Home > Uncategorized > Podpalacze w białych koszulach

Podpalacze w białych koszulach

“Zarazki Danniego” mogłyby sugerować liczbę mnogą. I może coś w tym jest, bo chociaż mają jedno ciało, to zamieszkuje je dwóch ludzi.
Jeden to właśnie Zarazki. Dzień zaczyna od żebrania o parę groszy, palenia cracku, a gdy haj odejdzie – dalszego żebrania na ćpanie. Mamrocze pod nosem, trudno zrozumieć co mówi. A chyba nawet nie warto próbować.
– Platyna może przenikać przez wodór. Żaden inny metal tego nie potrafi. A białe metale tak – rzuca, żeby po chwili płynnie przejść do tego, że lubi mango.
Zarazki nie ma domu. Czasem śpi w zaprzyjaźnionym warsztacie, czasem na ulicy, a czasem w krzakach koło Hiltona. Zarazki lubi spać koło Hiltona, bo może popatrzeć na zawodników, którzy przyjeżdżają rozegrać mecz na stadionie Sabina Park. Tym samym, gdzie kiedyś grywał Zarazki, zanim został Zarazkami.
Wtedy nazywał się jeszcze Richard Austin i to jego podziwiały tłumy na trybunach. Bo Austin miał niewiarygodne szczęście być członkiem najlepszej ekipy w historii wszystkich sportów drużynowych. Tej:

Niektóre media przypomniały ostatnio historię Zarazków z dwóch powodów. Po pierwsze, na kilku festiwalach nagrody zebrał “Fire in Babylon”, dokument, który wszedł na ekrany dokładnie 35 lat po tym, jak reprezentacja Indii Zachodnich w krykieta ruszyła w podbój, który miał z jej graczy uczynić bohaterów narodowych. A po drugie, bo w zeszłym tygodniu za swoje zachowanie przepraszał człowiek, który z części tych bohaterów (w tym siebie) zrobił znienawidzonych pariasów.

FirePanowie właśnie podłożyli ogień pod Babilon (Fot. Fire in Babylon)

Choć w Polsce trudno na stronach sportowych znaleźć doniesienia z krykietowych rozgrywek, to na świecie jest to jedna z najpopularniejszych gier drużynowych. Dawne brytyjskie kolonie wręcz szaleją na jej punkcie. Gdy w kwietniu tego roku finał Pucharu Świata rozgrywano w Indiach, ludzie tratowali się w kolejkach po bilety. Koniki zbijały fortunę na spekulacji wejściówkami. Tę pasję podzielają Pakistan, Sri Lanka czy RPA. No i oczywiście – Indie Zachodnie.
Osobom słabo ogarniającym ten region często się wydaje, że anglojęzyczne narody Karaibów to jednolit monolit. Nic bardziej mylnego. Na wyspach różne są style muzyczne, tradycje kulinarne, religie. Inaczej brzmią akcenty na Jamajce, inaczej na Trynidadzie, a jeszcze inaczej na Bahamach. Jest tylko jedna rzecz, która łączy tę mozaikę – właśnie krykiet.
Zamieszkujący Karaiby koloniści dość często wystawiali wspólną reprezentację w meczach z odwiedzającymi ich ziomkami z Anglii. Z czasem zaczęli do drużyny dołączać też potomków dawnych afrykańskich niewolników i ubogich imigrantów z Indii. Wreszcie, w 1926 r. ustalono statut i flagę (ze względu na międzynarodowy charakter ekipy, nie można było przyjąć żadnych barw narodowych, zaprojektowano więc herb w postaci symbolicznej wysepki z palmą i wicketem – krykietową “bramką”), po czym zgłoszono akces do ICC, czyli krykietowej FIFy. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że drużyna Indii Zachodnich okazała się być beznadziejna.
Przez następnych kilkadziesiąt lat nazywano ich “Calypso Boys”. Bo tak jak imprezy z muzyką calypso, tak mecze z udziałem Karaibów służyły tylko do pośmiania się i dobrej zabawy. Przebłyski geniuszu na murawie przeplatały się z długimi, długimi okresami najzywklejszego partactwa. Wszystkim wydawało się, że taka wola boża i sytuacja nigdy się nie zmieni. Aż przyszły gorące lata 70. i pokolenie nowych graczy, którzy zaczęli traktować krykieta jak coś więcej, niż tylko grę.

– Wszyscy urodziliśmy się w koloniach, a dorastaliśmy w już niepodległych krajach – opowiadał potem Colin Croft, jeden z członków legendarnego składu – I chcieliśmy pokazać dawnym panom, że możemy z nimi rywalizować na równych zasadach.
A to wcale nie było takie oczywiste. Lata 70. były gorące. Karaiby już były niepodległe, Afryka jeszcze się wyzwalała, ale rasizm trwał w najlepsze. W RPA rządził apartheid, w Wielkiej Brytanii ściągano do pracy mieszkańców dawnych kolonii, ale na ścianach pisano “Anglia dla białych”, we władzach wszystkich instytucji zasiadali biali konserwatywni starcy, którzy mentalnie zostali w dwudziestoleciu międzywojennym.
Kiedy karaibska reprezentacja złożona z młodych, niedoświadczonych graczy w 1975 r. pojechała grać z mistrzowską Australią na ich własnym terenie, spoktała się z dokładnie takim samym przyjęciem. Kibice ich wyśmiewali i obrażali, wyzywali od czarnuchów i brudasów, a nikomu z władz federacji nie przyszło nawet do głowy, żeby zareagować. W dodatku Australijczycy mieli tajną broń – Jeffa Thomsona i Dennisa Lillee, dwóch najszybszych bowlerów (czyli rzucaczy) tamtych lat. Żaden z nich nie miał najmeniejszych skrupułów, obaj celowali w głowy zawodników przeciwnej drużyny.
– Kiedy twarda piłka leci w twoim kierunku z prędkością ponad 140 km/h, to myślisz o tym, jak się schować, a nie jak odbić – wspominał Gordon Greenidge, inny reprezentat Karaibów.
Australijczycy dosłownie zniszczyli Indie Zachodnie. I nawet się wtedy nie spodziewali, że stworzyli potwora.

VivOd meczu z Australią, to nie Viv Richards bał się piłki, to piłka bała się Richardsa

Upokorzeni Calypso Boys postanowili, że teraz chodzi o coś więcej, niż tylko grę. Teraz trzeba się odegrać na prześladowcach.
Legendarny kapitan Clive Lloyd zjeździł wszystkie wyspy, wyszkując młode talenty. W reprezentacji znalazło się kilku nadzwyczajnych miotaczy, w tym Colin Croft i legendarny Michael Holding, których później nazywano “Jeźdźcami Apokalipsy”. Joel Garner miał ponad dwa metry wzrostu i siłę tura. A ton nadawał Viv Richards, lider drużyny, który ostentacyjnie przez całą karierę grywał bez żadnych ochraniaczy. Drużyna była gotowa, teraz trzeba było to jeszcze tylko udowodnić reszcie świata.
Prologiem był mecz z odwiedzającymi Jamajkę Indiami w 1976 roku. Miotacze z Karaibów tak zdewastowali gości z Azji, że ci w proteście przeciw brutalnej grze oddali walkower. Jeszcze w tym samym roku pogardzani dotąd Calypso Boys stanęli oko w oko z najpoważniejszym przeciwnikiem: Anglią.
– Anglicy woleliby stracić pancernik, niż przegrać w krykieta – śmiał się po latach Viv Richards.
To prawda, prasa podgrzewała atmosferę jak mogła, a kapitan brytyjskiej reprezentacji rzucił do kamer, że “Oni mają tendencję do czołgania się, więc mam ich zamiar przeczołgać”. Już wkrótce to on miał się czołgać.
Wściekli krykieciści z dawnych kolonii nie mieli najmniejszej litości dla swoich przeciwników. Nie tylko wygrali 2:0, ale zrobili to w takim stylu, że dosłownie pohańbili Anglików. Trybuny opanowane przez karaibskich imigrantów dosłownie eksplodowały.
Z domu wyjeżdzali wyśmiewani Calypso Boys. Wracali bohaterowie popkultury.

CliveKapitan drużyny, Clive Lloyd, z Pucharem Świata wygranym w 1979 r.

Indie Zachodnie przeżywały wtedy kulturalny renesans. Świat opanowała muzyka reggae, na ekrany kin wchodziły lokalne filmy, z “The Harder They Come” na czel [Dział Zagraniczny informował niedawno, że powstaje właśnie jego remake], kultura rastafarai szerzyła się we wszystkich czarnych społecznościach poza Afryką.
Krykieciści upokarzający dawnych kolonistów w ich własnej grze i na ich własnym terenie okazali się strzałem w dziesiątkę. Uosabiali ducha tamtych czasów i wyrażali zbiorowe marzenia swoich rodaków. Richards wspominał, jak przed jednym z meczów na Sabina Park, w szatni odwiedził ich Bob Marley, mówiąc, że grają nie o zwycięstwo, tylko o godność. Wywarli tak silny wpływ na ówczesne pokolenia, że są bohaterami nawet dla tych obecnych. Roots Manuva, jeden z najzdolniejszych brytyjskich muzyków, który wciąż przywołuje swoje karaibskie korzenie, nieprzypadkowo jeden ze swoich teledysków nakręcił w krykietowej scenerii:

Tamta reprezentacja okazała się być absolutnie fenomenalna. W krótkotrwałym World Series Cricket (które zrewolucjonizowało grę i dało początek formatowi, w jakim obecnie rozgrywany jest Puchar Świata) dominowali bez dwóch zdań. W 1979 r. wrócili do Australii i zrewanżowali się dawnym wrogom, pokonując ich 2:0. Byli pierwszą ekipą w historii, która wygrała z Pakistanem (gdzie krykiet jest niemal równy islamowi) na ich własnym terenie. W 1984 r. zadali Anglii historyczną klęskę, wgniatając ich w ziemię 5:0.
Clive Lloyd odszedł na emeryturę w 1985 r. Dowodzenie przejął po nim naturalny następca – Viv Richards. Z nimi jako kapitanami, reprezentacja Indii Zachodnich nie przegrała ani jednego meczu od lutego 1980 r. do lutego 1995 r. Ani jednego meczu przez 15 lat! W historii sportów drużynowych nie ma żadnej innej reprezentacji, która zdominowałaby swoją dyscyplinę na tak długi okres.

Karaibscy krykieciści z tamtych lat zaczynali jako zawodnicy. Skończyli jako legendy.

ZarazkiPierwszy z lewej – Zarazki, tuż przed popadnięciem w niesławę

Skąd więc w tym wszystkim smutna historia Zarazków? Bo – jak to w życiu bywa – niektóre legendy zniszczyło to, co zawsze: pieniądze.
Gdy reprezentacja Indii Zachodnich zaczynała się wybijać na arenie międzynarodowej, w RPA apartheid był ważniejszy nawet od sportowej rywalizacji. Afrykańskie władze odrzuciły możliwość rozgrywania meczów z reprezentacją Anglii, bo w składzie tej drugiej był czarnoskóry zawodnik. W odpowiedzi, ICC wyrzuciła rasistowski kraj ze swojego grona i zabroniła mu brać udział w międzynarodowych rozgrywach.
RPA postanowiła więc radzić sobie sama. Za ciężkie pieniądze przekupywała więc zagranicznych graczy, by formowali niezelażne “reprezentacje” i grali z nimi mecze. Ponieważ krykieciści byli wtedy raczej marnie opłacani, wielu chętnie się na taki pakt godziło. W tym niektórzy członkowie karaibskiego dreamteam’u.

Kapitanem “buntowników” (jak zaczęto nazywać ten skład) został Lawrence Rowe – fantastyczny zawodnik, który jednak po odniesionej kontuzji nie mógł wrócić do dawnej formy i gorączkowo szukał ostatniej możliwości zarobienia jakiś pieniędzy. Do ekipy dokoptował sobie między innymi Richard Austin, który zanim stał się Zarazkami, był całkiem zdolnym krykiecistą Indii Zachodnich, ale równocześnie reprezentował też Jamajkę w piłce nożnej i ping-pongu, w którym był rzekomo fenomenalny.
Skok na kasę okazał się jednak krótkotrwałym sukcesem. O ile białym zawodnikom z Anglii, czy Australii, którzy łamali zakaz ICC, dość szybko wybaczano, to gracze z Indii Zachodnich popełnili w ten sposób obywatelskie samobójstwo. Ich występy były legitymizacją rasistowskiego ustroju. Na politycznie i społecznie rozgrzanych Karaibach, to nie było zwykłe łamanie przepisów. To była zdrada.

Po powrocie do domu czekały ich szykany. Ludzie pluli im pod nogi, nie wpuszczano ich na stadiony. Niektórzy, jak sam Rowe, wybrali emigrację do Stanów. Inni zostali i popadli w nędzę, albo jak Austin w narkotyki. Crack stopniowo wyciskał z ciała Richarda, a na jego miejsce sadził Zarazki. Po trzydziestu latach, z trudem można w nim dostrzec dawnego idola tłumów.

W poprzedni poniedziałek, 20 czerwca, Lawrence Rowe odwiedził Jamajkę. Na ceremonii upamiętniającej dawnych reprezentantów, w tym jego, wygłosił wzruszającą mowę, w której przepraszał za swe decyzje sprzed 30 lat i prosił o wybaczenie.
Z trybun słuchał go między innymi Zarazki. Nie wiadomo, co myślał o przeprosinach swojego dawnego kapitana – wyszedł w połowie. Żebrać o crack.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

  1. Tomek
    30/06/2011 at 06:35

    świetnie się czytało

  2. Anonymous
    01/07/2011 at 14:05

    Polskiego czytelnika to interesuje! Jedynie mainstreamowych mediów to nie interesuje bo nie ma w tym bieżącej polityki ani sensacji. Ot ciekawa historia. Pozdrawiam.

  3. margines społeczny
    03/07/2011 at 17:19

    Arcyciekawy blog. Przeczytałem w całości i czułem się naprawdę zawiedziony gdy dotarłem do pierwszej notki🙂 Będę tu na pewno wpadał od czasu do czasu aby obadać nowości.

  4. 04/07/2011 at 08:02

    Zapaszamy.

  5. Piotr
    27/10/2014 at 01:10

    Ciekawe. A jeszcze w 2012 wygrali puchar świata w wersji 20/20. Jak nie wiadomo o co chodzi, to pewnie chodzi o kasę. Dzięki za kawałek historii. Krykietem zaraziłem się dopiero 5 lat temu.

  1. No trackbacks yet.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: