Home > Uncategorized > Srebrenica pod palmami

Srebrenica pod palmami

Rok 2009, koniec maja. Położony na północy Sri Lanki Manik Farm, obóz uchodźców dla ponad 200 tys. osób, które uciekły przed wyniszczającą kraj od 26 lat wojną domową, jest wystrojony jak na dożynki. Na wietrze łopoczą flagi narodowe i sztandary ONZ-tu, na słupach i zaimprowizowanych tablicach wiszą kolorowe plakaty ze zdjęciem uśmiechniętego prezydenta kraju w towarzystwie nie mniej zadowolonego mężczyzny. “Witaj, Sekretarzu Generalny Ban Ki-moon, w naszej ojczyźnie!” głosi hasło pod fotografią. Koreańczyk odwiedza właśnie obozowisko, sześć dni po tym, jak władze ogłosiły, że ostatecznie rozgromiły Tamilskie Tygrysy, partyzancką armię, która przez lata zarządzała własnym quasi-państwem na północy wyspy.
– Jestem absolutnie pewien, że wojskowi nie popełnili żadnych zbrodni przeciw ludzkości – mówi tłumowi dziennikarzy towarzyszący Sekretarzowi Generalnemu Rohitha Bogllagama, Minister Spraw Zagranicznych Sri Lanki.
– Rząd robi co w jego mocy – mówi sam Ban Ki-moon.
Dwa lata później, w kwietniu 2011 r., zarządzane przez niego ONZ oskarży Sri Lankę o umyślne i potworne zbrodnie przeciw cywilom.

Uchodzcy na Sri LanceTamilscy uciekinierzy z terenów objętych walkami (Fot. Reuters)

Sri Lanka od dawna była podzielona na dwie części, zamieszkiwane przez dwa zupełnie różne ludy. Pierwsi, ponad 2 tys. lat temu, przybyli na wyspę Syngalezi, mówiący językiem syngaleskim i dziś w przeważającej większości będący buddystami. Trochę później w okolicę zawitali Tamilowie, porozumiewający się tamilskim wyznawcy hinduizmu. Obie grupy przez wieki żyły we względnym spokoju – pierwsza opanowała południe i centrum, a druga zdominowała północ.
Sytuacja zaczęła się zmieniać w XIX wieku, kiedy na arenę wkroczyła Wielka Brytania. Anglicy skolonizowali Sri Lankę, przemianowali ją na Cejlon i założyli plantacje herbaty, kauczuku, cynamonu i innych. Potrzebowali rąk do pracy i to wielu, o wiele więcej niż wyspa była w stanie zapewnić. Zaczęli więc masowo sprowadzać robotników z Indii i tak się złożyło, że byli nimi właśnie Tamilowie. Jak to często bywa, w ślad za nimi podążyli chrześcijańscy misjonarze, którzy zwietrzyli okazję do przeciągnięcia nowych wyznawców na swoją stronę. Ale nie tylko zawalili robotę, ale wręcz osiągnęli efekt przeciwny do zamierzonego. Tamilowie poczuli, że muszą bronić swojej religii, zaczęli się organizować i w efekcie poczuli, że są osobną grupą, z własnymi tradycjami i językiem. W dodatku grupą dość sporą.

Kłopoty zaczęły się wraz z niepodległością. Wcześniej obie społeczności miały równą reprezentację przy zarządzającymi wyspą Anglikami. Ale im koniec europejskich rządów stawał się bliższy, tym bardziej Tamilowie zaczynali się niepokoić. Stało się jasne, że w kraju będą normalne wybory, a to mogło oznaczać tylko jedno – stanowiący 2/3 populacji Syngalezi zdominują rząd, mieszkańcy północy staną się dyskryminowaną mniejszością.
Rzeczywistość okazała się zgodna z przewidywaniami. Krótko po odzyskaniu niepodległości w 1948 r., kontrolowane przez południowców władze uchwaliły Ustawę o Obywatelstwie Cejlonu, która odmawiała tego tytułu osobom pochodzącym z Indii, przez co większość Tamilów wybrałą powrót na kontynent. Jeszcze gorzej zostało odebrane prawo z 1956 r., które czyniło syngaleski jedynym oficjalnym językiem w kraju.
Proces dyskryminacji ruszył pełną parą. Import tamilskich książek i filmów z Indii został zabroniony. Na uniwersytetach stworzono miejsca gwarantowane dla Sygalezów, kosztem reszty studentów. Co kilka lat przez kraj przetaczały się brutalne pogromy, inspirowane przez władze w Kolombo.

Kiedy wreszcie, w 1983 r. w tak zwanym Czarnym Lipcu zmasakrowano prawie 3 tys. Tamilów, miarka się przebrała.
Ludność cywilna zaczęła szukać ochrony u Tamilskich Tygrysów, milicji stworzonej kilka lat wcześniej przez Velupillaia Prabhakarana. Wtedy była to jeszcze tylko złożona z narwanych nastolatków banda, która większość swojej energii trwoniła na rabunki, napady i okazjonalne morderstwa na policjantach, czy lokalnych syngaleskich politykach. Ale po Czarnym Lipcu, do Tygrysów zaczął płynąć strumień pieniędzy o Tamilów rozproszonych od Delhi po Londyn. Prabhakaran narzucił swoim podwładnym mordercze treningi w dżunglach, połączone z praniem mózgu. Dzięki temu, w krótkim czasie stworzył najpotężniejszą armię partyzancką świata. I zarazem najbardziej morderczą.

PrabhakaranPrabhakaran na zdjęciu klasowym (Fot. AFP)

– Poleciłem moim ludziom, aby mnie zabili, jeżeli zrezygnuję z walki o niepodległość – Prabhakaran rzucił prawie dekadę temu na jedynej w swoim życiu konferencji prasowej. Metody tej walki pokazały, że fanatyzm w jego wydaniu był nie tylko na pokaz.
Tygrysy szkoliły do walki już małoletnie dzieci, często wciągane do swych szeregów siłą. Wysadzali w powietrze budynki, bez mrugnięcia okiem mordowali cywilów, potrafili za jednym razem pozbawić życia ponad stu przypadkowych osób. W 1991 r. zgładzili w zamachu premiera Indii Rajiva Gandhiego, bo ten ośmielił się zmuszać dawnych podopiecznych do podpisania rozejmu. Dwa lata później ich bomba rozerwała prezydenta Sri Lanki, Ranasinghe Premadasa, w 1999 r. prawie powtórzyli ten wyczyn z Chandriką Kumaratungą, ówczesną panią prezydent. Ministra Spraw Zagranicznych, Lakshmana Kadirgamara, dopadli w jego własnym basenie. Do boju wysyłali płetwonurków detonujących bomby w portach, konstruowali własne miniaturowe łodzie podwodne. Ich znakiem rozpoznawczym były brygady zamachowców-samobójców, wśród których prym wiodły fanatyczne kobiety. Byli pierwszą armią od czasów cesarskiej Japonii, która stosowała kamikadze: kupione na kontynencie i przemycone w częściach na Sri Lankę małe samoloty sportowe wyładowywali materiałami wybuchowymi i wysyłali na terytorium wroga, gdzie piloci mieli się rozbić na wyznaczonych celach.
W pewnym momencie Prabhakaran miał pod bronią 30 tys. ludzi i kontrolował 1/3 kraju. Rządu w kraju były nawet gotowe negocjować z nim autonomię dla Tamilów. Do czasu, aż prezydentem kraju nie został Mahinda Rajapaksa.

Rajapaksa, z wykształcenia adwokat, a zajęcia wieloletni polityk, minister i premier, został głową państwa w listopadzie 2005 r. i pokazał, że wie, gdzie w dzisiejszym świecie leżą konfitury: zaprosił do kraju Chińczyków.
Pekin od jakiegoś czasu poszukiwał dla siebie bezpiecznej przystani na Oceanie Indyjskim, gdzie mogłyby zawijać jego okręty ochraniające tankowce z saudyjską ropą, towarem pierwszej potrzeby w rozwijającym się w szalonym tempie Państwie Środka. Sri Lanka wydała się idealnym kandydatem. Chińczycy szybko dostali zgodę na budowę ogromnej bazy morskiej na południu wyspy, a w zamian poratowali rząd Rajapaksa tanimi pożyczkami, bronią i – co najważniejsze – swoim wsparciem w Radzie Bezpieczeństwa.
Prezydent tylko na to czekał: mógł wreszcie zignorować krytyczny wobec siebie Zachód i zabrać się za realizację ułożonego wcześniej planu. Ministrem Obrony mianował własnego brata Gotabayę, a ten błyskawicznie wymienił część kadry oficerskiej, zaostrzył szkolenia dla żołnierzy, ustalił nową taktykę walki i w 2006 r. rzucił wszystko co miał na Tygrysy. Trzy lata później, niegdyś najpotężniejsza partyzancka armia na świecie, była w całkowitej rozsypce i desperacko broniła się na coraz ciaśniejszym terytorium.
W styczniu 2009 r., siły rządowe rozpoczęły ostateczny szturm. W maju Prabhakarana znaleziono z kulą w głowie, a niedobitki Tygrysów w panice uciekały z wyspy łodziami uchodźców. Wojna domowa, która zdążyła pochłonąć 100 tys. ofiar, była skończona.

Zolnierze z poludniaŻołnierze armii rządowej podczas kampanii przeciw Tamilskim Tygrysom (Fot. AP)

Dopiero dziś możemy się przekonać, jakim kosztem.
Opublikowany przez ONZ raport to wynik rocznej pracy ich ekspertów. Według nich, ostatnie kilka miesięcy kampanii było jedną wielką zbrodnią przeciw ludzkości. Tamilskie Tygrysy, tracąc kolejne odcinki frontu i wycofując się do coraz mniejszej enklawy, pociągali za sobą tysiące cywilów, w nadziei, że armia rządowa nie odważy się uderzyć w te żywe tarcze. Ale wojskowi nic sobie z tego nie robili. Ciężki ostrzał artyleryjski wymierzony w tereny zaludnione przez niewinnych ludzi stał się codziennością. Rozmyślnie bombardowano obszary, które wcześniej określono jako strefy zdemilitaryzowany, gdzie mieli się chronić cywile. Ostrzelano punkty wydawania żywności, jakie organizował Czerwony Krzyż. W północnym mieście Vanni, armia zaatakowała moździerzami miejscowy szpital. Kobiety gwałcono, a pojmanych mężczyzn, podejrzanych o przynależność do Tygrysów, najpierw torturowano, a później bez sądu rozstrzeliwano na miejscu – brytyjski Channel 4 wyemitował wstrząsające video z takiej egzekucji już trzy miesiące po zakończeniu kampanii.

– Nie, nie używamy ciężkiej artylerii – Kolombo zapewniało Hillary Clinton, w czasie gdy trwały najcięższe walki. Seretarz Stanu nie miała innego wyjścia, jak wierzyć na słowo.
Rząd Sri Lanki mógł robić, co mu się podoba, bo odpowiednio wcześniej zadbał o usunięcie świadków i każdego, kto mógłby mu przeszkadzać. Z kraju wyrzucono wszystkich zagranicznych obserwatorów, dziennikarzy i organizacje pozarządowe (jedyny wyjątek zrobiono dla Czerwonego Krzyża, który ma regułę całkowitej dyskrecji, jego pracownikom nie wolno zeznawać w sprawach, których byli świadkami). W styczniu 2009 r. brutalnie zamordowano redaktora naczelnego “The Sunday Leader”, najbardziej krytycznego wobec poczynań władz pisma na wyspie. W sumie ofiarą zabójców padło ponad sześćdziesięciu innych miejscowych działaczy, którzy próbowali nagłaśniać wydarzenia na północy.

– Nigdy nie bombardowaliśmy niewinnych cywilów, to nieprawdziwe zarzuty – twierdzi Lakshman Hulugalle, rzecznik rządu.
Sęk w tym, że nie tylko nie robi nic, żeby dowieść ich fałszu, ale wręcz utrudnia dochodzenie jak może. Autorom raportu odmawiano wjazdu na tereny, gdzie toczył się konflikt, nie dopuszczano ich do więźniów oskarżonych o przynależność do Tygrysów, wojsko nie zezwoliło na przesłuchanie swoich oficerów. Między innymi z tego powodu, nie mogą oni dokładnie oszacować ilu cywilów straciło życie podczas walk: ich wyliczenia wahają się pomiędzy 7 a 40 tys. osób.

Większość tych rewelacji została ujawniona już wcześniej niż sam raport. Teraz jego autorzy wzywają Ban Ki-moona (którego wizyta w Manik Farm została odebrana jako propagandowe zwycięstwo ekipy Rajapaksy), żeby zarządził międzynarodowe śledztwo w tej sprawie. Ale Sekretarz Generalny szybko rozwiał pokładane w nim nadzieje, oświadczając że podejmie takie kroki, tylko jeżeli na dochodzenie zgodzi się Kolombo. Rząd Sri Lanki, świadomy wsparcia Chin w Radzie Bezpieczeństwa, już odpowiedział: “Nie ma mowy”.

Tymczasem na koniec maja zapowiedziano na wyspie wielkie międzynarodowe seminarium “Pokonać Terroryzm: Doświadczenie Sri Lanki”. Udział zapowiedziały delegacje z 30 państw, w tym Turcji, Izraela, Czadu czy Zimbabwe.
Dział Zagraniczny proponuje, żeby organizować takie spotkania cyklicznie. W przyszłym roku Birma, za dwa lata Libia (jeżeli Kaddafi się utrzyma), a potem się pomyśli.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

  1. Anonymous
    01/05/2012 at 09:52

    A jednak są tacy, których to – nawet żywo – interesuje.
    Pozostaje jednak kontekst całej “historii”.
    Tak, po krótce : mordują Anlicy, mordują Tamile, mordują Syngalezi a na koniec dyskusje kto jest newinny i bulwersacja, że brak zaangażowania w temat.
    Poprostu niech nie mordują zamiast szukać usprawiedliwień dla kolejnych mordów.
    Potępienie dla wszystkich morderców i koniec dyskusji!!

  1. No trackbacks yet.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: