Home > Uncategorized > Kiedy myśliwi polują na złą zwierzynę

Kiedy myśliwi polują na złą zwierzynę

W lipcu, kiedy wiadomości o suszy i klęsce głodu w Rogu Afryki zaczęły się przebijać do polskich mediów, reporter radiowej Trójki Łukasz Walewski pytał w swoim reportażu: czemu świat robi tak mało? Na co ja miałem okazję odpowiedzieć: robi tyle, ile może.

Po pierwsze, wciąż tkwimy w najgorszym kryzysie finansowym od międzywojnia. Rządy tną wydatki gdzie się da i to, że w ogóle przeznaczają jakieś miliony na pomoc humanitarną, to już sporo. Po drugie, Somalia (gdzie głód osiąga największe rozmiary) jest od dwóch dekad pogrążona w krwawej wojnie domowej, a tereny w najgorszym położeniu są kontrolowane przez wrogą zachodowi islamistyczną partyzantkę, która już od kilku lat nie wpuszcza żadnych organizacji pomocowych. Po trzecie, to nie jedyny kryzys, z którym musi sobie radzić społeczność międzynarodowa. Uchodźcy wewnętrzni w Kolumbii, wciąż gorący konflikt we wschodnim Kongu, części Ugandy, nierozwiązane problemy w Afganistanie, pomoc dla Haiti itd. I wreszcie, po czwarte, 2011 r. jak dotąd obficie dołożył się do puli. Arabska wiosna, w tym wojna w Libii i konflikt w Syrii, trzęsienie ziemi w Japonii, secesja Sudanu Południowego. Czy szeroko opisywana na Dziale Zagranicznym, a praktycznie niezauważona w polskich mediach, wojna domowa na Wybrzeżu Kości Słoniowej. Gdzie w kwietniu walki niby się skończyły, ale zostały nierozwiązane problemy. Dodajmy, bardzo kosztowne problemy.

Podczas starć, z kraju uciekł prawie milion mieszkańców. Połowa z nich, do dziś nie wróciła do swoich domów. W samej tylko Liberii – która ma wystarczająco dużo własnych problemów i wybory prezydenckie w październiku – w obozach dla uchodźców tłoczy się aż 150 tys. osób.
W poświęconym im raporcie, Amnesty International informuje, że nie chcą wracać do opustoszałych wiosek, bo boją się tych, którzy jeszcze przed dekadą ich chronili. Myśliwych zrzeszonych w bractwach Dozo. [w zasadzie, w liczbie mnogiej powinno się mówić “Dozow”, ale nie mam jakiś super-pewnych informacji co do odmiany po polsku, więc zostańmy przy takiej wersji]

DozoZnajdź zachodnioafrykańskiego Bronisława Komorowskiego (Fot. Reuters)

Dozo są prawie zawsze muzułmanami i ich historia jest nierozerwalnie związana z tą religią. Pierwsze organizacje brały przykład z bractw sufickich i powstawały równolegle do nich. Dozo miał być Sunjata Keïta, który dał początek Imperium Mali, w swym najlepszym okresie rozciągającym się od Timbuktu po Ocean Atlantycki. Im bardziej powiększało się państwo, tym większe były wpływy Dozo (którzy przez wieki aktywnie uczestniczyli w lokalnej polityce, chociażby walcząc z francuskimi kolonistami). Dziś bractwa występują między innymi w Mali, Gwinei, Burkina Faso i właśnie na Wybrzeżu Kości Słoniowej.

Skąd taka popularność facetów poprzebieranych w pidżamy z wiktoriańskiej noweli? To chyba przede wszystkim zasługa fantastycznego pijaru. Zgodnie z lokalnymi wierzeniami, jeżeli dzikie zwierze zostanie zabite przez człowieka, to jego duch będzie się mścił po śmierci na jego społeczności. I tu do gry wchodzą Dozo, którzy znają rytuały, pozwalające udobruchać zjawę. Czi-czing! Poza tym, jak wszystkie zamknięte dla obcych bractwa z rozbudowanymi rytuałami, Dozo są przez sąsiadów uważani za posiadaczy tajemnej wiedzy i magicznych zdolności. Brzmi głupio? Zapytajcie lokalnego proboszcza, co wie o masonach.

Oczywiście, przywódcy poszczególnych grup mieli sporo innych zasług, mediowali w sporach, wspierali duchowo mieszkańców wsi. Ale to, że chłopcy znają się na magii, było numerem jeden. I wciągnęło ich wojnę domową.

Amulety DozoKup amulet, który chroni przed kulami, a drugi przeciw granatom dostaniesz gratis! (Fot. Ding Haitao/Xinhua)

Czemu doszło do wybuchu konfliktu, Dział Zagraniczny opisywał już szczegółowo w grudniu, ale przypomnijmy w skrócie.
Wybrzeże Kości Słoniowej jest z grubsza podzielone na chrześcijańskie południe i muzułmańską północ. Dopóki krajem rządził Félix Houphouët-Boigny, ojciec niepodległości, WKS było taką małą Jugosławią Afryki Zachodniej – trochę się gotowało pod przykrywką, ale kucharz miał wszystko pod kontrolą. Jednak po śmierci przywódcy, jego następcy wymyślili pojęcie “Ivoirité”, które dyskryminowało muzułmanów, będących w większości potomkami imigrantów z innych krajów. Po krótkim okresie rządów wojskowych, przeprowadzono wolne wybory. Ale – zgodnie z zasadą Ivoirité – wykluczono z nich faworyta, Alassane Ouattarę, muzułmanina z północy. Dla jego ziomków było to za dużo i w 2002 r. wybuchła wojna domowa.

Do tego czasu, Dozo byli już silnie uzbrojeni. Cała dekada lat 90., to na Wybrzeży Kości Słoniowej ogromny wzrost przestępczości. Państwo kompletnie nie dawało sobie z tą sytuacją rady. Myśliwi postanowili bronić swoich społeczności i po porostu zastąpili niestniejącą policję. Byli tak skuteczni, że ich sława szybko rozniosła się poza wioski na północy. Posyłano po nich z południa, jako ochroniarzy wynajmowały ich firmy i prywatni biznesmeni. Wkrótce, Dozo otwierali własne firmy nawet w Abidżanie.

Czemu byli tak skuteczni? Mieszkańcy kraju szybko znaleźli na to odpowiedź – bo ich magiczne amulety chroniły ich przed kulami wroga. Z czego w odpowiednim czasie, postanowili skorzystać rebelianci.

Powstańcy z północy początkowo prosili właśnie o talizmany, które miały ich uczynić kuloodpornymi. Ale sami Dozo bardzo szybko opowiedzieli się po stronie rebeliantów. Jako muzułmanie, czuli się dyskryminowani przez Ivoirité i spychani na margines życia publicznego. Dołączyli więc do Forces Nouvelles (tak nazwały się siły wspierające Ouattarę) i okazali się wyjątkowo bitni. Oraz okrutni.

UNOCI (Operacja ONZ na Wybrzeżu Kości Słoniowej) ogłosiło właśnie, że Dozo ochoczo uczestniczyli w zbrodniach na ludności cywilnej, popełnianych podczas decydującej ofensywy Forces Nouvelles. To właśnie oni mają w większości odpowiadać za masakrę w Duékoué, w którym zmasakrowano ponad 800 osób. Amnesty International dodaje, że myśliwi wciąż jeszcze terroryzują miejscową ludność i to właśnie z ich powodu uchodźcy boją się wracać do swoich wiosek. Są przekonani, że czekają ich kolejne pogromy.

Dozo i żołnierzePo dobrym pogromie, czas na imprezę (Fot. Le Pays)

Alassane Ouattara ma teraz ciężki orzech do zgryzienia. W kwietniu, po zwycięstwie wojskowym, deklarował: “Chcę być prezydentem i obrońcą wszystkich mieszkańców”. Ale to może być trudniejsze, niż mu się wydawało.
Dozo działali podczas konfliktu, jak bojówki wierne Laurentowi Gbagbo, ale podczas, gdy tych drugich ściga się (skutecznie) do dziś, myśliwi są dotychczas bezkarni. Ouattara nie może otwarcie wystąpić przeciwko rebeliantom, którzy wynieśli go do władzy, bo zawsze mogą go jej pozbawić.
Jednak, nawet jeśli wojskowi z północy postanowią nie chronić Dozo (którzy nigdy w pełni nie podporządkowali się ich rozkazom), to nie do końca wiadomo, kogo oskarżyć. Bractwa myśliwskie są pozbawione silnej struktury, to dość luźna siatka niezależnych od siebie grup. Nie wszyscy popełniali zbrodnie, być może nie była to nawet większość, ale jak oddzielić jednych od drugich? Czy wydadzą winnych spośród swoich?
No i wreszcie – jak zaleczyć już otwarte rany i umożliwić pojednanie dawnych ofiar z katami (bo bez tego nie da się zbudować pokoju)? Przykład Rwandy pokazuje, że jest to możliwe. Ale w tym celu, uchodźcy musieliby wrócić do domów. Na razie są zbyt przerażeni, żeby w ogóle brać to pod uwagę.

Alassane Ouattara rządzi krajem dopiero od pół roku. Jeżeli jednak chce przejść do historii, jako “prezydent i obrońca wszystkich mieszkańców”, to powinien szybko wziąć się za godzenie ich ze sobą.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

  1. garaż.
    09/08/2011 at 23:51

    wesołe tagi.

  2. Czarek
    10/08/2011 at 14:48

    Drogi Autorze
    nie tylko w polskiej prasie trudno doszukać się takich informacji. Skąd czerpiesz informacje o tym, co dzieje się w tak odległych miejscach?

  3. 10/08/2011 at 16:58

    Wymyślam!🙂

    Nie no, na poważnie, to moja robota – codziennie poświęcam ok. 3 godzin na przelecenie przez kilkadziesiąt serwisów. Od BBC, przez New York Times’a, El Pais, Clarin, O Globo, The Japan Times, Jamaica Gleaner i tak dalej. Czytam raporty organizacji międzynarodowych, sprawdzam blogi. A jak znajdę coś ciekawego, to pogłębiam. Np. sprawdzam serwisy nowozelandzkiego radia publicznego, żeby wiedzieć co się dzieje w krajach Oceanii. Jak trafię na ciekawą, ale krótką informację o Nauru, to zaczynam szperać w regionalnych mediach, aż doszukam się więcej.

    Blog jest pro publico bono, nikt mi za niego nie płaci, więc robię go po godzinach, w czasie wolnym. Dlatego trafia tu tylko promil tego, co by mogło.

    Jeżeli chcesz być nieźle poinformowany, a nie masz dużo czasu, to ogranicz się do BBC World, Economista i może jeszcze NYT. Z grubsza pokryją większość rzeczy, które powinno się wiedzieć, żeby wiedzieć.

    Pzdr.

  4. Casiel
    10/08/2011 at 21:59

    deko niepokoiła ta przerwa w publikacjach.
    i popsuła mi weekendową “prasówkę” : )

  5. Anonymous
    11/08/2011 at 17:17

    Ze sie tak spytam: czy ktores z tych rozdartych panstw wzorem Sudanu Poludniowego planuje rozwod? Czemu secesje i podzialy krajow afrykanskich sa tak malo popularne, skoro powszechnie wiadomo, ze ich granice zostaly najczesciej zupelnie sztucznie wytyczone przez kolonizatorow, zreszta czesto z mysla o tym, by doprowadzac do wasni etniczno-religijnych? Tylko, ze to nie jest juz czas na obwinianie okrutnych kolonizatorow, ale na to, by usiasc przy stole i wspolnie zastanowic sie, czy laczy nas wystarczajaco wiele, by tworzyc jeden narod, a jesli nie, to jak sie sensownie podzielic.

    Jasne, zawsze w takich sytuacjach bedzie ostry konflikt interesow, ale chyba mozna go przezwyciezyc w imie powstrzymania wzajemnego wyrzynania sie?

    Skad to uparte przywiazanie d starych granic?

  6. Czarek
    12/08/2011 at 19:43

    Kontynuując temat:
    domyślam się, że znasz w takim razie wystarczająco dobrze angielski, hiszpański i portugalski? Moze nawet japoński… Czy może są jakieś międzynarodowe wersje tych serwisów?

    pozdrawiam

  7. marcin
    13/08/2011 at 13:58

    “Brzmi głupio? Zapytajcie lokalnego proboszcza, co wie o masonach”
    – już Sherlock Holmes wiedział że aby zrobić kariere w Scotland Yardzie musisz być w bratctwie. Brzmi głupio? Popytajcie w Londku😉

  8. 16/08/2011 at 18:50

    Anonimie, odpiszę Ci jutro, bo to będzie trochę pisania, a ja za kwadrans muszę wyjść.

    Czarek:

    Japońskiego nie znam.🙂 W większości krajów działa przynajmniej jeden w miarę porządny anglojęzyczny serwis informacyjny. Na ogół na stronach BBC World Service, w briefach na temat poszczególnych państw, można znaleźć linki do takich mediów. Jeżeli nie jesteś dziennikarzem, albo politologiem, który dłubie w jakimś konkretnym kraju/regionie, to tyle powinno Ci wystarczyć.

    Pzdr

    PS Oczywiście, jeżeli już znasz jakiś inny język niż angielski, to naprawdę daje Ci o wiele więcej manewru. Znajomość hiszpańskiego (albo chociaż portugalskiego) otwiera morze informacji z Ameryki Łacińskiej, niedostępne dla nieznających języka, tak samo jest z francuskim i Afryką Zachodnią, arabskim, rosyjskim itd.

  9. 22/08/2011 at 19:25

    Demit, zapomniałem o tym pytaniu o granice w Afryce. Odpiszę jutro z samego rana (tym razem 100 proc.), bo dziś już nie mam siły.

    Pzdr.

  10. 23/08/2011 at 08:09

    No dobra, już odpisuję w sprawie granic.

    No więc, paradoksalnie, w większości przypadków wystrzega się zmian granic w Afryce właśnie po to, aby uniknąć rozlewu krwi.

    Ich wytyczenie, jak wiemy z historii, przeprowadzono w Berlinie w 1884 r. z inicjatywy Bismarcka (który, co ciekawe, sam był przeciwnikiem kolonializmu, chociaż oczywiście nie ze względów humanitarnych – po prostu gdzie indziej widział niemieckie interesy). Później niektóre terytoria przechodziły z rąk do rąk, ale dopóki twardo rządziły nimi potęgi europejskie, to wewnętrznych konfliktów nie było (a przynajmniej pozornie, bo w rzeczywistości oczywiście się gotowało). Wraz z niepodległością, pojawiły się problemy, nad którymi biali się wcześniej nie zastanawiali.

    Po pierwsze, granice wytyczono całkowicie nie oglądając się na panujące na miejscu realia. Czasem wręcz na ślepo, bo wnętrze kontynentu było jeszcze stosunkowo nieznane. Także przerywane linie na mapach, w życiu rozdzieliły różne odłamy tego samego plemienia, a w jedno państwo potrafiły wcisnąć po kilka nastawionych do siebie wrogo klanów.

    Po drugie, kolonizacja, a następnie dekolonizacja (ta nawet w większym stopniu) oznaczała przyśpieszone, a wręcz błyskawiczne, narodotwórstwo. Niepodległości nie przyznawano przecież Zulusom, Hutu, Kikuju, tylko “narodom” Nigerii, Ghany, Tanzanii itp. Narodom, których przecież nie było. Musiały dopiero powstać, a proces, który w Europie trwał dłuuuuuugo (i też nie obyło się bez ostrych konfliktów), Afryka musiała przejść w tempie ekspresowym.

    Wreszcie po trzecie, o czym wspomina się rzadziej, lekkość podejmowania decyzji w Berlinie sprawiła, że na żadnym innym kontynencie nie ma aż tylu państw, które byłyby pozbawione dostępu do morza (zamieszkuje je ponad 1/3 wszystkich Afrykanów). Z pozoru błahostka. Jednak w rzeczywistości, powoduje to wielkie ograniczenia w handlu i możliwościach rozwoju (a brak dróg i kolei jeszcze ten stan pogłębia), uzależnia te kraje od sąsiadów i powoduje międzynarodowe napięcia.

    Można by wymienić jeszcze kilka prowadzących do potencjalnych wojen napięć powstałych w wyniku takiego wytyczenia granic, ale poprzestańmy na tych trzech.

    Czy zatem, zgodnie z logiką, państwa Afryki nie powinny się mądrze podzielić, żeby uniknąć konfliktów? Paradoksalnie – nie.

    Zasadę o nienaruszalności ustalonych przez białych granic, sami Afrykanie klepnęli już w 1964 r. na zjeździe Organizacji Jedności Afrykańskiej. Pierwsi przywódcy po uzyskaniu niepodległości doszli do wniosku, że będzie to najbezpieczniejsza opcja dla wszystkich.

    Przede wszystkim, chodziło właśnie o to rozdrobnienie i brak narodowości. Gdyby chciano wyznaczyć nowe granice, zgodnie z podziałami etnicznymi, to kontynent wyglądałby jak sieć do łowienia ryb. Zamieszkuje go niemal 10 tys. różnych wspólnot etnicznych. Nawet gdyby odsiać wszystkie miniaturowe, to i tak zostanie cała masa wystarczająco licznych (szczególnie dziś, bo przez ostatnie pół wieku Afryka przeżyła boom demograficzny), żeby mieć pretensje to własnej państwowości.

    Tak powstałe organizmy, byłyby zbyt małe i zbyt niewydolne, żeby móc się rozwijać, a czasem wręcz nie byłyby nawet w stanie utrzymać swojego obecnego poziomu.
    Przykłady. O Kongu mówi się na ogół, że ma więcej różnego rodzaju minerałów, niż cały kontynent razem wzięty. Ok, ale one wszystkie są skupione w zaledwie kilku prowincjach, reszta kraju nie ma nic. Nigeria, która jest największym producentem ropy na kontynencie, ma ją w rzeczywistości tylko w Delcie Nigru, która de facto utrzymuje resztę prowincji. I tak dalej.
    Po odłączeniu takich właśnie zasobnych w pożądane towary prowincji, inne znalazłyby się w tragicznym położeniu. Mielibyśmy wciąż bogacące się oazy luksusu, otoczone morzem biedy. Konflikt gotowy.

    Poza tym, dany teren często zamieszkuje więcej niż jedno plemie. Na ogół o sprzecznych interesach – na przykład jedni to pasterze, a inni to rolnicy. Jak zadacydować, kto dostanie co? A może jednak połączyć ich w jedno? I kto wówczas będzie sprawował władzę?

    Pierwsi przywódcy niepodległej Afryki byli zarazem socjalistami i nacjonalistami (tylko niech nikt z czytających nie cwaniakuje o nazizmie, bo nawet nie będzie mi się chciało komentować). Nie tylko rozumieli wszystkie powyższe (i jeszcze co najmniej kilka następnych) problemy, ale szczerze wierzyli też, że jedyną drogą, która uratuje kontynent przed pogrążeniem w całkowitej anarchii, jest zarzucenie klanowości i przekształcenie się w narody z prawdziwego zdarzenia.

    Ostatecznie zarówno im się udało, jak i nie.

    Owszem, przez długie dziesięciolecia, na kontynencie toczyły się krwawe konflikty. Ale wiele z nich wybuchało w istocie dlatego, że toczyła się zimna wojna i obie strony (Zachód-Komuniści) z radością toczyły ją “na gorąco” właśnie w Afryce. Inne startowały, ponieważ władze szybko się skorumpowały i zaczęły wykorzystywać jedne prowincje kosztem innych (przykład wspomnianej już Delty Nigru – chociaż wytwarza większość bogactwa Nigerii, to powraca z tego do nich minimum kasy).

    ALE. Mimo wszystko, duża część konfliktów została (wielkim kosztem) wygaszona. Niektóre kraje są na najlepszej drodze do stworzenia (choć dopiero za jakiś czas) narodowości (chociażby Tanzania, Botswana czy Togo).

    Moim zdaniem, wraz z upływem czasu i powolnym zwalczaniem nepotyzmu, korupcji itp., oraz mieszaniem się społeczeństwa (co, niestety, będzie się wiązać z zanikiem lokalnych tradycji – ale coś za coś), da się stworzyć stabilne państwa. I o wiele łatwiej będzie o to w takiej formie, jaką mamy obecnie, niż gdyby na nowo dzielić te organizmy.

    No. Jeszcze raz sorry za tak długą zwłokę w odpisaniu – najzwyczajniej w świecie zapomniałem. Kajam się.

    PS Są oczywiście głosy takie, jak prof. Pierre’a Engleberta z Claremont College, który twierdzi, że “Afryka cierpni na deficyt secesjonizmu”. Englebert i jemu podobni, podpierają się przyładem właśnie powstałego Sudanu Południowego, żeby udowodnić, że dalszy podział byłby środkiem na ostateczne uśmierzenie konfliktów. Być może mają rację.

    Ale ja bardziej przychylam się do zdania inych badaczy (np. prof. Paula Nugenta), że lepiej pozwolić się pogłebiać obecnym procesom narodotwórczym, niż zrywać je nagłymi secesjami.

    Sudan Południowy będzie tu świetnym polem obserwacji. Choć na razie mieszkańcy południa cieszą się oderwaniem od północy, to już pojawiają się pierwsze tarcia w nowym państwie i pierwsze walki zbrojne pomiędzy różnymi partyzantkami. Czy Dinka całkowicie zdominują inne grupy etniczne w kraju? Czy Sudan Południowy będzie się w stanie utrzymać dzięki swoim polom naftowym? Czy zamieszkujący roponośne tereny nie poczują się niedługo oszukiwani przez tych, którzy zamieszkują te tereny Sudanu Połuniowego, który ropy nie ma?

    Warto się przyglądać, bo to co się tam będzie działo, to doskonałe laboratorium dla całego kontynentu i warto wyciągać z tego lekcje.

  1. No trackbacks yet.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: