatwił Osamę.

Alan, jak już bierzesz, to chociaż powiedz co konkretnie. Dział Zagraniczny też chce.

6. Najciemniej pod latarnią

Dział Zagraniczny nie wie, czy Alan García zna się z Sheryl Cwele, ale to możliwe. Kim jest pani Cwele? Szefową siatki, która przemycała duże ilości narkotyków z Ameryki Południowej i Turcji do RPA. Przestępcy wpadli, kiedy dwa lata temu w Sao Paulo aresztowano członkinię grupy, która w torbie między bikini a szortami upchała dodatkowe 10 kilo kokainy. I szybko zaczęła sypać wspólników.
Niby banał, ale sprawa staje się ciekawsza, kiedy uświadomimy sobie, że Sheryl Cwele jest żoną Siyabongi Cwele. Czyli… szefem Agencji Bezpieczeństwa Publicznego, odpowiedzialnej między innymi za walkę z przemytem narkotyków.
Sheryl dostaław piątek 12 lat. Siyabonga trzyma się jednak stołka, nie chce się podać do dymisji i twierdzi, że w ogóle o niczym nie wiedział. Jak dla mnie – Śledczy Roku.

7. A mógłby być świetnym gitarzystą

Policja walcząca z handlarzami narkotyków odniosła też sukces w Brazylii. We wtorek w Santa Catarina zatrzymano mężczyznę podejrzanego o działalność w tej branży, ale facet wykręcał się, podając za własnego brata i pokazując jego dokumenty (ale ze swoim zdjęciem). Na nic to jednak, bo brat miał u każdej dłoni palców pięć. A aresztowany sześć. Serio:

SześciopalczastyTrochę trudne do ukrycia cechy szczególne (Fot. AFP)

Kiedyś w “Wyborczej” był taki tekst o wyłudzeniach ubezpieczeń. Są ludzie, którzy dla kilku tysięcy odrąbują sobie własne palce u rąk, po jednym na parę miesięcy. Dział Zagraniczny widzi potencjał po drugiej stronie oceanu.

8. A podobno od nadmiaru głowa nie boli

And last but not least, Uniwersytet Nowej Południowej Walii (w Australii, znaczy się) przepytał kilka tysięcy mieszkańców kraju w kwestii ich preferencji seksualnych. I wyszło, że wśród chłopców w grupie wiekowej 16-24, tylko 1/3 respondentów chciałaby uprawiać seks częściej niż to się dzieje obecnie. Reszcie styka jak jest, a 12 proc. powiedziało nawet, że woleliby jednak kochać się rzadziej.

Dział Zagraniczny myślał nad interpretacją. Bardzo intensywnie. I przyznaje się do porażki.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Srebrenica pod palmami

Rok 2009, koniec maja. Położony na północy Sri Lanki Manik Farm, obóz uchodźców dla ponad 200 tys. osób, które uciekły przed wyniszczającą kraj od 26 lat wojną domową, jest wystrojony jak na dożynki. Na wietrze łopoczą flagi narodowe i sztandary ONZ-tu, na słupach i zaimprowizowanych tablicach wiszą kolorowe plakaty ze zdjęciem uśmiechniętego prezydenta kraju w towarzystwie nie mniej zadowolonego mężczyzny. “Witaj, Sekretarzu Generalny Ban Ki-moon, w naszej ojczyźnie!” głosi hasło pod fotografią. Koreańczyk odwiedza właśnie obozowisko, sześć dni po tym, jak władze ogłosiły, że ostatecznie rozgromiły Tamilskie Tygrysy, partyzancką armię, która przez lata zarządzała własnym quasi-państwem na północy wyspy.
– Jestem absolutnie pewien, że wojskowi nie popełnili żadnych zbrodni przeciw ludzkości – mówi tłumowi dziennikarzy towarzyszący Sekretarzowi Generalnemu Rohitha Bogllagama, Minister Spraw Zagranicznych Sri Lanki.
– Rząd robi co w jego mocy – mówi sam Ban Ki-moon.
Dwa lata później, w kwietniu 2011 r., zarządzane przez niego ONZ oskarży Sri Lankę o umyślne i potworne zbrodnie przeciw cywilom.

Uchodzcy na Sri LanceTamilscy uciekinierzy z terenów objętych walkami (Fot. Reuters)

Sri Lanka od dawna była podzielona na dwie części, zamieszkiwane przez dwa zupełnie różne ludy. Pierwsi, ponad 2 tys. lat temu, przybyli na wyspę Syngalezi, mówiący językiem syngaleskim i dziś w przeważającej większości będący buddystami. Trochę później w okolicę zawitali Tamilowie, porozumiewający się tamilskim wyznawcy hinduizmu. Obie grupy przez wieki żyły we względnym spokoju – pierwsza opanowała południe i centrum, a druga zdominowała północ.
Sytuacja zaczęła się zmieniać w XIX wieku, kiedy na arenę wkroczyła Wielka Brytania. Anglicy skolonizowali Sri Lankę, przemianowali ją na Cejlon i założyli plantacje herbaty, kauczuku, cynamonu i innych. Potrzebowali rąk do pracy i to wielu, o wiele więcej niż wyspa była w stanie zapewnić. Zaczęli więc masowo sprowadzać robotników z Indii i tak się złożyło, że byli nimi właśnie Tamilowie. Jak to często bywa, w ślad za nimi podążyli chrześcijańscy misjonarze, którzy zwietrzyli okazję do przeciągnięcia nowych wyznawców na swoją stronę. Ale nie tylko zawalili robotę, ale wręcz osiągnęli efekt przeciwny do zamierzonego. Tamilowie poczuli, że muszą bronić swojej religii, zaczęli się organizować i w efekcie poczuli, że są osobną grupą, z własnymi tradycjami i językiem. W dodatku grupą dość sporą.

Kłopoty zaczęły się wraz z niepodległością. Wcześniej obie społeczności miały równą reprezentację przy zarządzającymi wyspą Anglikami. Ale im koniec europejskich rządów stawał się bliższy, tym bardziej Tamilowie zaczynali się niepokoić. Stało się jasne, że w kraju będą normalne wybory, a to mogło oznaczać tylko jedno – stanowiący 2/3 populacji Syngalezi zdominują rząd, mieszkańcy północy staną się dyskryminowaną mniejszością.
Rzeczywistość okazała się zgodna z przewidywaniami. Krótko po odzyskaniu niepodległości w 1948 r., kontrolowane przez południowców władze uchwaliły Ustawę o Obywatelstwie Cejlonu, która odmawiała tego tytułu osobom pochodzącym z Indii, przez co większość Tamilów wybrałą powrót na kontynent. Jeszcze gorzej zostało odebrane prawo z 1956 r., które czyniło syngaleski jedynym oficjalnym językiem w kraju.
Proces dyskryminacji ruszył pełną parą. Import tamilskich książek i filmów z Indii został zabroniony. Na uniwersytetach stworzono miejsca gwarantowane dla Sygalezów, kosztem reszty studentów. Co kilka lat przez kraj przetaczały się brutalne pogromy, inspirowane przez władze w Kolombo.

Kiedy wreszcie, w 1983 r. w tak zwanym Czarnym Lipcu zmasakrowano prawie 3 tys. Tamilów, miarka się przebrała.
Ludność cywilna zaczęła szukać ochrony u Tamilskich Tygrysów, milicji stworzonej kilka lat wcześniej przez Velupillaia Prabhakarana. Wtedy była to jeszcze tylko złożona z narwanych nastolatków banda, która większość swojej energii trwoniła na rabunki, napady i okazjonalne morderstwa na policjantach, czy lokalnych syngaleskich politykach. Ale po Czarnym Lipcu, do Tygrysów zaczął płynąć strumień pieniędzy o Tamilów rozproszonych od Delhi po Londyn. Prabhakaran narzucił swoim podwładnym mordercze treningi w dżunglach, połączone z praniem mózgu. Dzięki temu, w krótkim czasie stworzył najpotężniejszą armię partyzancką świata. I zarazem najbardziej morderczą.

PrabhakaranPrabhakaran na zdjęciu klasowym (Fot. AFP)

– Poleciłem moim ludziom, aby mnie zabili, jeżeli zrezygnuję z walki o niepodległość – Prabhakaran rzucił prawie dekadę temu na jedynej w swoim życiu konferencji prasowej. Metody tej walki pokazały, że fanatyzm w jego wydaniu był nie tylko na pokaz.
Tygrysy szkoliły do walki już małoletnie dzieci, często wciągane do swych szeregów siłą. Wysadzali w powietrze budynki, bez mrugnięcia okiem mordowali cywilów, potrafili za jednym razem pozbawić życia ponad stu przypadkowych osób. W 1991 r. zgładzili w zamachu premiera Indii Rajiva Gandhiego, bo ten ośmielił się zmuszać dawnych podopiecznych do podpisania rozejmu. Dwa lata później ich bomba rozerwała prezydenta Sri Lanki, Ranasinghe Premadasa, w 1999 r. prawie powtórzyli ten wyczyn z Chandriką Kumaratungą, ówczesną panią prezydent. Ministra Spraw Zagranicznych, Lakshmana Kadirgamara, dopadli w jego własnym basenie. Do boju wysyłali płetwonurków detonujących bomby w portach, konstruowali własne miniaturowe łodzie podwodne. Ich znakiem rozpoznawczym były brygady zamachowców-samobójców, wśród których prym wiodły fanatyczne kobiety. Byli pierwszą armią od czasów cesarskiej Japonii, która stosowała kamikadze: kupione na kontynencie i przemycone w częściach na Sri Lankę małe samoloty sportowe wyładowywali materiałami wybuchowymi i wysyłali na terytorium wroga, gdzie piloci mieli się rozbić na wyznaczonych celach.
W pewnym momencie Prabhakaran miał pod bronią 30 tys. ludzi i kontrolował 1/3 kraju. Rządu w kraju były nawet gotowe negocjować z nim autonomię dla Tamilów. Do czasu, aż prezydentem kraju nie został Mahinda Rajapaksa.

Rajapaksa, z wykształcenia adwokat, a zajęcia wieloletni polityk, minister i premier, został głową państwa w listopadzie 2005 r. i pokazał, że wie, gdzie w dzisiejszym świecie leżą konfitury: zaprosił do kraju Chińczyków.
Pekin od jakiegoś czasu poszukiwał dla siebie bezpiecznej przystani na Oceanie Indyjskim, gdzie mogłyby zawijać jego okręty ochraniające tankowce z saudyjską ropą, towarem pierwszej potrzeby w rozwijającym się w szalonym tempie Państwie Środka. Sri Lanka wydała się idealnym kandydatem. Chińczycy szybko dostali zgodę na budowę ogromnej bazy morskiej na południu wyspy, a w zamian poratowali rząd Rajapaksa tanimi pożyczkami, bronią i – co najważniejsze – swoim wsparciem w Radzie Bezpieczeństwa.
Prezydent tylko na to czekał: mógł wreszcie zignorować krytyczny wobec siebie Zachód i zabrać się za realizację ułożonego wcześniej planu. Ministrem Obrony mianował własnego brata Gotabayę, a ten błyskawicznie wymienił część kadry oficerskiej, zaostrzył szkolenia dla żołnierzy, ustalił nową taktykę walki i w 2006 r. rzucił wszystko co miał na Tygrysy. Trzy lata później, niegdyś najpotężniejsza partyzancka armia na świecie, była w całkowitej rozsypce i desperacko broniła się na coraz ciaśniejszym terytorium.
W styczniu 2009 r., siły rządowe rozpoczęły ostateczny szturm. W maju Prabhakarana znaleziono z kulą w głowie, a niedobitki Tygrysów w panice uciekały z wyspy łodziami uchodźców. Wojna domowa, która zdążyła pochłonąć 100 tys. ofiar, była skończona.

Zolnierze z poludniaŻołnierze armii rządowej podczas kampanii przeciw Tamilskim Tygrysom (Fot. AP)

Dopiero dziś możemy się przekonać, jakim kosztem.
Opublikowany przez ONZ raport to wynik rocznej pracy ich ekspertów. Według nich, ostatnie kilka miesięcy kampanii było jedną wielką zbrodnią przeciw ludzkości. Tamilskie Tygrysy, tracąc kolejne odcinki frontu i wycofując się do coraz mniejszej enklawy, pociągali za sobą tysiące cywilów, w nadziei, że armia rządowa nie odważy się uderzyć w te żywe tarcze. Ale wojskowi nic sobie z tego nie robili. Ciężki ostrzał artyleryjski wymierzony w tereny zaludnione przez niewinnych ludzi stał się codziennością. Rozmyślnie bombardowano obszary, które wcześniej określono jako strefy zdemilitaryzowany, gdzie mieli się chronić cywile. Ostrzelano punkty wydawania żywności, jakie organizował Czerwony Krzyż. W północnym mieście Vanni, armia zaatakowała moździerzami miejscowy szpital. Kobiety gwałcono, a pojmanych mężczyzn, podejrzanych o przynależność do Tygrysów, najpierw torturowano, a później bez sądu rozstrzeliwano na miejscu – brytyjski Channel 4 wyemitował wstrząsające video z takiej egzekucji już trzy miesiące po zakończeniu kampanii.

– Nie, nie używamy ciężkiej artylerii – Kolombo zapewniało Hillary Clinton, w czasie gdy trwały najcięższe walki. Seretarz Stanu nie miała innego wyjścia, jak wierzyć na słowo.
Rząd Sri Lanki mógł robić, co mu się podoba, bo odpowiednio wcześniej zadbał o usunięcie świadków i każdego, kto mógłby mu przeszkadzać. Z kraju wyrzucono wszystkich zagranicznych obserwatorów, dziennikarzy i organizacje pozarządowe (jedyny wyjątek zrobiono dla Czerwonego Krzyża, który ma regułę całkowitej dyskrecji, jego pracownikom nie wolno zeznawać w sprawach, których byli świadkami). W styczniu 2009 r. brutalnie zamordowano redaktora naczelnego “The Sunday Leader”, najbardziej krytycznego wobec poczynań władz pisma na wyspie. W sumie ofiarą zabójców padło ponad sześćdziesięciu innych miejscowych działaczy, którzy próbowali nagłaśniać wydarzenia na północy.

– Nigdy nie bombardowaliśmy niewinnych cywilów, to nieprawdziwe zarzuty – twierdzi Lakshman Hulugalle, rzecznik rządu.
Sęk w tym, że nie tylko nie robi nic, żeby dowieść ich fałszu, ale wręcz utrudnia dochodzenie jak może. Autorom raportu odmawiano wjazdu na tereny, gdzie toczył się konflikt, nie dopuszczano ich do więźniów oskarżonych o przynależność do Tygrysów, wojsko nie zezwoliło na przesłuchanie swoich oficerów. Między innymi z tego powodu, nie mogą oni dokładnie oszacować ilu cywilów straciło życie podczas walk: ich wyliczenia wahają się pomiędzy 7 a 40 tys. osób.

Większość tych rewelacji została ujawniona już wcześniej niż sam raport. Teraz jego autorzy wzywają Ban Ki-moona (którego wizyta w Manik Farm została odebrana jako propagandowe zwycięstwo ekipy Rajapaksy), żeby zarządził międzynarodowe śledztwo w tej sprawie. Ale Sekretarz Generalny szybko rozwiał pokładane w nim nadzieje, oświadczając że podejmie takie kroki, tylko jeżeli na dochodzenie zgodzi się Kolombo. Rząd Sri Lanki, świadomy wsparcia Chin w Radzie Bezpieczeństwa, już odpowiedział: “Nie ma mowy”.

Tymczasem na koniec maja zapowiedziano na wyspie wielkie międzynarodowe seminarium “Pokonać Terroryzm: Doświadczenie Sri Lanki”. Udział zapowiedziały delegacje z 30 państw, w tym Turcji, Izraela, Czadu czy Zimbabwe.
Dział Zagraniczny proponuje, żeby organizować takie spotkania cyklicznie. W przyszłym roku Birma, za dwa lata Libia (jeżeli Kaddafi się utrzyma), a potem się pomyśli.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.