Home > Uncategorized > Najdroższe Big Maki świata kupują Téveza

Najdroższe Big Maki świata kupują Téveza

W niedzielę zakończyła się Copa América. Piłkarskie Mistrzostwa Ameryki Południowej zawsze dostarczają prawdziwych emocji – nigdzie indziej futbol nie jest tak religijnie czczony, jak na tym kontynencie. Ale tegoroczna edycja, okazała wyjątkowo pełna niespodzianek. Jeżeli ktoś obstawiał zakłady, opierając się na swoim wieloletnim doświadczeniu i wyczuciu latynoskiej piłki, to musiał nieźle utopić pieniądze.

Nie ma tu sensu rozwodzić się nad całym turniejem, czy Urugwaj wygrał zasłużenie, czy nie, albo jak Wenezueli, gdzie piłka przegrywa z baseballem, udało się dojść aż do półfinału. Za to warto się przyjrzeć kompletnej kompromitacji dwóch czołowych potęg futbolowych świata (o kontynencie nie mówiąc): Argentyny i Brazylii.

Żadna z tych dwóch reprezentacji nie wyszła poza ćwierćfinały. Jedyny taki przypadek w historii Copy miał miejsce w 1939 r. i to dlatego, że… obie ekipy na tamten turniej po prostu nie pojechały. Albicelestes i Canarinhos zawiedli już w swoich pierwszych meczach grupowych, remisując z przeciwnikami, których powinni rozjechać jak walec, a kompletnie zbłaźnili się w ostatnich spotkaniach: ci pierwsi, bo nie potrafili wygrać, mimo, że praktycznie całą połowę grali z przewagą jednego gracza, a ci drudzy, bo w karnych nie strzelili nawet jednej bramki.

Blamaż obu ekip jest dobrym pretekstem, żeby przyjrzeć się, co dzieje się na piłkarskim podwórku dwóch krajów, które eksportują największe na świecie ilości piłkarzy do bogatych klubów Europy. A dzieją się rzeczy zupełnie przeciwstawne.

Argentyński futbol przeżywa najgorszy kryzys w swojej historii. O tym, dlaczego, możecie przeczytać w moim tekście, który dziś na swoich stronach publikuje tygodnik “Polityka”.

Polityka o argentyńskim futbolu

W tym samym czasie, kluby brazylijskie zaczynają niespodziewanie konkurować na rynku z europejskimi. Już nie sprzedają graczy na stary kontynent, teraz ich odkupują. Za rekordowe sumy.

Tuż po tym, jak Carlos Tévez nie strzelił karnego, który decydował o argentyńskim być albo nie być na Copa América, klub Corinthians z Sao Paulo ogłosił, że jest gotowy odkupić napastnika od angielskiego Manchester City za 40 milionów. FUNTÓW! Takie sumy na piłkarzy wydaje tylko znany z rozrzutności Real Madryt.
Tévez nie byłby pierwszą wielką gwiazdą, którą brazylijska liga wyciągnęła z Europy. O ile o transferach Ronaldo i Ronaldinho można by powiedzieć, że był to powrót przebrzmiałych gwiazd (w przypadku tego drugiego, może jednak trochę mniej), to decyzja o zmianie kontynentu przez Fabiano czy Denilsona o czymś świadczy.

To zupełne przeciwieństwo tego, co dzieje się w Argentynie. Tamtejsze kluby, zagranicznych graczy sprowadzają z takich miejsc, jak Kolumbia czy Paragwaj, a rodzime gwiazdy jak najszybciej wyprzedają za ocean. Efekt? W biało-błękitnej koszulce reprezentacji na tegorocznej Copie biegał tylko jeden zawodnik, który na co dzień występuje nad La Platą. Dla porównania: w kadrze Brazylii, znalazło się miejsca dla siedmiu piłkarzy z rodzimej ligi.

Skąd taka różnica? Kasa, misiu. No i korupcyjny burdel w związku piłkarskim, który w pierwszym kraju wciąż ma się doskonale, a w drugim został zwalczony dekadę temu.

Argentyna i BrazyliaArgentyno, weź przykład z sąsiada i posprzątaj na podwórku

“Ekonomia, głupcze” – hasło Billa Clintona w futbolowym świecie okazuje się jak najbardziej prawdziwe.
Brazylia to dziś jedno z najszybciej rozwijających się państw świata, potęga regionalna, a już niedługo – zdaniem wielu analityków – i światowa. Wzrost gospodarczy jest imponujący: w zeszłym roku 7,5 proc. Sao Paulo jest dziesiątym najdroższym miastem na świecie, Rio de Janeiro usadowiło się dwa miejsca dalej. To drugie ma dzielnicę Leblon, gdzie metr kwadratowy kosztuje więcej niż w apartamentach na nowojorskiej Piątej Alei (z widokiem na Central Park). Nigdzie indziej nie ma tak drogich Big Maców! W samym tylko Sao Paulo mieszka 21 miliarderów (dolarowych). To więcej niż w Los Angeles.
Brazylijski cud ekonomiczny ma naturę szkatułową. To znaczy, że wewnątrz dużego wzrostu, dzieje się też mały. Innymi słowy – w przeciwieństwie do sytuacji w innych ubogich państwach, które nagle zaczynają się gwałtownie bogacić, w Brazylii nie puchną portfele tylko tych najbogatszych. Dzięki programom wyrównywania szans, w ciągu kilkunastu lat bieda w tym kraju zmniejszyła się jak nigdzie indziej. Połowa najuboższych zarabia dziś 68 proc. więcej niż przed dekadą, a sama bieda skurczyła się aż o 2/3. Przez nieco ponad dziesięć lat, klasie średniej przybyło ponad 30 mln osób!

Innymi słowy: od kilku lat Brazylijczycy mają coraz więcej kasy. A na coś trzeba ją wydać. Więc wydają – na piłkę.

Sam tylko klub Flamengo z Rio de Janeiro, ma 35 milionów kibiców. 35 milionów! To prawie cała Polska. Botafogo, zdecydowanie mniej popularny rywal z tego samego miasta, to i tak prawie 5 mln zadeklarowanych fanów. Można wymieniać dalej. Ci wszyscy ludzie są gotowi kupować nie tylko bilety na wszystkie mecze, ale też koszulki, szaliki, oficjalne fanziny i całą okolicznościową produkcję, jaka towarzyszy futbolowym emocjom. Coraz częściej decydują się też na zakładanie kablówki z płatnymi kanałami sportowymi, które transmitują spotkania ich drużyn. Więc za możliwość ich pokazywania, stacje telewizyjne odpalają klubom coraz większe miliony.

MaracanaW Rio mecz ligowy wygląda lepiej niż sylwester pod Pałacem Kultury (Fot. Travelpod)

Tyle, jeśli chodzi o pieniądze. A co z chorym systemem?

Jeszcze dekadę temu, brazylijska liga była siedliskiem korupcji, nepotyzmu i wszystkiego najgorszego, co da się wymyślić. System rozgrywek był tak skomplikowany i tak często zmieniany, że mało co można było z niego zrozumieć, poza jednym oczywistym wnioskiem – że zarabiają na tym ludzie związani z Ricardo Teixeirą.
Teixeira stanął na czele Brazylijskiego Związku Piłki Nożnej w 1989 r. i od tamtej pory nie przestał być oskarżany o łapówkarstwo. Miał czerpać dochody z niekorzystnych dla reprezentacji kontraktów ze sponsorami, oszukiwać na podatkach i przyjmować łapówki za sprzedaż praw do retransmisji kolejnych mundiali. Prezes był jednak nietykalny. Być może dlatego, że nie szczędził grosza na kampanie polityczne wpływowych kolegów, a w końcu sam postarał się o mandat w parlamencie (i immunitet).
Zasady gry zmieniły się, kiedy do władzy doszedł Lula. Samego Teixeiry nie mógł co prawda ruszyć (ma zostać na stanowisku do zakończenia Mistrzostw Świata w 2014, które organizuje Brazylia), ale wziął się za całą jego mafijną sitwę.
Reformy sprawiły, że wszystkie duże kluby zaczęły być traktowane jak zwykłe przedsiębiorstwa. Jawne musiały być wybory do ich władz, jawne rachunki. Za korupcję zaczęły grozić surowe kary. Najbardziej skompromitowanych działaczy wyrzucono na pysk, reszcie kazano się zmienić, albo podzielić los kolegów.
Podziałało. Rozgrywki zaczęły być przejrzyste, a kluby rosły w siłę, zamiast kręcić się wokół własnego ogona.

teixeiraKorupcja? Mógłby Pan to przeliterować? (Fot. AP)

Czy to znaczy, że Brazylia – w przeciwieństwie do Argentyny – uzdrowiła swoją piłkę jak za dotknięciem magicznej różdżki? Nie do końca.

Kluby zarabiają coraz większe pieniądze, ale zanim zaczną robić z nich pożytek, muszą spłacić wierzycieli. Drużyny toną w gigantycznych długach sprzed lat, które dopiero zaczynają regulować. Na zakup piłkarzy takich jak Tévez, czy Ronaldinho, po prostu ich nie stać. Ich pensje w rzeczywistości wypłacają prywatni wspólnicy, na ogół wielkie firmy, które w zamian oczekują udziału w zyskach, jakie przynoszą ich inwestycje (kasa ze sprzedaży koszulek, część honorariów z reklam itd).

W lidze wciąż pełno skandali, najpoważniejszy w ostatnich latach, to na pewno przypadek Bruno de Souzy, kapitana Flamengo, który zamordował swoją kochankę (a wcześniej porwał i zmusił do aborcji).

W dodatku, cały brazylijski wzrost gospodarczy może się zawalić jak domek z kart. Latynoskiego giganta często porównuje się do Chin, ale o ile komunistyczne mocarstwo napędza tania produkcja i eksport, o tyle siłą napędową Brazylii jest ogromna konsumpcja. Stąd coraz wyższe ceny, stopy procentowe na poziomie 12 proc., czy potężny real – w ciągu kilku ostatnich lat, umocnił się w stosunku do dolara aż ośmiokrotnie. Gospodarka się po prostu przegrzewa. Rząd robi wszystko, żeby trochę wyhamować, ale jak na razie, niewiele się dzieje.

Prognozy są mieszane. Bańka musi w końcu pęknąć, co do tego zgadzają się wszyscy. Ale nie wiadomo, kiedy to nastąpi. Większość ekonomistów przewiduje, że nie w ciągu najbliższych kilku lat, bo kraj będzie gospodarzem mundialu w 2014 r. i Igrzysk Olimpijskich w 2016 (oraz Pucharu Konfederacji w 2013 i następnej Copa América w 2015, choć te dwie imprezy nie będą miały aż takiego przełożenia na sytuację ekonomiczną), co z pewnością podtrzyma dobrą formę. Pytanie: co potem? Brazylijczycy raczej nie oszczędzają, większość nowej klasy średniej ma na głowie po kilka kredytów, za które kupują mało wartościowe dobra (telewizory, komputery, zestawy kina domowego itd.). Jeżeli przez najbliższe kilka lat, rząd nie zajmie się poważnym rozwiązywaniem tego problemu, to największy kraj kontynentu czekają bardzo, bardzo poważne kłopoty.

A wówczas Corinthians lekką ręką kolejnych 40 baniek nie wywali.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

  1. Jeden z dziesięciu
    27/07/2011 at 09:05

    “Big Maki”, panie red! Popraw hańbę i usuń niniejszy komentarz🙂

  2. 27/07/2011 at 09:06

    To się po polsku w ogóle odmienia?

  3. wersy
    27/07/2011 at 23:02

    Hmmm…a czytałem gdzieś niedawno, że ich infrastruktura piłkarska jest w opłakanym stanie (to się oczywiście wkrótce zmieni) i w niektórych stanach na mecze przychodzą pojedyncze osoby. Wymowa artykułu była ogólnie taka, że pod względem organizacyjnym i zainteresowania kibiców, Brazylijczycy są o kilka długości za Argentyną. Nie jestem w stanie tylko teraz znaleźć linka, ale jeszcze poszukam.

    A cena Big Maka chyba nie jest najlepszym wskaźnikiem rozwoju gospodarczego; znaczy to tylko tyle, że większość mieszkańców nie może sobie pozwolić na głupią kanapkę z makdonalda, bynajmniej nie jest to powód do radości.

  4. wersy
    28/07/2011 at 05:56

    A tak w ogole to jak tosie stalo, ze baseball jest tak popularny w jedny z najbardziej antyamerykanzkich krajow na swiecie? To samo dotyczy Kuby.

  5. 28/07/2011 at 13:17

    Jasne, masz dużo racji.

    Stadiony może nie są w aż tak fatalnym stanie, ale na pewno nie są gotowe na mundial. Oczywiście zainwestowano wielkie pieniądze w to, żeby je zmienić, prace są prowadzone na wielką skalę, a słynna Maracana ma wreszcie wyglądać, jak Watykan futbolu, a nie lotnisko w Minsku. [To wszystko nie odbywa się bez dużych kontrowersji. W Rio wyburzane są całe favele – także w związku z Olimpiadą – na miejscu których mają być wytyczone autostrady, pojawia się też bardzo dużo oskarżeń o korupcję, no i są obawy – jak u nas, że Brazylia z renowacją stadionów po prostu nie zdąży. W zeszłym tygodniu odwiedzała nas w Polsce moja rodzina z Brazylii i mój kuzyn powiedział wprost, że jego zdaniem to będzie blamaż, bo się nie wyrobią. Mnie się osobiście wydaje, że jednak im się uda, ale jak będzie, to zobaczymy za 3 lata].

    Także jeżeli chodzi o futbolowe “uczestnictwo”, to Argentyna jest do przodu. To wynika z kilku rzeczy. Np. przez dziesięciolecia, Argentyna miała największą klasę średnią na kontynencie, zamożną i zafacynowaną piłką nożną (między innymi dzięki pochodzeniu, jak mówi mój tamtejszy znajomy, “Argentyńczycy to Włosi, mówiący po hiszpańsku z portugalskim akcentem”), stać ją było na bilety, karnety, telewizory, gazety sportowe itd. Brazylijczycy kochają futbol równie mocno, ale jeszcze do niedawna, niekoniecznie stać ich było na aktywne w nim uczestnictwo (znowu używam tego słowa, chyba z intelektualnego lenistwa). Efektem jest między innymi, że prawa do transmisji meczów, największe kluby (Flamengo, Santos, Botafogo itp.) negocjują pojedynczo, a te średnie i mniejsze podpisują umowę zbiorową.
    To tylko jeden aspekt, jest bardzo wiele innych powodów, dlaczego w drugim największym kraju na konynencie, piłkarska aktywność kibiców jest wyższa, ale to temat na książkę, więc nie będę się tu rozwodził. Tak po prostu jest i jeżeli tak było napisane w przypominanym przez Ciebie artykule, to git – mieli rację.

    Natomiast co do organizacji, to jest różnie. Argentyna zawsze była w tej sferze do przodu, co wynikało głównie z podanych już powodów. Ale, jak pisze w artykule dla “Polityki”, od lat toczy ją piłkarski rak. Korupcja i chęć jak najszybszego zarobienia jak największej kasy, a to wszystko pod parasolem najwyższych piłkarskich władz, po prostu skutecznie rozkładają ich potencjał. Co ostatnio widać aż za bardzo (a miejscowa prasa tłucze teraz ten temat jak może).
    Tymczasem Brazylia, chociaż wciąż ma podobne problemy, ostro wzięła się za ich zwalczanie. Jasne, Teixeira wciąż szefuje CBF, ale gdzie indziej jest coraz więcej przejrzystości. Patricia Amorim miała już kilkakrotnie być odwoływana z funkcji prezesa Flamengo, bo jest nie na rękę sitwie, która chciałaby ciągnąć z klubu kasę. Ale Amorim wprowadziła do drużyny tak wysokie standardy i ma tak świetne wyniki, że jest nie do ruszenia (gdy Ronaldinho grał dla nich pierwszy mecz po powrocie do Brazylii, kibice skandowali jej imię równie często, jak jego). Jeszcze kilka lat wcześniej, to by nie miało najmniejszego znaczenia. Dziś tak, drużyny przekształciły się w nowocześnie zarzadzane przedsiębiorstwa.
    W Argentynie, to wciąż dopiero możliwa przyszłość, a nie teraźniejszość.

    Przy Big Macu zrobiłem skrót myślowy. Chodzi mi o słynny Big Mac Index (http://en.wikipedia.org/wiki/Big_Mac_Index). Brazylia jest na jego szczycie.

    Popularność baseballu w Wenezueli i antyamerykańskość Chaveza nie mają ze sobą nic wspólnego. Musisz pamiętać, że przez wiele lat USA były dla Karaibów prawdziwym odsniesieniem. Nawet dla krajów tak silnie skolonizowanych przez Brytyjczyków jak Jamajka (bez nasłuchu stacji radiowych z Miami, w Kingston nie powstałoby ani ska, ani reggae), a co dopiero hiszpańskojęczycnych, które z dawną metropolią zerwały kontanty niemal programowo. Bogaci jeździli do Stanów na naukę, a biedni do pracy. Potem wracali i przywozili ze sobą to, co tam zastali. W tym baseball. Czasem dochodziły do tego jeszcze dodatkowe okoliczności. Na Kubie, na przykład, baseball stał się straszliwie popularny podczas wojny USA z Hiszpanią. Wyspiarze zaczęli grać w przywiezioną przez Amerykanów grę, żeby zamanifestować zerwanie z kolonialnymi władcami w Europie. A dla kontrastu, na Dominikanie chwyciło, kiedy kraj był pod amerykańską okupacją.
    Ogólnie kijem macha się dziś na Kubie, w Wenezuelia, na Dominikanie, Portoryko, w Hondurasie, Panamie, Nikaragui, czy Kolumbii (choć bardziej właśnie na karaibskim wybrzeżu, po stronie pacyficznej nie jest to gra szczególnie popularna). Reszta regionu preferuje szlachetnego krykieta (o czym pisałem kilka postów wcześniej).
    Antyamerykanizm nigdy nie przeszkadzał w ostrym kibicowaniu ani Chavezowi, ani Fidelowi, który słynie wręcz z miłości do tej baseballu. Zresztą, czy jest coś fajniejszego, niż pokonać wroga w jego własnej grze?

    Pzdr.

    PS Jak to jest z tym Big Maciem w końcu? Odmienia się po polsku, czy nie?

  6. wersy
    28/07/2011 at 17:53

    Dzięki za odpowiedź.

    Po przeczytaniu paru odpowiedzi Poradni PWN, m.in odnośnie Amiki, skłaniam sie ku teorii, że c zmienia się na k, jeśli występuje obok i, żeby nie sugerować wymowy [Ć]. Będzie zatem “Big Makiem”, ale “Big Maca”. Za eksperta jednak podawać się nie zamierzam:)

    Wracając do samego indeksu, to może się czepiam, ale będę upierał się, że ma on dużo wspólnego z kursem wymiany walut i parytetem siły nabywczej, a niewiele z bogactwem samego kraju. na blogu takie “skróty” może jeszcze przejdą, ale w prasie bym się ich wystrzegał. Jak widać (http://www.economist.com/blogs/dailychart/2011/07/big-mac-index) w Brazylii Big Maki są droższe niż w Stanach, (choć tańsze niż w Szwecji) a na dodatek pensje w Rio są mimo wszystko mniejsze niż w Nowym Jorku. Wysoki Big Mac Index znaczy tyle, że jeśli nie należy się do tej paki milionerów, to najprawdopodobniej nie stać cię nawet na głupiego Big Maca.
    Nie jest to raczej powód do radości, chyba, że jest sie na diecie:)

  7. M.J.R.
    29/07/2011 at 09:40

    Co do Big Maki/Maci, to jest chyba tak, jak pisał pan Wersy.
    A tu link z potwierdzeniem: http://www.rjp.pan.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=242&Itemid=61 (ostatni akapit).

    Pozdrawiam!

  8. garaż.
    30/07/2011 at 19:50

    big maki i metalliki
    ortografii wnyci.

  9. 09/08/2011 at 21:23

    No dobra, poprawiłem.

    Zawsze miałem słabe oceny na dyktandach.

  1. No trackbacks yet.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: