Archive

Archive for August, 2011

Kevlarowy parasol

Relacjonując zdobycie Trypolisu przez powstańców, polskie media zdają się pomijać istotny szczegół: w ramach świętowania, zwycięzcy posłali w niebo tyle pocisków, że nocą w libijskiej stolicy w zasadzie nie powinien zapadać zmrok.

Libijscy powstańcy świętująJak impreza, to ze stylem (Fot. AP)

Od Ameryki Łacińskiej, po Daleki Wschód, to dość typowy obrazek. Ludowy Front Wyzwolenia Czegokolwiek zdobywa miasto, a minuty później radość oznajmiają klaksony powstańczych samochodów (koniecznie marki Toyota!) i kanonada z kałasznikowów. Partyzanci świętują tak zestrzelenie wrogiego helikoptera. Nomadzi, odbicie skradzionego wcześniej bydła. Ba! Jakiś czas temu, w pewnej afgańskiej wiosce tak hucznie świętowano ślub, że zbici z tropu Amerykanie zbombardowali dom weselny, zabijając większość gości.

Ale Libijczycy przebili ostatnio wszystkich.
– Kompletnie im odbiło! – rzuciła w relacji na żywo korespondentka CNN Sara Sidner. Po zdobyciu pałacu Muammara Kaddafiego, rebelianci urządzili taką imprezę, że korespondent BBC był początkowo przekonany, że to kontratak sił rządowych.
– O, teraz słyszeliście państwo wielki wybuch – ciągnęła Sidner – Od kiedy zdobyli ten kompleks, wszędzie słyszymy strzały. To się staje śmiertelnie niebezpieczne, bo dochodzą już ze wszystkich stron – dodawała obyta w strefach konfliktów dziennikarka.

Zagraniczni korespondenci nie bez powodu czują się zagrożeni. Znacie takie powiedzenie “What goes up, must come down”? No, więc info dla libijskich powstańców: dotyczy to też dziesiątek tysięcy wystrzeliwanych przez was w powietrze pocisków!

Czy wystrzelony w niebo nabój może zabić człowieka – to jedno z tych Wielkich Pytań, nad którymi Dział Zagraniczny łamał sobie głowę w podstawówce (innym było: co się stanie po wciągnięciu zupki chińskiej nosem? Odpowiedź sprawdzona empirycznie: będzie piekło). Okazuje się, że może.
Jest tak. Pocisk opuszczający lufę karabinu, stopniowo wytraca swoją energię kinetyczną, aż osiągnie punkt krytyczny, w którym jej wartość wyniesie zero. W tym momencie nabój zatrzymuje się, a siła grawitacji zaczyna go ściągać na dół. Wraz ze zmniejszaniem wysokości, powtórnie wzrasta jego energia kinetyczna. Innymi słowy: teoretycznie, pocisk powinien wrócić do punktu wyjścia z taką samą prędkością, z jaką go opuścił. Ale tak naprawdę, to się nigdy nie zdarza.
Ponieważ chodzi nam o warunki rzeczywiste, to nie możemy rozpatrywać tej sytuacji jakby działa się w próżni. Nabój będzie opadał w powietrzu, a opór aerodynamiczny będzie równoważył siłę grawitacji do tego stopnia, że zamiast ciągłego przyśpieszenia, osiągnie on tylko pewną określoną szybkość, która od tego momentu będzie już jednostajna i w dodatku mniejsza od tej z chwili wystrzału. Wciąż jednak wystarczająca, żeby zabić.
Sprawą zajęli się nawet kilka lat temu słynni Pogromcy Mitów z Discovery Channel. W odcinku 50. udowodnili, że pocisk wystrzelony w górę idealnie pod kątem prostym, straciłby swoją rotację i tym samym nie byłby śmiertelny w drodze powrotnej. Jednak prawdopodobieństwo, że ktoś wystrzeli właśnie pod takim kątem, jest mniejsze niż wygrana w totka. Więc praktycznie wszystkie spadające z góry naboje zachowują rotację.
Czy to aż tak istotne? Tak. Prędkość wylotowa dla kałasznikowa (bez którego nie ma prawdziwego powstańczego świętowania) to 715 metrów na sekundę. Opadanie pocisku zmniejszy ją do około 180-90 m/s. To wystarczy: żeby przebić czaszkę, kula musi osiągnąć zaledwie 60 m/s.

Albert“Było się uczyć w szkole, to napisanie tego posta nie zajęłoby ci trzech dni”

Jakby tego było mało, badania przeprowadzone w latach 1985-1992 przez lekarzy ze szpitala Uniwersytetu Kalifornijskiego udowadniają, że swobodnie opadająca amunicja jest bardziej śmiertelna od tej, która lata naokoło podczas zwykłej strzelaniny. W “tradycyjnej” wymianie ognia, śmiertelność postrzelonych wynosi od 2 do 6 proc. Tymczasem kąt opadania wystrzelonych w powietrze pocisków sprawia, że w przypadku zranienia człowieka, prawie zawsze trafiona zostaje głowa. Aż 1/3 takich przypadków kończyła się zgonem.

Czy prawdopodobieństwo takiego trafienia jest duże? Im gęściej zaludniony teren, tym większe. W Trypolisie to 4,5 tys. osób na kilometr kwadratowy (dla porównania: w Warszawie to 3,3 tys.). Na pewno nie pomaga, że powstańcy nie ograniczyli się do tradycyjnych wiwatów z udziałem kałasznikowów. W powietrze postrzelali też sobie między innymi z artylerii przeciwlotniczej.

Powstańcy w TrypolisieSzlachta się bawi, na koszta nie baczy (Fot. Tarek Elframawy/UPI)

A zatem, dobra rada dla wszystkich. Jeżeli kiedyś będziecie mieli okazję do odwiedzin w świeżo zdobytym mieście, poruszajcie się po nim z parasolem. Kevlarowym.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Advertisements

Dyfuzja

W dobie światowego kryzysu gospodarczego, Afryka znalazła jedną gałąź gospodarki, która nie tylko nie notuje spadków, ale wręcz rozwija się na tyle prężnie, że można ją eksportować. Piractwo właśnie przeniosło się z Somalii na drugi koniec kontynentu – do Beninu i Nigerii.

MENDDumny nigeryjski przedstawiciel szkoły, że im głębiej naciągniesz czapkę na oczy, tym mniej jesteś rozpoznawalny (Fot. EPA)

W Rogu Afryki nie spuszczają z tonu. Jak w styczniu podawał Dział Zagraniczny, rok 2010 był dla miejscowych korsarzy rekordowy: przeprowadzili 445 ataków, czyli aż o 10 proc. więcej, niż rok wcześniej (kiedy też wyśrubowali wyższą liczbę, niż wcześniej). Najwyraźniej teraz chcą pobić samych siebie, bo International Maritime Bureau informuje, że w pierwszej połowie 2011 r., zaatakowali już 163 razy (podczas gdy w analogicznym okresie 2010 – tylko 100).

Ich poczynania uważnie obserwują koledzy z pozostałych krajów, a ci z Beninu najwyraźniej postanowili skopiować patent.

Piractwo w Zatoce Gwinejskiej to nic nowego, ale do tej pory ograniczało się do Nigerii, gdzie napędzał je konflikt w Delcie Nigru. Ruch na Rzecz Wyzwolenia Delty Nigru (z ang. MEND) od kilku lat żąda sprawiedliwego podziału zysków, jakie rząd centralny ciągnie z wydobywanej tu ropy naftowej. Żeby wywrzeć na nim większą presję, partyzanci zaczęli w pewnym momencie porywać łodzie z zagranicznymi pracownikami działających w regionie koncernów międzynarodowych. Jak to często bywa w takich przypadkach, interes zwietrzyli też zwykli przestępcy (czasem – co też się przecież zdarza – działający i w partyzantce i chcący sobie dorobić na boku) i napady stały się częstsze.

W Afryce Zachodniej taktyka jest jednak zdecydowanie inna od tej, preferowanej przez piratów z Somalii.
Zakładników biorą tylko bojownicy z MEND, którym są potrzebni do wywarcia politycznej presji. Zwykłym bandytom chodzi tylko o łup, głównie paliwo. Taktyka jest taka, że uzbrojeni piraci podpływają szybką motorówką do wybranego celu i wdzierają się na pokład. Następnie kierują okręt do miejsca, gdzie czeka już ich statek-matka, na który porywacze przepompowują ropę. Na końcu, porwaną jednostkę zwyczajnie porzucają.
Co ciekawe, inna jest też skala agresji. Piraci z Somalii, jeszcze do niedawna byli znani z tego, że nie robią krzywdy uprowadzonym marynarzom. Żądającym okupu, zwyczajnie się to nie opłacało. Korsarze z Zatoki Gwinejskiej nie mają takich skrupułów. W akcji typu “hit and run”, liczy się dla nich tylko materialny łup, więc w razie jakiegokolwiek oporu, są dużo brutalniejsi. Napadniętych marynarzy biją bez litości, dźgają nożami, a ostatnio dwóch zastrzelili.

Wcześniej ataki zdarzały się tylko w okolicach Delty Nigru, ale w tym roku bandyci rozszerzyli swój teren łowów i zaczęli pojawiać się też na wodach Beninu. Zajmująca się ochroną jednostek pływających firma Risk Intelligence podaje, że w ciągu kilku ostatnich miesięcy, lokalni piraci przerzucili się z rabowania benzyny na wielkie ładunki typu cargo. Liczba ataków wzrosła na tyle, że londyńska firma ubezpieczeniowa Lloyd’s Market Association zaklasyfikowała Zatokę Gwinejską do tej samej kategorii ryzyka, co wody opływające wybrzeża Somalii.

Złapani piraciDział Zagraniczny wciąż nie wychodzi z podziwu, że trzeba angażować to co w tle, żeby złapać to, co na środkowym planie (Fot. AFP)

Problemem są już wyraźnie zaniepokojone lokalne władze. Szczególnie te w Beninie, którego duża część PKB pochodzi właśnie z obrotów portowych. Bandytyzm na ich wodach oznacza kłopoty dla mieszkańców w głębi lądu.
– Mnóstwo statków już zaczyna omijać nasz brzeg z obawy na piratów – ubolewał Maxime Ahoyo, szef miejscowej marynarki.

Przedstawiciele Beniniu i Nigerii odbyli serię spotkań między ze sobą nawzajem i z dowódcami amerykańskiej floty, przypisanej do działania w rejonie Afryki. Ci ostatni nie potrafią sobie jednak poradzić z piratami w Somalii, których zwalczają połączone siły NATO, Rosji, Chin i Indii, więc niektórzy analitycy szczerze powątpiewają, czy jakiekolwiek ich działania odniosą skutek w przesiąkniętej korupcją Nigerii.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Ranking z centrali

Magazyn “Forbes” opublikował dziś swój doroczny ranking stu najpotężniejszych kobiet świata. Ranking, jak ranking, pełen nazwisk znanych bardziej i tych trochę mniej. Najciekawsze jest jednak to, jak wiele takie zestawienie mówi nie o osobach, które się w nim znalazły, tylko o tych, które go układały.

Elżbieta“Zamykam czwartą dziesiątkę? Bitch, please!” (Fot. Reuters)

Zacznijmy od samej górki. Pierwsze trzy miejsca, to kolejno: Angela Merkel, Hillary Clinton i Dilma Rousseff. Trudno się z takim doborem zawodniczek na podium nie zgodzić.
Kanclerz Niemiec pozostaje jedynym de facto przywódcą Europy i mimo kłopotów na rodzimym podwórku, w lidze międzynarodowej jest mistrzynią w wadze ciężkiej.
Hillary jako sekretarz stanu trzyma się tak mocno, że nie zaszkodziła jej nawet afera WikiLeaks, która każdego innego polityka zmiotłaby z tego stanowiska bez śladu. Trudno też nie mieć wrażenia, że w administracji Obamy, to ona jest prawdziwym Numerem Dwa, a nie Joe Biden.
I wreszcie Dilma – prezydent Brazylii, drugiego po USA mocarstwa zachodniej hemisfery i najbardziej prawdopodobnego pretendenta do walki z Chinami o przywództwo w świecie przyszłości. Jej rząd też przechodzi ciężki kryzys (w ciągu 72 dni, do dymisji musiało się podać 4 ministrów, a wiele wskazuje na to, że za chwilę dołączy do nich jeszcze jeden), ale kraj przeżywa ekonomiczną i społeczną rewolucję, a jego pozycja międzynarodowa jest taka, że jeżeli jakakolwiek inna kobieta zasługuje na stanie w jednym szeregu z Angelą i Hillary, to jest to właśnie Dilma.

Ale potem lista robi się o wiele mniej oczywista.

Pierwsze, co rzuca się w oczy, to że ranking powinien się raczej nazywać “Sto najpotężniejszych Amerykanek na świecie”: grubo ponad połowa (dokładnie 65, żeby nie być gołosłownym) z wybranych kobiet albo jest z USA, albo tu właśnie pracuje. W dodatku, ich pozycja jest często wyraźnie zawyżona. Bez kitu: Michele Bachmann (miejsce 22.) jest w rankingu wyżej niż Aung San Suu Kyi (26)? WTF?

Po drugie, naprawdę trudno zrozumieć, jakim cudem jedne panie do rankingu się dostały, a inne nie? Sprawdzmy najpierw kryteria, jakim posłużyła się redakcja magazynu. Żeby uniknąć nieporozumień, daję oryginał:

“Applying our methodology to a preliminary group of nearly 200 candidates from around the world, we selected the 100 most influential women from six categories or power bases: billionaires, business, lifestyle (including entertainment and fashion), media, nonprofits and politics.
To determine the rank within each category, as well as overall rank on the list of 100, we applied three metrics: dollars, a traditional and social media component and power base points”.

No więc, zgodnie z tą logiką, parę rzeczy dziwi.
Weźmy wspomnianą już Michele Bachmann. Jeszcze kilka miesięcy temu, poza Stanami mało kto w ogóle wiedział o jej istnieniu (podobnie jak przy poprzedniej kampanii prezydenckiej, kiedy nagle z kapelusza wyskoczyła Sarah Palin) i mało kto będzie o niej pamiętał, kiedy – na co wskazują wszystkie sondaże – odpadnie w republikańskich prawyborach. Skoro więc znalazło się miejsce dla takiej efemerydy, to czemu pominięto Kate Middleton? Tym bardziej, że znalazło się miejsce dla królowej Ranii, albo kilku celebrytek?

No właśnie. Lady Gaga jest tanią i średnio udaną kopią Madonny, ale można jeszcze zrozumieć, że ta pierwsza na liście jest, a ta druga nie. Starsza nie była w tym roku nadaktywna, tymczasem młodsza dzięki marketingowi wyskakiwała nawet z lodówki.
Ale Gisele Bündchen? Ellen DeGeneres (czy naprawdę ktoś ją w ogóle kojarzy poza USA i może jeszcze Kanadą)? Można by je zastąpić co najmniej kilkonastoma postaciami, pierwsza z brzegu, jaka przychodzi do głowy to Shakira.

Dział Zagraniczny specjalizuje się przede wszystkim w Ameryce Łacińskiej i ta jest w rankingu przedstawiona tak, że aż trudno uwierzyć. W rankingu znalazły się dokładnie cztery reprezentantki: Dilma Rousseff (4), Cristina Fernández de Kirchner (17), Gisele Bündchen (60) i Laura Chinchilla (86).
Z całym szacunkiem dla tej ostatniej, prezydent Kostaryki jest faktycznie wpływowa, ale w swoim regionie. Na arenie międzynarodowej jest nikim. Potężniejsze od niej są chociażby wspomniana Shakira, czy Michelle Bachelet (i to podczas “pauzowania” między kadencjami). Nie każdy musi wiedzieć, kim jest Maria das Graças Foster, która stoi na czele Petrobras (obracającego takimi sumami, że co najmniej kilka pań z listy nakryłoby się nogami, gdyby je przy nich wspomnieć), ale kamon! Trudno się oprzeć wrażeniu, że w redakcji była wymiana zdań w rodzaju:
– Demyt! Mamy tylko trzy latynoski! Z czego jedna to modelka!
– Nie panikuj. Sprawdź w Wikipedii, czy w którymś z ich krajów nie ma jeszcze jednej na wysokim stanowisku.

Laura z KostarykiCzytelniku, przed Twoimi oczami Laura Chinchilla, a dookoła Laury prawie cały obszar jej wpływów (Fot. Juan Carlos Ulate/Reuters)

Gdzie Nashwa Al Ruwaini, “Oprah Bliskiego Wschodu”? Gdzie Rebekah Brooks, jeszcze do lipca jedna z najpotężnejszych kobiet w mediach? Przy okazji – gdzie córka, albo chociaż żona Murdocha, skoro Brooks zapewne w ostatniej chwili wypadła?

Nie znaczy to oczywiście, że cały ranking jest do kosza. Mnóstwo w nim całkowicie oczywistych nazwisk, plus kilka, na które warto zwrócić uwagę szczególnie amerykańskich czytelników (wysoka – 7. – pozycja Sonii Gandhi, która choć formalnie nie dzierży funkcji rządowych, to de facto dowodzi Indiamii, pokazuje, że jednak ktoś w “Forbes” przykłada się do roboty).
Warto jednak pamiętać, że każdy ranking, choćby przygotował go najlepszy magazyn świata, nigdy nie jest prawdą ostateczną, tylko opinią. I czasem w tej opinii, warto wyjść poza własne podwórko.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Nie zając, nie ucieknie

Powyżej 1400 m n.p.m. nie ma bardziej sfrustrowanego człowieka niż Ram Baran Jadaw. Na tej wysokości mieści się bowiem Katmandu, stolica Nepalu, a Jadaw – prezydent kraju – utknął tam z parlamentem, dla którego słowo “termin” jest najwyraźniej nie do ogarnięcia.

Parlamentarzyści mieli czas do środy, żeby wybrać spośród siebie premiera. “Środa” miała pierwotnie oznaczać poprzednią niedzielę, ale ponieważ się nie wyrobili, Jadaw rzucił im trzy dni w bonusie.
Nepal nie ma rządu, od kiedy poprzedni jego szef – Jhala Nath Khanal – podał się do dymisji równo dwa tygodnie temu. Z funkcji zrezygnował, kiedy dla wszystkich stało się bardziej niż oczywiste, że nie uda mu się doprowadzić do uchwalenia konstytucji, co jest jedynym powodem zbierania się ustawodawców. Bo w rzeczywistości, nepalski parlament nie jest parlamentem, tylko konstytuantą, która powinna jak najszybciej opracować ustawę zasadniczą. “Jak najszybciej” oznaczało do 28 maja. Zeszłego roku. Ponieważ ugrupowania nie doszły do porozumienia, to sprawę odłożono na równo rok. Ale (niespodzianka!), wybrańcy narodu znowu się nie wyrobili. Więc przesunięto termin na 31 sierpnia. Czyli przyszłą środę.
Patrząc na dotychczasowe tempo prac, nikt się nie łudzi, że za tydzień spod prasy wyjedzie świeżutka konstytucja.

JadawPrzy sznurowadle prezydent kraju, gdzie sportem narodowym jest uwalanie terminów (Fot. Outlook India)

– To godna pożałowania sytuacja – stwierdził cierpko Narayan Kaji Shrestha, wiceprzewodniczący ugrupowania maoistów. Które jest głównym powodem przeciągającego się kryzysu.

Pięć lat temu, komuniści mogli się czuć prawdziwymi zwycięzcami ciągnącej się od dekady wojny domowej. W 1996 r. wywołali rewolucję przeciw panującej w Himalajach monarchii i chociaż opanowali kawał kraju, to nie mieli dość siły, żeby zadać ostateczny cios. Konflikt zdążył pochłonąć 15 tys. ofiar śmiertelnych, a ponad 150 tys. Nepalczyków zostało uchodźcami we własnym kraju. Te liczby pewnie rosłyby do dziś, gdyby nie szekspirowska tragedia w pałacu królewskim.

1 czerwca 2001 r., Dipendra, najstarszy syn króla i zarazem następca tronu, wtargnął do sali jadalnej z karabinem maszynowym i otworzył ogień do swoich bliskich. Od kul zginęło dziewięć osób, w tym jego ojciec, matka, rodzeństwo i bliscy krewni. Chwilę później Dipendra zastrzelił też siebie.
Czystka w kolejce do sukcesji utorowała drogę do tronu Gjanendrze, bratu zamordowanego właśnie króla, będącym jego całkowitym przeciwieństwem. Poprzedni monarcha może nie był wzorem cnót, ale po krótkotrwałym flircie z brutalnym tłumieniem demonstracji, zgodził się na ograniczoną demokrację, a potem zaczął się kreować na dobrotliwego ojca narodu i nie używał władzy do nabijania własnej kiesy.
Tymczasem Gjanendra okazał się być chciwym dupkiem. Wyniosły, zarozumiały, opryskliwy i żądny bogactw, przed wstąpieniem na tron zajmował się biznesem. Na hotelach, kasynach, nieruchomościach i uprawie herbaty oraz tytoniu dorobił się takich pieniędzy, że mógłby dosłownie kupić własne państwo. Ale i tego było mu mało. Po koronacji, szybko zaczął powiększać prywatny majątek. W dodatku uznał, że Nepal to jego prywatna własność. W 2002 r. rozpędził parlament, trzy lata później taki sam los spotkał działający “offline” rząd. Gjanendra nakazał armii rozprawić się z maoistami za wszelką cenę, a prawdziwymi ofiarami stali się cywile. Gdy w 2006 r. ludzie wyszli w proteście na ulice Katmandu, najpierw posłał przeciw nim uzbrojonych żołnierzy, którzy zastrzelili ponad 20 osób, a następnie zezwolił na pokazowe spalenie ich zwłok.

To ostatecznie przelało szalę goryczy. Maoiście, widząc osłabienie wroga, ruszyli do ofensywy, a w Katmandu doszło do pospolitego ruszenia. Król starał się jeszcze ratować, ogłaszając, że przywróci demokrację, ale opozycja zjednoczyła się z komunistami i obaliła monarchię. Dwa lata później rozpisano wolne wybory, a biorący w nich udział maoiści mogli ogłosić pełen sukces: zdobyli w nich największą ilość głosów.

Jednak wbrew oczekiwaniom, głosowanie nie zakończyło kryzysu, tylko go przedłużyło.

Maoiści NepalJest taka niepisana zasada, że powyżej pewnej wysokości, miejsce Che na koszulkach partyzantów zajmuje Britney (Fot. Tomas van Houtryve)

Premierem został Pushpa Kamal Dahal, lepiej znany jako Prachanda – “Groźny”. Wieloletni przywódca maoistów nie był się jednak w stanie porozumieć z innymi ugrupowaniami w podstawowej kwestii: co zrobić z byłymi rebeliantami? Tych jest niemało, bo ponad 19 tys. Chociaż formalnie się rozwiązali i złożyli broń w państwowych magazynach, to tak wielka liczba byłych partyzantów bez zajęcia jest oczywistym zagrożeniem dla państwa. Groźny chciał, żeby co najmniej połowę z nich przeszkolić i włączyć do armii rządowej. Na to nie zgodzili się ani generałowi, ani politycy z pozostałych partii (przeciwny był też prezydent Jadaw). Groźny podał się więc do dymisji. I od tamtej pory jest pat.

Maoiści, choć mają większość, to nie jest ona wystarczająca, żeby samodzielnie rządzić. Przeciw sobie mają jednak koalicję mniejszych ugrupowań (w tym przeciwnych im marksistów), również niewystarczająco mocną, żeby skutecznie sprawować władzę.

Od ustąpienia Groźnego, Nepal miał już dwóch premierów, z czego wyłonienie ostatniego (właśnie Khanala, który podał się do dymisji przed dwoma tygodniami), trwało 7 miesięcy i wymagało aż 17 głosowań.

W chwili pisania tego posta, w Nepalu już dawno minęła piąta po południu, więc posłowie mieli oczywiście fajrant. Przed którym nie zdążyli wyłonić spośród siebie nowego szefa rządu. Mają próbować w czwartek rano, ale niewiele wskazuje na to, żeby miało im się to udać.

Nikt nie ma też pojęcia, co z (trzecim przecież) “ostatecznym” terminem uchwalenia konstytucji. Niektórzy parlamentarzyści przebąkują już, że może by tak przedłużyć ten czas o trzy miesiące? Co prawda, w Sądzie Najwyższym toczy się właśnie postępowanie w sprawie legalności takiego ruchu, ale jeżeli nepalscy sędziowie będą mieli takie tempo, jak ustawodawcy, to Dział Zagraniczny będzie mógł wrócić do tematu za rok i pewnie będzie aktualny.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Prawdziwy Głos

Manuel i Isidro ze sobą nie rozmawiają. Ich rodzinną wieś Ayapa w południowo-wschodnim Meksyku zamieszkuje zaledwie 415 osób, a domy obu mężczyzn dzieli niecałe 500 metrów, ale od lat żaden nie zamienił słowa z drugim i nie zanosi się, żeby miało się to zmienić. Po prostu nie chcą mieć ze sobą nic wspólnego. Koniec. Kropka.
O co trwa spór w latynoskiej wersji “Zemsty” Fredry? Nie wiadomo – zaczęło kilkadziesiąt lat temu od jakiejś legendarnej kłótni. Być może wywołał ją Manuel – który według sąsiadów “jest trochę dupkiem” – ale chociaż już nikt tego dokładnie nie pamięta, to spór pozostał. I być może nigdy się nie skończy, bo Manuel ma 75 lat, a Isidro 69, więc łatwo sobie wyobrazić, że obu mężczyznom do śmierci jest bliżej niż dalej. Problem w tym, że wraz z nimi umrze jeszcze Ayapaneco. Język ich przodków, w którym dziś mówią już tylko (ale nie do siebie) właśnie Manuel i Isidro.

ManuelManuel podczas tego, co wychodzi mu najlepiej: nierozmawiania z Isidro (Fot. Jaime Avalos/EPA)

Emeryci nie używają zresztą nazwy “Ayapaneco” – tak ich język ochrzcili hiszpańscy koloniści. Zamieszkujące te ziemie plemię wolało określenie “Nuumte Oote”, “Prawdziwy Głos”. Choć porozumiewających się w nim ludzi nigdy nie było przesadnie wielu, to jeszcze do połowy XX w. w Ayapa był popularniejszy od hiszpańskiego. Jednak wtedy władze Meksyku wpadły na pomysł alfabetyzacji kraju i przymusowej edukacji w języku narodowym – używanie jakiekolwiek innego stało się w szkołach surowo zabronione. Dzieci stopniowo wtrącały coraz więcej obcych słów do Nuumte Oote, a sprawę ostatecznie przypieczętowały urbanizacja i budowa solidnej drogi: w poszukiwaniu pracy, młodzie wyjeżdżali do miast, gdzie rozmywali się w masie nieznających “Prawdziwego Głosu” Meksykanów. W Ayapa, pamiętają go już tylko dwaj skłóceni ze sobą staruszkowie.

Nuumte Oote ma jednak szansę przeżyć swoich użytkowników. Daniel Suslak, wykładowca antropologii na Indiana University, od kilku lat kursuje bowiem między domami obu mężczyzn i na podstawie rozmów z nimi, tworzy słownik Ayapaneco. Projektem zainteresowała się Instituto Nacional de Lenguas Indígenas, czyli państwowe centrum badań nad językami rdzennymi i niewykluczone, że Suslak dostanie dofinansowanie od rządu Meksyku. Trochę szkoda, że ten zdecydował się na pomoc dopiero, kiedy Nuumte Oote naprawdę dogorywa. Ale to lepsze niż nic, szczególnie, że na świecie nie brakuje języków, które już za chwilę znikną bez śladu, nawet w najcieńszym słowniku.

HadzaMężczyzna z plemienia Hadza wypatruje pozostałe 900 osób, które go rozumieją (Fot. Martin Schoeller/National Geographic)

Na świecie współistnieje dziś – prawdopodobnie – prawie 7 tys. języków. Ale, jak dowodzą badania Muzeum Archeologii i Antropologii z Cambridge, w ciągu 20-30 lat, połowa z nich będzie już martwa.

Niektóre umrą wraz z ostatnimi ludźmi, którzy potrafią się nimi posługiwać. Na przykład, Yahgan (Ziemia Ognista), Tinigua (Kolumbia), Pazek (Tajwan), Laua (Filipiny) czy Bishuo (Kamerun) są znane już tylko po jednej osobie (a listę można ciągnąć i ciągnąć).

Inne, chociaż teoretycznie spełniają warunek słynnego językoznawcy Michaela E. Krauss’a, zgodnie z którym są “bezpieczne” (musi się nimi w każdym momencie posługiwać ponad setka mieszkających na wspólnym obszarze dzieci), to w istocie znikną w ciągu jednej generacji.
Czasami dlatego, że są one najzwyczajniej w świecie “mordowane”. Na przykład, składająca się z aż 17 tys. wysp, zamieszkanych przez ponad 300 grup etnicznych Indonezja, prowadzi świadomą politykę wykorzeniania miejscowych dialektów i zastępowania ich urzędowym Indonezyjskim).
Inne zwyczajnie nie są w stanie przetrwać próby czasu w integrującym się z różnych grup społeczeństwie. Tak dzieje się chociażby w Tanzanii. Gdy kraj uzyskiwał niepodległość (jeszcze jako Tanganika w 1961 r, obecną nazwę przyjął dopiero 3 lata później, po zjednoczeniu z Zanzibarem), jego pierwszy przywódca, Julius Nyerere, głowił się: jak w państwie zamieszkanym przez ponad 120 plemion, uniknąć krawych wojen domowych, grożących wszystkim zamkniętym w sztucznie wyznaczonych przez Europejczyków granicach? Odpowiedź była na wyciągnięcie ręki – kiswahili. Powstały na wybrzeżach Afryki Wschodniej język, wraz ze wzrostem handlu rozprzestrzenił się wgłąb lądu i był prawdziwym lingua franca szlaków kupieckich. Nyerere postawił na jego całkowite upowszechnienie (szczególnie przez prowadzoną w nim darmową i obowiązkową edukację podstawową) i chociaż w kraju wciąż są regiony, gdzie języki plemienne wiodą przed nim prym, to na większości terytorium Tanzanii, to on jest numerem jeden. Im więcej osób się nim posługuje, tym częstsze są związki międzyplemienne, a urodzone z nich potomstwo chętnie porzuca dla niego języki przodków. Piszący te słowa spędził w Tanzanii w sumie kilka miesięcy i od swoich rówieśników często słyszał: – Mój ojciec jest z Chaga, moja matka z Nyamwezi, a ja urodziłem się w Dar es Salaam i znam tylko kiswahili.

Nie wszystkie zagrożone języki są automatycznie skazane na wyginięcie. Niekiedy, przy tytanicznej pracy filologów i miłośników, da się odtworzyć taki, który już praktycznie stał na krawędzi.
Hebrajski, chociaż pozostawał językiem rytualnym, stracił swoją pozycją jako język ojczysty dla Żydów rozproszonych w diasporze, a odrodzenie zaczął przeżywać dopiero pod koniec XIX w. Dziś (w nieco zmienionej formie) jest językiem urzędowym Izraela i posługuje się nim niemal 7 mln osób. Od śmierci udało się uratować też irlandzki [czy tam celtycki, Gaeilge, czy jak kto woli], hawajski, czy chociażby salento. Ba! Włoski Sud Sound System dostaje kasę od lokalnych władz, tylko za to, że swoje piosenki nagrywa właśnie w tym dialekcie:

Prawdziwy problem pojawia się przy językach, które nie mają formy pisanej. Przekazywane ustnie legendy, pieśni itp. da się uratować i utrwalić na różnych nośnikach (robił już tak Bronisław Piłsudski, brat Józefa, który po zesłaniu na Sachalin, zaczął rejestrować język Ajnów na… wałkach woskowych). Jak jednak przenieść je na papier? Ustalić ich gramatykę?
Somalijski, chociaż posługiwali się nim niemal wszyscy mieszkańcy dzisiejszej Somalii, przez wieki nie dorobił się zapisu. Chociaż Osman Jusuf Kendid stworzył projekt własnego alfabetu już w latach 20. XX w., to zwolennicy różnych opcji (silnie promowany był np. alfabet arabski) ścierali się przez następne pół wieku, aż ostatecznie stanęło na alfabecie łacińskim.

W Chile zamieszkuje rdzenne plemię Mapuche. Ich liczebność ocenia się różnie, od 600 tys. aż do 1 mln. Tak czy siak – wydawać by się mogło, że jest ich ostatecznie wielu, by ich własny język kwitł bez przeszkód.
Nic bardziej mylnego. Mapudungun był ostro tępiony przez dyktaturę Pinocheta (za jego używanie w szkołach, dzieci karano biciem), a po jej upadku nikomu nie zależało na jego promowaniu. Dział Zagraniczny spędził wśród Mapuche trzy miesiące i doskonale wie, że najmłodsze pokolenia mają problem nawet z powiedzeniem “Kocham Cię”, chyba jednym z najbardziej podstawowych zwrotów we wszystkich językach świata.
Chociaż co do jego zapisu w języku łacińskim nikt nie ma żadnych wątpliwości, to wciąż nie ustalono do końca, jak przenosić na czcionki niektóre z jego zgłosek. Przed laty, Microsoft wypuścił tłumaczenie Windowsa na Mapudungun i niedługo później musiał go wycofywać, bo lokalne społeczności Mapuche oskarżyły amerykańską firmę, że z góry narzuca im określoną pisownię. Ich języka naucza się w szkołach (jako drugiego i tylko w Regionie IX) dopiero od 2010 r. Piszący te słowa był na przygotowującym tę zmianę kongresie nauczycieli Mapuche w Temuco i pamięta wyraźnie, że chociaż wszyscy starali się porozumiewać tylko i wyłącznie w Mapudungun, to czasami odruchowo przechodzili na hiszpański – w ich języku po prostu brakuje niektórych słów.

MapudungunNauczyciele Mapuche podczas rozkminy, jak w Mapudugun powiedzieć: “Siadaj, pała” (Fot. Maciej Okraszewski/Dział Zagraniczny)

Ile języków przetrwa do końca XXI w? Czy mandaryński zastąpi angielski? Trudno powiedzieć. Okazuje się jednak, że Ayapaneco ma na to większe szanse, niż się wydawało. Po tym jak historię Manuela i Isidro opisała prasa od Urugwaju po Mongolię, Instituto Nacional de Lenguas Indígenas ogłosiło, że chciałoby w Ayapa zorganizować lekcje Prawdziwego Głosu, na których mieszkańcy uczyliby się od obu mężczyzn. Najwyraźniej do stolicy nie dotarł główny przekaz artykułów – Manuel z Isidro w jednym pokoju siedzieć nie będzie. Koniec. Kropka.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

No biggie

– To nie jest akt polityczny – nieczęsto członek rządu musi dorzucać takie zdanie zaraz po oświadczeniu, że jego partnerka spodziewa się dziecka. No, chyba, że w parlamencie aktywnie wspiera legalizację małżeństw tej samej płci, a sama jest lesbijką. Tak jak w przypadku Minister Finansów Australii: Penny Wong.

Penny i  SophieMinister Finansów po prawej, matka jej dziecka po lewej (Fot. Adeleide Now)

Penny Wong jest pierwszą posłanką w kraju, która otwarcie przyznała się do homoseksualizmu i to już przed laty. Już na swoje pierwsze zaprzysiężenie – w 2002 r. – zaprosiła życiową partnerkę Sophie Allouache, tę samą, która ma teraz urodzić ich potomka.
Kobiety skorzystały z pomocy wieloletniego przyjaciela, który zgodził się zostać dawcą spermy, wykorzystanej do zapłodnienia Sophie Allouache metodą in vitro. Dziecko ma przyjść na świat dopiero w grudniu, ale minister Wong postanowiła publicznie zawiadomić o ciąży swojej partnerki, żeby ubiec spekulacje prasy.
– Ja jestem osobą publiczną, ale ona nie – powiedziała w zeszłotygodniowym wywiadzie dla “Sydney Morning Herald” – Chciałabym wyraźnie zaznaczyć granicę pomiędzy moją działalnością polityczną, a prywatną.

Minister Finansów mogła się też pewnie obawiać, że jej sytuacja stanie się pretekstem do walki politycznej we wciąż jednak nieco konserwatywnej Australii. Jeżeli faktycznie się o to niepokoiła, to zupełnie niepotrzebnie: burza nie była nawet tą w szklance wody. W istocie, w ogóle nie było żadnej – Penny Wong pogratulowała zarówno Julia Gillard, premier z Australijskiej Partii Pracy (ale przeciwna legalizacji małżeństw tej samej płci), jak i Julie Bishop, przewodnicząca prawicowej opozycji. Jej oświadczenie nie wywołało też większej sensacji w prasie.

Być może wszystko odbyło się bez większego zgiełku, bo w Australii przedmiotem sporu jest dziś kilka innych spraw, które dla jej mieszkańców wydają się być o wiele bardziej kontrowersyjne.

AzylanciKto, jakiej płci i komu rodzi dziecko, to dziś najmniejsze zmartwienie Australijczyków (Fot. AP)

Julia Gillard jest między młotem a kowadłem. Chociaż władzę objęła dopiero rok temu, to w sondażach spada coraz niżej i niżej, i musi się użerać z protestami, które mogą doprowadzić do wcześniejszych wyborów. Wszystko przez niepopularny pakiet reform, który jednak pani premier musi przeforsować, bo inaczej na pewno pożegna się z władzą przed końcem kadencji.

Wszystko przez wyniki wyborów z sierpnia zeszłego roku. Chociaż Australijska Partia Pracy zdobyła najwięcej głosów spośród wszystkich ugrupowań (38 proc.), to nie wystarczyło jej mandatów poselskich do stworzenia samodzielnego rządu. Negocjacje trwały kilkanaście dni i ostatecznie Julia Gillard zapewniła sobie poparcie Zielonych, oraz trzech posłów niezależnych. Ci, chociaż formalnie nie weszli do koalicji (powstał rząd mniejszościowy), zobowiązali się popierać panią premier w głosowaniach. Pod warunkiem, że spełni ich postulaty.

Zieloni wymogli na Gillard wprowadzenie możliwie jak największych podatków na przedsiębiorstwa produkujące dwutlenek węgla. Ogłoszona w zeszłym miesiącu reforma (miałaby wejść w życie od 2012 r.) uczyniłaby ten kraj najdroższym na świecie krajem dla biznesów emitujących gazy cieplarniane. Co sprawia niemały problem, bo państwo-kontynent zarabia głównie na tego typu firmach. Jeżeli dodać do tego jeszcze plany wprowadzenia 30-procentowego podatku dochodowego na kopalnie rudy żelaza i węgla, to oświadczenie Ministra Kopalnictwa, Normana Moore’a, że Australia Zachodnia (której Moore jest reprezentantem) wystąpi z federacji (czytaj: dokona secesji), nie wydają się oderwanymi od rzeczywistości majaczeniami politycznego wariata.

Dziś, podczas pierwszej wiosennej sesji parlamentu, przed jego budynkiem odbyła się demonstracja przeciwko planowanym zmianom. A tego samego dnia, z różnych punktów Australii wyruszyły konwoje ciężarówek, które mają się spotkać w Canberze na wiecu domagającym się przyśpieszonych wyborów. Protest zorganizowali wielcy hodowcy bydła, związki kierowców i właściciele różnych biznesów z miast górniczych, którzy twierdzą, że rząd został przez Zielonych “wzięty na zakładnika”.

Akcję (ale prawną) przeciw gabinetowi Gillard zapowiedziały też międzynarodowe koncerny tytoniowe. Rząd chce bowiem, żeby od połowy przyszłego drastycznie zmienił się wygląd paczek papierosów. Od pierwszego lipca, wszystkie miałyby mieć jednolity kolor, a nazwy marek byłyby na nich pisane taką samą, niewielką czcionką. Zamiast znaków firmowych, miałyby je ozdabiać zdjęcia pokazujące, co nałóg powoduje u palaczy, np. zniszczone zęby, płuca itd.

FajkiOd przyszłego roku, jakość paczki zgodna z jakością produktu

Wielkie kontrowersje (tak prawne, jak i wśród opinii publicznej) wzbudza też jeszcze jedna sprawa, w której Penny Wong jest postacią symboliczną. Minister Finansów jest bowiem nie tylko pierwszą otwarcie lesbijską posłanką, lecz także pierwszym członkiem parlamentu, który urodził się w Azji. Wong przyszła bowiem na świat w ojczyźnie swojego ojca, Malezji, a z tym krajem Australia podpisała niedawno umowę, która wywołuje sporo napięcia.

Dział Zagraniczny opisywał już, jak Canberra traktuje osoby, starające się uzyskać w Australii azyl. W zeszłym roku było ich 6,5 tys., w tym władze spodziewają się ich równie wielu. Choć dla tak ogromnego i potrzebującego rąk do pracy kraju, nie są to zatrważające liczby, to chodzi o narodowość imigrantów – większość z nich pochodzi ze Sri Lanki, Wietnamu, Afganistanu i Iraku. Była brytyjska kolonia pozostaje wciąż głęboko rasistowska (wystarczy wspomnieć, że dopiero przed kilkoma laty rząd zdecydował się przeprosić za wieloletnią politykę odbierania Aborygenom dzieci, których jedno z rodziców mogło być białe i ich przymusowej “europeizacji”) i nie chce się bardziej zabarwić.
Władze najchętniej trzymałyby uciekinierów jak najdalej od swoich granic i to bez względu na orientację polityczną rządu. Prawicowa ekipa Johna Howarda otwierała obozy na Papui-Nowej Gwinei i Nauru, a lewicowa głośno ją wówczas krytykowała i po dojściu do władzy zlikwidowała, tylko po to, żeby w tym roku podpisać identyczną umowę właśnie z Malezją. Chwilowo zablokował ją Sąd Najwyższy, który ma badać jej legalność.
Opinia publiczna jest w tej sprawie podzielona, ale chociaż część Australijczyków publicznie potępia takie rozwiązanie, to w prywatnych rozmowach po cichu przyznaje, że je popiera. W kraju dość regularnie dochodzi do ataków na osoby o nieeuropejskim wyglądzie.

Nic dziwnego, że przy tych wszystkich kontrowersjach, wyznanie minister-lesbijki o tym, że spodziewa się dziecka, nie wzbudza gorących emocji. Chociaż małżeństwa osób tej samej płci są wciąż zabronione (na podstawie specjalnej ustawy z 2004 r.), a rząd nie uznaje zawartych przez ich obywateli w krajach, gdzie jest to legalne, to już przed laty praktycznie zrównano z nimi w prawach związki cywilne. Ich akceptacja w sondażach od dawna nie spada poniżej 60 proc.

Dzieje się tak między innymi dlatego, że Australia ogromnie się laicyzuje. Chociaż ponad połowa jej mieszkańców wciąż określa się jako chrześcijanie (głównym wyznaniem jest katolicyzm), to im niższa grupa wiekowa, tym mniej jest takich deklaracji. Tylko 1/3 nastolatków uważa się za wierzących. Zresztą, starsi deklarują wiarę też bardziej na pokaz – w nabożeństwach uczestniczy dziś w sumie nie więcej niż 16 proc. ludności. Biorąc pod uwagę, że inne niż chrześcijaństwo wyznanie, deklaruje nieco ponad 5 proc. mieszkańców, widać tym wyraźniej, że Australia staje się Republiką Czeską Oceanii – państwem bezwyznaniowym.

Nic dziwnego, że Minister Finansów może odważnie deklarować swoją orientację i działać na rzecz legalizacji małżeństw homoseksualnych. Australijska Partia Pracy ma nad tym postulatem debatować w grudniu – dokładnie wtedy, kiedy na świat przyjdzie dziecko Penny Wong i jej partnerki.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Kiedy myśliwi polują na złą zwierzynę

W lipcu, kiedy wiadomości o suszy i klęsce głodu w Rogu Afryki zaczęły się przebijać do polskich mediów, reporter radiowej Trójki Łukasz Walewski pytał w swoim reportażu: czemu świat robi tak mało? Na co ja miałem okazję odpowiedzieć: robi tyle, ile może.

Po pierwsze, wciąż tkwimy w najgorszym kryzysie finansowym od międzywojnia. Rządy tną wydatki gdzie się da i to, że w ogóle przeznaczają jakieś miliony na pomoc humanitarną, to już sporo. Po drugie, Somalia (gdzie głód osiąga największe rozmiary) jest od dwóch dekad pogrążona w krwawej wojnie domowej, a tereny w najgorszym położeniu są kontrolowane przez wrogą zachodowi islamistyczną partyzantkę, która już od kilku lat nie wpuszcza żadnych organizacji pomocowych. Po trzecie, to nie jedyny kryzys, z którym musi sobie radzić społeczność międzynarodowa. Uchodźcy wewnętrzni w Kolumbii, wciąż gorący konflikt we wschodnim Kongu, części Ugandy, nierozwiązane problemy w Afganistanie, pomoc dla Haiti itd. I wreszcie, po czwarte, 2011 r. jak dotąd obficie dołożył się do puli. Arabska wiosna, w tym wojna w Libii i konflikt w Syrii, trzęsienie ziemi w Japonii, secesja Sudanu Południowego. Czy szeroko opisywana na Dziale Zagranicznym, a praktycznie niezauważona w polskich mediach, wojna domowa na Wybrzeżu Kości Słoniowej. Gdzie w kwietniu walki niby się skończyły, ale zostały nierozwiązane problemy. Dodajmy, bardzo kosztowne problemy.

Podczas starć, z kraju uciekł prawie milion mieszkańców. Połowa z nich, do dziś nie wróciła do swoich domów. W samej tylko Liberii – która ma wystarczająco dużo własnych problemów i wybory prezydenckie w październiku – w obozach dla uchodźców tłoczy się aż 150 tys. osób.
W poświęconym im raporcie, Amnesty International informuje, że nie chcą wracać do opustoszałych wiosek, bo boją się tych, którzy jeszcze przed dekadą ich chronili. Myśliwych zrzeszonych w bractwach Dozo. [w zasadzie, w liczbie mnogiej powinno się mówić “Dozow”, ale nie mam jakiś super-pewnych informacji co do odmiany po polsku, więc zostańmy przy takiej wersji]

DozoZnajdź zachodnioafrykańskiego Bronisława Komorowskiego (Fot. Reuters)

Dozo są prawie zawsze muzułmanami i ich historia jest nierozerwalnie związana z tą religią. Pierwsze organizacje brały przykład z bractw sufickich i powstawały równolegle do nich. Dozo miał być Sunjata Keïta, który dał początek Imperium Mali, w swym najlepszym okresie rozciągającym się od Timbuktu po Ocean Atlantycki. Im bardziej powiększało się państwo, tym większe były wpływy Dozo (którzy przez wieki aktywnie uczestniczyli w lokalnej polityce, chociażby walcząc z francuskimi kolonistami). Dziś bractwa występują między innymi w Mali, Gwinei, Burkina Faso i właśnie na Wybrzeżu Kości Słoniowej.

Skąd taka popularność facetów poprzebieranych w pidżamy z wiktoriańskiej noweli? To chyba przede wszystkim zasługa fantastycznego pijaru. Zgodnie z lokalnymi wierzeniami, jeżeli dzikie zwierze zostanie zabite przez człowieka, to jego duch będzie się mścił po śmierci na jego społeczności. I tu do gry wchodzą Dozo, którzy znają rytuały, pozwalające udobruchać zjawę. Czi-czing! Poza tym, jak wszystkie zamknięte dla obcych bractwa z rozbudowanymi rytuałami, Dozo są przez sąsiadów uważani za posiadaczy tajemnej wiedzy i magicznych zdolności. Brzmi głupio? Zapytajcie lokalnego proboszcza, co wie o masonach.

Oczywiście, przywódcy poszczególnych grup mieli sporo innych zasług, mediowali w sporach, wspierali duchowo mieszkańców wsi. Ale to, że chłopcy znają się na magii, było numerem jeden. I wciągnęło ich wojnę domową.

Amulety DozoKup amulet, który chroni przed kulami, a drugi przeciw granatom dostaniesz gratis! (Fot. Ding Haitao/Xinhua)

Czemu doszło do wybuchu konfliktu, Dział Zagraniczny opisywał już szczegółowo w grudniu, ale przypomnijmy w skrócie.
Wybrzeże Kości Słoniowej jest z grubsza podzielone na chrześcijańskie południe i muzułmańską północ. Dopóki krajem rządził Félix Houphouët-Boigny, ojciec niepodległości, WKS było taką małą Jugosławią Afryki Zachodniej – trochę się gotowało pod przykrywką, ale kucharz miał wszystko pod kontrolą. Jednak po śmierci przywódcy, jego następcy wymyślili pojęcie “Ivoirité”, które dyskryminowało muzułmanów, będących w większości potomkami imigrantów z innych krajów. Po krótkim okresie rządów wojskowych, przeprowadzono wolne wybory. Ale – zgodnie z zasadą Ivoirité – wykluczono z nich faworyta, Alassane Ouattarę, muzułmanina z północy. Dla jego ziomków było to za dużo i w 2002 r. wybuchła wojna domowa.

Do tego czasu, Dozo byli już silnie uzbrojeni. Cała dekada lat 90., to na Wybrzeży Kości Słoniowej ogromny wzrost przestępczości. Państwo kompletnie nie dawało sobie z tą sytuacją rady. Myśliwi postanowili bronić swoich społeczności i po porostu zastąpili niestniejącą policję. Byli tak skuteczni, że ich sława szybko rozniosła się poza wioski na północy. Posyłano po nich z południa, jako ochroniarzy wynajmowały ich firmy i prywatni biznesmeni. Wkrótce, Dozo otwierali własne firmy nawet w Abidżanie.

Czemu byli tak skuteczni? Mieszkańcy kraju szybko znaleźli na to odpowiedź – bo ich magiczne amulety chroniły ich przed kulami wroga. Z czego w odpowiednim czasie, postanowili skorzystać rebelianci.

Powstańcy z północy początkowo prosili właśnie o talizmany, które miały ich uczynić kuloodpornymi. Ale sami Dozo bardzo szybko opowiedzieli się po stronie rebeliantów. Jako muzułmanie, czuli się dyskryminowani przez Ivoirité i spychani na margines życia publicznego. Dołączyli więc do Forces Nouvelles (tak nazwały się siły wspierające Ouattarę) i okazali się wyjątkowo bitni. Oraz okrutni.

UNOCI (Operacja ONZ na Wybrzeżu Kości Słoniowej) ogłosiło właśnie, że Dozo ochoczo uczestniczyli w zbrodniach na ludności cywilnej, popełnianych podczas decydującej ofensywy Forces Nouvelles. To właśnie oni mają w większości odpowiadać za masakrę w Duékoué, w którym zmasakrowano ponad 800 osób. Amnesty International dodaje, że myśliwi wciąż jeszcze terroryzują miejscową ludność i to właśnie z ich powodu uchodźcy boją się wracać do swoich wiosek. Są przekonani, że czekają ich kolejne pogromy.

Dozo i żołnierzePo dobrym pogromie, czas na imprezę (Fot. Le Pays)

Alassane Ouattara ma teraz ciężki orzech do zgryzienia. W kwietniu, po zwycięstwie wojskowym, deklarował: “Chcę być prezydentem i obrońcą wszystkich mieszkańców”. Ale to może być trudniejsze, niż mu się wydawało.
Dozo działali podczas konfliktu, jak bojówki wierne Laurentowi Gbagbo, ale podczas, gdy tych drugich ściga się (skutecznie) do dziś, myśliwi są dotychczas bezkarni. Ouattara nie może otwarcie wystąpić przeciwko rebeliantom, którzy wynieśli go do władzy, bo zawsze mogą go jej pozbawić.
Jednak, nawet jeśli wojskowi z północy postanowią nie chronić Dozo (którzy nigdy w pełni nie podporządkowali się ich rozkazom), to nie do końca wiadomo, kogo oskarżyć. Bractwa myśliwskie są pozbawione silnej struktury, to dość luźna siatka niezależnych od siebie grup. Nie wszyscy popełniali zbrodnie, być może nie była to nawet większość, ale jak oddzielić jednych od drugich? Czy wydadzą winnych spośród swoich?
No i wreszcie – jak zaleczyć już otwarte rany i umożliwić pojednanie dawnych ofiar z katami (bo bez tego nie da się zbudować pokoju)? Przykład Rwandy pokazuje, że jest to możliwe. Ale w tym celu, uchodźcy musieliby wrócić do domów. Na razie są zbyt przerażeni, żeby w ogóle brać to pod uwagę.

Alassane Ouattara rządzi krajem dopiero od pół roku. Jeżeli jednak chce przejść do historii, jako “prezydent i obrońca wszystkich mieszkańców”, to powinien szybko wziąć się za godzenie ich ze sobą.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.