Home > Uncategorized > El pueblo unido jamás será vencido

El pueblo unido jamás será vencido

Relacje z Europy raczej się tu nie pojawiają, z różnych powodów. Tak się jednak składa, że Hiszpania przeżywa bunt, jakiego na Starym Kontynencie nie było chyba od francuskiej wiosny w 1968. I tak też się składa, że Dział Zagraniczny przyglądał mu się z bliska. Dlatego poniżej kilka zdjęć z rozgrzanej politycznymi emocjami Barcelony, oraz fragmenty większego publicystycznego tekstu, który być może niedługo ukaże się w pewnym miesięczniku.

Endżoj.

Plac Tahrir wybucha codziennie dokładnie o 21. Przez półtorej godziny, tysiące ludzi krzyczy, skanduje hasła, gwiżdże, wali w garnki, patelnie, potrząsa pękami kluczy i klaszcze tak mocno, że na dłoniach zostają potem bolesne bąble. Kierowcy przejeżdżających obok samochodów nie zdejmują ręki z klaksonów, a na dalszych ulicach niektórzy sąsiedzi wychodzą na balkony i w geście solidarności też przez kilka minut hałasują najgłośniej jak mogą. Ale w rozmowach słychać nie arabski, tylko kataloński i hiszpański. Bo „Plac Tahrir” to tylko jedna z kilku tablic, które manifestujący wywiesili w akcje solidarności z innymi światowymi protestami. W rzeczywistości miejsce nazywa się Plaça de Catalunya i znajduje się w samym centrum Barcelony. A miejscowa młodzież okupuje go już kolejny dzień z rzędu.

15-MFot. Maciej Okraszewski/Dział Zagraniczny

15-M-1Fot. Maciej Okraszewski/Dział Zagraniczny

15-M-2Fot. Maciej Okraszewski/Dział Zagraniczny

15-M-3Fot. Maciej Okraszewski/Dział Zagraniczny

Bunt, który kompletnie zaskoczył media i polityków, zaczął się 15 maja. To wtedy, dokładnie na tydzień przed wyborami lokalnymi (postrzeganymi jako prolog do parlamentarnych, zaplanowanych na marzec przyszłego roku) na główne place 50 hiszpańskich miast wyległo kilkadziesiąt tysięcy ludzi, którzy postanowili pokazać czerwoną kartkę elitom rządzącym. Mimo interwencji policji i zakazów manifestacji wydawanych przez władze, zostali na nich przez następne dni, organizując namioty, toalety, zbiórki żywności, ale też tocząc zażarte dyskusje w tworzonych naprędce komisjach (np. edukacji) i tworząc listy postulatów. Wieczorami urządzali głośne seanse niezgody, na które schodzili się solidarnie inni mieszkańcy, od dziadków po wnuczki.

15-M-5Fot. Maciej Okraszewski/Dział Zagraniczny

15-M-6Fot. Maciej Okraszewski/Dział Zagraniczny

15-M-7Fot. Maciej Okraszewski/Dział Zagraniczny

15-M-8Fot. Maciej Okraszewski/Dział Zagraniczny

Od wybuchu kryzysu gospodarczego minęły już trzy lata, ale jego końca nie widać. Większość nawarzonego piwa musi teraz spijać południe Europy. Grecja faktycznie zbankrutowała, jeżeli zostanie w strefie euro to źle, jeżeli z niej wyjdzie to jeszcze gorzej. Ratunkiem ma być podobno prywatyzacja wszystkiego poza Akropolem. Portugalię udało się uratować ogromnym zastrzykiem gotówki, ale zapłaci za to cięciami w wydatkach na edukację, zdrowie, obcięte zostaną pensje. Tak samo w Hiszpanii. W dodatku temu wszystkiemu towarzyszą oskarżycielskie komentarze polityków z bogatej północy, jak wypowiedź Angeli Merkel, że „jedni mają więcej wakacji niż inni” (w domyśle: kraje śródziemnomorskie byczą się na sjeście, podczas gdy Niemcy ciężko na nich harują). Tymczasem dane Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju pokazują, że Grecy pracują w ciągu roku średnio 2119 godzin, Hiszpanie 1654, a rodacy pani kanclerz zaledwie 1390. Nasi zachodni sąsiedzi przechodzą też na emeryturę średnio w wieku 61,7 lat, a protestujący właśnie Hiszpanie – 62,5.

15-M-9Fot. Maciej Okraszewski/Dział Zagraniczny

15-M-10Fot. Maciej Okraszewski/Dział Zagraniczny

15-M-11Fot. Maciej Okraszewski/Dział Zagraniczny

15-M-12Fot. Maciej Okraszewski/Dział Zagraniczny

15-M-14Fot. Maciej Okraszewski/Dział Zagraniczny

Bezrobocie w Hiszpanii wynosi 21 proc., ale wśród tych którzy nie ukończyli jeszcze trzydziestego roku życia, od wybuchu kryzysu nie spada poniżej 40 proc. Ci, którym się poszczęściło i mają jakąś fuchę, na ogół są zatrudnieni na krótki i nieokreślony okres, na stanowiskach grubo poniżej kwalifikacji i z żałośnie niskim wynagrodzeniem. Na Półwyspie Iberyjskim ukuto nawet specjalną nazwę dla takich ludzi – „mileurista”, czyli taki, który zarabia najwyżej do tysiąca euro. W efekcie nie mogą się nawet usamodzielnić: według Eurostatu, 51 proc. Hiszpanów do trzydziestego czwartego roku życia mieszka z rodzicami. Żeby kupić własne mieszkanie, musieliby zarabiać przynajmniej 27 tys. euro rocznie. Średnie zarobki w tym przedziale wiekowym są niższe aż o 75 proc.

15-M-16Fot. Maciej Okraszewski/Dział Zagraniczny

15-M-17Fot. Maciej Okraszewski/Dział Zagraniczny

15-M-18Fot. Maciej Okraszewski/Dział Zagraniczny

15-M-19Fot. Maciej Okraszewski/Dział Zagraniczny

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

  1. Zaza
    25/05/2011 at 20:32

    czekam na resztę lub (jak się już ukaże) namiar na ten miesięcznik, coby doczytać do końca

  2. Zainteresowana
    25/05/2011 at 23:45
  3. 26/05/2011 at 19:55

    O, dzięki za linka.

    Co do wpisu z 25 maja dwie uwagi:

    1.

    Na pewno piszesz o wypowiedziach socjologów w “El Pais” z tamtego dnia? Bo ja mam w rękach numer z poprzedniego tygodnia i w tym Ortega mówi dokładnie to samo. Że impreza, że botellony w Granadzie itd.
    Swoją drogą, jeżeli chodzi o botellony właśnie w Granadzie, to fakt, są często niezłym zagrożeniem społecznym. To przecież właśnie z powodu macrobotellonu w 2006 r. wprowadzono takie olbrzymie zakazy, jakie teraz obowiązują. A pamiętam okrutną imprezę na dzień wiosny w 2008 – dla mnie i jeszcze jednego czytelnika tego bloga skończyła się na porannym ostrym dyżurze, a dla inicjatora, którego policja namierzyła przez internet, zarzutami prokuratorskimi.
    W każdym razie pod Hipercorem bywaliśmy rzadko, bo odrzucała nas tamta atmosfera. Ja osobiście lubiłem pić i palić na schodach pod Perra Gorda (istnieje jeszcze?).

    2.

    “Jeden z companeros zaproponował wycieczkę po placu”? Po Plaza del Carmen? Serio? To nie można już samemu zrobić kółka w minutę?🙂

    Pzdr, blog dodany do RSSa.

    PS To ty pisałaś niedawno tekst do Krytyki Politycznej?

  4. pz
    27/05/2011 at 14:55

    Ładnie jest pokazać, że Hiszpanie pracują więcej od średniej UE, ale czemu nie pokazałeś, że mają przy tym znacznie niższą produktywność, a od zmiany rządu dwukrotnie wzrosła liczba nieobecności w pracy?

    Liczenie kto ile godzin średnio pracuje i w jakim wieku przechodzi na emerytury też nie ma wielkiego sensu co widać na przykładzie Grecji, gdzie prawo do wcześniejszej emerytury mają pracownicy ponad 600 (!!) zawodów, a pensje w sektorze publicznym są 3x wyższe niż w prywatnym.

    No a co do Hiszpanii to czy te “rządzące elity” to nie przypadkiem socjalistyczno-etatystyczny rząd Zapatero, który cała europejska i amerykańska lewica jeszcze niedawno kochała za zaciekły antyklerykalizm, gejów, aborcję i subsydiowane wiatraki?

    Dziwisz się, że przy tak reglamentowanym dostępie do pracy jak w Hiszpanii czy Grecji kwietnie kumoterstwo, nepotyzm i korupcja a kto nie ma rodziny w urzędzie ten nie ma pracy?

  5. marcinescu
    29/05/2011 at 00:48

    Kolejny interesujący tekst ale dla polskiego czytelnika hiper szokujący. Kto w Najjaśniejszej zarabia 27 ojro rocznie? Dla jasności powiedzmy 100 000 peelenow heheheh. Naprawdę nie chcesz wiedzieć ile to jest miesięcznie. W Polsce B ,chyba nawet złodzieje samochodów zarabiają mniej.
    Wg. mnie jest to trudne oswajanie się hiszpańskiego społeczeństwa z nowa rzeczywistością., po latach nad-konsumpcji i sztucznie pompowanej banki w nieruchomościach. Jeśli oni naprawdę wieżą ze to dało się dłużej utrzymać to Powodzenia życzę. Nie wiadomo czt=y nawet z Aznarem by sobie poradzili.

    Tak na szybko mam jeszcze tylko dwa spostrzeżenia:

    1. Wydaje się ze Europa znów dzieli się na Południe-wiadomo jakie i zamożniejsza Polnoc. Czyżby to było jakieś Katharsis ze pomimo wszystko- półwysep Iberyjski, Grecja i ziemniaczana Irlandia znów staną sie zagłębiem biedy? Oczywiście pamiętając że My przez lata nie będziemy grać w tej samej lidze.

    2. Niezaprzeczalnie zajebisty klimat na Południu- Oni nawet Strajkować umieją z klasa, fantazja i stylem –zazdroszcze

  6. 30/05/2011 at 10:03

    PZ:

    “nie pokazałeś, że mają przy tym znacznie niższą produktywność, a od zmiany rządu dwukrotnie wzrosła liczba nieobecności w pracy?”

    A możesz zalinkować te dane? Pytam poważnie, bo po prostu ich nie widziałem.

    I o którą zmianę rządu Ci chodzi? O tę w 2004?

    Rządzące elity to nie tylko rząd Zapatero. To także prawicowa opozycja. Tak, jak w Polsce elitami nie są tylko PO i PSL, to także PiS i SLD.
    Protest w Hiszpanii nie jest wymierzony tylko w rząd, ale w ogóle w całą klasę polityczną, bo ludzie czują, że ani jedna, ani druga strona kompletnie nic im nie oferuje. Mało tego, nie ma nawet żadnej debaty. Kampania samorządowa wyglądała z grubsza tak: socjaliści straszyli tylko o tym, że jak prawica dojdzie do władzy, to będzie jeszcze gorzej, niż jak oni rządzą, a tymczasem prawica stwierdziła, że w ogóle nie będzie się odzywać, bo jeszcze się okaże, że to prawda. I to w kraju, gdzie kryzys jest odczuwalny jak cholera. To była między innymi jedna z rzeczy, która ściągnęła tłumy na ulicę – przekonanie polityków (wszystkich opcji), że nie muszą się jakoś szczególnie starać, bo przecież i tak nie ma na kogo innego głosować. Ciepła posadka w parlamencie będzie.

    Natomiast de facto, protest uderza właśnie w socjalistów. Nie tylko dlatego, że jako rządzący są w większym stopniu odpowiedzialni za to, co się tam teraz wyprawia (a tak długie zaprzeczanie, że kryzys jest, to kompromitacja na całej linii). Ale również dlatego, że zdecydowana większość protestujących ma przekonania lewicowe i głosować na prawicę nie pójdą. Po prostu nie zagłosują w ogóle. Więc procentowo PP dostanie więcej, bo jej żelazny elektorat mobilizację ma ostrą.

    Marcinescu:

    “Kto w Najjaśniejszej zarabia 27 ojro rocznie”

    Są tacy i wcale nie tak mało.🙂

    Moim zdaniem, to nie oswajanie się z nową rzeczywistością. W tekście piszę (tu zamieściłem tylko fragmenty), że mileuristas nie pojawili się nagle, wraz z kryzysem. Tak się żyło już wcześniej, od pierwszego do pierwszego. Kasa, która daje Ci przeżyć, ale kompletnie zamyka ci jakąkolwiek możliwość rozwoju. I nagle wybucha kryzys i dzieją się dwie rzeczy.
    Po pierwsze, nie ma pracy, nawet tej za tysiaka. Podczas ostatniej wizyty, codziennie rano przechodziliśmy pod pośredniakiem. Kolejka na zewnątrz budynku i zakręcała aż za róg. Wcześniej, nawet jeżeli płace były takie sobie, to chociaż coś robiłeś. Teraz nie ma kompletnie nic.
    Po drugie, wielu z tych ludzi na placach w całym kraju czuje, że miarka się przebrała. Tłumaczą im cały czas, że trzeba oszczędzać, że zaciskanie pasa itd. A to są ludzie, którzy zaciskają pasa od lat. Latają na beznadziejnych pensjach w nadziei, że może czegoś się dopracują później, a jak już jest to później, to słyszą, że teraz będzie jeszcze gorzej.

    Łatwo jest mówić, że Hiszpania musi zapłacić cenę za sztucznie napompowaną bankę. I to prawda – była sztucznie napompowana, a pieniądze nie biorą się z powietrza, trzeba zapłacić długi. Z tym, że bankę pompowali bogaci, czyli banki, spekulanci, firmy deweloperskie. A spłacają mileuristas.

    Do tego ostatniego fragmentu później jeszcze coś dopiszę, teraz muszę już kończyć.

    Pzdr.

  7. pz
    30/05/2011 at 21:00
  8. 05/06/2011 at 20:47

    Thx, jutro przeczytam i tu odpiszę.

  9. 06/06/2011 at 18:13

    Dobra, przeczytałem ten tekst i mam do niego kilka zastrzeżeń.

    Cała pierwsza część nie przekonuje mnie zupełnie. Jest napisana tak, jakby stres powakacyjny był jakąś hiszpańską specjalnością. A nie jest. Dotyczy Polaków, Czechów, Agnlików, Francuzów i wszystkich innych, którzy po jakimś czasie spędzonym na beztroskim relaksie muszą wracać do codziennej rutyny. Nie chodzi przecież tylko o dorosłych, co zresztą w tym tekście też jest zaznaczone – dzieci wracające do szkoły po wakacjach są doskonałym przykładem. Ja sam nienawidziłem powrotów i to nie tylko jako dziecko: po Erasmusie w Hiszpanii właśnie, wpadłem (jak i wszyscy inni moi znajomi, wracający też z Włoch, Francji, Portugalii itd.) dosłownie w kilkutygodniową “depresję”.
    Celowo biorę to w cudzysłów, bo to samo powinno się robić ze stresem powakacyjnym. Moim zdaniem tu sztucznie napompowany temat, jakich pełno w mediach, kiedy trzeba zapełnić szpalty/serwis. Tym bardziej, że widać to oglądając te materiały filmowe:
    – No co? Ciężko panu wracać do pracy po wakacjach?
    – No, hehe, ciężko, hehe, wiadomo…

    W dalszej części nie podobają mi się dwa zestawienia. Po pierwsze:

    “Spain has one of the lowest levels of labor productivity in Europe. An average Spanish worker generated US$39.4 in GDP per hour worked, compared with US$49.9 per French worker; US$47 per German worker; and US$50.4 per American worker.”

    No i? Jeszcze mniej wyrabiają np. Bułgarzy albo Słowacy. Gospodarka Hiszpanii jest oparta na bardzo słabych podstawach (co unaocznił kryzys). Statystyczny Hiszpan nie ma jak wnieść do budżetu porównywalnych sum, co Niemcy czy Hiszpanie. Chyba, że po prostu czegoś tu nie rozumiem.

    Druga sprawa:

    “In other words, of all those hours Spaniards are physically present at their work stations, how many of those hours are actually spent working? And how many of those hours are spent on siestas, coffee breaks, two-hour lunches, surfing the Internet, and other social activities?”

    To już kompletny bezsens. Nawet w tabelach linkowanych w tym artykule, jest wyraźnie napisane, że to “Average annual hours actually worked per worker”. Sjesta nie jest liczona. To przecież nie jest tak, że nagle kilkanaście milionów Hiszpanów wychodzi sobie na dwie godzinki z pracy, a licznik w fabryce leci dalej. To jest oficjalna, zadekretowana przerwa w robocie, po której do tejże roboty się wraca. Co więcej, dzień roboczy nie jest z tego powodu krótszy: sklepy są otwarte odpowiednio dłużej, zajęcia na uniwersytetach trwają do późna itd. Te 1652 godziny rocznie, to właśnie godziny PRZEPRACOWANE (bez sjesty).
    A że są przerwy na kawę, papierosa, że w biurach jest zagadywanie kolegów, gry w internecie i fejsbuk? To co? W Stanach tego wszystkiego nie ma? W Anglii, Holandii? Polsce? Kto nie traci codziennie po kilkadziesiąt minut na absolutne pierdoły, niech pierwszy rzuci kamieniem.

    Ba! Więcej podobieństw?

    “If one of the nine national holidays falls on a Sunday, no need to worry; regional governments get to choose a replacement holiday. And if a national holiday falls on a Thursday or on a Tuesday, businesses usually close on Fridays and Mondays in order to make a “bridge” (hacer puente) for an extra-long weekend”

    Sałnds familjar? Zaraz Boże Ciało, prawie wszyscy moi polscy znajomi na fejsbuku kombinują jak urwać jeszcze dzień albo dwa wakacji. Może Soeren Kern powinien odwiedzić Warszawę?

    I jeszcze – przy okazji uderzania w “socjalizm” – ten fragment (ktory ma rzekomo udowadniać, że Hiszpanie są rozleniwieni, więc nieszczęśliwi):

    “Could this be why Spain, despite its good climate and good food, ranks as one of the unhappiest countries in Europe, according to the latest World Values Survey? (Denmark ranks as the happiest country in the world; the United States ranks 16; and Spain ranks 44.)”

    Sprawdziłem najpełniejszy w tej kategorii Legatum Prosperity Index (bo zbiera dane z kilkunastu źródeł, między innymi z badań Gallupa, Światowego Forum Ekonomicznego, czy Heritage Foundation) za rok 2010. Co się okazuje? Pierwsze trzy miejsca: Norwegia, Dania i Finlandia, a na szóstym Szwecja. Czyli kraje socjalistyczne że hoho (bo wbrew temu, co się wielu konserwatystom wydaje, socjalizm to nie tylko bolszewicy i nienawiść do Kościoła Katolickiego). Hiszpania jest na 23 miejscu, tak swoją drogą.

    Mój najpoważniejszy zarzut jest taki, że to tekst pisany pod udowodnienie założonej sobie wcześniej tezy. Która jest dość słaba. Z grubsza można podsumować to tak, że “Hiszpanię przejeli socjaliści i od tamtej pory nic nie działa”. To nieprawda.
    Socjaliści rządzą teraz już 7 lat. Prawica wcześniej trzymała władzę przez lat 8 i gdyby nie zamachy bombowe tuż przed wyborami, to rządziłaby dalej. Jeżeli komuś się wydaje, że w momencie, w którym Zapatero został premierem, większość Hiszpanów powiedziała sobie: “O, socjalizm! Czas założyć czerwoną bieliznę i wychwalać Republikę!”, to znaczy, że żyje w bajkowym świecie.

    PSOE odziedziczyła w spadku po poprzedniach świetnie rozpędzoną gospodarkę i nie ruszyła palcem, żeby ją zreformować (co moim zdaniem powinno wobec nich być największym zarzutem – trzeba było przewidzieć, że bańka w końcu pęknie i od początku budować jakiś parasol bezpieczeństwa, a nie po szkodzie ciąć gdzie się da).
    Socjaliści dokonali za to wielkich zmian w działce obyczajowej (czego od lewicy można by się w końcu spodziewać – jak Napieralski rozpowiadał kiedyś, że chciałby być polskim Zapatero, to ktoś mu powinień uświadomić, że nie sprowadza się to tylko do debilnych uśmiechów). Śluby par homoseksualnych, aborcja, zwalczanie przemocy wobec kobiet, próba laicyzacji państwa. Czy Hiszpanie przyjęli to jak objawienie? Nie. Większość, która faktycznie ma sympatie lewicowe, powitała to za aprobatą. Ale konserwatywna mniejszość (choć przecież wciąż będąca wielką częścią społeczeństwa) nie położyła nagle po sobie uszu i nie postanowiła przyjąć zmian za pewnik. Walczyli, organizowali protesty (przy których polskie Marsze dla Życia itp. to jak spotkania kółka brydżowego) i nie chcieli się pogodzić z nową sytuacją. Dla mnie sztandarowym przykładem jest sprawa przedmiotu Wychowanie Obywatelskie, który rząd kilka lat temu wprowadził do szkół. Konserwatyści krzyczeli, że to zamach na sumienie ich dzieci i “laicka indoktrynacja”. Tymczasem teraz okazuje się, żę najpopularniejszym podręcznikiem na tych zajęciach jest taki, który osiągnięcia socjalistów określa jako szkodliwe, twierdzi, że fundamentem patriotyzmu jest wiara katolicka i namawia uczniów, że “w razie dalszej laicyzacji, powinni się zbuntować”.

    Więc jak to jest? Skoro w tych sprawach Hiszpanie nie odpuścili, to w pracy mieliby to zrobić? Skoro “socjalistami” nie stali się w warstwie ideowej, to mimo to przyjęli “socjalizm” w etyce pracy? Nie. Bulszit, panie Kern. I tyle.

    PS W tym tekście są jednak dwie bardzo ciekawe rzeczy.
    Po pierwsze, strajki. To prawda, w Hiszpanii strajkuje się dość dużo (chociaż Francję i tak trudno pobić) i to zawsze poważnie daje po kieszeni (strajku kierowców ciężarówek z 2008 r. nie zapomnę nigdy – puste półki w supermarketach, ceny rosnące na targu z dnia na dzień, brak piwa w barach… Trzeba przyznać, że hiszpańscy związkowcy są twardymi zawodnikami).
    Po drugie, te dane, że nieobecność w pracy zwiększyła się z trzech procent do sześciu. O tym wcześniej nawet nie słyszałem, przyznaję, że nie mam pojęcia z czego może się to brać. W wolnej chwili w tym pogrzebię.

    Pzdr!

  1. No trackbacks yet.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: