Home > Uncategorized > No biggie

No biggie

– To nie jest akt polityczny – nieczęsto członek rządu musi dorzucać takie zdanie zaraz po oświadczeniu, że jego partnerka spodziewa się dziecka. No, chyba, że w parlamencie aktywnie wspiera legalizację małżeństw tej samej płci, a sama jest lesbijką. Tak jak w przypadku Minister Finansów Australii: Penny Wong.

Penny i  SophieMinister Finansów po prawej, matka jej dziecka po lewej (Fot. Adeleide Now)

Penny Wong jest pierwszą posłanką w kraju, która otwarcie przyznała się do homoseksualizmu i to już przed laty. Już na swoje pierwsze zaprzysiężenie – w 2002 r. – zaprosiła życiową partnerkę Sophie Allouache, tę samą, która ma teraz urodzić ich potomka.
Kobiety skorzystały z pomocy wieloletniego przyjaciela, który zgodził się zostać dawcą spermy, wykorzystanej do zapłodnienia Sophie Allouache metodą in vitro. Dziecko ma przyjść na świat dopiero w grudniu, ale minister Wong postanowiła publicznie zawiadomić o ciąży swojej partnerki, żeby ubiec spekulacje prasy.
– Ja jestem osobą publiczną, ale ona nie – powiedziała w zeszłotygodniowym wywiadzie dla “Sydney Morning Herald” – Chciałabym wyraźnie zaznaczyć granicę pomiędzy moją działalnością polityczną, a prywatną.

Minister Finansów mogła się też pewnie obawiać, że jej sytuacja stanie się pretekstem do walki politycznej we wciąż jednak nieco konserwatywnej Australii. Jeżeli faktycznie się o to niepokoiła, to zupełnie niepotrzebnie: burza nie była nawet tą w szklance wody. W istocie, w ogóle nie było żadnej – Penny Wong pogratulowała zarówno Julia Gillard, premier z Australijskiej Partii Pracy (ale przeciwna legalizacji małżeństw tej samej płci), jak i Julie Bishop, przewodnicząca prawicowej opozycji. Jej oświadczenie nie wywołało też większej sensacji w prasie.

Być może wszystko odbyło się bez większego zgiełku, bo w Australii przedmiotem sporu jest dziś kilka innych spraw, które dla jej mieszkańców wydają się być o wiele bardziej kontrowersyjne.

AzylanciKto, jakiej płci i komu rodzi dziecko, to dziś najmniejsze zmartwienie Australijczyków (Fot. AP)

Julia Gillard jest między młotem a kowadłem. Chociaż władzę objęła dopiero rok temu, to w sondażach spada coraz niżej i niżej, i musi się użerać z protestami, które mogą doprowadzić do wcześniejszych wyborów. Wszystko przez niepopularny pakiet reform, który jednak pani premier musi przeforsować, bo inaczej na pewno pożegna się z władzą przed końcem kadencji.

Wszystko przez wyniki wyborów z sierpnia zeszłego roku. Chociaż Australijska Partia Pracy zdobyła najwięcej głosów spośród wszystkich ugrupowań (38 proc.), to nie wystarczyło jej mandatów poselskich do stworzenia samodzielnego rządu. Negocjacje trwały kilkanaście dni i ostatecznie Julia Gillard zapewniła sobie poparcie Zielonych, oraz trzech posłów niezależnych. Ci, chociaż formalnie nie weszli do koalicji (powstał rząd mniejszościowy), zobowiązali się popierać panią premier w głosowaniach. Pod warunkiem, że spełni ich postulaty.

Zieloni wymogli na Gillard wprowadzenie możliwie jak największych podatków na przedsiębiorstwa produkujące dwutlenek węgla. Ogłoszona w zeszłym miesiącu reforma (miałaby wejść w życie od 2012 r.) uczyniłaby ten kraj najdroższym na świecie krajem dla biznesów emitujących gazy cieplarniane. Co sprawia niemały problem, bo państwo-kontynent zarabia głównie na tego typu firmach. Jeżeli dodać do tego jeszcze plany wprowadzenia 30-procentowego podatku dochodowego na kopalnie rudy żelaza i węgla, to oświadczenie Ministra Kopalnictwa, Normana Moore’a, że Australia Zachodnia (której Moore jest reprezentantem) wystąpi z federacji (czytaj: dokona secesji), nie wydają się oderwanymi od rzeczywistości majaczeniami politycznego wariata.

Dziś, podczas pierwszej wiosennej sesji parlamentu, przed jego budynkiem odbyła się demonstracja przeciwko planowanym zmianom. A tego samego dnia, z różnych punktów Australii wyruszyły konwoje ciężarówek, które mają się spotkać w Canberze na wiecu domagającym się przyśpieszonych wyborów. Protest zorganizowali wielcy hodowcy bydła, związki kierowców i właściciele różnych biznesów z miast górniczych, którzy twierdzą, że rząd został przez Zielonych “wzięty na zakładnika”.

Akcję (ale prawną) przeciw gabinetowi Gillard zapowiedziały też międzynarodowe koncerny tytoniowe. Rząd chce bowiem, żeby od połowy przyszłego drastycznie zmienił się wygląd paczek papierosów. Od pierwszego lipca, wszystkie miałyby mieć jednolity kolor, a nazwy marek byłyby na nich pisane taką samą, niewielką czcionką. Zamiast znaków firmowych, miałyby je ozdabiać zdjęcia pokazujące, co nałóg powoduje u palaczy, np. zniszczone zęby, płuca itd.

FajkiOd przyszłego roku, jakość paczki zgodna z jakością produktu

Wielkie kontrowersje (tak prawne, jak i wśród opinii publicznej) wzbudza też jeszcze jedna sprawa, w której Penny Wong jest postacią symboliczną. Minister Finansów jest bowiem nie tylko pierwszą otwarcie lesbijską posłanką, lecz także pierwszym członkiem parlamentu, który urodził się w Azji. Wong przyszła bowiem na świat w ojczyźnie swojego ojca, Malezji, a z tym krajem Australia podpisała niedawno umowę, która wywołuje sporo napięcia.

Dział Zagraniczny opisywał już, jak Canberra traktuje osoby, starające się uzyskać w Australii azyl. W zeszłym roku było ich 6,5 tys., w tym władze spodziewają się ich równie wielu. Choć dla tak ogromnego i potrzebującego rąk do pracy kraju, nie są to zatrważające liczby, to chodzi o narodowość imigrantów – większość z nich pochodzi ze Sri Lanki, Wietnamu, Afganistanu i Iraku. Była brytyjska kolonia pozostaje wciąż głęboko rasistowska (wystarczy wspomnieć, że dopiero przed kilkoma laty rząd zdecydował się przeprosić za wieloletnią politykę odbierania Aborygenom dzieci, których jedno z rodziców mogło być białe i ich przymusowej “europeizacji”) i nie chce się bardziej zabarwić.
Władze najchętniej trzymałyby uciekinierów jak najdalej od swoich granic i to bez względu na orientację polityczną rządu. Prawicowa ekipa Johna Howarda otwierała obozy na Papui-Nowej Gwinei i Nauru, a lewicowa głośno ją wówczas krytykowała i po dojściu do władzy zlikwidowała, tylko po to, żeby w tym roku podpisać identyczną umowę właśnie z Malezją. Chwilowo zablokował ją Sąd Najwyższy, który ma badać jej legalność.
Opinia publiczna jest w tej sprawie podzielona, ale chociaż część Australijczyków publicznie potępia takie rozwiązanie, to w prywatnych rozmowach po cichu przyznaje, że je popiera. W kraju dość regularnie dochodzi do ataków na osoby o nieeuropejskim wyglądzie.

Nic dziwnego, że przy tych wszystkich kontrowersjach, wyznanie minister-lesbijki o tym, że spodziewa się dziecka, nie wzbudza gorących emocji. Chociaż małżeństwa osób tej samej płci są wciąż zabronione (na podstawie specjalnej ustawy z 2004 r.), a rząd nie uznaje zawartych przez ich obywateli w krajach, gdzie jest to legalne, to już przed laty praktycznie zrównano z nimi w prawach związki cywilne. Ich akceptacja w sondażach od dawna nie spada poniżej 60 proc.

Dzieje się tak między innymi dlatego, że Australia ogromnie się laicyzuje. Chociaż ponad połowa jej mieszkańców wciąż określa się jako chrześcijanie (głównym wyznaniem jest katolicyzm), to im niższa grupa wiekowa, tym mniej jest takich deklaracji. Tylko 1/3 nastolatków uważa się za wierzących. Zresztą, starsi deklarują wiarę też bardziej na pokaz – w nabożeństwach uczestniczy dziś w sumie nie więcej niż 16 proc. ludności. Biorąc pod uwagę, że inne niż chrześcijaństwo wyznanie, deklaruje nieco ponad 5 proc. mieszkańców, widać tym wyraźniej, że Australia staje się Republiką Czeską Oceanii – państwem bezwyznaniowym.

Nic dziwnego, że Minister Finansów może odważnie deklarować swoją orientację i działać na rzecz legalizacji małżeństw homoseksualnych. Australijska Partia Pracy ma nad tym postulatem debatować w grudniu – dokładnie wtedy, kiedy na świat przyjdzie dziecko Penny Wong i jej partnerki.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

  1. wersy
    18/08/2011 at 12:58

    Szaleństwo. Swoją drogą jeśli Unia Europejska będzie nadal próbowała przepchnąć swoje plany klimatyczne, to Polska też pewnie będzie musiała ogłosić secesję.

    Rasizm w Australii? Niby polityka białej Australii trzymała się tam zadziwiająco długo, ale w zasadzie wszyscy Australijczycy, z którymi rozmawiałem (fakt, że głównie w internecie, ale tym bardziej nie powinni wtedy ukrywać swoich poglądów) uważają swój kraj za otwarty i tolerancyjny. Wiadomo, że nie mogą wpuścić każdego, bo zaraz zleciałaby sie do nich połowa Azji, ale żeby odrazu ataki? To już chyba więcej jest ataków pijanych Aborygenów na białych turystów:P

  2. 22/08/2011 at 19:24

    Ataki, zabójstwo (w wyniku pobicia), niedawno nawet zamieszki na tle rasowym (czytaj: młodzi, biali Australijczycy linczujący nie-białych). Spoko, większość moich znajomych Australijczyków też jest jak najdalszych od rasizmu, ale to nie jest reprezentatywna grupa. Down Under to nie III Rzesza, ale uprzedzenia są spore.

  3. inz.
    23/08/2011 at 15:48

    Ciekawe dokąd Australia zmierza. Dla mnie jedyną pozytywną informacją jest informowanie o konsekwencjach palenia – choć bliższy mi jest Singapur, gdzie w ogóle palić nie sposób.

    O faszystowskich zielonych w Australii czytalem wiele lat temu na blogu Australijczyka – opisal problem pożarów, które mogłyby być mniej tragiczne, gdyby pozwalano ludziom na wycinanie drzew w najbliższym sąsiedzctwie ich domów. Nie piszamy o małym pustynnym kraju, czy nawet Bangladeszu, a o kraju, który ma pewnie jeden z najniższych wskaźników zaludnienia…

    Niechęć do imigrantów jest dla mnie zawsze oczywista i zrozumiała. To co m.in. pamiętam z koogzystencji ze studentami z Aftyki, to nie-do-zniesienia zapach ich przypraw, który zwalał z nóg już kilka pięter niżej. Nie jestem absolutnie rasistą – uważam tylko, że nie każda kultura z każdą może się zasymilować. To tylko ilustracja – pojedyncze jednostki mogą się świetnie wpasować w inną kulturę – duże grupy osób, stworzą zawsze getto – jak nie przymierzając Polacy na Green Poincie – pojedyńczy emigranci porobili w USA kariery, mieszkańcy Green Pointu często nie mówią po angielsku.

    Wątpię, czy Australia w ogóle zabrania osiedlania obcokrajowcom. Myślę, że nie pozwala na masowe osiedlanie cudzoziemców z krajów bardzo różniących się od cywilizacji Zachodu.

    Wyjdę tym postem na ultrakonserwatystę katola, ale tak już jest – parę lat temu paliło się trawę w ciekawym gronie i chciało obalić system, dziś ma się żonę, dziecko i kredyt. I pomysł, by moi sąsiedzi używali przypraw, od których kilka mieszkań obok łzawią oczy, jest nie do zniesienia. A przecież problemy są większe – strukturalne bezrobocie, przestępczość, wykluczenie, getta…

  4. 24/08/2011 at 18:14

    Inżynierze, dla mnie to jakaś z kosmosu wzięta argumentacja. W moim bloku, pietro wyżej jest meta. Jak jej klienci wchodzą do windy, to nie do zniesienia zapach ciągnie się przez wszystkie piętra. Mam z tego powodu uprzedzić się do Polaków? Świetnie, jak następnym razem będę w Łodzi, to dam ojcu w gębę.

    Bądźmy poważni. Czym innym jest niezgoda na przenoszenie niezgodnych ze standardami kultury europejskiej zachowań (obrzezanie dziewcząt, “honorowe morderstwa”, obcinanie rąk za kradzież itp.), a czym innym wytykanie tego, że ktoś gotuje używając nieznanych nam przypraw, ubiera się nie tak, jak nasz dziadek itd.
    Poza tym, kij ma dwa końce. Znajomy Włoch, po zakończeniu podróży po Europie Wschodniej, wrócił do domu przekonany, że Słowianie to najbardziej obrzydliwy naród świata, bo… wszędzie wciskają koperek. Włoch jest kucharzem, może wie lepiej? W moim rodzinnym domu, jak sąsiedzi gotują, to otwierają drzwi na klatkę (szczególnie zimą), więc każde popołudnie po szkole, przebijałem się do mieszkania przez zapachy smażonej kapusty, schabowych, zalewajki itd. Czy gdyby moi sąsiedzi przeprowadzili się do np. Francji, to jakiś francuski inżynier pisałby w internecie, że nie dziwi się niechęci do tych Polaków?

    Nie napisałem też, że Australia nie wpuszcza obcokrajowców. Owszem, wpuszcza bardzo chętnie – białych. I – choć mogę myśleć co chcę – to tego nie krytykuję, wolność Tomku w swoim domku. Ale jeżeli piszę coś negatywnego na ten temat, to chodzi o sposób, w jaki traktuje się próbujących dostać się do tego kraju uchodźców. Trzyma się ich ni mniej, ni więcej, tylko w obozach koncentracyjnych. I to już jest coś, co można, ba! należy, krytykować.

    Tyle.

  5. inz.
    29/08/2011 at 08:14

    Dziękuję za odpowiedź i proszę nie traktować agresywnie mojej polemiki. Włoch, który nie lubi koperka, jeździł po Polsce, a nie spotykał Polaków we Włoszech. Piszemy wyłącznie o imigracji, więc tego argumentu nie przyjmuję.
    Sąsiadów, którzy wietrzą swoje zapachy na klatkę schodową, a nie na zewnątrz, szczerze współczuję. Uważam, że coś takiego powinno regulować prawo (niedawno chyba była przymiarka do takiej ustawy w Polsce, ciekawe jak z wykonaniem). Akurat w Krakowie udalo mi się uniknąć takich klimatów, mimo wychowywania się na w większości robotniczym osiedlu (a raczej takim typowym w stylu singapurskim🙂 – na przestrzeni kilku pięter mieszkał policjant, k.., złodziej, inżynier, doktorant, robotnik, sklepikarz, pielęgniarka, dyrektor polskiej nafty i gazownictwa – w sumie brakuje dziś takich klimatów ale to OT).
    Ja nigdzie nie napisałem, że Polacy są jakimiś lepszymi imigrantami, niż inne narody – podałem choćby przykład Green Pointu – wizyta tam może godzinna bardziej mnie wyleczyła z uwielbienia naszego narodu, niż wszystkie książki o polskich licznych konfidentach gestapo, czy SB.
    Po wejściu Polski do UE znacznie spadła liczba kradzieży w Polsce – czy błędem jest interpolować, że skoro tak się stało, a polskiej emigracji jest nadreprezentacja kryminalistów?
    Pamiętam moje oburzenie podczas mojej pracy w Niemczech, iż wielu inżynierów tam otwarcie nie lubi Polaków. Później moje oburzenie zmieniło się w zrozumienie – każdemu z nich ukradziono samochód i tak się składa, że zawsze kradli je Polacy (dwóch przyjechało zwiedzać nasz kraj i wracało samolotem…, inny pojechał odwiedzić groby przodków na Śląsku).
    Rozumiem, że chodzi o kolor skóry prześladowanych imigrantów w Australii i obozy koncentracyjne. Czy Australijczycy trzymają tam tych ludzi przymusowo i nie pozwalają im powrócić?
    Dla mnie dużo większym problemem jest inna polityka – “niech przyjadą do nas ludzie skądkolwiek chcą, i pracują za małe pieniądze robiąc rzeczy, których my, reprezentujący wyższą cywilizację, robić nie chcemy”. Nie mija wiele czasu, by ludzie Ci poczuli jawną niesprawiedliwość i to jak zostali wykorzystani – przestają pracować, a to rodzi ich dalszą demoralizację i ogromne napięcia pomiędzy starym a nowym społeczeństwem.
    Wolę restrykcyjną politykę antyimigracyjną, niż rozwój ruchów nazistowskich w reakcji na duże getta żyjących z zasiłków imigrantów. Przyczyna bezrobocia imigrantów (przestają widzieć sens ciężkiej niskopłatnej pracy) jak i wzrost liczebności nazistów (odmienność zwykle rodzi uprzedzenia, a odmienność powiązana z przetępczością/pasożytowaniem na pomocy socjalnej jest mieszanką wybuchową) jest znana, dlaczego więc po prostu uniknąć jej przyczyny?
    Pozdrawiam

  6. 30/08/2011 at 08:46

    Ależ nie traktuję jej agresywnie. Jeżeli tak odczytałeś mój wpis, to niezgodnie z moimi intencjami. Po prostu nie zgadzamy się w pewnych kwestiach i polemizujemy, w żadnym momencie nie chcę Cię atakować.🙂

    Argument o zapachach, przyprawach itd. wydaje mi się całkowicie miałki. To po prostu używanie bardzo prymitywnych przykładów, na podparcie interesującej skądinąd tezy. Właśnie dlatego sięgnąłem po moich sąsiadów gotujących kapustę itd., bo to ten sam kaliber. Takie pierdoły wcale nie decydują o tym, czy są sąsiadami dobrymi, czy nie. I narodowość nie ma tu nic do rzeczy, o czym zresztą sam wiesz, pisząc między innymi “Ja nigdzie nie napisałem, że Polacy są jakimiś lepszymi imigrantami, niż inne narody”.

    Ciekawy jest za to inny wątek, a mianowicie – na ile imigranci z innych kręgów kulturowych są w stanie w miarę bezkonfliktowo wpasować się w nowe środowisko? I na ile my (w domyśle, że to Europa jest tym nowym środowiskiem, a “nowi” są z Azji, Afryki, czy skądśtam) powinniśmy tolerować ich zwyczaje?

    Zaczynając od końca – moim zdaniem, granicę wyznacza moment, w którym dochodzi do łamania podstawowych praw człowieka. Innymi słowy: do krzywdzenia go. Czyli, jeżeli imigranci gotują używając ostrych przypraw, chodzą po ulicach w turbanach, galabijach, żują khat czy cokolwiek w tym typie – nic nam do tego. Są różne style życia i trzeba się z tym pogodzić, na tym polega dobre sąsiedztwo. Ale już praktyki w rodzaju obrzezania dziewcząt, przymusowego wydawania za mąż i wszystkie tego typu przypadki – to już jawnie stoi w sprzeczności z prawami człowieka, które wypracowywaliśmy przez długie dziesięciolecia i uważamy je za uniwersalne. I wówczas faktycznie należy zareagować sprzeciwem.

    A co do pierwszego wątku (“na ile imigranci z innych kręgów kulturowych są w stanie w miarę bezkonfliktowo wpasować się w nowe środowisko”), to współpisałem o tym ostatnio artykuł dla “Polityki”. Nie wiem, czy jest już w necie, spróbuj poszukać na ich stronie w dziale świat, materiał jest o Holandii. Rosną tam nastroje szowinistyczne i rasistowskie. Ale kiedy pokopać głębiej, okazuje się, że wszystko to, czego obawiają sie ludzie, to wyolbrzymione przez polityków bzdury, które nie mają większego pokrycia w faktach.
    W skrócie: tak, pierwsze pokolenia imigrantów z odmiennych kulturowo kręgów, mają problemy z gładkim wpasowaniem się w nową rzeczywistość. Ale już ich potomkowie w drugim, czy trzecim pokoleniu, nie. Uważają się za Holendrów/Niemców/Anglików itd. Paradoksalnie, to nie oni mają problem z zaakceptowaniem swojej drugiej (a w zasadzie już pierwszej) ojczyzny, to ona ma problem z zaakceptowaniem ich.

    I tu dochodzimy do sedna problemu. Australijska polityka imigracyjna jest mocno nacechowana rasizmem. Ty, czy ja nie mielibyśmy problemu z wyjazdem i znalezieniem tam pracy. Wietnamczyk, czy Hindus – tak.
    Piszesz: “Rozumiem, że chodzi o kolor skóry prześladowanych imigrantów w Australii i obozy koncentracyjne”. Tak, właśnie o to chodzi.
    I dalej: “Czy Australijczycy trzymają tam tych ludzi przymusowo i nie pozwalają im powrócić?”. Czy ty, po zadaniu sobie nadludzkiego wysiłku ucieczki z Iraku albo Afganistanu, chciałbyś tam wracać? Poza tym, trzymani w ośrodkach uchodźcy nie buntują się dlatego, że muszą w nich siedzieć, tylko z powodu warunków w jakich są przetrzymywani. W zeszłym roku wydawnictwo W.A.B. wydało książkę “Terra nullius – ziemia niczyja” Svena Lindqvista, który pisze między innymi o tej sytuacji. Polecam lekturę.

    Pzdr.

    PS Jeszcze jedno. Piszesz: “Wolę restrykcyjną politykę antyimigracyjną, niż rozwój ruchów nazistowskich w reakcji na duże getta żyjących z zasiłków imigrantów”.
    I to kolejna rzecz, która wydaje mi się całkowicie bez sensu. Przypomina mi to podejście “zabrońmy narkotyków pod karą wysokiego więzienia, to skończy się narkomania”. Do czego prowadzi taka polityka, widzimy od dawna.

  7. inz.
    30/08/2011 at 14:21

    Dzięki za odpowiedź.
    Znów wrócę do przypraw z Afryki🙂 Wierz mi, mam umysł ścisły, nie wyolbrzymiałem. Zapach był tak drażniący, iż utrzymywał się całą dobę, a w czasie posiłków powodował łazawienie. Raz w życiu jechałem akurat w Polsce przez podobnie uciążliwy zapach (nawożono pola gdzieś pod Krakowem). Przez lata myślałem, iż nigdy z czymś tak drażniącym się nie spotkam. Oczywiście po 4 dniach przyzwyczaiłem się do tego (poza porami posiłków mogłem spać i przebywać w akademiku).
    Ja przywołałem ten przykład, gdyż zderzenie obcych kultur powoduje problemy, o których nawet nie pomyślimy – bo nie znamy w ogóle kultur, z którymi przyjdzie nam współistnieć.

    To, że imigranci świetnie się asymilują w drugim pokoleniu, widać niemal wszędzie, choćby w Warszawie, gdzie mieszka wielu imigrantów z Wietnamu. W ogóle to ciekawy przykład – nie słyszałem, by ktoś im coś zarzucał, ludzie odnoszą się do nich co najwyżej z ciekawością. Jeśli jest zawiść, to typowo taka typowo polska – nie szanuje się tych, którzy osiągneli coś ciężką pracą. Raczej cwaniaków. Ale to OT.

    Czytałem kiedyś o dzietności muzułmańskich imigrantów w Holandii – w drugim pokoleniu była identyczna z rdzenną populacją, a to pokazuje jak głeboko asymilują się potomkowie imigrantów. Ale jest pierwsze pokolenie – gdy jest ono zbyt liczne, pojawią się problemy, które dostrzegam.

    Co do obozu koncentracyjnego – co rząd Australii miałby zrobić? Jeśli go zlikwidować, to gdzie Ci ludzie mają zamieszkać i pracować – czy Twoja gmina ich przyjmie? Bo rozumiem, że jest to problem, skoro w Polsce brakuje około 160 mln zł rocznie na sprowadzenie Polaków zesłanych na Syberię, a tu piszemy o osobach z zupełnie innego kręgu kulturowego, mówiących innym językiem.
    Jeśli polepszyć warunki w tym obozie, to poza ludźmi, którzy chcieli uciec ze swojego kraju bez względu na koszt, zaczną tam trafiać ci, dla których życie na socjalu jest celem.
    W sumie sam się uśmiechnąłem – moi dziadkowie w jakiś sposób przyjaźnili się z dyrektorem pgru (zupełnie nie rozumiem powiązań, mieszkali w Krakowie, a pgr był gdzieś na wschodzie, pewnie dalekie rodzinne koligacje). I choć byli bardzo dobrze sytuowani, ich syn miał w Polsce od nich wille, uciekł wraz z rodziną i dziećmi do Australii właśnie. I celowo nie podejmował pracy, gdyż idąc do niej, straciłby bezpłatną opiekę medyczną i edukację dla siebie i swoich dzieci. I jakoś Australijczykom to nie przeszkadza, bo jest biały.
    Czyli przynałbym Ci na koniec rację, ale wolę mieć za ścianą bezrobotnego zadbanego lenia, niż ambitnych studentów z tymi ich afrykańskimi potrawami.

    Brzmi to śmiesznie, wiem🙂 Ale często sprawy ogólne, jak zagadnienia typu “wpływ imigracji na tolerancję w społeczeństwie” wolę sprowadzić do osobistych doświadczeń pomiędzy mną a konkretnymi ludźmi. Wbrew pozorom nie lubię stereotypów. Np Austriacy są dla mnie przyjemniejsi niż Włosi. Bo takie mam doświadczenia z tymi krajami.

    Przepraszam, że nie na wszystko odpowiedziałem. To chyba zbyt obszerny temat.

    Pozdrawiam

    P.S.
    Argument z narkomanią mnie nie przekonywuje. Nie wiem ile osób niepełnoletnich trafiło do szpitala z powodu dopalaczy w stosunku do ilości osób, które trafiają tam obecnie z powodu używania narkotyków. Sceptycznie podchodzę do nagonki medialnej, która miała miejsce rok temu w tej sprawie, ale mówiono o bardzo licznych przypadkach zatruć i zaryzykuję iż zamknięcie sklepów z dopalaczami statystycznie pomogło wielu młodym i głupim. Choć boleję, iż takich danych nie mam.
    Na pewno jednak legalizacja zawsze pociąga za sobą zwiększony dostęp. Gdyby zalegalizować i jednocześnie ograniczyć dostęp (przez małą ilość licencji), wtedy czarny rynek dalej by funkcjonował i byłoby to co teraz. A zalegalizować i nie oganiczać – byłoby to co z dopalaczami.
    Sam na studiach miałem okazję spróbować różnych rzeczy i było to świetne przeżycie, potęgowane przez cały klimat undergroundu. Jestem jednak sceptyczny, czy gdybym miał zagwarantowaną jakość tych używek, a dostęp do nich byłby podobny jak do piwa, sam nie wybrałbym alternatywnej rzeczywistości, nie pisząc o osobach bez pasji i perspektyw, w wieku szkolnym, którym groziłaby pewnie hekatomba.
    Wystarczy zobaczyć co dzieje się z alkoholizmem w Polsce. Pewnie gdyby była porhibicja

  8. 31/08/2011 at 15:21

    Łoooo Jezu… Dużo tekstu, dużo argumentów. Z którymi znów się nie zgadzam.🙂 Nie ma sensu polemizować w takiej formie, bo zajmie nam to za dużo czasu. Za to kiedyś z chęcią pogadam o tym z Tobą na żywo.

    Pzdr.

  9. inz.
    02/09/2011 at 09:37

    Bardzo chętnie, choć pewnie pozostanie to w sferze teorii. Autor tak genialnego bloga nie może mieć zbyt wiele wolnego czasu:-) A sam jak wiesz – żona, praca, dziecko – co nie zmienia faktu, że ciągle z kimś udaje mi się spotkać.

    Pozdrowienia

  1. No trackbacks yet.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: