Archive

Archive for September, 2011

Kobra kąsa Chińczyków

– Aresztujemy każdego, kogo złapiemy z siekierą, maczetą, albo inną bronią – ogłosił w poniedziałek Francis Kabonde, szef policji w Zambii. Mundurowi wyciągnęli lekcję z poprzednich wyborów i przed wtorkowym głosowaniem postanowili dmuchać na zimne. Nie pomogło: już dzień później, na górniczej północy kraju doszło do zamieszek. Którymi bardziej od samych Zambijczyków, przejęli się zapewne Chińczycy.

Ponad 1000 miejsc do obsadzenia we władzach lokalnych. 150 etatów posła do zgarnięcia. I ten najważniejszy fotel – prezydencki. O który zmagała się dziesiątka kandydatów. Ale tak naprawdę, liczyło się tylko dwóch starców.

Zambia wyboryPolski wyborco, doceń, że nie masz takich kolejek do swojej komisji, gdzieś w żłobku na Bałutach (Fot. Geoffrey Machayi/AP)

Rupiah Banda, znany po prostu jako RB i Michael Sata, powszechnie nazywany King Cobra, przyszli na świat w tym samym, 1937 r. i obaj od dawna ocierali się o najwyższe stanowisko w kraju.

Banda przez lata służył w dyplomacji i wytrwale piął się po szczeblach partyjnej kariery. W 2006 r. został mianowany wiceprezydentem, a gdy dwa lata później urzędująca wówczas głowa państwa – Levy Mwanawasa – zmarła nagle na zawał, przejął stery i kilka miesięcy później zwyciężył w wyborach. Co ulica przyjęła zamieszkami, nie wierząc w oficjalny wynik. Banda pokonał zaledwie o włos (różnica niecałych 35 tys. głosów) ze swoim konkurentem, któremu wygraną wróżyły wcześniej wszystkie sondaże. Z King Cobrą.

Michael Sata przygotowywał się do nowej roli przez całe życie. Do szerszej świadomości przebił się po raz pierwszy w 1985 r., kiedy został burmistrzem Lusaki. Okazał się sprawnym administratorem, budował mosty, drogi, usprawniał komunikację. Z takimi osiągnięciami, bez problemu dostał się do parlamentu, gdzie powierzono mu funkcje rządowe. Szefował resortowi pracy, potem zdrowia, a w 1995 r. został ministrem bez teki i według większości analityków, trzecim najważniejszym człowiekiem w państwie, zaraz po prezydencie i wiceprezydencie. Ambitnie liczył, że w 2001 r. to właśnie on zostanie namaszczony jako kandydat partii rządzącej na prezydenta. Kiedy jednak zaszczyt spotkał nie jego, a Mwanawasę, Sata obraził się, zabrał zabawki i założył opozycyjne ugrupowanie. Z którym przegrał w 2006 r. i dwa lata później.

We wtorek udało mu się wreszcie pokonać złą passę. Dziś rano ogłoszono oficjalne wyniki i wiadomo już, że to Sata wprowadzi się teraz do Pałacu Prezydenckiego. Co musi pewnie strasznie martwić Chińczyków.

Chińczyk w kopalni w ZambiiWykop mi tu basen, ale żeby miał hydromasaż (Fot. Per-Anders Pettersson/Getty Images)

Na pierwszy rzut oka, zwycięstwo polityka niechętnego Pekinowi, jest dziś w Zambii kompletnie bez sensu. Ale świetnie pokazuje skomplikowane relacje azjatyckiego giganta z afrykańskim kontynentem.

Kiedy w 1964 r. Zambia uzyskiwała niepodległość od Wielkiej Brytanii (wtedy jeszcze jako Rodezja Północna), była jak na miejscowe warunki stosunkowo zamożna i miała szansę jeszcze bardziej się wzbogacić. Ale fatalne zarządzanie gospodarką, w połączeniu z korupcją, źle przeprowadzoną nacjonalizacją i spadającymi cenami miedzi (która jest głównym towarem eksportowym w kraju; w okresie międzywojennym był on wręcz jego największym producentem na świecie), sprowadziło dawną gwiazdę do roli pariasa. Długi rosły, a kasy nie było. Jeszcze dekadę temu, Zambia zaliczała się do najbiedniejszych państw na świecie. I wtedy pojawili się Chińczycy.

Rozwijające się w niesamowitym tempie Państwo Środka, porzebuje ogromnych ilości minerałów. Które najłatwiej zdobyć właśnie w Afryce, więc Chińczycy postanowili machnąć ręką na pośredników i zaangażować się bezpośrednio w ich wydobycie. Zambia jest tego idealnym przykładem. Pekin inwestuje tu ogromne sumy w górnictwo, wydobywana jest nie tylko miedź, ale też kobalt i nikiel. Wymiana handlowa skoczyła z niecałych 100 mln dolarów w 2000 r. do prawie 3 mld w roku ubiegłym. Ba! Lusaka ma od niedawna pierwszą na kontynencie filię Bank of China, która obsługuje na miejscu transakcje w juanach.

I wydawać by się mogło, że kraj tylko na tym korzysta. Od pięciu lat ma roczny wzrost 6 proc., a w tym prawdopodobnie przekroczy 7 proc. No więc, skoro jest tak świetnie, to czemu jest tak źle? I dlaczego w wyborach wygrywa kandydat, który zapowiada gruntowną przebudowę relacji z Chinami?

King CobraKing Cobra węży się nie boi, w trawie siedzi (Fot. Elias Mbao/Africa Review)

Sytuacja w Zambii przypomina trochę tę z Peru. Tam też wielu analityków nie mogło się nadziwić, jak to się stało, że chociaż krajowa gospodarka jest rozpędzona jak Usain Bolt, to większość wyborców pokazuje swój sprzeciw, wybierając populistę. A dzieje się tak, bo liczby na papierze, a rzeczywistość na miejscu, nie zawsze idą w parze.

Zambia rozwija się fantastycznie, ale jako gospodarka narodowa. Przeciętni obywatele jak na razie w ogóle z tego nie korzystają. Dwie trzecie z nich wciąż zarabia mniej niż 2 dolary na dzień. Wielu twierdzi wręcz, że Chińczycy ich “okradają”. Nie tylko załatwiają sobie tanie minerały (praca w kopalniach jest źle opłacana, a warunki opłakane), ale jeszcze zalewają kraj tanią elektroniką, tekstyliami, które wypierają lokalną produkcję, a nawet całkowicie zmonopolizowali miejscowy rynek drobiu.

Sata zyskał przydomek King Cobra, ze względu na swoją retorykę, w której “kąsa” przeciwników. I chociaż w obecnej kampanii nieco stonował swoją anty-chińską retorykę, to aż do jej rozpoczęcia przekonywał, że po dojściu do władzy, całkowicie zmieni zasady współpracy. Oraz, że tylko w nim nadzieja, bo Banda i jego rząd siedzą Pekinowi w kieszeni (faktycznie, partia rządząca ma problemy z wyjaśniem, skąd wzięła tak duże fundusze na kampanię).

Najwyraźniej jego rodacy uwierzyli w te słowa i postanowili pokazać Chińczykom żółtą kartkę. Na wybory zarejestrowało się niemal o milion osób więcej niż poprzednio (co daje w sumie 5,2 mln wyborców – rekord w historii kraju), głównie młodych i albo bezrobotnych, albo zasuwających za grosze w kopalniach. Sata wygrał przekonująco. Być może jego triumf będzie początkiem szerszej zmiany na kontynencie, gdzie coraz częściej słychać głosy, że Pekin za często robi tu co chce.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Advertisements

Z loterii na mistrzostwa

– To niesprawiedliwe traktowanie, jak niewolnictwo, holocaust, apartheid – zagrzmiał na swoim Twitterze Elioty Fuimaono-Sapolu.
Mocne słowa. Szczególnie, kiedy czytelnik orientuje się, że wściekłość wywołały tylko cztery dni wolnego dla Fuimaono-Sapolu i kolegów, zamiast pełnego tygodnia. No, ale jeżeli później kilkunastu stukilowych facetów będzie ci przez 80 minut próbowało urwać głowę, to może jednak dodatkowy wypoczynek się należy.

W Nowej Zelandii trwa Puchar Świata w rugby. I emocje są wagi ciężkiej.

HakaA czy Ty przywitałeś już dziś gości zgodnie z tradycją? (Fot. AFP)

Chociaż impreza ma wyjątkowo krótką historię (to dopiero siódma edycja, pierwszy turniej rozegrano w 1987 r.), to dumnie stoi na podium: więcej widzów ściągają przed telewizory tylko Mundial i Igrzyska Olimpijskie. Tłumy walą też na trybuny – na poprzedniej edycji Pucharu we Francji, każdy mecz gromadził na stadionach ponad 40 tys. kibiców.
Nic dziwnego. To prawdziwie międzynarodowy sport, jego zapalonych fanatyków można znaleźć wszędzie, od Argentyny, przez Kanadę, Gruzję, Japonię itd. W poprzednich eliminacjach zmagało się aż 91 drużyn. I piękno tej gry jest takie, że liczyć trzeba się nawet z reprezentacjami małych państw. Jak Samoa.

Ten malutki wyspiarski kraj Polinezji zamieszkuje niecałe 200 tys. osób. Jego stolica jest nieco mniejsza od Sieradza. Ale jeżeli jest taka dyscyplina, w której mogą zmagać się ze światowymi potęgami, to właśnie rugby.
Ich reprezentacja bez trudu kwalifikowała się na każdy Puchar Świata od 1991 r., w którym doszli do ćwierćfinałów (powtórzyli ten wyczyn jeszcze w kolejnych dwóch edycjach). W 2003 r., chociaż nie wyszli z fazy grupowej, omal nie wygrali ze zwycięzcami całego turnieju, Anglią (prowadzili nawet przez większość meczu, ale Brytyjczycy w końcu się spięli).

Teraz też mają skład, z którym trzeba się liczyć. W rankingu International Rugby Board zajmują 12. miejsce, ale jeszcze przed chwilą byli dwa oczka wyżej i pewnie tam wrócą (wyprzedziła ich Kanada i Włochy, z którymi w do tej pory Samoa z łatwością wygrywało). Ich kapitan, Seilala Mapusua to jeden z najlepszych rugbistów grających w ostatnich latach w Anglii – w sezonie 2008/2009 r. został nawet wybrany na Gracza Roku w kategorii, w której głosują sami zawodnicy. A każdy, w kogo kierunku biegnie skrzydłowy Alesana Tuilagi, musi czuć się, jakby zaraz miał walnąć w niego rozpędzony pociąg (co ciekawe, w jego rodzinie jajowata piłka musi najwyraźniej spełniać jakąś rolę zastępczą wobec matki, bo w rugby zawodowo gra też sześciu braci Alesany, a tym Manu – który gra w reprezentacji Anglii). No i jest też kolejny gracz ze światowej czołówki: center Eliota Fuimaono-Sapolu.

EliotaDenerwowanie Elioty jest tylko o jeden szczebel wyżej od ciągania lwa za ogon (Fot. Getty Images)

– IRB, przestań wykorzystywać nasz naród – ciągnął w następnych wpisach na Twitterze – Jedyne o co prosimy to #równość i #sprawiedliwość.

Fuimaono-Sapolu narobił tyle szumu w internecie, po przegranej swojej ekipy z reprezentacją Walii 17-10. I chociaż to on krzyczał najgłośniej, to wkurzeni są wszyscy gracze i kibice z Samoa. Bo podczas gdy oni musieli stanąć do boju już po 4 dniach, Walijczycy mogli się od ostatniego meczu wylegiwać ponad tydzień. A to naprawdę poważna różnica.

Zawodnicy rugby to potężne, stukilowe chłopy. Ale wbrew pierwszemu wrażeniu, jakie mogą sprawiać, są jak najdalsi od sztywnych, niesprawnych kloców. Najlepsi gracze to prawdziwi atleci. W ciągu 80 minut meczu przebiegają średnio 8-10 km, z tego część sprintem, skaczą, robią zwody, siłują się z innymi bykami. Muszą być świetni technicznie i precyzyjni. No i odporni na urazy. To sport tak kontaktowy, jak tylko możliwe. Nie dalej jak w lipcu, dobitnym przykładem stała się tragedia: 21-letni Halley Appleby, zawodnik Uniwersytetu w Brisbane, został tak poturbowany w ciągu gry, że stracił przytomność i zmarł już po przewiezieniu do szpitala.

Nic więc dziwnego, że Samoańczycy, z Fuimaono-Sapolu na czele, uskarżają się, że rywale mieli więcej czasu na dojście do siebie. Tym bardziej, że Walia to silna ekipa (a w grupie D jest jeszcze RPA, obrońcy tytułu).
– Spróbujcie się wczuć w naszych rodaków, którzy zapłacili za nasz udział, nawet biedne dzieci, które oddawały swoje pieniądze na obiad – dorzucał jeszcze Eliota w innym wpisie. Słusznie: reprezentacja jest tak biedna, że musiała urządzić specjalną loterię, żeby pokryć koszty podróży.

Niesprawiedliwość widać wyraźnie, kiedy popatrzy się na kalendarz terminów. Faza grupowa trwa od 9 września do 2 października. I podczas gdy Samoa musi wszystkie swoje mecze rozegrać w dwa tygodnie, reprezentacje takich krajów jak Australia czy Anglia, będą miały aż o siedem dni wolnego więcej. Wszystko z powodu transmisji telewizyjnych.
Impreza kosztowała organizatorów trochę ponad 7 mln dolarów. Żeby się zwróciła (i to z dużą nadwyżką), chcą pocisnąć reklamodawców w najlepszych czasach antenowych i to w tych krajach, gdzie rugby ma największą oglądalność. A w tym Londyn ma nad Apią (stolicą Samoa) miażdżącą przewagę. Żeby dobrze się wstrzelić w tamtejszy czas antenowy, trzeba w Nowej Zelandii brać pod uwagę nie tylko różnicę godzin, ale wręcz dni.

Ekonomia jest dla malutkich bezlitosna.

Oburzenie wywołała jednak nie sama wściekłość Fuimaono-Sapolu, tylko porównanie sytuacji do holocaustu i apartheidu. Porównanie, powiedzmy sobie wprost, dość idiotyczne. Co zresztą szybko zrozumiał sam Eliota.
– Weźcie, oczywiście rugby jest nieporównywalne z tym, co zrobił Hitler! – zreflektował się krótko po wybuchu afery – Zapomnijcie o analogiach. Przepraszam. Ale kwestia niesprawiedliwości zostaje – zakończył.

Federacja uznała, że to wystarczy. Fuimaono-Sapolu dostał upomnienie, ale nie zostanie zawieszony.

Tymczasem miliony kibiców na świecie czeka na dalsze emocje. W tym przywódcy wszystkich krajów regionu, którzy zjechali do Nowej Zelandii na odbywający się równocześnie szczyt Forum Wysp Pacyfiku. Najwyraźniej mniej istotne od rugby, bo całkowicie olane przez polityków, którzy zamiast kisić się w dusznych salach, woleli dołączyć do rodaków na trybunach.

Finał 23 października.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

PS W Auckland miałą się odbyć motocyklowa parada topless, pod zgrabnym hasłem “Boobs on Bikes”. Ale ze względu na “familijny charakter Pucharu Świata”, została odwołana. Shame on you, New Zealand!

Night Of The Living Baseheads

“Marco ma 16 lat, gdy zaprzyjaźnia się z paco. Ale to przyjaźń wyjątkowa: intensywna i kosztowna. Więc Marco płaci. Przez pierwsze dwa dni ze swoich pieniędzy. Przez następne kilka wydaje wszystkie oszczędności matki. Później zaczyna wyprzedawać wszystko co ma pod ręką. Z mieszkania znikają kolejno garnki, ubrania i meble. W końcu, gdy dom jest już całkowicie ogołocony, nastolatek kończy dzieło: wyjmuje z framugi drzwi wejściowe i idzie je spieniężyć. Nikt go już więcej nie zobaczy. Dziś jego matka załamuje ręce. Mówi, że nigdy nie wyjechałaby z Buenos Aires w odwiedziny do rodzinnej Boliwii zostawiając syna samego, gdyby tylko wiedziała, że wciągnęło go przekleństwo dzieci z Villa 31, slumsu w centrum miasta. Że wciągnęło go paco.”

Tak zaczyna się mój reportaż z Argentyny, który “Polityka” opublikowała w zeszłym tygodniu w swoim wydaniu Ipadowym, a od dziś można go już przeczytać w serwisie internetowym magazynu:

Poliyka-paco

Kiedy słyszy się o paco pierwszy raz, natychmiastowym skojarzeniem jest crack. Ale choć oba narkotyki są bardzo bliskimi krewnymi, to cytowany w reportażu doktor Damin stwierdził, że “paco jest jak crack na sterydach”. To lepsza, silniejsza wersja. I bardziej destrukcyjna. Jednak bez względu na to, jak nazywać wygotowane z kokainowej pasty kryształki, ich złowieszczy charakter przejawia się w jednym: to narkotyk biedoty, o którą nikt się nie troszczy, a która sama nie jest sobie w stanie dać z nim rady.

Paco tak naprawdę występuje w całej Ameryce Łacińskiej i to pod różnymi nazwami. W Boliwii mówią na nie bazuco, w Meksyku – poppers (w Polsce mówi się tak o zupełnie innej używce). Ale jeszcze do niedawna, Argentyna była jedynym krajem, gdzie jego użycie urosło do rozmiarów epidemii. Teraz, ma już do towarzystwa Brazylię.

PacoPaco, oxi, bazuco – różne nazwy, ten sam syf (Fot. Maria Elena Romero/Al Jazeera)

W największym kraju Ameryki Południowej, na latynoski crack mówi się oxi (od “oxidado” – “zardzewiały”). Pierwsi z jego skutkami zetknęli się mieszkańcy Amazonii. Ponieważ w Brazylii nie uprawia się koki, kartele muszą ją jakoś dostarczyć do Rio albo bogatego Sao Paulo.
Szlak wiedzie głównie przez Manaus, stolicy stanu Amazonas. Ci, którzy próbują walczyć z przemytem, narażają się na śmiertelne niebezpieczeństwo. Thomaz Vasconcellos, szef wywiadu w stanowym Sekretariacie Bezpieczeństwa, nie rozstaje się z pistoletem nawet w domu. Divanilson Cavalcanti, miejscowy szef policji, był zastraszany we własnym domu. Mauro Antony, sędzia w sprawach o przestępczość narkotykową, był dla bandytów nieosiągalny, więc przeprowadzili zamach bombowy na jego kuzyna.
Kartele wysyłają kokainę prosto na wybrzeże, ale na miejscu też postanowiły sobie stworzyć rynek. A najrentowniej było zacząć z tanim i szybko uzależniającym oxi. Kryształek w Manaus kosztuje zaledwie 2 reale, czyli niecałe 4 złote. Według Associação de Redução de Danos, organizacji pozarządowej ze stanu Acre (także w Amazonii), w samej tylko jego stolicy Rio Branco, od oxi uzależnionych jest aż 8 tys. osób (na 305 tys. mieszkańców!). 80 proc. wszystkich przechwytywanych w tym stanie narkotyków, to właśnie oxi.

Oxi w Rio BrancoBocada, czyli narkotykowa meta w Rio Branco – nie mylić z obozem harcerskim w Górach Sowich (Fot. O Globo)

Przeprowadzka nad ocean była tylko kwestią czasu. Oxi zdobyło favele w takim tempie, że stało się nawet jednym z tematów zeszłorocznej kampanii prezydenckiej. Ich zwyciężczyni, Dilma Rousseff, wystąpiła w ostrzegającym przed skutkami narkotyku filmiku, a jej przeciwnik José Serra, poświęcił mu cały artykuł własnego autorstwa w “Estado de Sao Paulo”. W tym roku, w samym tylko Pernambuco, policja przechwyciła w sumie kilka milionów kryształków. W Rio policja co tydzień urządza łapanki na uzależnionych, którzy są potem wysyłani na przymusowy detoks. Ale chociaż za kratki trafiają kolejni dilerzy, a niszczone są kolejne laboratoria, to walka z oxi jest jak walka z wiatrakami. Jego produkcja jest po prostu zbyt tania i łatwa.

Cena kokainy jest tak wysoka, bo do jej uzyskania trzeba zaangażować duży kapitał. Do jej wyekstrahowania z liści koki potrzeba dużej ilości chemikaliów, których wolny obrót w krajach, gdzie uprawia się tę roślinę, jest mocno ograniczony. Kartele muszą się nieźle natrudzić, żeby w ogóle rozpocząć produkcję.
Tymczasem paco/oxi można sobie po prostu ugotować w kuchni, a potrzebne składniki dostać bez problemu w okolicznych sklepach. Jeżeli policja zlikwiduje kokainowe laboratorium, jego powtórne uruchomienie może przestępcom zająć kilka tygodni. “Narkokuchnie” będą gotowe do działania jeszcze tego samego dnia.

KokaZa ten własnoręcznie uzbierany worek koki, Dział Zagraniczny wybudował sobie willę z basenem (Fot. Maciej Okraszewski/Dział Zagraniczny)

Paco/oxi jest tak trudne do zwalczenia jeszcze z jednego powodu: bo mało kogo tak naprawdę obchodzi. To narkotyk produkowany przez biednych dla biednych. Slumsy w Amazonii, favele w Rio, czy villas miserias w Buenos Aires – to wszystko dzielnice wykluczonych, którymi mało kto się przejmuje. Dopóki cpają u siebie, a dla zdobycia kasy na następną działkę napadają tylko na swoich sąsiadów, to nikt nie chce sobie zawracać nimi głowy. Oxi zaczęło zbierać krwawe żniwo w Amazonii już 5-6 lat temu, ale prasa zrobiła raban dopiero, kiedy narkotyk dotarł do metropolii na wybrzeżu. W Argentynie o paco mówi się znacznie dłużej, ale jak do tej pory nie wypracowano żadnej spójnej polityki przeciwdziałania. Policyjne akcje, to tylko czynności pozorowane – zwalcza się skutek, a nie przyczynę.

I to kolejny moment, kiedy trudno nie pomyśleć o cracku. Mniej więcej od połowy lat 80., wielkie metropolie w Stanach Zjednoczonych przeżywały jego prawdziwą epidemię, która miała potrwać niemal dekadę. Ale chociaż liczba uzależnionych rosła w zastraszającym tempie, to amerykańskie władze nie podejmowały żadnych zdecydowanych działań. Powód? Ćpali głównie mieszkańcy czarnych gett, takich jak Compton w Los Angeles, albo Bushwick w Nowym Jorku. Brutalna przestępczość skoczyła gwałtownie do góry, ale ponieważ było to głównie “black on black crime”, to biała klasa rządząca wolała przymykać oczy na problem. Nastroje Afroamerykanów z tamtego okresu świetnie oddaje zwrotka Chubb Rocka na singlu “Return of the Crooklyn Dodgers” (“Journalistic values are yellow and then of course falters/You watch Channel Zero with that bitch Barbara Walters/She’ll have you believe black invented crack”):

Epidemia cracku w USA skończyła się równie nagle, jak się zaczęła. I nie do końca wiadomo: dlaczego?

Steven D. Levitt i Stephen J. Dubner próbują przekonywać w światowym bestsellerze “Freakonomics” (w Polsce wydana na początku roku przez Wydawnictwo Znak), że to dzięki… aborcji. Autorzy uważają, że liberalizacja prawa do przerywania ciąży, która miała miejsce mniej więcej w tym samym czasie, sprawiła, że ubogie i pozbawione wykształcenia kobiety ze środowisk kryminogennych poddawały się tym zabiegom, dzięki czemu na świat przychodziło z czasem coraz mniej potencjalnych dilerów/uzależnionych od cracku. Jest to jednak teoria na glinianych nogach, co zauważają chyba też Levitt i Dubner, piszący dalej, że stale obniżająca się cena tego narkotyku, sprawiła, że handlowania nim przestało być tak lukratywne, jak wcześniej, a już w ogóle nie kalkulowało się z potencjalnym ryzykiem (wyroki sądowe za posiadanie niewielkich nawet ilości cracku, zdecydowanie przewyższały długość potencjalnej odsiadki za posiadanie “pełnoprawnej” kokainy).

Bardziej prawdopodobne wydaje się, że do końca epidemii przyczyniła się popkultura.
W apogeum koszmaru, do walki ruszyli idole nastolatków z czarnych gett. Public Enemy porównywali uzależnionych do zombi na “Night Of The Living Baseheads”. W “New Jack City” Ice-T, który jeszcze niedawno rymował o zabijaniu policjantów, sam wcielał się w rolę stróża prawa, który walczy o duszę Nowego Jorku z potężnym dilerem cracku (w tej roli Wesley Snipes). O tym, jak źle kończy się dilerka, opowiadał film Spike’a Lee “Clockers”. Z kampanią anty-crackową, objechał kraj Al Sharpton, legendarny czarnoskóry działacz ruchów obywatelskich.
W gettach nie było ani jednej osoby, która w taki czy inny sposób nie zetknęłaby się z uzależnionymi i na własne oczy nie przekonała, co niesie ze sobą palenie tego narkotyku. “Crackhead” stało się tak stygmatyzującym wyzwiskiem, że jeszcze 10 lat po umownym końcu epidemii, z powodzeniem używał go w swoim programie popularny satyryk Dave Chappelle. Kolejne pokolenia wolały się więc od kryształków trzymać jak najdalej.

Dziś crack jest oczywiście wciąż w Stanach obecny, ale skala uzależnienia jest nieporównywalnie mniejsza od tej sprzed dwóch dekad. Czy oznacza to, że Argentynę i Brazylię czeka taka sama droga, zanim zdołają sobie poradzić z paco/oxi? Jeżeli tak, to w villach i favelach, będzie to prawdziwa droga przez piekło.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Kiedy World of Warcraft to za mało

Dział Zagraniczny zna ludzi, którzy wakacje spędzają kozacko. Jedni samotnie przepływają łódką Atlantyk. Inni jadą do Teheranu na stopa. Jeszcze pozostali, przemycają haszysz z Maroka na polecenie korsykańskiej mafii. Ale jakby się nie starali, to mistrza tegorocznego sezonu nie pobiją. Chris Jeon najzwyczajniej w świecie wziął udział w libijskim powstaniu.

JeonPo zdobyciu maksymalnego levelu w WoW, expić można już tylko w Libii (Fot. Bradley Hope/The National)

Są ludzie, którzy palą skręty. Są tacy, którzy wolą MDMA. Niektórzy wybierają pejotl. No i jest Chris Jeon, który najwyraźniej wszystko powyższe ładuje w siebie na raz.
– Moje wakacje się kończą, więc pomyślałem, że byłoby spoko dołączyć do powstańców – rzucił zdumionemu korespondentowi wydawanego w Zjednoczonych Emiratach Arabskich “The National”, który spotkał 21-latka z Los Angeles w mieście An-Naufalijja, mniej więcej 140 km na wschód od Syrty.

Amerykanin najpierw przyleciał do Kairu, stamtąd uderzył pociągiem do Aleksandrii, skąd dojechał autobusem (z przesiadkami) do Bengazi. Najwyraźniej powstańcy mają równie wielką fantazję co ich nowy kolega, bo wcisnęli mu karabin do ręki, wsadzili na pikapa i po kilku dniach dostarczyli na front. Żeby było śmieszniej, Jeon nigdy w życiu nie miał broni w ręku, nie zna też ani słowa po arabsku. W zasadzie potrafi powiedzieć tylko “Ahmed El Maghrabi Saidi Barga”, co jest jego powstańczą ksywą, a w rzeczywistości zlepkiem nazw libijskich klanów i regionów. Podobno, gdy wypowiada te słowa, jego towarzysze wpadają w ogromną wesołość.

Jeon na co dzień studiuje matematykę (w tym roku ma zrobić licencjat) i nie da się ukryć, że wykazuje się żelazną logiką. Jak wtedy, kiedy wychodzi na jaw, że lecąc do Kairu, miał bilet tylko w jedną stronę.
– Jak mnie złapią, albo co, to nie chcę wywalać kolejnych ośmiu stów – mówi dziennikarzowi hardo, a potem już trochę mniej – Tylko nie mów moim rodzicom! Oni nie wiedzą, że tu jestem!

Chrisie Jeon, Dział Zagraniczny będzie zaszczycony, dziarając sobie Twoją podobiznę na sercu.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

(moto)Rewolucja zjada własne dzieci

W czerwcu Dział Zagraniczny informował o nietypowym posunięciu rządu Boliwii. Postanowił on bowiem za jednym zamachem zalegalizować coś, na co do tej pory wszyscy przymykali oko. Chutos, samochody, które formalnie nawet w tym kraju nie istnieją.

W komentarzach do tamtego posta, Ambasador Polski w Boliwii pisał o sprawie tak:

“Chutos czyli auta nielegalnie sprowadzone do Boliwii kursują sobie głównie po boliwijskiej prowincji. Są stosunkowo tanie, a władze lokalne mniejszych miasteczek i zadupnych wiosek przymykają na to oko, więc są miasteczka gdzie na 100 samochodów tylko ze 4 mają blachy przykręcone”.

ChutosŚrodkiem lawiruje jedyny legalny środek transportu na zdjęciu (Fot. Szymon Kochański/MyWayAround.com)

Jedna patologia rodzi drugą. Na przykład, policja nie odbiera złapanych pojazdów ich kierowcom, tylko wymusza na nich ogromne łapówki. Problem w tym, że chutos kupują głównie ubodzy wieśniacy, których nie stać na legalne samochody. Poza tym, w Boliwii nie ma transportu publicznego, więc na wsi chutos pomagają obniżyć realne ceny transportu.

Prezydent Evo Morales, dwukrotnie wyniesiony do władzy przez indiańską biedotę, postanowił skończyć z tą prawną fikcją jednym dekretem. Stworzył coś w rodzaju “czasowej amnestii”, trwającej mniej więcej od połowy czerwca do połowy lipca, podczas której właściciele chutos (ale tylko tych, co do których dało się udowodnić, że zostały nabyte przed ogłoszeniem dyspensy) mogli się zgłaszać do urzędów transportowych w celu ich legalizacji. I szybko ruszyła lawina.

W czerwcu Dział Zagraniczny podawał: “Dziś wiadomo już, że tylko przez pierwsze 10 dni, do urzędów wpłynęło ponad 70 tys. wniosków”. Ostatecznie, zgłoszonych zostało aż 128 tys. chutos. Jak na razie, udało się zalegalizować 25 tys z nich. I odsiać kilka tysięcy wyjątkowo bezczelnych przypadków.

To, że większość chutos pochodzi z kradzieży, jest w Boliwii tajemnicą poliszynela – auta są rabowane u sąsiadów, a przede wszystkim w Chile. Ale skoro złodzieje zadali sobie dość trudu, żeby przemycić auto przez granicę, to będą też potrafili skutecznie namieszać w jego dokumentach, przebić numery silnika i zrobić wszystkie te swoje magiczne sztuczki, żeby stworzyć choć pozory legalności. Najwyraźniej nie wszystkim chciało się trudzić aż tak bardzo.

Jak dotąd, boliwijski urząd celny namierzył pośród zgłoszonych chutos 7 tys. przypadków, co do których nie ma najmniejszych wątpliwości, że pochodzą z kradzieży. A przez następne kilka tygodni, znajdą pewnie kolejne. Większość pochodzi z Chile i Brazylii, ale pierwsza zareagowała Argentyna, która w oficjalnym komunikacie domaga się zwrotu zrabowanych na jej terenie samochodów. Pozostali sąsiedzi Boliwii, najpewniej wkrótce wystąpią z podobnymi żądaniami.

Evo Morales ma teraz ciężki orzech do zgryzienia. Nie może jawnie bronić kradzionej własności, ale z drugiej strony nie chce zrażać swojego hardcorowego elektoratu. Biedota z Altiplano, która obalała wszystkich jego poprzedników, jego samego wyniosła do władzy jako pierwszego w historii Boliwii prezydenta wywodzącego się z indiańskiej większości. Ale od niemal roku, ci sami ludzie coraz głośniej okazują swoje niezadowolenie z rządów “swojego” Evo. Protesty i blokady, na razie jeszcze niewinne, mogą się szybko zamienić w otwarty bunt.

Sprawa chutos idealnie pokazuje dylematy, przed jakimi staje Morales.
Decyzję o ich legalizacji podjął, żeby ulżyć najbiedniejszym. Ale równocześnie naraził się potężym związkom transportowym, bo (jak pisał Szymon Kochański we wspomnianym już wcześniej komentarzu): “Te auta jeżdżą w obrębie miasteczka i okolicznych wioch jako taksówki, ale nie mogą wjechać na drogi krajowe. W dużych miastach, na przykład w La Paz auta muszą mieć blachy i papiery, a takie auta są droższe. Teraz problem w tej amnestii jest taki, że po ulegalnieniu aut ich właściciele (wieśniacy z całej Boliwii) przyjadą za chlebem do La Paz i tu będą kosić kasę na taksówkach i trufi (współdzielone taksówki)”.
Teraz, od Moralesa odwrócić się mogą nawet ci, którym chciał przecież pójść na rękę – wieśniacy, których chutos zostaną zwrócone Argentynie, Chile i Brazylii.

Rewolucja lubi zjadać własne dzieci.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.