Home > Uncategorized > Pompeje Patagonii

Pompeje Patagonii

Wulkanolog przybywa na wieś o nazwie Góra Dantego, nazwanej tak od długo uśpionego wulkanu, która niedawno została obwołana drugim najbardziej pożądanym miejscem do życia w Ameryce i odkrywa, że Góra Dantego może się obudzić w każdej chwili.

To zamieszczony na stronie IMDB skrócony opis (w tłumaczeniu własnym) fabuły filmu katastroficznego o tytule – zaskoczenie! – “Góra Dantego” (choć “peak” to po angielsku raczej “szczyt”, ale co to dla lingwistów odpowiedzialnych za “Wirujący seks”). Wulkanologiem jest Pierce Brosnan i to w zasadzie jedyne, co dobrego można powiedzieć o tej produkcji (może jeszcze, że za kamerą stał Andrzej Bartkowiak). Niestety, dzieło nakręcono jeszcze w 1997 r., więc większość z czytających te słowa zdążyła już pewnie być nim skatowana co najmniej trzy-cztery razy: czy to przez Polsat, czy też kierowców w autokarach do Holandii. Dział Zagraniczny może część scen cytować z pamięci. Dramat, po prostu.
W każdym razie, w trakcie filmu, absolutnie przepiękne miasteczko położone w górach nad krystalicznie czystym jeziorem, otoczone gęstymi lasami, w których jedno gorące źródło goni drugie, zostaje całkowicie zniszczone. W ostatniej scenie tego arcydzieła, kamera przelatuje nad jego ruinami, a na końcu pokazuje wulkan, który całkowicie się już wypalił i została z niego żałosna kupka gruzu. I to jest właśnie ten moment, kiedy Dział Zagraniczny myśli sobie: “Łooo… Ekstra miejsce na wakacje!”. Czy ktoś jeszcze też tak ma? Czy zastanawialiście się kiedyś, jak to by było zrobić sobie kilkudniową wycieczkę do opuszczonego po katastrofie miasta?

No więc, Dział Zagraniczny tak właśnie zrobił. I efekt możecie obejrzeć na stronie internetowej tygodnika “Polityka”:

Polityka

Chciałbym coś do tego dodać. Raz, że fotoreportaż wyszedł mi średnio. Dwa, że same zdjęcia nie oddadzą klimatu Chaitén.
Mam tylko drobny problem z formą. Jestem z zasady przeciwnikiem pisania tekstów prasowych w pierwszej osobie. Materiały informacyjne w ogóle powinny być jej pozbawione (dlatego większość wpisów na Dziale Zagranicznym ma formę bezosobową), ale moim zdaniem wypada też fatalnie w reportażu, bo zbyt łatwo przeradza się to w opowieść pod tytułem “Ja i moje przygody wśród dzikusów”.
W tym przypadku, trudno mi jednak takiej formy uniknąć. Raz, że to faktycznie była pewnego rodzaju przygoda. Dwa, że to miejsce absolutnie warto odwiedzić (na co liczą też zapewne ci z mieszkańców, którzy tam po katastrofie wrócili), więc warto wiedzieć na co się przygotować.

Także bach. Klasyczny wpis blogowy, podróżniczo-przygodowy. Enjoy.

ChaitenFot. Maciej Okraszewski/Dział Zagraniczny

O Chaitén usłyszałem po raz pierwszy na studiach w Hiszpanii. 2 maja 2008 r. wulkan najpierw wydał głęboki pomruk, a potem eksplodował. Dla chilijskich mediów była to wiadomość dnia, bo miasteczko miało od wielu lat fantastyczną renomę turystyczną. Położone w absolutnie bajkowej okolicy, z dala od większych miast, będące bramą do Patagonii, miało wszystko, czego można by zapragnąć na kilkunastodniowym urlopie. Chcesz popływać w zatoce z delfinami? Chaitén. Chcesz połowić ryby w górskich strumieniach? Chaitén. Chcesz pojeździć konno po dziewiczych lasach? Chaitén. A może kąpiel w gorącym źródle? Chaitén. Jesteś miłośnikiem rzadkich gatunków ptaków? Chaitén!
Tak więc w Polsce trwa sobie weekend majowy, w Granadzie, gdzie studiowałem wtedy politologię, tym bardziej, a w Chaitén ewakuacja. Najpierw wywieziono wszystkich turystów i część mieszkańców. Ale większość z tych drugich upierała się, że to nic poważnego, bo przecież wulkan i tak co jakiś czas coś tam z siebie wypluwa, a ostatnie poważne bum miało miejsce jakieś 10 tys. lat temu. No i zostali. Trzeba było ich wywozić w tempie ekspresowym już trzy dni później, kiedy Chaitén gruchnął z całą swoją mocą.
Zdjęcia i nagrania z katastrofy błyskawicznie obiegły latynoskie media, a chwilę później można było je oglądać w Hiszpanii. Nic dziwnego – było co podziwiać. Eksplozji towarzyszyły gigantyczne wyładowania atmosferyczne, błyskawice przecinały niebo na tle monstrualnej chmury pyłu, która wyglądała, jakby chciała się przebić aż na księżyc. Zamiast podbijać kosmos, sparaliżowała Argentynę. Silne wiatry porwały całą tę masę pyłu, pognały ją ponad Andami i w ciągu kilku godzin cała Patagonia od gór po Atlantyk stała się szara. Ponoć przybrudziło się Buenos Aires.
Tymczasem dni mijały, a Chaitén nie przestawał wypluwać z siebie wnętrzności. Miejscowa rzeka, która do tej pory oplatała miasteczko, została zatamowana przez warstwy pyłu i wybiła nowe koryto przez samo śródmieście. Zniszczenia były porażające. Do głowy przychodziło tylko: Piercie Brosnanie! Gdzie jesteś?!

W końcu, po kilku tygodniach, wulkan nieco się uspokoił. Ale sejsmolodzy nie mieli wątpliwości – uaktywnił się na dobre, wciąż jest niebezpieczny i taka sama eksplozja może się powtórzyć dosłownie w każdej chwili.
Mieszkańców przewieziono na miejsce wojskowymi transporterami tylko na jeden dzień, żeby zabrali najcenniejsze pozostałości (pod warunkiem, że zdołali się dokopać do zasypanych domów). Rząd zadecydował: odbudowa miasteczka w tym miejscu jest zbyt niebezpieczna. To strefa zero, nikomu nie wolno tam wracać.
Chaitén miało stać się patagońskimi Pompejami.

Chaiten 2Fot. Maciej Okraszewski/Dział Zagraniczny

Rok później, wiedziałem już, że spędzę kilka miesięcy w Chile. Ale aż tak daleko na południe się nie wybierałem, poza tym wiedziałem, że jest to “strefa zero” i nikt nie ma tam prawa przebywać. I nagle, zupełnym przypadkiem, trafiłem na artykuł, w którym miejscowa prasa opisywała, że zarządzenia sobie, a życie sobie.
Część rodzin nie pogodziła się z tym, że ich miasto zostało skazane na zapomnienie i postanowiła wrócić. Rząd wciąż upierał się, że wybuduje im nową aglomerację w tej okolicy, ale uparli się i postawili na swoim. Nieco ponad rok od katastrofy, kilkadziesiąt osób zaczęło mozolną odbudowę Chaitén.

Wtedy wiedziałem już, że muszę tam jechać. Nie byłem tylko pewien, jak się tam dostanę. Z wszystkich informacji, jakie udało mi się zdobyć, wynikało, że jedyne połączenie drogowe jest tylko z Argentyną, a poza tym i tak je odcięli. Do miasta można więc dotrzeć tak jak wcześniej, to jest promem, ale on teraz wozi tylko zaopatrzenie “zbuntowanym” mieszkańcom, a poza tym na przystani czekają żołnierze i wszystkich ciekawskich od razu zawracają na pokład.
Trudno. Być i nie spróbować, to gotowy przepis na wyrzuty po alkoholu. Szczęśliwie tak się złożyło, że po kilku miesiącach mieszkania w Temuco (jeżeli ktoś czytał “Dzienniki motocyklowe” Che Guevary, albo widział film – to tam, gdzie psuje im się po raz pierwszy motor) poznałem mężczyznę, którego była żona pochodziła właśnie z Chaitén. I choć wyprowadziła się stamtąd jeszcze całe lata przed katastrofą, to przecież wciąż miała na miejscu rodzinę i mogłaby pomóc mi w dostaniu się na miejsce. Wyposażony w numer telefonu do jej szwagra, któregoś dnia załadowałem plecak, wsiadłem w autobus i ruszyłem do Puerto Montt.

Chaiten 3Fot. Maciej Okraszewski/Dział Zagraniczny

Miasto założyli niemieccy kolonizatorzy, których władze niepodległego już Chile z chęcią ściągały z Europy, żeby zasiedlili odległe części kraju. I niemieckość w Puerto Montt na pewno czuć. Część najstarszych budynków architektonicznie nawiązuje do dawnej ojczyzny założycieli tego miejsca. Sporo tu – jak na Chile – blondynów. W kawiarniach podają kuchen, który dosłownie krzyczy: “Pobiliśmy Francuzów w 1870!”. Jest czysto, jak w Bawarii.
A piszę o tych wszystkim, bo miałem dużo czasu, żeby się rozejrzeć – szwagier mnie wystawił. Nie wiem, czy dostałem po prostu zły numer, czy stosunki na linii mój “informator” – jego była żona, okazały się przeszkodą nie do przeskoczenia, w każdym razie telefon faceta, który miał mnie przeszmuglować na miejsce, albo nie działał w ogóle, albo nikt nie odbierał.
Mówi się trudno, po nieudanych próbach kontaktu, po prostu poszedłem do portu, znalazłem przystań, z której odpływa prom i ku swojemu ogromnemu zaskoczeniu, odkryłem, że bilet do Chaitén można kupić od tak, w kasie. To jest, oczywiście, jeżeli nie ma komplikacji.

– Nie wypływamy. Jest sztorm, morze jest wzburzone, w taką pogodę żaden statek nie wyjdzie z portu – wyjaśniła mi sympatyczna pani za kasą.
– A jest jakaś prognoza, kiedy się uspokoi?
– Nieprędko. Niech pan wróci jutro.

Okazało się, że sztorm nie był zwykłym sztormem. To był sztorm na sterydach. Übersztorm! Moje następne trzy dni wyglądały z grubsza tak:

– Wypływacie dzisiaj?
– Nie. Buja.
– A jutro się uspokoi?
– Nie wygląda na to.

Na dodatek poszła mi podeszwa w jednym z butów, kasy miałem niewiele i musiałem oszczędzać na nieprzewidziane wydatki, a że Übersztorm przyniósł ze sobą prawdziwy potop z nieba, to miałem cały czas mokrą stopę. Także ranki, popołudnia i wieczory spędzałem, topiąc frustrację w piwie. Żeby było taniej, to nie barowym, tylko kupionym w sklepie i wypitym w porcie. Później miałem się dowiedzieć, że od czasu załamania na rynku łososia, Puerto Montt jest “nożowniczą stolicą Chile”. Mnie jakoś nikt nie zaczepiał. Może podczas sztormu nie robią?

Aż wreszcie, któregoś ranka, obudziłem się w pokoju skąpanym w słońcu. Żadnej chmury na niebie! Sztorm ustąpił, pani na przystani wzięła kasę, dała bilet i powiedziała, żeby wrócić wieczorem. Wypłynęliśmy około północy, w ścianach kabiny były dziury (jak się później okazało, promy są dwa, drugi niemal luksusowy, oba należą do tej samej firmy i bilet kosztuje dokładnie tyle samo, ale na który trafisz, to loteria), do mojego buta wciąż wlewała się woda, facet obok chrapał, jakby ich było dwóch, a wąsy miał, jakby zapuszczał na trzech. Ale o wschodzie jeden z marynarzy oznajmił: “Chaitén!”.

Chaiten 4Fot. Maciej Okraszewski/Dział Zagraniczny

Betonowa przystań jest nieco oddalona od samego miasteczka (do którego i tak nie da się dopłynąć, bo do mini-zatoczki naleciało tyle wulkanicznego pyłu, że można teraz po niej przejść suchą stopą) i jeszcze zanim dobiliśmy, dojrzałem na niej wojskową terenówkę i dwóch mundurowych. Pamiętając, że w co drugim artykule powtarzało się “Zawracają z przystani, nie wpuszczają do miasta, odsyłają tym samym promem”, postawiłem wszystko ja jedną kartę. Z powodu sztormu, nikt i nic nie dopłynęło do Chaitén od wielu dni. Teraz do zejścia z łodzi szykował się niemal tłum. Naciągnąłem czapkę z daszkiem na oczy, na to kaptur, aparat wcisnąłem pod bluzę, skuliłem się w sobie i wcisnąłem w sam środek wychodzących. Próbując się zasłonić innymi, minąłem żołnierzy i kilkanaście metrów dalej odwróciłem się na sekundę, żeby na czuja strzelić dwa zdjęcia, a potem pośpiesznie zacząłem maszerować w stronę miasta. Plan był taki, że może zdążę dotrzeć do jakiegoś opuszczonego domu, zanim nadjedzie patrol, ukryję się w środku, poczekam, aż się uspokoi i poszukam miejscowych. Ale daleko dojść nie zdążyłem.

Brum, brum, słyszę że za plecami zbliża się samochód. “Trudno, myślę, trzeba grać”. Kaptur naciągnięty, idę jak po swoje, najwyżej będę kłamał.

– Gdzie idziesz? – z wnętrza vana, który się ze zmną zrównał dobiegł chrapliwy głos, nad jakim trzeba pracować latami.
– Do miasta.
– A masz gdzie spać?
– Nie bardzo.
– To wsiadaj.

I tak poznałem Doñe Ane.

Chaiten 5Fot. Maciej Okraszewski/Dział Zagraniczny

Doñi Any jest głośno. Nie dużo, nie pełno, nie cokolwiek. Jest głośno, bo i ona jest głośna. Nawet, gdy milczy. Doña Ana to taka osoba, o której wiesz, że zaraz wejdzie do pokoju, chociaż ona jeszcze nie nacisnęła klamki. Doña Ana ma taki typ charyzmy, że gdybyśmy żyli w średniowieczu, to w pojedynkę zdołałaby złupić Budapeszt. I jeszcze by do tego coś zaśpiewała.
Jedyne, czego Doña Ana ma więcej, niż charyzmy, to gest. U niej nigdy nie będziesz chodził głodny, nie będziesz płacił za pokój, nie będziesz się nudził. Doñ Ana Cię ubierze, nakarmi, oprowadzi, pośpiewa. Serio. One man army.

No więc Doña Ana zaprosiła mnie do samochodu, w którym już siedziały Fran i Marilyn, dwie młode dziewczyny z Puerto Montt. Fran jako dziecko wychowywała się w Chaitén, bo jej ojciec miał tu pensjonat. Interes szedł na tyle nieźle, że w końcu postawił najlepszy w mieście hotel. A miesiąc później, wybuchł wulkan… Fran przyjechała ocenić straty, zaprosiła swoją przyjaciółkę, a za sprawą Doñi Any, do ekipy dołączyłem ja. Oczyszczonymi przez poprzednie miesiące drogami dojechaliśmy pod wspomniany przybytek, zlokalizowaliśmy stosunkowo najmniej zdewastowany pokój, zrzuciliśmy graty i poszliśmy na miasto.

Chaiten 6Fot. Maciej Okraszewski/Dział Zagraniczny

Chaitén to gotowa scenografia horroru. Serio, jeżeli macie w planach nakręcić jakiś motion picture o postapokaliptycznym świecie zamieszkanym przez zombi – plan zdjęciowy czeka.
Trudno powiedzieć, co robiło najmocniejsze wrażenie. Czy całe części miasta dosłownie zamarłe w momencie wybuchu? Potykanie się o coś, co okazywało się być sufitem czyjegoś domu? Centrum, w którym nowe koryto rzeki wyrwało z fundamentów wszystkie budynki? Zatoka, całkowicie zasypana, z zagrzebanymi gdzieniegdzie wcześniej uniesionymi domami ze śródmieścia?
Chyba najbardziej porusza to, że można dosłownie dotknąć czyjegoś życia. Ludzie uciekali w panice, a później nie mieli czasu zabierać tego, co wydawało im się zbędne. Więc w wielu domach można znaleźć jakieś zapiski, listy miłosne, pamiętniki. Juana kocha Pabla, ale jest w rozpaczy, bo on woli Conchite. W szkolnej bibliotece zalega mnóstwo naprawdę fantastycznych książek, oraz zapiski kto co ostatnio wypożyczył. W jednej kuchni znalazłem na stole kartkę: “Kup chleb”.
Podczas ewakuacji mało kto myślał o zwierzętach. Efekt? Bandy zdziczałych psów, które wałęsają się po okolicy. Niby nie powinny atakować ludzi, bo wśród nich wyrosły, ale kiedy któregoś wieczora wracałem z zupełnie zakopanej części miasta, słońce niedawno zaszło, dookoła tylko szarość pyłu, a w oddali nagle rozlega się wycie, potem następne, a potem już cała ich grupa, to serce podchodzi do gardła.

Chaiten 7Fot. Maciej Okraszewski/Dział Zagraniczny

Ale najbardziej zaskoczyło mnie, jak szybko to miasto podnosiło się z gruzów. Gdy tam przyjechałem, mieszkała w nim niecała setka osób, a wspólnymi siłami zdążyli oczyścić nie tylko własne domy, ale odkopali też główne ulice, placyki, nadbrzeże. Wydostali spoda pyłu nawet autobus, który stał się jednym z symboli katastrofy, gdy fotograf przybyły z wojskowym transportem uwiecznił go w dramatycznym położeniu. A ja, niecały rok później nim jechałem:

Chaiten 8Fot. Maciej Okraszewski/Dział Zagraniczny

Więcej pozytywnych rozczarowań?
W mieście szalały nie tylko bezpańskie psy, ale też zdziczałe konie. Kilka razy przede mną przebieżyło niewielkie stado wierzchowców, a jednego ranka spotkałem całą ich grupę pasącą się nad brzegiem dawnej zatoki. Nie jestem facetem, który się wzrusza na widok konia. Ale było spoko.
Działały turystyczne atrakcje. Chcecie się dostać do wodospadów? Proszę bardzo, Doña Ana zawiezie. Pokąpać się w gorących źródłach pod gołym niebem? Jedziemy! Tańce na dyskotece? Czemu nie?
Doña Ana (no bo kto inny?) ma dyskotekę “Mega”. I bardzo głośno puszcza w niej kumbię. Bardzo głośno. Bardzo. Co sobota odkurza butelki z alkoholem, włącza generator na ropę, daje reflektorem po kafelkach i zaprasza wszystkich, którzy akurat są w mieście. Z żołnierzami na czele – nikt nawet nie pytał mnie co tam robię (mało tego, wozili mnie po okolicy, bo przecież nie mają nic innego do roboty).

Chaiten 9Fot. Maciej Okraszewski/Dział Zagraniczny

Rząd przekonuje, że miejsce nie nadaje się do powórnego zamieszkania. Porponuje w zamian lokalizację nieopodal. I pyta, co to za różnica, że przeniosą się kilkanaście kilometrów.
– Dokładnie, co to za różnica? Skoro to tak niedaleko, to czemu w ogóle chcą nas wyrzucać? – pytała też Doña Ana – Tu urodzili się moi rodzice. Ja się tu urodziłam. I moje dzieci. Tu pochowałam syna. I sama chcę tu umrzeć – mówiła mi twardo.

Chaitén zawsze żyło tylko i wyłącznie z turystów. I od tych turystów zależy, czy przetrwa dalej. Odwiedzali je już wtedy, kiedy byłem tam i ja. W miasteczku nocowała grupa kilku obieżyświatów z Izraela, przy gorących źródłach spotkaliśmy parę polsko-francuską, a do dyskoteki trafił jakiś Japończyk, który nawet nie mówił po hiszpańsku, ale łamanym angielskim wyjaśnił, że nawet nie wiedział, ze tu był jakiś wybuch…

W Chaitén spędziłem kilka fantastycznych dni i wiem, że gdybym mieszkał w Chile, to próbowałbym urwać sobie co roku chociaż tydzień wakacji na odwiedzenie tego miejsca. I bardzo polecam je wszystkim innym. Po pierwsze, to fantastyczna alternatywa dla miejscówek przepełnionych turystami. Po drugie, to od odwiedzin obcych zależy los tych kilkudziesięciu osób, które postanowiły odbudować tam swoje życie. Więc przemyślcie to.

Chaitén czeka.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

  1. Jeden z dziesięciu
    08/07/2011 at 18:00

    Zupełnie nie na temat zacznę🙂 żeby wyszedł ładny zrzut ekranu z przeglądarki, wciśnij F11 (żeby mieć stronę na pełny ekran) i Alt + PrtSc. Nie trzeba wtedy wycinać gmaila i innych Photoshopów🙂

  2. Jeden z dziesięciu
    08/07/2011 at 18:04

    Zdjęcia rewelacyjne, a historia jak zwykle wciąga – im dłużej czytałem, tym bardziej chciałem podszlifować kastylijski i wybrać się z wizytą…

  3. 10/07/2011 at 09:57

    No. I znowu interesująca opowieść.

    Polski czytelnik.

  4. 11/07/2011 at 12:30

    Wiem, wiem, zrobiłem zrzut na szybko. Ale dzięki za radę.

    Pzdr.

  5. marcinescu
    12/07/2011 at 10:57

    Może zaproponuje mieszańcą otwarcie warsztatów dla gringos z Północy

    http://www.damninteresting.com/a-big-big-hole-in-the-ground/

  6. 26/07/2011 at 15:41

    Bardzo dobre ! Pierwsza osoba jest ok !

  1. No trackbacks yet.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: