Archive

Archive for June, 2011

Podpalacze w białych koszulach

“Zarazki Danniego” mogłyby sugerować liczbę mnogą. I może coś w tym jest, bo chociaż mają jedno ciało, to zamieszkuje je dwóch ludzi.
Jeden to właśnie Zarazki. Dzień zaczyna od żebrania o parę groszy, palenia cracku, a gdy haj odejdzie – dalszego żebrania na ćpanie. Mamrocze pod nosem, trudno zrozumieć co mówi. A chyba nawet nie warto próbować.
– Platyna może przenikać przez wodór. Żaden inny metal tego nie potrafi. A białe metale tak – rzuca, żeby po chwili płynnie przejść do tego, że lubi mango.
Zarazki nie ma domu. Czasem śpi w zaprzyjaźnionym warsztacie, czasem na ulicy, a czasem w krzakach koło Hiltona. Zarazki lubi spać koło Hiltona, bo może popatrzeć na zawodników, którzy przyjeżdżają rozegrać mecz na stadionie Sabina Park. Tym samym, gdzie kiedyś grywał Zarazki, zanim został Zarazkami.
Wtedy nazywał się jeszcze Richard Austin i to jego podziwiały tłumy na trybunach. Bo Austin miał niewiarygodne szczęście być członkiem najlepszej ekipy w historii wszystkich sportów drużynowych. Tej:

Niektóre media przypomniały ostatnio historię Zarazków z dwóch powodów. Po pierwsze, na kilku festiwalach nagrody zebrał “Fire in Babylon”, dokument, który wszedł na ekrany dokładnie 35 lat po tym, jak reprezentacja Indii Zachodnich w krykieta ruszyła w podbój, który miał z jej graczy uczynić bohaterów narodowych. A po drugie, bo w zeszłym tygodniu za swoje zachowanie przepraszał człowiek, który z części tych bohaterów (w tym siebie) zrobił znienawidzonych pariasów.

FirePanowie właśnie podłożyli ogień pod Babilon (Fot. Fire in Babylon)

Choć w Polsce trudno na stronach sportowych znaleźć doniesienia z krykietowych rozgrywek, to na świecie jest to jedna z najpopularniejszych gier drużynowych. Dawne brytyjskie kolonie wręcz szaleją na jej punkcie. Gdy w kwietniu tego roku finał Pucharu Świata rozgrywano w Indiach, ludzie tratowali się w kolejkach po bilety. Koniki zbijały fortunę na spekulacji wejściówkami. Tę pasję podzielają Pakistan, Sri Lanka czy RPA. No i oczywiście – Indie Zachodnie.
Osobom słabo ogarniającym ten region często się wydaje, że anglojęzyczne narody Karaibów to jednolit monolit. Nic bardziej mylnego. Na wyspach różne są style muzyczne, tradycje kulinarne, religie. Inaczej brzmią akcenty na Jamajce, inaczej na Trynidadzie, a jeszcze inaczej na Bahamach. Jest tylko jedna rzecz, która łączy tę mozaikę – właśnie krykiet.
Zamieszkujący Karaiby koloniści dość często wystawiali wspólną reprezentację w meczach z odwiedzającymi ich ziomkami z Anglii. Z czasem zaczęli do drużyny dołączać też potomków dawnych afrykańskich niewolników i ubogich imigrantów z Indii. Wreszcie, w 1926 r. ustalono statut i flagę (ze względu na międzynarodowy charakter ekipy, nie można było przyjąć żadnych barw narodowych, zaprojektowano więc herb w postaci symbolicznej wysepki z palmą i wicketem – krykietową “bramką”), po czym zgłoszono akces do ICC, czyli krykietowej FIFy. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że drużyna Indii Zachodnich okazała się być beznadziejna.
Przez następnych kilkadziesiąt lat nazywano ich “Calypso Boys”. Bo tak jak imprezy z muzyką calypso, tak mecze z udziałem Karaibów służyły tylko do pośmiania się i dobrej zabawy. Przebłyski geniuszu na murawie przeplatały się z długimi, długimi okresami najzywklejszego partactwa. Wszystkim wydawało się, że taka wola boża i sytuacja nigdy się nie zmieni. Aż przyszły gorące lata 70. i pokolenie nowych graczy, którzy zaczęli traktować krykieta jak coś więcej, niż tylko grę.

– Wszyscy urodziliśmy się w koloniach, a dorastaliśmy w już niepodległych krajach – opowiadał potem Colin Croft, jeden z członków legendarnego składu – I chcieliśmy pokazać dawnym panom, że możemy z nimi rywalizować na równych zasadach.
A to wcale nie było takie oczywiste. Lata 70. były gorące. Karaiby już były niepodległe, Afryka jeszcze się wyzwalała, ale rasizm trwał w najlepsze. W RPA rządził apartheid, w Wielkiej Brytanii ściągano do pracy mieszkańców dawnych kolonii, ale na ścianach pisano “Anglia dla białych”, we władzach wszystkich instytucji zasiadali biali konserwatywni starcy, którzy mentalnie zostali w dwudziestoleciu międzywojennym.
Kiedy karaibska reprezentacja złożona z młodych, niedoświadczonych graczy w 1975 r. pojechała grać z mistrzowską Australią na ich własnym terenie, spoktała się z dokładnie takim samym przyjęciem. Kibice ich wyśmiewali i obrażali, wyzywali od czarnuchów i brudasów, a nikomu z władz federacji nie przyszło nawet do głowy, żeby zareagować. W dodatku Australijczycy mieli tajną broń – Jeffa Thomsona i Dennisa Lillee, dwóch najszybszych bowlerów (czyli rzucaczy) tamtych lat. Żaden z nich nie miał najmeniejszych skrupułów, obaj celowali w głowy zawodników przeciwnej drużyny.
– Kiedy twarda piłka leci w twoim kierunku z prędkością ponad 140 km/h, to myślisz o tym, jak się schować, a nie jak odbić – wspominał Gordon Greenidge, inny reprezentat Karaibów.
Australijczycy dosłownie zniszczyli Indie Zachodnie. I nawet się wtedy nie spodziewali, że stworzyli potwora.

VivOd meczu z Australią, to nie Viv Richards bał się piłki, to piłka bała się Richardsa

Upokorzeni Calypso Boys postanowili, że teraz chodzi o coś więcej, niż tylko grę. Teraz trzeba się odegrać na prześladowcach.
Legendarny kapitan Clive Lloyd zjeździł wszystkie wyspy, wyszkując młode talenty. W reprezentacji znalazło się kilku nadzwyczajnych miotaczy, w tym Colin Croft i legendarny Michael Holding, których później nazywano “Jeźdźcami Apokalipsy”. Joel Garner miał ponad dwa metry wzrostu i siłę tura. A ton nadawał Viv Richards, lider drużyny, który ostentacyjnie przez całą karierę grywał bez żadnych ochraniaczy. Drużyna była gotowa, teraz trzeba było to jeszcze tylko udowodnić reszcie świata.
Prologiem był mecz z odwiedzającymi Jamajkę Indiami w 1976 roku. Miotacze z Karaibów tak zdewastowali gości z Azji, że ci w proteście przeciw brutalnej grze oddali walkower. Jeszcze w tym samym roku pogardzani dotąd Calypso Boys stanęli oko w oko z najpoważniejszym przeciwnikiem: Anglią.
– Anglicy woleliby stracić pancernik, niż przegrać w krykieta – śmiał się po latach Viv Richards.
To prawda, prasa podgrzewała atmosferę jak mogła, a kapitan brytyjskiej reprezentacji rzucił do kamer, że “Oni mają tendencję do czołgania się, więc mam ich zamiar przeczołgać”. Już wkrótce to on miał się czołgać.
Wściekli krykieciści z dawnych kolonii nie mieli najmniejszej litości dla swoich przeciwników. Nie tylko wygrali 2:0, ale zrobili to w takim stylu, że dosłownie pohańbili Anglików. Trybuny opanowane przez karaibskich imigrantów dosłownie eksplodowały.
Z domu wyjeżdzali wyśmiewani Calypso Boys. Wracali bohaterowie popkultury.

CliveKapitan drużyny, Clive Lloyd, z Pucharem Świata wygranym w 1979 r.

Indie Zachodnie przeżywały wtedy kulturalny renesans. Świat opanowała muzyka reggae, na ekrany kin wchodziły lokalne filmy, z “The Harder They Come” na czel [Dział Zagraniczny informował niedawno, że powstaje właśnie jego remake], kultura rastafarai szerzyła się we wszystkich czarnych społecznościach poza Afryką.
Krykieciści upokarzający dawnych kolonistów w ich własnej grze i na ich własnym terenie okazali się strzałem w dziesiątkę. Uosabiali ducha tamtych czasów i wyrażali zbiorowe marzenia swoich rodaków. Richards wspominał, jak przed jednym z meczów na Sabina Park, w szatni odwiedził ich Bob Marley, mówiąc, że grają nie o zwycięstwo, tylko o godność. Wywarli tak silny wpływ na ówczesne pokolenia, że są bohaterami nawet dla tych obecnych. Roots Manuva, jeden z najzdolniejszych brytyjskich muzyków, który wciąż przywołuje swoje karaibskie korzenie, nieprzypadkowo jeden ze swoich teledysków nakręcił w krykietowej scenerii:

Tamta reprezentacja okazała się być absolutnie fenomenalna. W krótkotrwałym World Series Cricket (które zrewolucjonizowało grę i dało początek formatowi, w jakim obecnie rozgrywany jest Puchar Świata) dominowali bez dwóch zdań. W 1979 r. wrócili do Australii i zrewanżowali się dawnym wrogom, pokonując ich 2:0. Byli pierwszą ekipą w historii, która wygrała z Pakistanem (gdzie krykiet jest niemal równy islamowi) na ich własnym terenie. W 1984 r. zadali Anglii historyczną klęskę, wgniatając ich w ziemię 5:0.
Clive Lloyd odszedł na emeryturę w 1985 r. Dowodzenie przejął po nim naturalny następca – Viv Richards. Z nimi jako kapitanami, reprezentacja Indii Zachodnich nie przegrała ani jednego meczu od lutego 1980 r. do lutego 1995 r. Ani jednego meczu przez 15 lat! W historii sportów drużynowych nie ma żadnej innej reprezentacji, która zdominowałaby swoją dyscyplinę na tak długi okres.

Karaibscy krykieciści z tamtych lat zaczynali jako zawodnicy. Skończyli jako legendy.

ZarazkiPierwszy z lewej – Zarazki, tuż przed popadnięciem w niesławę

Skąd więc w tym wszystkim smutna historia Zarazków? Bo – jak to w życiu bywa – niektóre legendy zniszczyło to, co zawsze: pieniądze.
Gdy reprezentacja Indii Zachodnich zaczynała się wybijać na arenie międzynarodowej, w RPA apartheid był ważniejszy nawet od sportowej rywalizacji. Afrykańskie władze odrzuciły możliwość rozgrywania meczów z reprezentacją Anglii, bo w składzie tej drugiej był czarnoskóry zawodnik. W odpowiedzi, ICC wyrzuciła rasistowski kraj ze swojego grona i zabroniła mu brać udział w międzynarodowych rozgrywach.
RPA postanowiła więc radzić sobie sama. Za ciężkie pieniądze przekupywała więc zagranicznych graczy, by formowali niezelażne “reprezentacje” i grali z nimi mecze. Ponieważ krykieciści byli wtedy raczej marnie opłacani, wielu chętnie się na taki pakt godziło. W tym niektórzy członkowie karaibskiego dreamteam’u.

Kapitanem “buntowników” (jak zaczęto nazywać ten skład) został Lawrence Rowe – fantastyczny zawodnik, który jednak po odniesionej kontuzji nie mógł wrócić do dawnej formy i gorączkowo szukał ostatniej możliwości zarobienia jakiś pieniędzy. Do ekipy dokoptował sobie między innymi Richard Austin, który zanim stał się Zarazkami, był całkiem zdolnym krykiecistą Indii Zachodnich, ale równocześnie reprezentował też Jamajkę w piłce nożnej i ping-pongu, w którym był rzekomo fenomenalny.
Skok na kasę okazał się jednak krótkotrwałym sukcesem. O ile białym zawodnikom z Anglii, czy Australii, którzy łamali zakaz ICC, dość szybko wybaczano, to gracze z Indii Zachodnich popełnili w ten sposób obywatelskie samobójstwo. Ich występy były legitymizacją rasistowskiego ustroju. Na politycznie i społecznie rozgrzanych Karaibach, to nie było zwykłe łamanie przepisów. To była zdrada.

Po powrocie do domu czekały ich szykany. Ludzie pluli im pod nogi, nie wpuszczano ich na stadiony. Niektórzy, jak sam Rowe, wybrali emigrację do Stanów. Inni zostali i popadli w nędzę, albo jak Austin w narkotyki. Crack stopniowo wyciskał z ciała Richarda, a na jego miejsce sadził Zarazki. Po trzydziestu latach, z trudem można w nim dostrzec dawnego idola tłumów.

W poprzedni poniedziałek, 20 czerwca, Lawrence Rowe odwiedził Jamajkę. Na ceremonii upamiętniającej dawnych reprezentantów, w tym jego, wygłosił wzruszającą mowę, w której przepraszał za swe decyzje sprzed 30 lat i prosił o wybaczenie.
Z trybun słuchał go między innymi Zarazki. Nie wiadomo, co myślał o przeprosinach swojego dawnego kapitana – wyszedł w połowie. Żebrać o crack.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Się kręci

Do gwiazdki zostało jeszcze pół roku, ale jest taki kraj, gdzie rząd postanowił zrobić obywatelom prezent już teraz. Tylko, że chyba nie spodziewał się jego rozmiarów.

Witajcie w La Paz. Mieście, gdzie znaki drogowe są tylko sugestią, gdzie autobusy mają silniki w normalnych krajach zarezerwowane dla czołgów, gdzie kierowcy po wypadku odkręcają sobie tablice rejestracyjne. I gdzie na ulicach rządzą chutos.
“Chuto” to boliwijska nazwa dla nieudokumentowanego samochodu. Auta bez papierów. Kradzionej gabloty, mówiąc prosto z mostu. Boliwia to bowiem taki specyficzny kraj, gdzie paliwo nielegalnie wywozi się z kraju, a samochody nielegalnie wwozi. Pojazdy są rabowane w zasadzie u wszystkich sąsiadów, ale przede wszystkim w Chile. Kiedy Dział Zagraniczny bawił ostatnio w Estado Plurinacional, nikt nie krył się z tym, że zachodnia granica to prawdziwe dwuśladowe eldorado. “Ooo, to bardzo dobry pikap. Z Chile.”, “Tę taksówkę, to wie pan, kupiłem za świetną cenę w Chile.”, “Ten van w ogóle nie wymagał napraw, jak go kupiłem. Ci Chilijczycy to dbają o pojazdy…”.

ChutosOd chodnika do chodnika, w La Paz rozciąga się “Małe Chile” (Fot. Szymon Kochański/MyWayAround.com)

Oczywiście nie wszystkie samochody w Boliwii pochodzą z kradzieży, większość ma jednak legalne papiery. Sęk w tym, że w kraju, gdzie nie istnieje transport publiczny, na zakup trefnego pojazdu decydują się na ogół najbiedniejsi, którzy ledwo co są w stanie uciułać bolivianos na maszynę spod ciemnej gwiazdy, a co dopiero auto z pełnymi papierami. Więc rząd postanowił pójść im na rękę.
Prezydent Evo Morales zapewnił, że policja wciąż będzie walczyła z przemytem, ale tym, którzy i tak od lat jeżdżą nieudokumentowanymi pojazdami (dzięki czemu funkcjonariusze mogą z nich wyduszać ogromne łapówy), odpuści. I tak, 7 czerwca podpisał papier, który zezwala ich kierowcom na legalizację. Rząd liczył na jakieś 10 tys. wniosków. Ale się trochę przeliczył.

Dziś wiadomo już, że tylko przez pierwsze 10 dni, do urzędów wpłynęło ponad 70 tys. wniosków.
Związki zawodowe transportowców od początku szacowały, że do legalizacji może być zgłoszonych nawet 100 tys. pojazdów, ale i oni chyba nie doszacowali skali. “Okienko transferowe” będzie otwarte jeszcze przez dwa tygodnie, więc można sobie łatwo wyobrazić, że zachęceni dobrymi wieściami, do boju ruszą się wszyscy, którzy do tej pory się z tym ociągali.

Tak, czy inaczej: Chutos 1 – Chile 0.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

N jak Niepodległość

To zawsze ciekawe, kiedy państwo o potencjale ludnościowym Częstochowy wywołuje poruszenie w światowych kręgach dyplomatycznych. A już szczególnie, kiedy wychodzi z tego komedia pomyłek. Albo groteska. W weekend był wielki finał takiego ciągnącego się od początku miesiąca serialu. W roli głównej: Vanuatu. Partnerują: Abchazja, Gruzja, ONZ i Rosja. Speszal apirens baj: Nauru. Rzućmy okiem na skrót fabuły.

Odcinek pierwszy, 31 maja.
Szczęśliwa Abchazja obwieszcza światu, że ma nowego adoratora. Do elitarnego grona (Rosja, Nikaragua, Wenezuela, Nauru) uznającego jej niepodległość niespodziewanie dołącza Vanuatu.
– Wzmocnimy nasze przyjazne stosunki! – oznajmia debiutant na kaukaskiej scenie.
O romansie natychmiast informują media rosyjskie, za nimi New York Times, a za nim już nawet portale wędkarskie w Paragwaju.
Fanfary, rozwiane na wietrze włosy i szklące się oczy. Ale sielanka nie trwa długo.

Odcinek drugi, 3 czerwca.
– To zniesławienie naszego kraju! Brak szacunku! – grzmi Donald Kalpokas, ambasador Vanuatu przy Organizacji Narodów Zjednoczonych. Może zagrzmieć powinien raczej ten z Abchazji, Gruzji albo chociaż Rosji. Ale nie zagrzmi. Bo nie istnieje – Vanuatu ma ambasady tylko w Nowym Jorku (przy ONZcie właśnie), Brukseli (przedstawicielstwo przy Unii Europejskiej), w Pekinie i… Rabacie (oraz konsulat w Paryżu, bo niegdyś Francja na spółkę z Wielką Brytanią zrobiły z pacyficznego kraju swoją kolonię).
Więc grzmi Donald i ciągnie, że dzwonił do domu, a tam wszyscy zaprzeczają uznaniu niepodległości, a jeśli chodzi o kontakty dyplomatyczne w tym regionie, to utrzymują je z Gruzją.
– Mamy na to papier! – ogłasza jeszcze tego samego dnia Maksym Gundźia, Minister Spraw Zagranicznych Abchazji, dodając, że oba kraje negocjowały sprawę od trzech miesięcy i stosowne dokumenty zostały wysłane do Suchumi pocztą lotniczą.
– My tam niczego nie widzieliśmy – informuje Ministerstwo Spraw Zagranicznych Gruzji.

DonaldDo Działu Zagranicznego bardziej trafia styl Donalda z Vanuatu niż Donalda z Trójmiasta (Fot. British Friends of Vanuatu)

Odcinek trzeci, 10 czerwca.
Alfred Carlot, Minister Spraw Zagranicznych Vanuatu wypuszcza wideo:

Dla tych, którzy nie zrozumieli, bo najwyraźniej mikrofon na wizji jest dla ściemy, a wszystko nagrywano przez laptopa, Dział Zagraniczny wyjaśnia: tak, uznają Abchazję.
– Przepraszam za długie milczenie, ale byłem w Seulu – tłumaczy się Carlot, a później dorzuca jeszcze – Studiowałem na Akademii Dyplomatycznej w Moskwie.
Powodów nagłej aktywności swojego kraju na Kaukazie nie tłumaczy, rzuca tylko hasło, że “polityka zagraniczna Vanuatu ma na celu wyplenić kolonializm z powierzchni ziemi”. Na potęgę Posępnego Czerepu!!!
– Nie tykam tego, bo on jest ministrem – komentuje z Nowego Jorku Donald Kalpokas, bez oceniania koszuli szefa.

Odcinek czwarty, 16 czerwca.
Vanuatu ma swój profil na Facebook’u, a tam 207 przyjaciół (czyli mniej niż Dział Zagraniczny). Jednym z tych, którzy Lubią To, jest Gruzja. Ale jakoś nie propsuje wpisu z 16 czerwca, kiedy Vanuatu zamieszcza oficjalny komunikat o uznaniu niepodległości Abchazji. Cytując szeroko dane zaczerpnięte z BBC.
Mało kto jednak zwraca na to uwagę, bo jeszcze tego dnia Sąd Najwyższy stwierdza, że urzędujący premier Sato Kilman został wybrany na to stanowisko niezgodnie z konstytucją i od grudnia de facto rządził nielegalnie. Kilman natychmiast zostaje odsunięty od sterów i władzę przejmuje jego poprzednik – Edward Natapei.

Edward z VanuatuDział Zagraniczny wciąż woli styl Donalda od Edwarda. Donald na premiera! (Fot. AP)

Wielki Finał, 19 czerwca.
Natapei mianuje sześciu nowych ministrów. I anuluje uznanie Abchazji. Napisy końcowe, w tle leci “Maciek, ja tylko żartowałem”.
W tym samym czasie, w Las Vegas trwa rozdanie nagród Emmy. “Studiowałem w Moskwie” nie zdobywa jednak żadnej statuetki. Triumfuje “Moda na sukces”.

Moda na sukcesW przyszłym roku na tej scenie widzimy Vanuatu. Całe. I tak będzie mniejszy tłok (Fot. Eric Jamison/AP)

A o co w tym wszystkim chodziło? Jak zwykle – o pieniądze.
Kraje Pacyfiku może i są miniaturowe, ale ich głos na Zgromadzeniu Ogólnym ONZ ma taką samą wagę jak każdego innego członka. Więc wyspiarskie państewka od lat znane są z handlowania swoją przychylnością, szczególnie w stosunkach z Chinami i Tajwanem. Ten drugi opłaca cały szereg rządów, które są gotowe z całą stanowczością gardłować, że Tajpej to prawdziwe Chiny, a nie jakiś tam Pekin.
Vanuatu pojawia się i w tym sporze, a jakże. W listopadzie 2004 r. uznało Tajwan, a już miesiąc później premier został odwołany ze stanowiska, a jego następca anulował tamtą decyzję i wybrał ofertę komunistów.
Nauru – sąsiad z Pacyfiku, a zarazem jedno z czterech państw, które uznaje Abchazję – miało jeszcze większe wachnięcia: najpierw przez lata trzymało z Tajpej, żeby w 2002 r. zerwać stosunki i przybić piąteczkę z Pekinem, ale niecałe trzy lata później stwierdziło, że to pomyłka i wróciło na stare śmieci.

Niewykluczone więc, że po następnej zmianie warty u sterów Vanuatu, czeka nas kaukaska powtórka z rozrywki. Może producenci pozyskają do drugiego sezonu nowe gwiazdy – gorący flirt z Somalilandem, Abchazja we łzach?

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Woda cenniejsza od ropy

Abyei płonie. Dosłownie – drewniane domki i stoiska handlowe trawią pożary, których nie ma kto gasić. Mieszkańcy uciekli wiele dni wcześniej, UNHCR szacuje że tych wewnętrznych uchodźców jest już 100 tys. Wszystko dlatego, że w połowie maja, po wielu dniach strzelanin, Chartum rozgonił miejscowe władze i najechał miasto czołgami, rozpoczynając okupację. Sudan, w którym dopiero niedawno skończył się najdłuższy konflikt domowy w historii Afryki, stoi na krawędzi nowej wojny.

Pożar w AbyeiWedług UNMIS (Misji Narodów Zjednoczonych w Sudanie) ludzie na ciężarówce to nie uchodźcy, tylko szabrownicy korzystający z chaosu w Abyei (Fot. Stuart Price/UNMIS/AFP)

Abyei leży w samym środku Sudanu (no, może trochę na południowy-zachód od tego środka). Stolica regionu – Abyei Town, a jakże – to zbiorowisko rozrzuconych, lekko zakurzonych chat, których wygląd jest czytelnym sygnałem: “Nie ma tu nic do rabowania”. Mimo to, ten monotonny w wyglądzie obszar wielkości województwa opolskiego, od lat pozostaje kością niezgody pomiędzy muzułmańską północą, a chrześcijańsko-animistycznym południem.

Kiedy w 2004 r. negocjowano układ pokojowy, mający zakończyć najdłuższy konflikt domowy w Afryce (porozumienie podpisano rok później), do dokumentu dołączono specjalny protokół dotyczący tylko i wyłącznie Abyei. Ponieważ – z powodów historycznych – uzasadnione pretensje do tego regionu zgłaszały obie strony konfliktu, ustalono, że najuczciwiej będzie pozwolić mieszkańcom zadecydować o swoim losie. Gdy w styczniu tego roku, na południu odbywało się referendum w sprawie ogłoszenia niepodległości (“za” byli prawie wszyscy biorący w nim udział; nowy kraj pojawi się na mapie w lipcu), w Abyei miano równolegle przeprowadzić głosowanie, w którym ludność opowiedziałaby się, czy chce pozostać częścią Sudanu, czy też wejść w skład nowego państwa (nazwa wciąż nie została ustalona, prawdopodobnie będzie to “Sudan Południowy”).
Ale zamiast kampanii referendalnej i urn, mieszkańcy dostali starcia zbrojne, której trwają do dziś.

O co w ogóle chodzi? Dlaczego Sudan (Północny i Południowy) ryzykuje kolejną wojnę z powodu tego mało urodziwego skrawka ziemi? Powody są dwa: taki, który pojawia się w niemal każdej publikacji, chociaż wcale nie musi mieć tak wiele wspólnego z rzeczywistością, oraz taki, który ginie w natłoku informacji, a prawdopodobnie stanowi klucz do rozwiązania zagadki.

Ten pierwszy, to ropa.
Sudan ma jej spore zasoby, a Chartum przez tyle lat nie chciał się zgodzić na samodzielność południa, bo to właśnie tam znajdują się prawie wszystkie złoża. Jednak ostatecznie porozumienie okazało się możliwe, bo to gdzie ropa zalega pod ziemią to jedno, ale to jak ją stamtąd przetransportować to już zupełnie inna sprawa. Rurociągi przechodzą bowiem przez terytorium północy aż do Port Sudan, gdzie czarne złoto ładowane jest na tankowce i wysyłane w świat.
I tu pojawia się ciekawa informacja. Kilka miesięcy temu w mediach pojawiła się informacja, że Chińczycy (którzy, co prawda, zawsze wspierali Chartum, ale nie z powodu jakiegoś zauroczenia, tylko ropy właśnie) zaproponowali władzom południa, że wybudują im rurociąg do Mombasy. Chociaż wiadomość została zdementowana, a sam projekt zająłby co najmniej kilka lat, to na północy kilka osób musiało się nieźle spocić. I łapczywiej spoglądać na Abyei. Bo choć region jest malutki, to jeszcze w 2004 r., podczas negocjacji, to właśnie stąd pochodziło 25 proc. sudańskiej ropy – dzienne wydobycie sięgało ponad 76 tys. baryłek. W razie, gdyby południe miało się jednak uniezależnić, to Chartumowi powinno bardzo zależeć na utrzymaniu w rękach takiej kury znoszącej złote jajka.
I wszystko by się zgadzało, gdyby nie to, że od pewnego czasu te jajka może i są z wolnej hodowli, ale na pewno już nie złote. Dziś wydobycie jest niższe aż o 1/3, a wkład “bogatego w ropę” regionu Abyei spadł do zaledwie 5 proc.

I tu dochodzimy do drugiego powodu konfliktu. Do wody.
Jak w “Christian Science Monitor” pisze Rebecca Hamilton, Abyei jest zieloną oazą w morzu piasku. Tamtejsza rzeka Kiir, zwana też po arabsku Bahr el-Arab (“Morze Arabów”), nie przestaje płynąć nawet w porze suchej. Jest kluczowa dla przeżycia bydła, bez którego padłyby wędrowne grupy pasterskie. Mamy więc konflikt o kontrolę wody pomiędzy nomadami a osiadłymi rolnikami. Konflikt stylów życia, ale też konflikt etniczny.
Rolnicy to w przytłaczającej większości Dinka. Ich pobratymcy dowodzili partyzantką walczącą o niepodległość południa, a kilku Dinka z Abyei zajmowało nawet kluczowe pozycje w powstańczej armii.
Tymczasem nomadzi to mówiący po arabsku Misseriya. Ich szlaki rozciągają się od środkowego Sudanu po zachodni Czad, ale każde pół roku spędzają zawsze na żyznych pastwiskach południa. Bez wody z Barh el-Arab ich zwierzęta by padły, a wraz z nimi cała społeczność Misseriya. Władze w Chartumie często wspierały nomadów, starając się stworzyć z nich przeciwwagę dla Dinka. I wydaje się, że teraz wykorzystały ich sytuację i konflikt o wodę, żeby przycisnąć południe.

RzekaKirr/Bahr el-Arab to nie tylko gwarant przeżycia, to także miejsce do zabawy (Fot. Kate Geraghty/Fairfax Media)

Przed zaplanowanym w Abyei referendum, Dinka nie chcieli się zgodzić, żeby wędrowni Misseriya mieli prawo głosu. Dochodziło więc do starć zbrojnych, aż w końcu w jednym z ataków zginęło 22 żołnierzy z armii rządowej. Chartum wykorzystał sytuację, żeby wjechać na miejsce z ciężkim sprzętem. Południe nie może nic zrobić, bo o ile jest w stanie toczyć wyniszczającą wojnę partyzancką, to w otwartym polu nie ma z północną najmniejszych szans.
Wydaje się jednak, że ze strony Chartumu może to być blef. Władze zdają sobie sprawę, że społeczność międzynarodowa potępia ich agresję i prędzej czy później będą się musieli wycofać. Niektórzy analitycy spekulują więc, że atak był od początku do końca przemyślany jako rodzaj blefu, który ma po pierwsze uświadomić wszystkim lokalnym graczom, że chociaż południe za chwilę stanie się niepodległe, to jednak Chartum jest tym, kto tu rozdaje karty.

Problem w tym, że zamieszanie ma miejsce w najgorszym możliwym momencie. Południe jest właśnie w samym środku “okresu głodowego”, czyli czasu od marca do sierpnia, kiedy to zaczynają się zbiory. W tym czasie mieszkańcy tego regionu tradycyjnie zaciskają pasa i zmniejszają racje żywnościowe. Są do tego przyzwyczajeni, jednak 100 tys. osób w prowizorycznych obozach nie poradzi sobie tak łatwo jak u siebie w domu (a sytuacji nie polepsza fakt, że na południu jest już dodatkowe 300 tys. repatriantów z północy). Poza tym, musieli porzucić swoje pola, o które nikt w tej chwili nie dba. Nawet, gdyby konflikt skończył się w miarę szybko, będą musieli włożyć ogromną pracę w to, żeby następne zbiory były satysfakcjonujące.

No i zawsze istnieje możliwość, że coś pójdzie po prostu nie tak, a z mały pożar w małym Abyei okaże się iskrą, która na nowo rozpali cały Sudan.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Załatw matkę, zostań milionerem

Można sobie wyobrazić świat, w którym różne kraje są gatunkami literackimi. Wielka Brytania to dobrze skrojona proza oszczędna w słowa, Włochy są potoczystą poezją, a Japonia to miniaturowe haiku bez zbędnych ozdobników. W tym towarzystwie, Argentyna jest bardzo tanim kryminałem o zabarwieniu gore.

W lutym, Dział Zagraniczny opisywał przypadek Marcela Brandana Juareza. Marcel najpierw ukradł pistolet, potem samochód, a w końcu z pomocą zgromadzonego sprzętu próbował porwać dwóch majętnych biznesmenów. Na szczęście policja schwytała go w ekspresowym tempie. Marcel stał się sensacją dnia i wzbudził przerażenie u sporej części społeczeństwa. Ale nie z powodu nieudanego porwania, tylko tego, co robił wcześniej.
W 1996 r. Juarez dowodził najkrwawszym buntem więziennym w historii Argentyny. Razem z kilkunastoma kompanami – których media z miejsca okrzyknęły “12 apostołami śmierci” – najpierw zamordował kilku strażników, potem wziął całą populację kompleksu na zakładników, a gdy władze postanowiły wziąć jego bandę głodem, po prostu zabił kilku innych więźniów, ugotował ich i zjadł. Po tym wszystkim, późniejsze podpalenie całego więzienia i grupowe zgwałcenie wysłanej przez policję negocjatorki, to już tylko szczegóły.
Tak więc to, że w lutym próbował znowu popełnić kolejne przestępstwa, było akurat najmniejszym zaskoczeniem. Za to cały kraj zastanawiał się: jak to możliwe, że masowego mordercę i kanibala w ogóle wypuszczono na wolność?!

JuarezJuarez konsumuje wzrokiem fotoreportera (Fot. Clarin)

Kilka miesięcy później, Argentyną wstrząsa nie mniejszy skandal.

Matki z Placu Majowego to najsłynniejsza chyba na całej południowej półkuli organizacja broniąca praw człowieka.
W latach 1976-1983 krajem rządziła junta wojskowa, a z ulic i domów znikały tysiące działaczy nielegalnej opozycji. Lwia część z nich dosłownie przepadła jak kamień w wodę (po latach okazało się, że wielu zrzucano z samolotów do oceanu): nikt nic nie wiedział, nikt nic nie słyszał, nikt nie chciał powiedzieć ich zdesperowanym rodzinom, czy jeszcze kiedykolwiek zobaczą swoje dzieci. To właśnie wtedy protestować postanowiły ich matki. Kobiety spotykały się w każdy czwartek na Placu Majowym – gdzie mieści się siedziba rządu – i okrążały go kilkakrotnie w milczeniu, wysoko nad głowami trzymając zdjęcia swoich bliskich. Zdjęcia tłumu przedwcześnie postarzałych kobiet w nieodłącznych białych chustach na głowie pojawiały się na czołówkach gazet całego świata. Dzięki swej wytrwałości i nieustępliwości doprowadziły do ujawnienia prawdy o mordowanych przez reżim ofiarach.

Dziś, po wielu latach, Matki wciąż działają. Ale to już zupełnie inna organizacja niż w czasach dyktatury. Ruch podzielił się na dwie grupy.
Pierwsza działa jak dawniej, skupiając się na ustalaniu co stało się z zaginionymi, oraz dziećmi, które część uprowadzonych działaczek opozycji rodziła w więzieniach, a które później były przez reżim oddawane do adopcji zwolennikom wojskowych.
Za to druga poszła w zupełnie innym kierunku. Stery przejęła tu Hebe de Bonafini, postać – delikatnie mówiąc – kontrowersyjna. Kobieta wydała pod szyldem Matek zbiór myśli Saddama Husajna, wielokrotnie krytykowała śledztwo w sprawie tragicznego zamachu bombowego na żydowskie centrum kulturalne w Buenos Aires w 1994 r. (zginęło w nim 85 osób), biorąc stronę oskarżonego o zamach Iranu, a po 11 września 2001 r., wychwalała porywaczy samolotów i twierdziła, że w ten sposób “pomścili inne ofiary”. W Polsce z największym oburzeniem zapewne spotkałyby się jej liczne wypowiedzi, że Jan Paweł II “trafi do piekła” (w domyśle: za rzekome wspieranie argentyńskiej dyktatury).

Ale w parze z niewyparzoną gębą, idzie łeb do interesów. Hebe przekształciła swoją odnogę Matek w maszynkę do robienia pieniędzy. Stowarzyszenie ma między innymi restaurację tuż koło siedziby parlamentu, popularną księgarnię, własną stację radiową i gazetę, a nawet… prywatny uniwersytet.
To jednak mały pikuś, przy ostatnim przedsięwzięciu Hebe i spółki. Matki wzięły się bowiem za budownictwo. Rozpoczęły program o nazwie “Wspólne Marzenia”, w ramach którego zobowiązały się postawić tanie domy dla najuboższych mieszkańców Buenos Aires. Ministerstwo Planowania Federalnego wydało na jego sfinansowanie równowartość 300 mln dolarów. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie informacja, że spora część tych pieniędzy poszła nie na cegły i zaprawę, tylko luksusy. Z których korzystał jeden człowiek.

Sergio Schoklender to prawa ręka Hebe, jej najbliższy współpracownik, którego – według własnych słów – traktuje jak syna. Mężczyzna pracował jako główny prawnik Matek i z ich ramienia zarządzał projektem budowlanym. Do zeszłego miesiąca, kiedy złożył rezygnację po tym, jak media ujawniły dziejącą się korupcję.
Okazało się bowiem, że Schoklender nie tylko zleca prace wykonawcze z ramienia Matek. Jest także większościowym udziałowcem w firmie budowlanej, która realizuje projekt, a z którą przecież… sam podpisał umowę. Wyszło też na jaw, że ta właśnie firma zdecydowanie zawyżała koszty wykonastwa, co bez mrugnięcia okiem akceptowały Matki, w imieniu których wypowiadał się nie kto inny, jak właśnie Schoklender. Bank Centralny właśnie bada niektóre opiewające na miliony pesos czeki, które okazały się nie mieć żadnego pokrycia w rzeczywistości. Przedsiębiorstwo budowlane nie opłacało też obowiązkowego ubezpieczenia swoich pracowników, a ci ostatni skarżyli się, że od jakiegoś czasu nie dostają wynagrodzeń.
Tymczasem sam Schoklender ostatnio nie krył się ze stołowaniem w najdroższych restauracjach, brylowaniem na eksluzywnych przyjęciach, oraz płaceniem za luksusowy jacht i prywatny samolot. Po wybuchu skandalu tłumaczył się, że dorobił się fortuny na wynalazkach technicznych, których jest autorem. Media sprawdziły ten trop – w rzeczywistości Sergio nigdy nie opatentował nawet nowego typu śrubki.

Wszystko to bardzo interesujące, ale tak naprawdę Dział Zagraniczny wprowadził w osłupienie inny szczegół tej historii. Otóż jeszcze dekadę temu, Sergio Schoklender odsiadywał w więzieniu karę dożywocia za to, że z zimną krwią zamordował swoich rodziców.

Tak. Nie pomyliliście się przy czytaniu.

BRUTALNIE.

ZAMORDOWAŁ.

WŁASNYCH.

RODZICÓW.

I dostał dożywocie.

SERGIO SCHOKLENDER30 lat temu załatwił jedną matkę, a teraz wszystkie (Fot. El Tribuno)

To była jedna z najsłynniejszych spraw sądowych w Argentynie.

30 maja 1981 r. policja z lokalnego komisariatu w Belgrano – zamożnej dzielnicy Buenos – dostaje zgłoszenie. Na jednej z ulic stoi zaparkowany bordowy dodge, z którego raz za razem kapie krew. Pod samochodem utworzyła się już całkiem spora jej plama.
Funkcjonariusze jadą na miejsce i siłą otwierają bagażnik pojazdu. W środku znajdują dwa ciała w pidżamach. Kobieta i mężczyzna mają zmasakrowane głowy, ale śledczy szybko ustalają, że to Mauricio Schoklender i jego żona Cristina. On był znanym w mieście, powiązanym z rządzącą juntą inżynierem, który zajmował się dużym biznesem, a prawdziwe pieniądze robił na produkcji elementów uzbrojenia. Żona zajmowała się domem i wychowaniem córki, oraz dwóch synów: Sergia i Pabla. Obaj uciekli z miasta i stali się głównymi podejrzanymi. Policja ujęła ich już pięć dni później. Przyznali się do winy.
Sergio zeznawał przed sądem, że obaj z bratem byli przez lata maltretowani psychicznie przez rodziców. Według niego, matka była alkoholiczką, w dodatku uzależnioną od kilku leków, po których kompletnie traciła nad sobą kontrolę. Obu synów miała wtedy wyzywać i bić, a Pabla próbowała w dodatku molestować seksualnie. Chłopak uciekł w końcu z domu, ale w feralną noc pojawił się spowrotem, żeby zobaczyć się z Sergiem. Bracia rozmawiali w salonie, kiedy wtargnęła do niego obudzona matka, znowu pod wpływem środków odurzających. Wywiązała się szarpanina, dzieci miały stracić nad sobą kontrolę i tak długo bić po głowie czymkolwiek, co mieli w ręku, aż stało się jasne, że kobieta nie żyje. Obaj natychmiast postanowili, że zabiją też ojca. Weszli po cichu do jego sypialni, założyli mu na głowę foliową torebkę i zaczęli dusić. Dla pewności, jemu też zmasakrowali twarz. Później oba ciała wrzucili do bagażnika i uciekli.

Starszy o trzy lata Sergio, postanowił kryć brata i całą winę wziął na siebie. Pabla faktycznie wypuszczono, ale prokuratura złożyła zażalenie na wyrok i niedługo potem sąd nakazał powtórne zatrzymanie młodszego Schoklendera. Za późno – zdążył już uciec z kraju i ukryć się w Boliwii. Zatrzymano go i wydano Argentynie dopiero 8 lat później.
W więzieniu Sergio podjął naukę i w rezultacie skończył studia prawnicze, a Pablo napisał książkę o zbrodni, na podstawie której nakręcono potem film.
Mimo, że obaj dostali dożywocie, to w wyniku różnych kruczków prawnych, obaj zostali w końcu wypuszczeni na wolność. Starszy już w 1995 r., młodszy sześć lat później.

Dziś nikt nie wie, w jaki sposób Sergio nawiązał kontakty z Hebe de Bonafini. Byłe działaczki Matek z Placu Majowego, których drogi rozeszły się z kontrowersyjną liderką, twierdzą że kobieta odwiedzała go jeszcze podczas odsiadki. Być może wcześniej nawiązali kontakt listownie, a być może w inny sposób, pewne jest tylko, że Hebe, która podczas rządów junty straciła dwóch synów i synową, zaczęła w pewnym momencie traktować Schoklender jak własne dziecko. Dziś nie chce się w jego sprawie wypowiadać, wody w usta nabrali też inni jej współpracownicy.

Tymczasem reszta kraju na nowo przeżywa sprawę dawnego morderstwa.

To jednak nie koniec makabry.

belsunceMaría Marta García Belsunce, ofiara jednej z najbardziej tajemniczych zbrodni w Argentynie (Fot. El Siglo)

Tak się bowiem składa, że akurat kilka tygodni temu wyszły na jaw nowe szczegóły innej głośnej zbrodni, znanej jako “Sprawa Belsunce”. Jest na tyle skomplikowana, że Dział Zagraniczny ograniczy ją do kilku najważniejszych informacji.

María Marta García Belsunce, z wykształcenia socjolog, córka znanego sędziego, od lat angażowała się w najróżniejsze akcje społeczne. Wspierała finansowo sierocińce i walczyła z przemocą wobec dzieci. Błyskotliwa i dowcipna, była lubiana w towarzystwie. W październiku 2002 r. wyższe sfery Buenos Aires pogrążyły się w smutku na wieść o jej nagłej śmierci.
Początkowo wszystko wyglądało bardzo normalnie. Według doniesień prasowych, jej mąż znalazł ją nieprzytomną pod prysznicem i natychmiast wezwał karetkę. Mimo prób reanimacji, Marii nie udało się odratować. Dzień później rodzina urządziła czuwanie przy trumnie w domu i kobieta została szybko pochowana. Na tym sprawa by się skończyła, gdyby nie dociekliwy prokurator.
Śledczego zainteresował przebieg zgonu, przejrzał dotyczące je dokumenty i połapał się, że część informacji sobie przeczy. Ruszyło śledztwo, zwłoki zostały ekshumowane i okazało się, że… w głowie tkwiło pięć kul.
O morderstwo oskarżono początkowo męża (i nawet wsadzono za kratki), ale ujawnione w maju nowe dowody wskazują, że zabójcą mogła być też przyrodnia siostra Marii. Na tym jednak nie koniec, bo sprawa jest tak zagmatwana, że w kręgu podejrzanych znajdują się też drugi przyrodni brat, brat “pełny”, szwagier, ojczym, lekarz, sąsiad, a współudział mogła mieć nawet jej prywatna masażystka.
Mało tego! Spisek musiał być naprawdę silny, skoro zdołano w tak krótkim czasie uprzątnąć miejsce zbrodni, pozbyć się dowodów i sfałszować akt zgonu (czyżby zamieszana była cała załoga karetki?).

Sprawa pozostaje wciąż nierozwiązana i z każdym miesiącem wydaje się zagmatwana coraz bardziej.

Dział Zagraniczny ma tylko jeden komentarz: Argentyno, seriously, WTF?!

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Harry ofiarą własnego sukcesu

Wyobraźcie sobie sytuację, w której ksiądz Rydzyk dochodzi do wniosku, że nie spełnia już oczekiwań słuchaczy i musi oddać stery w Radiu Maryja. Albo, że Owsiak postanawia, że najwyższa pora usunąć się w cień i oddać WOŚP w ręce młodszego pokolenia. No więc właśnie coś takiego się stało, tylko że w cięższej wadze: z kierowania Singapurem zrezygnował Lee Kuan Yew, człowiek który stworzył to państwo i dowodził nim nieprzerwanie od pół wieku.

To tak naprawdę stara informacja, bo z 14 maja, ale Dział Zagraniczny bawił już wtedy zagranico i jakoś nie ogarnął. Tymczasem przejście Lee na emeryturę jest równie ważnym symbolem, co oddanie władzy przez Fidela Castro. Obaj świetnie wykształceni patrioci zaczynali swoje kariery w czasach, które teraz wydają się już prehistorią i obaj przez dziesięciolecia uosabiali swoje ojczyzny. Będąc zarazem swoimi idealnymi przeciwieństwami – Castro jako gorący ideolog i komunista, a Lee jako zimny technokrata i kapitalista.

LeeLee Kuan Yew chwilę przed zamienieniem się w Supersajana (Fot. Reuters)

Kiedy przyszły przywódca przychodził na świat 16 września 1923 roku, Singapur był jeszcze brytyjską kolonią i nic nie zapowiadało, żeby miało się to zmienić. Młodemu Kuan Yewowi, w domu nazywanym pieszczotliwie “Harry”, zapewniono więc porządną brytyjską edukację, przerwaną tylko na krótko wybuchem II Wojny Światowej i japońską okupacją. Natychmiast po jej zakończeniu, Lee wyjechał do Cambridge na studia prawnicze, które skończył z wyróżnieniem. Jednak, gdy w 1949 r. wrócił do domu, atmosfera była dramatycznie różna od tej, którą pamiętał sprzed wyjazdu.

Wojna pokazała mieszkańcom Trzeciego Świata, że biali to nie jakaś rasa panów, a Europa to nie moloch nie do ruszenia. We wszystkich koloniach wrzało, ludzie mieli dość obcej władzy. W Singapurze nałożyły się na to jeszcze konflikty etniczne. Chociaż miasto leży na Półwyspie Malajskim, to sami Malajowie stanowią tu nie więcej niż 15 proc. populacji. Dominują Chińczycy, których jest prawie trzy czwarte. A poza tym są Hindusi, Sikhowie, trochę Arabów i Europejczycy. Napięcie rosło, Anglicy nie mieli innego wyjścia, jak stopniowo oddawać miejscowym coraz więcej władzy.

W takich okolicznościach młody Lee założył z kilkoma kolegami Partię Akcji Ludowej. W pierwszych wyborach z 1955 r. poszło im średnio – zdobyli tylko 3 miejsca na 25 możliwych. Ale “Harremu” wystarczyło tylko tyle, żeby ruszyć po pełnię władzy. W tym czasie Singapurem wstrząsały bardzo brutalne rozruchy i strajki, które – według niektórych historyków – miały być inspirowane właśnie przez Partię Akcji Ludowej, żeby zdestabilizować ówczesny rząd. Podczas gdy ich przeciwnicy wtrącali związkowców do więzień, Kuan Yew najpierw wyczyścił swoje ugrupowanie z wewnętrznej opozycji, a następnie zaczął zabiegać o głosy klasy pracującej.
Strategia okazała się właściwa – w następnym głosowaniu w 1959 r., Partia Akcji Ludowej wzięła pełnię władzy. I już nigdy nie wypuściła jej z rąk.

– Czuję niepokój – powiedział niepewnym głosem Lee, 9 sierpnia 1965 r. To chyba jedyne przemówienie w historii, kiedy przywódca kraju ogłaszającego właśnie niepodległość, zachowuje się, jakby spełnił się jego najgorszy koszmar. Ale wtedy tak właśnie było, a duża część mieszkańców Singapuru, słuchając tego przemówienia płakała.

Dwa lata wcześniej, Wielka Brytania machnęła ręką na daleką kolonię i dała jej prawo do samostanowienia. Lee Kuan Yew natychmiast ogłosił przystąpienie swojej ojczyzny do powstałej trochę wcześniej Federacji Malajskiej, czyli dzisiejszej Malezji. Powód? Chociaż dziś Singapur jest stawiany za wzór sukcesu, wtedy był tylko strasznie śmierdzącym bagnem.
Małe terytorium. Rozrastająca się populacja. Brak jakichkolwiek surowców naturalnych. Malejące przychody z portowego handlu. Coraz większe bezrobocie. Konflikty targające okolicą. W 1963 nikt nie wierzył, że ta mikroskopijna republika może sobie poradzić sama. Nie wierzył w to też Lee Kuan Yew, który uznał, że jedynym ratunkiem jest przyłączenie się do większego sąsiada. Tylko, że teoria sobie, a życie sobie.
Politycy z Kuala Lumpur nie dotrzymywali składanych obietnic. Wystawiali własnych kandydatów w Singapurze, chociaż wcześniej przyrzekali Partii Akcji Ludowej, że tego nie zrobią. Nie luzowali barier ekonomicznych. Nie pozwalali na swobodne przemieszczanie się w poszukiwaniu pracy. Nie chcieli dzielić się pieniędzmi.
Ale najgorsza okazała się kampania rasowa. Kuala Lumpur, obawiając się wpływu Chińczyków z Singapuru na politykę krajową, podburzali tamtejszych Malajów. Co chwila dochodziło do zamieszek i pogromów, przy których rozruchy sprzed lat wydawały się zabawami w piaskownicy.
Wreszcie, widząc że sytuacja może się tylko pogorszyć parlament Malezji jednomyślnie przegłosował wyrzucenie kłopotliwego sąsiada z federacji. Tego samego dnia Lee stanął przed kamerami i ogłosił niepodległość. Singapur został sam ze swoim bagnem.

ZamieszkiRozruchy etniczne w lipcu 1964 r.

Harry uznał, że skoro jego ojczyzna nie poradzi sobie tradycyjnymi metodami, to musi postawić na innego konia. Handel i innowacyjność.
Singapur leży nad Cieśniną Malakka, a to jeden z najważniejszych morskich szlaków handlowych na świecie. I najruchliwszych. Port trzeba było stale powiększać, aż w końcu stał się największym punktem przeładunkowym kontenerów na świecie.
Lee wpadł na pomysł, że tak jak przyciąga towary rzeczywiste, tak może ściągać na miejsce dobra wirtualne. Zaczął od wyplenienia korupcji – urzędnikom państwowym zaczęto przyznawać wynagrodzenia równe tym w sektorze prywatnym. Dzięki temu dziś Singapur jest uznawany za najmniej skorumpowany kraj świata. W dodatku, kiedy sytuacja polityczna dookoła bywała często niepewna (żeby powiedzieć delikatnie), całkowita dominacja Partii Akcji Ludowej dawała inwestorom z Zachodu poczucie, że to wyspa spokoju. Do kraju popłynęła fala pieniędzy.
Zgodnie z zasadą, że pieniądz robi pieniądz, Singapur sam zaczął inwestować. I to w nisze, które zaczęły się bardzo opłacać. Telekomunikacja, informatyka, nanotechnologie, odnawialne źródła energii.

Ale tak naprawdę Lee postawił sobie inny cel: postanowił zbudować naród. I dokonał tego. Konflikty etniczne całkowicie zduszono. Władze zadbały, żeby dzieci różnego pochodzenia obowiązkowo uczyły się w mieszanych klasach, żeby wśród urzędników wprowadzić równowagę etniczną, żeby każda grupa była reprezentowana politycznie (np. prezydentami byli po kolei przedstawiciele każdej z nich), a nawet, żeby nie powstawały etniczne getta. Singapurczycy mieszkają w słynnych wielopiętrowych apartamentowcach budowanych przez rząd. Ale nie można po prostu ot tak kupić sobie w nich mieszkania. Państwowa Rada Rozwoju Mieszkalnictwa bardzo rygorystycznie przestrzega zasady, że bloki i dzielnice muszą być zasiedlone proporcjonalnie.

Strategia poskutkowała. Dziś młodzi czują się przede wszystkim Singapurczykami, a konflikty etniczne i bieda poszły w zapomnienie. I, paradoksalnie, to właśnie sukces Lee przyczynił się do jego porażki.

Singapur jest państwem stosunkowo szczęśliwym, ale bynajmniej nie demokratycznym. To paternalistyczna autokracja, w której lepiej się nie wychylać.

Lee Kuan Yew co prawda zrezygnował z funkcji premiera w 1990 r., ale wcale nie chciał się rozstawać z władzą. Specjalnie dla siebie stworzył stanowisko “Ministra Seniora” i rządził jak dawniej, a w 2004 r. przechrzcił się jeszcze na “Ministra Mentora” i chociaż wciąż pozostał najważniejszą osobą w państwie, to na wszelki wypadek premierem mianował swojego własnego syna (który i tak od 14 lat był wicepremierem).
Choć Harry zawsze był zręcznym politykiem, to dyplomatą pozostawał fatalnym. Jedni mówią, że po prostu jest szczerzy i wali prawdę między oczy, a inni, że raczej nie szanuje odmiennego zdania. Wielokrotnie obrażał przeciwników politycznych. Twierdził, że wyborcy, którzy nie głosują na jego partię będą za to pokutować. Czasami nie potrafił ukryć, że mimo wielkiego planu budowy narodu singapurskiego, według niego samego powinien być to naród o charakterze chińskim. Kiedyś rzucił też uwagą, że “Malajowie nie pasują do Singapuru”.

Życie codzienne w Singapurze to też nie plaża.
Gdyby któryś z czytelników był kiedyś w odwiedzinach i postanowiłby spędzić popołudnie przy skręcie, to Dział Zagraniczny bardzo odradza. Kary są tak poważne, że polska perspektywa więzienia to przy tym jak popołudnie w szkolnej świetlicy. Jedną z nich jest nawet egzekucja przez powieszenie i chociaż stryczek na ogół spotyka tylko dilerów (obowiązuje, jeżeli policja znajdzie u Was 500 g marihuany, Dział Zagraniczny nie zna nikogo, kto by potrzebował tyle na własny użytek), to liczba wykonywanych kar śmierci w Singapurze w przeliczeniu na liczbę mieszkańców, stawia ten kraj niemal na szczycie tabeli.
Powszechna jest też kara chłosty. Grozi za poważne sprawy, jak chociażby gwałt czy branie zakładników, ale też i za kompletnie niegroźne przewinienia. Lichwa? Karana chłostą. Malowanie graffiti? Chłosta pewna jak w banku. Przekroczenie terminu wizy turystycznej? Ehe, zgadliście: chłosta.
Zakazana jest też pornografia, stosunek seksualny między mężczyznami (lesbijki mogą robić co chcą), czy “niemoralne zachowanie publiczne”. A gdyby ktoś był łowcą absurdów, to warto jeszcze przejrzeć listę wykroczeń, wśród których wysoka grzywna grozi za nie spuszczenie wody w publicznej toalecie. Ba! Do niedawna zabronione było nawet publiczne żucie gumy! Teraz na szczęście, nie wolno jej tylko wypluwać na chodnik.

Obrońcy takiego stanu rzeczy mają bardzo mocne argumenty. Singapur dzięki swoim restrykcyjnym prawom jest niesamowicie bezpieczny. Czysty. Nie dochodzi tu do nadużyć. Wszystko działa jak w zegarku.

To prawda. Ale do głosu dochodzi właśnie nowe pokolenie, któremu niekoniecznie to odpowiada. Ludzie urodzeni po 1965 r. nie pamiętają, że jeszcze do niedawna ich ojczyzna to było zwykłe bagno. Wychowani w klimatyzowanych i czystych mieszkaniach, nie są w stanie zrozumieć, że ich dziadkowie i rodzice tłoczyli się w drewnianych klitkach bez kanalizacji. Trudno im pojąć, że w ich sterylnym mieście dawniej na równi z ludźmi żyły szczury i robactwo.
Młodzi nie pamiętają tamtych lęków i trudów tamtego życia, więc nie mają też kompleksów i nie dają rządzącym kredytu zaufania za wszystko, czego dokonali. Wykształceni i dorastający w zglobalizowanym świecie, odrzucają drakońskie kary za absurdalne wykroczenia, nie tolerują aroganckich wypowiedzi Lee Kuan Yewa i w dodatku chcą żyć w prawdziwej demokracji.

To właśnie ich głosy sprawiły, że Harry postanowił usunąć się w cień. Chociaż Partia Akcji Ludowej znowu wygrała majowe wybory i wzięła 81 na 87 możliwych miejsc w parlamencie, to pełnię władzy zachowała tylko dzięki skomplikowanej i faworyzującej ją ordynacji. W rzeczywistości dostała tylko 60 proc. głosów. I choć z naszej perspektywy wydaje się to naprawdę dużo, to jest to najgorszy wynik tego ugrupowania w historii.

ElektoratŻelazny elektorat Partii Akcji Ludowej posłusznie nie żuje gumy (Fot. Wong/AP)

Lee Kuan Yew ogłosił, że to już koniec. Najwyraźniej nie nadąża za zmianami i czas na polityczną emeryturę. Nie wiadomo tylko, czy stary lis na niej wytrwa. Wciąż będzie przecież zasiadał w parlamencie i niewykluczone, że jeszcze przy kilku okazjach będzie chciał pociągnąć za sznurki z cienia. Choć może jego syn będzie miał wystarczająco dużo silnej woli, żeby oprzeć się ojcu.

Tak, czy inaczej, historia jak zwykle okazała się być przewrotna. Lee Kuan Yew przez pół wieku budował naród Singapuru i jego dobrobyt, tylko po to, żeby na końcu dostać żółtą kartkę właśnie od ucieleśnienia swoich marzeń.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Toalety i debaty

Najnowsze podsumowanie tygodnia zaczniemy od przyjrzenia się trzem poruszanym już wcześniej na tym blogu sprawom.

1. Uspokójcie się, przecież mianowałem się na tego ministra!

Po pierwsze, Burkina Faso. W połowie kwietnia Dział Zagraniczny informował, że na ulice stolicy Ouagadougou wyległy tłumy protestujących przeciw podwyżkom, a już dzień później swoje niezadowolenie z opóźnień w wypłacaniu żołdu postanowili pokazać żołnierze z prezydenckiej straży przybocznej. I trochę postrzelali w powietrze. Półtora miesiąca później i sytuacja jest daleka od spokojnej.
Do wojskowych ze stolicy przyłączyli się bowiem koledzy z garnizonów w innych miastach, a równolegle protesty zorganizowali cywile, między innymi studenci i nauczyciele. Rządzący już od 24 lat prezydent Blaise Compaoré próbował załagodzić sytuację, proponując podwyżki, dymisjonując rząd i mianując nowych ministrów, w tym… siebie – na Ministra Obrony.
Jednak to wszystko na nic, bo zbuntowani żołnierze nie chcieli iść na żaden kompromis. Najmocniej poczuli się ci skoszarowani w położonym ok. 350 km na zachód od stolicy Bobo-Dioulasso. Sytuacja w tym mieście przyśpieszyła w ciągu kilku ostatnich dni. Najpierw, w środę, wojskowi splądrowali tam sklepy i kramy na targu. Więc w czwartek kupcy, w proteście, że rząd nie jest w stanie zapewnić im spokoju, zdemolowali między innymi siedzibę burmistrza, urząd celny, oraz biura krajowego przedsiębiorstwa energetycznego. Wobec czego władze wprowadziły w Bobo-Dioulasso godzinę policyjną. Efekt? Zbuntowani żołnierze jeszcze raz zrabowali handlarzy, których i tak wyczyścili z towaru dwa dni wcześniej.
Blaise Compaoré najwyraźniej stracił cierpliwość, bo na miejsce wysłał wierne sobie elitarne jednostki, które wzięły koszary szturmem. Zginęło 6 zbuntowanych wojskowych i jedna przypadkowo postrzelona dziewczynka, ponad 30 osób zostało rannych. Na tym się jednak prawdopodobnie nie skończy, bo sytuacja w kraju jest napięta.
Dział Zagraniczny będzie się jej przyglądał.

2. Obcokrajowiec w Obcokrajowni Wewnętrznej

Po drugie, Mongolia. Konkretnie Mongolia Wewnętrzna, czyli region w północnych Chinach. W zeszłym tygodniu Dział Zagraniczny podawał, że tamtejsza mongolska mniejszość (w samej prowincji stanowią tylko 20 proc. ludności, w całym kraju to zaledwie promil), sprowokowana przez zabójstwo dwóch swoich pobratymców, wyszła na ulice lokalnej stolicy protestować przeciw dyskryminacji. W tym tygodniu protesty rozszerzyły się ponoć na inne miasta w okolicy, ale trudno to potwierdzić, bo władze szybko wprowadziły blokadę informacyjną. Dziennikarzom udało się tylko dotrzeć do informacji od osób na miejscu, że ponoć zgromadzenia są rozpędzane przez siły porządkowe, kampus uniwersytecki zamknięto i wprowadzono tymczasowy stan wyjątkowy.
Tymczasem Pekin raz twierdzi, że w Mongolii Wewnętrznej nic się nie dzieje i wiadomości o protestach to tylko plotki, a za chwilę przyznaje, że coś jednak jest na rzeczy.
– Problemy wywołują obcokrajowcy – stwierdziła rzeczniczka Ministerstwa Spraw Zagranicznych, ale, jak zauważa BBC, nie powiedziała, o jakich dokładnie obcokrajowców chodzi.

Dział Zagraniczny zgaduje: o Mongołów?

MongołowieObcokrajowcy wywołują problemy w Xilinhot (Fot. Reuters)

3. W przerwie zapraszamy do bufetu na zimne przekąski

Po trzecie, Sri Lanka. Na początku maja, Dział Zagraniczny opisywał zarzuty, jakie pojawiają się wobec władz wyspy. W skrócie: że dwa lata wcześniej, rozprawiając się ostatecznie z Tamilskimi Tygrysami, wojsko siekało wszystkich równo, nie bacząc na cywilów i miały miejsce zbrodnie przeciw ludzkości. Na końcu znalazła się też informacja, że rząd (który oczywiście odrzuca wszystkie oskarżenia), na 30 maja zaplanował konferencję “Pokonać Terroryzm: Doświadczenie Sri Lanki”, w której udział zapowiedziały delegacje z 30 krajów, w tym Turcji, Izraela, Czadu czy Zimbabwe.
No więc, konferencja się odbyła. A dwa dni później, w siedzibie Rady Praw Człowieka ONZ w Genewie przedstawiono dowody śledztwa, które potwierdza łamanie praw człowieka. Pokazano między innymi nagrany przez samych żołnierzy film, na którym mordują cywilów.

“Pokonać Terroryzm: Doświadczenie Sri Lanki”. Uczcie się, Czadzie i Zimbabwe.

4. Pan na tronie

O właśnie, Zimbabwe. Dział Zagraniczny musiał tę informację sprawdzić z 10 razy, przespać się, znowu sprawdzić, zbadać się alkomatem i sprawdzić jeszcze raz. Ale okazuje się, że władze tego kraju właśnie wysunęły się na dalekie prowadzenie w konkurencji “Represje 2.0 – Absurd i Groteska edition”. A było tak.
Jest 6 maja, Bulawayo, drugie co do wielkości miasto Zimbabwe. Trwają doroczne Międzynarodowe Targi Handlowe. Alois Mabhunu, ubrany po cywilnemu policjant z miejscowego wydziału zabójstw, poci się i przestępuje z nogi na nogę. Poci się i zaciska zęby, ale dłużej nie wytrzyma: musi iść za potrzebą. Rusza do najbliższej toalety, jak burza przepycha się przez kilku stojących przed nią mężczyzn i dopada muszli. Po kilku chwilach, szczęśliwy i odprężony, spuszcza wodę i chce wrócić do pracy. Zamiast tego, trafi do wojskowego aresztu. Bo kibel, a którego skorzystał, był zarezerwowany dla prezydenta Roberta Mugabego.

Noł szit, Mabhunu przesiedział trzy tygodnie w areszcie miejscowych baraków, aż w środę sąd skazał go na bonusowe 10 dni “normalnego” więzienia. Został też zdegradowany. Ale nie wyrzucony – znaj łaskę pana, Alojzy.

Prasa opozycyjna oburza się, że po pierwsze nie miał żadnego adwokata, a po drugie akt oskarżenia nie wskazuje, jakie artykuły kodeksu karnego złamał, korzystając z prezydenckiej toalety.

Dział Zagraniczny też należy do tych mężczyzn, którzy też nerwowo reagują, kiedy ich ziomki najpierw pochłaniają dwa kebaby z ostrym sosem, a potem – z gazetą w ręku – bezceremonialnie zmierzają w stronę toalety. Prezydent Zimbabwe właśnie pokazał, że da się temu przeciwdziałać. Robercie! Piąteczka za innowacyjność!

5. Meanwhile, in Korea…

– Od tej pory, rozpoczniemy praktyczne i ogólne odwetowe działania militarne, żeby za jednym zamachem zetrzeć [z powierzchni ziemi – tak domyśla się DZ] zdrajców! – piszą w oświadczeniu władze Korei Północnej. O jakich zdrajców chodzi? O Koreę Południową, jak zawsze. Ale powód do ostatniego wybuchu gniewu, jest tym razem bardzo konkretny: tarcze strzelnicze.
Pojawiły się bowiem zdjęcia, na których żołnierze armii Południa trenują celność, oddając salwy do zdjęć Kim Ir Sena, Kim Dzong Ila i Kim Dzong Una (który prawdopodobnie obejmie władzę po śmierci swojego ojca). W związku z czym Korea Północna zapowiada, że zmaże zniewagę siłą.

Zdjęcia Kimów na tarczachTrochę to niesprawiedliwe, że w najmłodszego tak łatwo trafić (Fot. Park Jung-Ho/AP)

Nikt nie wie, co by zrobiła, gdyby komandosi z Południa zamiast do zdjęć strzelać, używaliby ich jako papieru toaletowego. A, nie, poprawka: Robert Mugabe wie.

6. Doświadczonego w używaniu sznura, zatrudnię od zaraz

Zaprzyjaźniona z Działem Zagranicznym graficzka, znalazła wczoraj w gazecie ogłoszenie o treści: “Ochrona mężczyzn. Kobiety do lat 40 zatrudnię”. I jeszcze kilka podobnych kwiatków, czasem z rzetelnym: “Doświadczenie w branży nie jest wymagane”. Poeci krótkiej formy mogliby się teraz popisać w Indiach, gdzie właśnie poszukuje się kandydata na dość nietypowe stanowisko. Na kata.
Okazuje się, że na subkontynencie od 2004 r. nie wykonano żadnego wyroku śmierci. Aż tu nagle zdarzyły się (czy raczej – mają się zdarzyć) dwie egzekucje. Prośby o łaskę Devindera Pala Singh Bhullara (skazanego za planowanie ataków terrorystycznych) i Mahendry Nath Dasa (pospolitego mordercy) zostały odrzucone, więc obu rychło powinien spotkać smutny koniec. Ale sprawa się odwleka, bo… na etacie już dawno nie ma kata. Więc teraz władze gorączkowo jakiegoś szukają.

Egzekucja ma się odbyć przez powieszenie. Podobno kandydat musi się wykazać doświadczeniem w tej dziedzinie. Dział Zagraniczny usilnie się zastanawia: gdzie odbywa się staż w takiej profesji?! W Arabii Saudyjskiej? Chinach? USA?

7. Słowik na uwięzi

Tymczasem jedno z więzień w Kolumbii już niedługo będzie miało trochę muzycznej rozrywki. W Wenezueli został bowiem pojmany (i ma zostać wydany sąsiadowi) jeden z bardziej charakterystycznych członków lewackiej partyzantki FARC: Guillermo Enrique Torres Cueter vel Julian Conrado. Szerzej znany jako “Śpiewak”. Torres dorobił się tej ksywy, bo na plecach oprócz karabinu, nosił też gitarę. Z której korzystał przy każdej okazji. Przypisuje mu się autorstwo ponad stu piosenek sławiących kolegów z dżungli i ich walkę. W roku 2000, gdy doszło do krótkotrwałego rozejmu między rządem a partyzantką, to właśnie jego wytypowano, żeby zaśpiewał przed otwarciem pierwszej rundy negocjacji.

Tu na jednym z występów:

8. Konrad Wallenrod

No i na sam koniec, trochę rozrywki. Ten tydzień upłynął Działowi Zagranicznemu pod znakiem narkotyków – a to na promocji książki “Wojny Narkotykowe” w łódzkim klubie Krytyki Politycznej, a to w Programie III Polskiego Radia, objaśniając najnowszy raport Światowej Komisja ds. Polityki Narkotykowej. Więc trzymajmy się tego wątku i narkotykami zakończmy też niedzielę.

W sierpniu 2009 r., Trybunał Konstytucyjny Argentyny stwierdził, że pociąganie do odpowiedzialności karnej dorosłych osób palących marihuanę jest sprzeczne z tamtejszą ustawą zasadniczą. Co stwarza pewien problem, bo orzeczenie Trybunału nie oznacza wcale legalizacji marihuany, nie pozwala tylko, by za skręta w kieszeni ładować kogoś za kratki. Więc jakiegoś czasu w kraju trwa ożywiona debata, czy nie skończyć z tą farsą i po prostu nie zalegalizować trawy. I “ożywiona” była też wtorkowa wymiana zdań w programie dyskusyjnym kanału C5N. W rolach głównych Sebastián Basalo (redaktor naczelny magazynu “THC” i działacz kampanii na rzecz legalizacji) oraz Claudio Izaguirre (z Argentyńskiego Stowarzyszenia Przeciw Narkotykom). Łoczyt (jeżeli ktoś zna hiszpański, to niech ogląda całość, jeżeli nie, to może od razu przewinąć do mniej więcej drugiej minuty):

Señor Izaguirre, w imieniu wszystkich znajomych Argentyńczyków, którzy popierają legalizację miękkich narkotyków, Dział Zagraniczny składa ogromne podziękowania za fantastyczny PR! Oby tak dalej!

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.