Home > Uncategorized > Super Street Fighter IV na liście UNESCO

Super Street Fighter IV na liście UNESCO

Jak powinien wyglądać prawdziwy macho? Proste: mocno naoliwiony tors i obcisłe skórzane portki. To nie najnowsza moda nowojorskiej bohemy, tylko tradycja ojczyzny wąsa – Turcji. Rodacy Orhana Pamuka od kilkuset lat smarują się dokładniej niż swego czasu Arnold na zawody kulturystyczne, a potem przez kilka godzin próbują sobie wcisnąć rękę w spodnie. Brzmi fajnie? Od teraz też godnie, bo UNESCO klepnęło Turkom piąteczkę i wpisało zwyczaj na listę światowego dziedzictwa ludzkości.

Smarowanie oliwąŚwiatowe dziedzictwo krótko przed startem (Fot. Umit Bektas/Reuters)

Pole Walecznych to kawał łąki – 4 tys. metrów kwadratowych – ale na pierwszy rzut oka trudno się domyślić, że raz w roku zamienia się w mekkę wielkich jak dąb facetów, którzy chcą się oblać oliwą i poturlać po trawie. A jednak. Każdego czerwca, położone na zachodzie kraju Edirne, na trzy dni staje się areną najstarszego uregulowanego sportu walki na świecie. Zapasów w oleju właśnie.

Jest tak. Najpierw wszyscy gromko śpiewają hymn, którego wersy zawierają perełki w rodzaju “czuję, że zaraz umrę z podniecenia” i “splamioną potem trawę czuć oliwą”, a potem na łąkę wytacza się półtora tysiąca byków, i czterdziestu facetów z bębnami, które nie umilkną nawet na chwilę. Co, jak co, ale Turcy wiedzą, co to impreza.

Zasady są proste. Żadnego uderzania. Żadnego kopania. Żadnego gryzienia. W ogóle, wszystko co mogłoby spowodować trwałe obrażenia jest zakazane. To zapasy – masz przeciwnika zdominować i poddać. No i tu zaczynają się schody. Bo zgodnie z tradycją, zawodnicy smarują się przed walkami oliwą. Kolega rzuci się na extra virgin i masz problem. Jak tu założyć nelsona, kiedy facet ci się wyślizguje? Jak wyciągnąć dźwignię na staw łokciowy? Jak wykonać suples, skoro nawet nie możesz go złapać? No więc, okazuje się, że możesz – za portki.
Kispet, bo tak się nazywają te skórzane gacie, może i wygląda spoko na koncercie w Bolkowie, ale w Edirne to największy wróg zapaśnika. Przeciwnik będzie za wszelką cenę starał się użyć ubrania do wywrócenia cię i przytrzymania na ziemi. Najlepsza strategia? Załadować rękę głęboko za pas. Jak to wygląda? Popatrzmy:

Powiedzmy sobie szczerze. Te zapasy, to najlepsze, co wyszło z Turcji, zaraz po Tureckim Star Treku:

Tymczasem, w rzeczywistości…
Pojedynek można też wygrać, rozrywając przeciwnikowi spodnie. Co podobno czasami nawet się zdarza i Dział Zagraniczny może tylko zgadywać, że jest nagradzane uszami byka. Ale na ogół trzeba walczyć do poddania drugiego zawodnika, co (w przeciwieństwie do senegalskich zapasów), nie trwa trzy sekundy. Jeszcze w czasach, kiedy turecki sweter był na polskich prywatkach inwestycją równie pewną co wąs Abdullaha Öcalana, walki mogły toczyć się i po kilka godzin, a kiedy nie było pewnego zwycięzcy, przekładano je na następny dzień. Tak podobno było z pierwszym legendarnym pojedynkiem, jaki mieli toczyć między sobą dwaj bracia, służący razem w armii sułtana. Bój miał być tak zacięty, że trwał cały dzień i całą noc, aż przed kolejnym wieczorem obaj zmarli z wycieńczenia. Noł mor! Nowoczesność wdarła się nawet do sportu tak pradawnego, że mimo oczywistych przesłanek, nikomu w muzułmańskim kraju nie przychodzi do głowy jego delegalizacja. Teraz walka trwa pół godziny, a jeżeli to nie starczy na wyłonienie niekwestionowanego zwycięzcy, jest dodatkowy kwadrans, kiedy można wygrać na punkty.

ZapasyDział Zagraniczny widzi tu dogrywkę Paragwaju z Brazylią (Fot. Reuters)

Żarty, żartami, ale wielu zawodników to prawdziwi twardziele z osiągnięciami w dziedzinach bez pierwszego tłoczenia. Mehmet Yesilyesil oprócz dwukrotnego mistrzostwa w Edirne, stawał także na podium Mistrzostw Europy w zapasach klasycznych. Podobno czerwcowy festiwal regularnie zaszczycają swoją obecnością członkowie kadry narodowej.

Nad Bosforem tradycja jest tak popularna, że Turcy zabrali ją ze sobą za granicę. Zawody odbywają się w Niemczech czy Holandii. Co nie dziwi. Ale dyscyplina zdobyła też pewną popularność w… Japonii. Co, zastanowieniu, dziwi chyba nawet mniej. Być może dlatego w “Super Street Fighter IV” można pograć Hakanem, którego styl bazowy to właśnie zapasy w oliwie. Dział Zagraniczny musiał to sprawdzić, bo nie ukrywajmy: czy jest ktokolwiek na świecie (poza Japonią), kto kiedykolwiek grał w “Super Street Fightera IV”? Po co w ogóle tracić czas na jakiegokolwiek Street Fighter, który był po dwójce? No, może jeszcze “Super Street Fighter II”. Ale już “Super Street Fighter II Turbo” i wszystko, co nastąpiło potem, to jak filmy Wajdy po 1989.
No, ale jednak. Hakan w całej swojej krasie:

HakanHakan już wie, że bez oliwy nie ma stylóweczki

Kiedy w 1997 r. wyszedł “Tekken 3”, najfajniejszą postacią okazał się Eddy Gordo i za jego sprawą nagle miliony pryszczatych nastolatków na wschód od Berlina dowiedziały się o istnieniu capoeiry (chyba, że ktoś wcześniej widział “Only the strong”, film tak słaby, że na jego emisję nie zdecydował się chyba nawet Polsat w czasach, kiedy po “Na celowniku” od razu dawali “Tequila i Bonetti”).
Czy Hakan powtórzy ten sukces i łąki warmińsko-mazurskiego zaroją się od oliwnych zapaśników? Dawaj na ring.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

PS W 1995 r. Stephen Dupont zdobył drugą nagrodę (w kategorii fotoreportaż-sport) na World Press Photo, właśnie za zdjęcia tureckich zapasów. Bardzo polecam obejrzenie archiwalnej galerii.

  1. Anonymous
    18/07/2011 at 21:24

    Cudowny artykuł, całości dopełnia impresja filmowa, która była promyczkiem radości w ten pochmurny dzień.

    Skoro już jesteśmy w temacie dziedzictw UNESCO to może następnym razem przeczyamy słowo o breakdancowcach z Peru a la Sweeny Tod (powinno być równie chwytliwe jak piraci z karaibów, w końcu to wciąż motyw Dżonego). Po pobieżnych obserwacjach jakoś nie za bardzo rozumiem czemuż oni z tymi nożyczkami tak się wiją po podłodze…

  2. 21/07/2011 at 13:14

    Nie będę udawał encyklopedii i przyznam szczerze, że nie wiem o co chodzi. Coś bliżej?

  3. 25/07/2011 at 13:29

    Tak nieprawdopodobny wydawał mi się ten artykuł że postanowiłam co nieco poszperać i dokopałam się do Danza de las Tijeras (z peruwiańskich Andów), wpisanego w podobnym czasie co tureckie zapasy wpisano na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

    W międzyczasie udało mi się dokopać o co w tym tak naprawdę chodzi.

    Tradycja zrodziła się za czasów kolonizacji i przymusowej chrystianizacji. Peruwiańczycy nie chcąc porzucać swojego wyznania wymyślili taniec w którym symbolicznie mieli się odcinać od chrześcijaństwa. Stąd dziwne ruchy, które dla nas wyglądają trochę jak opętanie przez demona i obowiązkowe nożyczki towarzyszące tańcu.

    Co ciekawe początkowo (o ile dobrze zrozumiałam) tańczyły tylko dzieci – tylko one mogły zobaczyć ducha, który uczył ich tego tańca.

    Więcej:
    http://www.peruviantimes.com/18/peru-celebrates-unesco-decision-to-recognize-ritual-dances/9841/
    http://www.larepublica.pe/16-11-2010/danza-de-tijeras-y-huaconada-patrimonio-inmaterial-unesco

    To chyba na tyle. W Twoim wykonaniu pewnie zabrzmiałoby ciekawiej.
    No. Ale poskiego czytelnika zainteresowałeś🙂

  4. 27/07/2011 at 09:07

    Aaa… Teraz już wiem! Wracam jednak do pyszałkowatości – znałem!🙂 Ale kompletnie nie mogłem skojarzyć z opisu, jakaś jasność pomroczna.

    Dzięki za przypomnienie.

    Pzdr!

  1. No trackbacks yet.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: