Home > Uncategorized > Dynastia

Dynastia

Iloma krajami na świecie rządzą monarchie? Formalnie – niewielkim procentem. Ale wydaje się, że coraz liczniejsze grono przywódców w krajach demokratycznych z chęcią zmieniłoby swoje państwa w dziedzicznie rządzone folwarki.
W Ghanie o najwyższy urząd w państwie ubiegać się będzie Nana Rawlings, żona Jerry’ego Rawlingsa, który najpierw rządził krajem jako dyktator, a potem wybrany w demokratycznych wyborach prezydent. Na Dominikanie w wyścigu o fotel szefa kraju startuje Margarita Cedeno, obecna Pierwsza Dama, której mężowi reelekcji zabrania lokalna konstytucja. Dokładnie to samo robi Sandra Torres w Gwatemali, która specjalnie wzięła rozwód, żeby obejść przepisy zwalczające nepotyzm (właśnie toczy się walka prawna o to, czy ostatecznie zostanie zarejestrowana jako kandydatka). W Argentynie o reelekcję stara się Cristina Fernández, żona zmarłego w zeszłym roku byłego prezydenta Nestora Kirchnera, a jednym z jej przeciwników jest Ricardo Alfonsín, syn Raúla, głowy państwa w latach 1983-1989. W Singapurze, rządzący od powstania państwa Lee Kuan Yew zapewnił sukcesję swojemu pierworodnemu – Lee Hsien Loongowi.
Można by tak jeszcze wymieniać długo, ale poprzestańmy na najnowszym przykładzie: Tajlandii.

– Ona jest moim klonem – wypalił bez ogródek Thaksin Shinawatra w wywiadzie sprzed kilku miesięcy. On to najbardziej wpływowy i zarazem kontrowersyjny tajski polityk ostatnich lat. Ona to Yingluk Shinawatra, młodsza siostra tego byłego premiera. Która teraz ma przejąć jego dawną fuchę i umożliwić bratu powrót z wygnania.

ThaksinPierwszy człowiek na świecie, który sklonował sam siebie (Fot. Reuters)

Rodzina Shinawatra karierę ma we krwi. Pochodząca od chińskich imigrantów, szybko się znaturalizowała, wżeniła w lokalną arystokrację i zaczęła odnosić sukcesy w polityce i biznesie. W połowie XX w., niecałe sto lat po tym, jak ich przodkowie przybyli w te strony, stali się najbardziej wpływowym klanem w północnej prowincji Chiang Mai. Na tym jednak nie poprzestali i już w roku 1968, Lert Shinawatra bez większych problemów został posłem do parlamentu. Ale największą karierę miał zrobić dopiero jego syn – Thaksin.

Wykształcony w Stanach zaczynał od służby w policji, którą mimo wysokiej pozycji ostatecznie porzucił dla biznesu. Jak się okazało – słusznie, bo w interesach czuł się jak ryba w wodzie i szybko dorobił się małej fortuny. Na początku lat 90. został zaproszony do rządu, gdzie najpierw działał w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, a później w różnych rządach koalicyjnych piastował urząd wicepremiera. Aż doszedł do wniosku, że czas na prawdziwą władzę.

Thaksin wiedział, że w tym wyścigu do mety dowiezie go pierwszego jeden koń – populizm. I postawił na niego wszystko co miał. Słusznie: to masy najbiedniejszych wyniosły go do władzy w wyborach w 2001 r., a nowy premier wiedział jak dalej dbać o ich przychylność. Podniósł płace minimalne, ułatwił edukację dzieciom z ubogich rodzin, a dostęp do opieki medycznej stał się o niebo łatwiejszy niż kiedykolwiek wcześniej. Na prowincji Thaksin został dosłownie pierwszym po Buddzie.
Strategia opłaciła się tak bardzo, że Shinawatra został pierwszym szefem rządu w historii, który przetrzymał na swoim stanowisku całą kadencję. W następnych wyborach w 2005 r. powtórzył sukces – przy niespotykanej nigdy wcześniej frekwencji jego partia zgarnęła 374 mandaty na 500 możliwych. Thaksin pewnie nawet wtedy nie podejrzewał, że jego koniec jest taki bliski.

Równie szybko, jak zdobył sobie miłość plebsu, szczególnie na buddyjskiej północy kraju, zraził do siebie elity, a także zamieszkujących południe muzułmanów. Thaksin miał nie okazywać należytego szacunku rodzinie królewskiej (w Tajlandii nawet za niewinną krytykę króla można trafić za kratki), nie chciał się godzić na najmniejsze nawet kompromisy z politycznymi przeciwnikami, nie znosił kiedy ktoś próbował z nim dyskutować, w relacjach z innymi politykami był wręcz legendarnie autorytarny. A co najgorsze, wcale nie porzucił interesów.
Fortuny dorobił się na telekomunikacji. Gdy został politykiem, udziały w gigancie tej branży, korporacji ShinCorp, przekazał innym członkom rodziny, ale dla wszystkich było oczywiste, że to tylko zabieg formalny, a prawdziwe zyski z tego biznesu ciągnie sam Thaksin. I nagle, podczas jego rządów, firma została sprzedana Singapurowi, na czym Shinawatrowie zarobili ponad 2 mld dolarów.
Krzyk podnieśli nacjonaliści, Thaksin został oskarżony o zdradę i korupcję i w 2006 r. wojsko szybko obaliło go w zamachu stanu. I historia przyśpieszyła.

Czerwone koszuleWidzew Łódź na wyjeździe (Fot. Damir Sagolj/Reuters)

Idol tłumów, wolał nie czekać na finał swojej sprawy sądowej i uciekł do Dubaju. Zamrożono mu część aktywów, ale i tak dysponował wystarczającą kasą, żeby na osuszenie łez kupić sobie Manchester City (który szybko sprzedał szejkom ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich). Tymczasem w domu jego partia po raz kolejny odnosi zwycięstwo w wyborach. Z tym nie mogą się pogodzić jego przeciwnicy, którzy organizują ruch “żółtych koszul” (to tradycyjny kolor tajskiej monarchii). Ich masowe protesty paraliżują stolicę, a Trybunał Konstytucyjny pośpiesznie delegalizuje partię Thaksina. Nowy premier zostaje wyłoniony w wyniku zakulisowych negocjacji.
Wtedy sprawy postanawiają wziąć w swoje ręce wielbiciele Shinawatry z północy kraju. Błyskawicznie organizują się w ruch “czerwonych koszul” i ruszają na Bangkok. Od marca do maja 2010 r. miasto pogrąża się w komunikacyjnym chaosie, na ulicach dochodziło do starć, protestujący okupowali niektóre dzielnice, raz symbolicznie spryskali siedzibę rządu własną krwią. Akcja okazała się prorocza, bo ostatecznie to właśnie w ich krwi utopiła demonstracje armia – w ostatecznych starciach padło 90 ofiar śmiertelnych, rannych liczono w setkach.

Teraz, rok po tamtych wydarzeniach, Thaksin próbuje wrócić do władzy tylnymi drzwiami. Ponieważ sami wciąż obawia się powrotu do kraju, to na czele swojej nowej partii Pheu Thai (“Dla Tajów”) postawił jedyną osobą, której może w pełni zaufać: najmłodszą ze swojego rodzeństwa Yingluk. I, jak zwykle, trafił w dziesiątkę.

YinglukDział Zagraniczny woli klon od oryginału (Fot. Sukree Sukplang/Reuters)

Choć na początku mało kto traktował siostrę dawnego przywódcy poważnie, to w ciągu dwóch miesięcy udowodniła, że brak politycznego doświadczenia potrafi nadrabiać niespotykaną charyzmą. Piękna, niewyglądająca na swoje 44 lata Yingluk zjechała cały kraj, dziennie mając po kilka wystąpień. Bez najmniejszego wahania kierowała się w sam środek tłumów, ściskając ręce każdemu, kto je do niej wyciągnął. Na buddyjskiej północy odwiedzała świątynie, na muzułmańskim południu zakładała hidżab. Nawoływała kobiety do głosowania na nią w solidarności płci, błyskawicznie zdominowała tajski internet i facebook’a. Zawsze wiedziała jak ustawić się do kamery czy aparatu. Uśmiech nie schodził jej z twarzy nawet na minutę.

Jej główni przeciwnicy – Partia Demokratyczna – wołali, że to wszystko sztuczki, gra pozorów i że Yingluck nie ma żadnego programu, który rozwiązałby finansowe i społeczne problemy Tajlandii. Ale na młodszej Shinawatra nie robiło to większego wrażenia.
– Podniesiemy pensje! – rzucała na wiecach i nikt nawet nie zadawał sobie trudu, żeby sprawdzić co w zamian oferują Demokraci. Populizm wciąż jest w cenie.

Efekt? Jak zwykle – zwycięstwo. Oficjalne wyniki nie zostały jeszcze ogłoszone, ale zliczono już prawie wszystkie oddane głosy i wiadomo, że partia dawnego premiera zdobyła większość w parlamencie – 300 miejsc na 500 możliwych ma już pewne. Yingluk została pierwszą w historii Tajlandii kobietą, która zasiądzie w fotelu szefa rządu. Partia Demokratyczna pogodziła się z porażką i pogratulowała jej zwycięstwa.
Ale wciąż pozostaje kilka pytań.

Po pierwsze – czy Yingluk z zerowym doświadczeniem w polityce (choć otoczona wianuszkiem doświadczonych doradców) będzie naprawdę w stanie rządzić głęboko skonfliktowaną Tajlandią? Czy może jedynym jej celem było umożliwienie bratu powrotu do kraju? Czy stanie się jego marionetką, czy też może pokusi się o samodzielność?

Po drugie – jak na powrót Shinawatrów do władzy zareagują ich pozaparlamentarni przeciwnicy? Czy wzorem Partii Demokratycznej pogodzą się z przegraną w wyborach, czy na ulice znowu wylegną żółte koszule? A jeżeli tak, to czy w odpowiedzi ruszy na nich obóz czerwonych koszul? Innymi słowy – czy uda się zapobiec ponownemu rozlewowi krwi na ulicach?

I wreszcie, po trzecie – jak zachowa się armia? Krótko przed wyborami, jej szef generał Prayuth Chan-ocha wystąpił w telewizji z groteskowym przemówieniem, w którym przestrzegał wyborców przed “powtórzeniem wzorów z poprzednich głosowań” i nalegał by “oddali głos na dobrych ludzi”.
Wystąpienie wywołało wielki niesmak w kraju, a kilku innych wysokiej rangi wojskowych szybko zapewniło, że to nie żadne groźby, a armia nawet w razie wygranej Yingluck nie planuje zamachu stanu. Problem w tym, że dokładnie tak samo mówili w 2006 r. Tuż przed obaleniem Thaksina.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

  1. Jeden z dziesięciu
    04/07/2011 at 08:57

    Pozostaje rzucić wszystko, jechać do Tajandii i otworzyć fabrykę różnokolorowych koszul. Może nawet wojskowi się załapią na zielone.

  2. wersy
    04/07/2011 at 21:00

    Pare pytan do zagranicznego dzialu:

    1) Skoro roznice miedzy polnoca, a poludniem sa tak glebokie i nieusuwalne, to jaka jest szansa na podzial tego kraju na dwa? Jest to realna opcja, mozemy sie spodziewac jakichs zdecydowanych (nie mowie od razu o wojnie domowej, ale…) dzialan w tym kierunku?
    2) Jak ta ‘populistyczna’ polityka odbila soe na sprawach panstwa? Wpedzila ich w tarapaty finansowe, czy jednak sobie radza?
    PKB im z tego co widze ostatnio roslo srednio o 4% rocznie, czyli niby nie jest tragicznie, ale do bogactwa to oni w takim tempie za najblizszych pokolen nie dojda.
    2) Uroda nowej pani premier rzeczywiscie niespotykana na tak wysokim szczeblu, przynajmniej na moje oko – no wlasnie, moje oko jest zdecydowanie spaczone “zachodnimi” (czyli, co tu duzo mowiac, bialymi) kanonami pieona – czy dzialzagraniczny, tudziez ktorys z szacownych gosci bloga orientuje sie, jak sytuacja wyglada w Tajlandii/Chinach i moglby mi polecic jakas warta lektury publikacje na ten temat? Nie chodzi mi o mode, regionalny makijaz i temu podobne duperele, tylko o jak najbardziej jaskrawe przyklady zjawisk, ktore my bez wahania uznalibysmy za “cudne dziewczyny”, a oni wprost przeciwnie (i vice versa). Ciekawa bylaby takze analiza, jak i czy ich standardy piekna zmienily sie pod wplywem wzorcow amerykanskich.

  3. inz.
    05/07/2011 at 09:41

    Wczoraj zobaczylem news, ze w Tajlandii wygrala Partia dla Tajow. We wpisie nie widze takiej nazwy – czyli populisci zwyciezyli?
    Swoja droga, przeciez tylko populisci zwyciezaja – zawsze i wszedzie, moze Rwanda jest wyjatkiem:-/

  4. 08/07/2011 at 12:19

    Żal serce ściska kiedy słyszę o destabilizacji w tym kraju. W latach 1999-2004 odwiedzałem ten kraj co roku. Wierzcie lub nie – czułem się tam bezpieczniej w Polsce.

  5. 08/07/2011 at 16:43

    Wersy, odpiszę Ci jutro, do tej pory nie miałem kiedy, a teraz nie mam już siły.

    Inz: Partia dla Tajow do partia Shinawatra. Wygrali zdecydowanie i maja absolutna wiekszosc, ale i tak utworza rzad koalicyjny.

  6. 11/07/2011 at 12:27

    Wersy:

    Przepraszam Cię najmocniej, że tyle trwało pisanie odpowiedzi, ale po prostu nie miałem kiedy do tego usiąść. Do rzeczy.

    1.

    To nie jest tak, że Tajlandia jest podzielona na dwa wrogie obozy, które zrządzeniem historii znalazły się w tym samym państwie i będą się zwalczać do śmierci. Większość mieszkańców popiera jednak Thaksina (i jego siostrę), a ci, którzy mają do nich spore zastrzeżenia, też dali im właśnie pewien kredyt zaufania. W wyborach ich partia wygrała miażdżącą przewagą głosów (ostatecznie mają 265 miejsc w parlamencie na 500 możliwych). Wielu analityków uważa, że to nie tyle wyraz poparcia dla samych Shinawatrów, co sygnał, że większość społeczeństwa nie godzi się na zamachy stanu, zakulisowe działania elity itd. Yingluk to najprawdopodobniej doskonale rozumie, bo mimo, że jej partia mogłaby teraz rządzić samodzielnie, to nowa pani premier ogłosiła budowanie gabinetu koalicyjnego – właśnie w imię zasypywania podziałów. Mądrym ruchem jest też to, że nie zapewniła bratu możliwości bezpiecznego powrotu, ani nie mianowała go – jak spekulowano wcześniej – ambasadorem w jakimś lukratywnym kraju. Oczywiście jej stosunek do niego może się jeszcze zmienić, a wręcz jest to najbardziej prawdopodobne, zważywszy, że tylko dzięki niemu jest tam, gdzie jest. Ale to kwestia przyszłości, na razie jest dobrze.

    Dlatego “żółte koszule” zorganizowane przez establishment, nacjonalistów, monarchistów, itp., to raczej niewielkie potencjalne zagrożenie.

    Problemem jest natomiast muzułmańska mniejszość z południa. Zamieszkują je głównie etniczni Malajowie, a Tajlandia anektowała tę część niecałe sto lat temu. Te regiony od lat domagają się autonomii, czego oczywiście nikt nie chce im dać.
    Większość mieszkańców południa popiera ten postulat, ale zachowuje się pokojowo, natomiast działają tam niewielkie, ale bardzo prężne grupy, które o swe ideały walczą przy użyciu metod terrorystycznych. Konflikt jest dość krwawy, w ciągu ostatnich 6 lat zginęło tam niemal 5 tys. osób, a dwa razy tyle zostało rannych. Tylko dziś (poniedziałek) zastrzelone zostało buddyjskie małżeństwo w prowincji Narathiwat, a w Yala wybuchły 4 bomby.

    Pytanie więc, jak Yingluk zamierz rozwiązać ten konflikt. W kampanii obiecała między innymi, że stworzy dla regionu specjalną strefę administracyjną. To może być jednak tylko lek doraźny, a przywrócenie prawdziwego spokoju wymaga długoterminowej strategii i pewnie nie możemy spodziewać się efektów zbyt szybko.

    2.

    Populizm Thaksina to nie tylko rozdawnictwo kasy w zamian za poparcie. Na przykład wydał on wojnę dilerom narkotykowym i to wojnę w prawdziwym tego słowa znaczeniu – ocenia się, że w jej wyniku zostało zabitych ok. 2,5 tys. oskarżonych o handlowanie. Sęk w tym, że zabitych bez procesów i udowodnienia winy, tylko po prostu zastrzelonych przez służby. Chyba wszyscy zgodzimy się, że to potężny cios w demokratyczne fundamenty państwa (szczególnie, kiedy i tak są kruche).

    Co do ekonomii, to najważniejsze obietnice Shinawatrów sprowadzają się do podniesienia minimalnego wynagrodzenia, obniżenia cen paliwa, gwarantowanych cen skupu ryżu i niektórych innych produktów spożywczych itp. Wszystko to piękne, ja osobiście uważam, że to państwo jest dla ludzi, a nie na odwrót, więc obywatelom należą się takie świadczenia. Sęk w tym, że może sobie na to pozwolić Szwecja, albo Szwajcaria, a nie Tajlandia. Ich po prostu nie stać. Te propozycje skutkują wzrostem inflacji i długu publicznego (w tej chwili to 420 billion baht).

    Z drugiej strony, należy pamiętać, że ekonomia to nie coś przewidywalnego 2+2. Np. Standard & Poor’s ostrzega bardzo przed możliwymi skutkami zrealizowania gospodarczych obietnic. Ale zarazem nie bierze pod uwagę, że wynagrodzenia dla pracowników w Chinach rosną o wiele szybciej niż te w Tajlandii, więc ta ostatnia wciąż pozostaje konkurencyjna (przynajmniej na tym rynku).

    3.

    Mogę się tylko wypowiadać na podstawie tego, co sam zaobserwowałem w Japonii, albo co wiem od moich znajomych z Korei i Chin. Wiem np., że jeszcze do XIX w., kanonem piękna w Azji Wschodniej była stosunkowo obła twarz i bardziej skośne oczy – takie mniej więcej wizerunki dominują na dawnych rycinach. To zmieniło się w ciągu ostatnich dwustu lat, a szczególnie w XX w. wraz z ekspansją zachodniej popkultury – w cenie zaczęły być twarze nieco bardziej podłużne i większe oczy. Czyli to akurat mamy już wspólne.

    Cechą na pewno różniącą mieszkańców regionu od nas jest podejście do koloru skóry. Podczas gdy Europejki i Amerykanki przy pierwszych promieniach słońca biegną się się opalać, w Azji Wschodniej i Południowo-Wschodniej wyznacznikiem statusu jest blada skóra. Pisze o tym między innymi Tiziano Terzani w swojej książce “W Azji” (w Polsce wydanej przez W.A.B.), podając przykład Kambodży. Tam ci o skórze ciemnej to wieśniacy, bo pracują całe dnie w polu. Dlatego, żeby nie być za nich wziętym, elity z miast chronią skrórę przed słońcem. Potem takie wzorce przejmują media i gotowe.

    Ale jakiejś głębszej wiedzy na ten temat nie posiadam. Napiszę maila do kolegi, który jest dziennikarzem Reutersa w Tokio – może jeżeli będzie miał chwilkę, to walnie tu kilka zdań.

    Pzdr!

  7. 11/07/2011 at 12:28

    A, jeszcze co do tego, co pisze Darsik, to prawda: dla turystów Tajlandia, podobnie jak cały region, jest bajkowo bezpieczna. Można śmiało lecieć na wakacje.

  8. wersy2
    15/07/2011 at 15:45

    Wielkie dzieki za odpowiedz!

    Zawsze bawilo knie, kiedy Tusk, czy jaks inny polityk wypowiadal “wojne” dopalaczom/narkotykom. Metafora moze i nosna, ale chyba wszyscy sie ciesza, ze obietnice pozostana niespelnione i na prawdziwa wojne w stylu tajlandzko-kolumbijskim szans u nas nie ma.

    Co do opalenizny, to ten trend i u nas jest relatywnie nowy, a biala skora byla w cenie z dokladnie tych samyc powodow. Mnie zreszta okopcona cera w ogole nie kreci, choc z drugiej strony wybielone do poziomu topielca skory niektorych Japonek takze budza przerazenie.

  1. No trackbacks yet.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: