Home > Uncategorized > Night Of The Living Baseheads

Night Of The Living Baseheads

“Marco ma 16 lat, gdy zaprzyjaźnia się z paco. Ale to przyjaźń wyjątkowa: intensywna i kosztowna. Więc Marco płaci. Przez pierwsze dwa dni ze swoich pieniędzy. Przez następne kilka wydaje wszystkie oszczędności matki. Później zaczyna wyprzedawać wszystko co ma pod ręką. Z mieszkania znikają kolejno garnki, ubrania i meble. W końcu, gdy dom jest już całkowicie ogołocony, nastolatek kończy dzieło: wyjmuje z framugi drzwi wejściowe i idzie je spieniężyć. Nikt go już więcej nie zobaczy. Dziś jego matka załamuje ręce. Mówi, że nigdy nie wyjechałaby z Buenos Aires w odwiedziny do rodzinnej Boliwii zostawiając syna samego, gdyby tylko wiedziała, że wciągnęło go przekleństwo dzieci z Villa 31, slumsu w centrum miasta. Że wciągnęło go paco.”

Tak zaczyna się mój reportaż z Argentyny, który “Polityka” opublikowała w zeszłym tygodniu w swoim wydaniu Ipadowym, a od dziś można go już przeczytać w serwisie internetowym magazynu:

Poliyka-paco

Kiedy słyszy się o paco pierwszy raz, natychmiastowym skojarzeniem jest crack. Ale choć oba narkotyki są bardzo bliskimi krewnymi, to cytowany w reportażu doktor Damin stwierdził, że “paco jest jak crack na sterydach”. To lepsza, silniejsza wersja. I bardziej destrukcyjna. Jednak bez względu na to, jak nazywać wygotowane z kokainowej pasty kryształki, ich złowieszczy charakter przejawia się w jednym: to narkotyk biedoty, o którą nikt się nie troszczy, a która sama nie jest sobie w stanie dać z nim rady.

Paco tak naprawdę występuje w całej Ameryce Łacińskiej i to pod różnymi nazwami. W Boliwii mówią na nie bazuco, w Meksyku – poppers (w Polsce mówi się tak o zupełnie innej używce). Ale jeszcze do niedawna, Argentyna była jedynym krajem, gdzie jego użycie urosło do rozmiarów epidemii. Teraz, ma już do towarzystwa Brazylię.

PacoPaco, oxi, bazuco – różne nazwy, ten sam syf (Fot. Maria Elena Romero/Al Jazeera)

W największym kraju Ameryki Południowej, na latynoski crack mówi się oxi (od “oxidado” – “zardzewiały”). Pierwsi z jego skutkami zetknęli się mieszkańcy Amazonii. Ponieważ w Brazylii nie uprawia się koki, kartele muszą ją jakoś dostarczyć do Rio albo bogatego Sao Paulo.
Szlak wiedzie głównie przez Manaus, stolicy stanu Amazonas. Ci, którzy próbują walczyć z przemytem, narażają się na śmiertelne niebezpieczeństwo. Thomaz Vasconcellos, szef wywiadu w stanowym Sekretariacie Bezpieczeństwa, nie rozstaje się z pistoletem nawet w domu. Divanilson Cavalcanti, miejscowy szef policji, był zastraszany we własnym domu. Mauro Antony, sędzia w sprawach o przestępczość narkotykową, był dla bandytów nieosiągalny, więc przeprowadzili zamach bombowy na jego kuzyna.
Kartele wysyłają kokainę prosto na wybrzeże, ale na miejscu też postanowiły sobie stworzyć rynek. A najrentowniej było zacząć z tanim i szybko uzależniającym oxi. Kryształek w Manaus kosztuje zaledwie 2 reale, czyli niecałe 4 złote. Według Associação de Redução de Danos, organizacji pozarządowej ze stanu Acre (także w Amazonii), w samej tylko jego stolicy Rio Branco, od oxi uzależnionych jest aż 8 tys. osób (na 305 tys. mieszkańców!). 80 proc. wszystkich przechwytywanych w tym stanie narkotyków, to właśnie oxi.

Oxi w Rio BrancoBocada, czyli narkotykowa meta w Rio Branco – nie mylić z obozem harcerskim w Górach Sowich (Fot. O Globo)

Przeprowadzka nad ocean była tylko kwestią czasu. Oxi zdobyło favele w takim tempie, że stało się nawet jednym z tematów zeszłorocznej kampanii prezydenckiej. Ich zwyciężczyni, Dilma Rousseff, wystąpiła w ostrzegającym przed skutkami narkotyku filmiku, a jej przeciwnik José Serra, poświęcił mu cały artykuł własnego autorstwa w “Estado de Sao Paulo”. W tym roku, w samym tylko Pernambuco, policja przechwyciła w sumie kilka milionów kryształków. W Rio policja co tydzień urządza łapanki na uzależnionych, którzy są potem wysyłani na przymusowy detoks. Ale chociaż za kratki trafiają kolejni dilerzy, a niszczone są kolejne laboratoria, to walka z oxi jest jak walka z wiatrakami. Jego produkcja jest po prostu zbyt tania i łatwa.

Cena kokainy jest tak wysoka, bo do jej uzyskania trzeba zaangażować duży kapitał. Do jej wyekstrahowania z liści koki potrzeba dużej ilości chemikaliów, których wolny obrót w krajach, gdzie uprawia się tę roślinę, jest mocno ograniczony. Kartele muszą się nieźle natrudzić, żeby w ogóle rozpocząć produkcję.
Tymczasem paco/oxi można sobie po prostu ugotować w kuchni, a potrzebne składniki dostać bez problemu w okolicznych sklepach. Jeżeli policja zlikwiduje kokainowe laboratorium, jego powtórne uruchomienie może przestępcom zająć kilka tygodni. “Narkokuchnie” będą gotowe do działania jeszcze tego samego dnia.

KokaZa ten własnoręcznie uzbierany worek koki, Dział Zagraniczny wybudował sobie willę z basenem (Fot. Maciej Okraszewski/Dział Zagraniczny)

Paco/oxi jest tak trudne do zwalczenia jeszcze z jednego powodu: bo mało kogo tak naprawdę obchodzi. To narkotyk produkowany przez biednych dla biednych. Slumsy w Amazonii, favele w Rio, czy villas miserias w Buenos Aires – to wszystko dzielnice wykluczonych, którymi mało kto się przejmuje. Dopóki cpają u siebie, a dla zdobycia kasy na następną działkę napadają tylko na swoich sąsiadów, to nikt nie chce sobie zawracać nimi głowy. Oxi zaczęło zbierać krwawe żniwo w Amazonii już 5-6 lat temu, ale prasa zrobiła raban dopiero, kiedy narkotyk dotarł do metropolii na wybrzeżu. W Argentynie o paco mówi się znacznie dłużej, ale jak do tej pory nie wypracowano żadnej spójnej polityki przeciwdziałania. Policyjne akcje, to tylko czynności pozorowane – zwalcza się skutek, a nie przyczynę.

I to kolejny moment, kiedy trudno nie pomyśleć o cracku. Mniej więcej od połowy lat 80., wielkie metropolie w Stanach Zjednoczonych przeżywały jego prawdziwą epidemię, która miała potrwać niemal dekadę. Ale chociaż liczba uzależnionych rosła w zastraszającym tempie, to amerykańskie władze nie podejmowały żadnych zdecydowanych działań. Powód? Ćpali głównie mieszkańcy czarnych gett, takich jak Compton w Los Angeles, albo Bushwick w Nowym Jorku. Brutalna przestępczość skoczyła gwałtownie do góry, ale ponieważ było to głównie “black on black crime”, to biała klasa rządząca wolała przymykać oczy na problem. Nastroje Afroamerykanów z tamtego okresu świetnie oddaje zwrotka Chubb Rocka na singlu “Return of the Crooklyn Dodgers” (“Journalistic values are yellow and then of course falters/You watch Channel Zero with that bitch Barbara Walters/She’ll have you believe black invented crack”):

Epidemia cracku w USA skończyła się równie nagle, jak się zaczęła. I nie do końca wiadomo: dlaczego?

Steven D. Levitt i Stephen J. Dubner próbują przekonywać w światowym bestsellerze “Freakonomics” (w Polsce wydana na początku roku przez Wydawnictwo Znak), że to dzięki… aborcji. Autorzy uważają, że liberalizacja prawa do przerywania ciąży, która miała miejsce mniej więcej w tym samym czasie, sprawiła, że ubogie i pozbawione wykształcenia kobiety ze środowisk kryminogennych poddawały się tym zabiegom, dzięki czemu na świat przychodziło z czasem coraz mniej potencjalnych dilerów/uzależnionych od cracku. Jest to jednak teoria na glinianych nogach, co zauważają chyba też Levitt i Dubner, piszący dalej, że stale obniżająca się cena tego narkotyku, sprawiła, że handlowania nim przestało być tak lukratywne, jak wcześniej, a już w ogóle nie kalkulowało się z potencjalnym ryzykiem (wyroki sądowe za posiadanie niewielkich nawet ilości cracku, zdecydowanie przewyższały długość potencjalnej odsiadki za posiadanie “pełnoprawnej” kokainy).

Bardziej prawdopodobne wydaje się, że do końca epidemii przyczyniła się popkultura.
W apogeum koszmaru, do walki ruszyli idole nastolatków z czarnych gett. Public Enemy porównywali uzależnionych do zombi na “Night Of The Living Baseheads”. W “New Jack City” Ice-T, który jeszcze niedawno rymował o zabijaniu policjantów, sam wcielał się w rolę stróża prawa, który walczy o duszę Nowego Jorku z potężnym dilerem cracku (w tej roli Wesley Snipes). O tym, jak źle kończy się dilerka, opowiadał film Spike’a Lee “Clockers”. Z kampanią anty-crackową, objechał kraj Al Sharpton, legendarny czarnoskóry działacz ruchów obywatelskich.
W gettach nie było ani jednej osoby, która w taki czy inny sposób nie zetknęłaby się z uzależnionymi i na własne oczy nie przekonała, co niesie ze sobą palenie tego narkotyku. “Crackhead” stało się tak stygmatyzującym wyzwiskiem, że jeszcze 10 lat po umownym końcu epidemii, z powodzeniem używał go w swoim programie popularny satyryk Dave Chappelle. Kolejne pokolenia wolały się więc od kryształków trzymać jak najdalej.

Dziś crack jest oczywiście wciąż w Stanach obecny, ale skala uzależnienia jest nieporównywalnie mniejsza od tej sprzed dwóch dekad. Czy oznacza to, że Argentynę i Brazylię czeka taka sama droga, zanim zdołają sobie poradzić z paco/oxi? Jeżeli tak, to w villach i favelach, będzie to prawdziwa droga przez piekło.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

  1. wersy
    14/09/2011 at 20:25

    A tak swoja droga, to jak duze sa roznice kulturowe miedzy imigrantami, a “rdzenna” (w sensie, z migracji europejskiej) ludnoscia Argentyny? Daja sie latwo zintegrowac, czy sa skazani na tworzenie gett i wieczne tam biedowanie i spalanie smutkow w paco? Przynajmniej problemy jezykowe, jak mniemam, odpadaja, chociaz tez nie do konca.

  2. 21/09/2011 at 12:08

    Wersy, odpiszę Ci wieczorem.

  3. 21/09/2011 at 19:54

    Masz taki dryg do zadawania pytań, na które trzeba odpowiadać objętością książki, co? ;p

    Różnice są zarazem duże, jak i małe. To paradoks specyficzny dla Ameryki Łacińskiej, w której równocześnie występuje ogromna mnogość kulturowych form regionalnych, etnicznych, religijnych, a nawet klasowych.

    Simon Bolivar w swoim “Przemówieniu z Angosutry” przekonywał, że na kontynencie nie ma już Indian ani Europejczyków, tylko coś pośredniego. Jose Vasconcelos rozwinął później tę myśl, publikując w 1925 r. słynny esej “La Raza Cosmica” (“Rasa Kosmiczna”), który w WIEEELKIM uproszczeniu można streścić do tego, że Ameryka Łacińska jest jak ogromny tygiel, w którym różne rasy stopią się w tę jedną uniwersalną rasę światową.
    Obie koncepcje są póki co raczej wizjami przyszłości, która teraźniejszością staje się bardzo powoli. Hybrydyzacja na kontynencie zachodzi teraz o wiele szybciej, niż jeszcze dwie dekady temu, bo sprzyja jej większy przepływ informacji, zwiększone migracje, upowszechniania się podobnego modelu konsumpcji i tak dalej, i tak dalej. Ale dotyczy to przede wszystkim wielkich skupisk miejskich (Sao Paulo, Buenos Aires, Lima itd.). A równocześnie, te same czynniki sprawiają, że dziś niektóre regiony Ameryki Łacińskiej przeżywają renesans indigenismo (które można z grubsza przetłumaczyć jako “rdzenność”), podkreślającego ich odrębność kulturową od reszty.

    No i teraz: pytasz o Argentyne, a to jest w dodatku specyficzny przypadek. To kraj, który przez lata prowadził bardzo świadomą politykę wybielania się. Po ogłoszeniu ustawy imigracyjnej i ustawy o osadnictwie na ziemiach państwowych w 1876 r., ruszył prawdziwy potop: do roku 1950 przyjechało do kraju prawie 5 mln imigrantów. Praktycznie wszyscy z Europy. Zastąpili ludność rdzenną, która wcześniej została niemal wybita, oraz Afroargentyńczyków, którzy z licznej niegdyś grupy stali się dosłownie procentem.

    Żeby się już nie rozwodzić (bo w trakcie pisania przyszły mi jeszcze co najmniej z trzy wątki do głowy, a bez sensu będzie je tak lecieć po łebkach), to jest tak.
    Imigranci z innych krajów regionu (a szczególnie z Peru, Boliwii i Paragwaju, bo to oni ściągają tu za chlebem) nie będą mieli problemów z przystosowaniem się kulturowym czy językowym – są wciąż częścią kultury latynoamerykańskiej (choć oczywiście reprezentują jej bardzo różne oblicza). Ba! Ich dzieci, czy wnuki urodzone już w Argentynie czują się zarówno Peruwiańczykami/Boliwijczykami/Paragwajczykami, co Argentyńczykami.
    Ale będą się niestety spotykać z wieloma przejawami rasizmu. Dziś oczywiście nie ma takiego klimatu, żeby otwarcie głosić, że imigranci indiańskiego pochodzenia są gorsi. Ale po cichu, wielu Argentyńczyków wygłasza takie właśnie sądy. Nawet moi znajomi, chociaż nie mówią o nich “czarnuchy” czy w ogóle unikają określeń obraźliwych, to jednak są wyraźnie zdystansowani.
    To wynika z bardzo wielu czynników, ale przede wszystkim tego, że kraj przeżył taki właśnie boom imigracyjny z Europy i że przez lata świadomie stawiano właśnie Stary Kontynent za punkt odniesienia. Więc dziś wielu Argentyńczyków twierdzi, że bliżej im do Europejczyków, niż innych Latynosów. I stąd bierze się wiele problemów.

    Uff… Trochę zagmatwałem, ale mam nadzieję, że to jednak czytelne.

    Pzdr.

  4. wersy
    23/09/2011 at 16:57

    “Masz taki dryg do zadawania pytań, na które trzeba odpowiadać objętością książki, co? ;p”

    Mialem sie juz pohamowac, ale pomyslalem sobie, ze skoro juz latasz ciagle po tych Argentynach, bedziesz mogl odpowiedziec zwiezle i konkretnie:)

    A pytam, bo zostalem pare razy zaczepiony (w necie) przez Argentynczykow/Urugwajczykow proponujacych mi…imigracje, bo ich kraj potrzebuje wiecej imigrantow z Europy, a nie tych “Boliwanczykow co to tylka tworza getta i w ogole nie maja z nimi nic wspolnego”) O, taki piekny przyklad zreszta wlasnie odszukalem, dochodzi jeszcze argument, ze Polacy sa spoko, bo wymawiaja ladnie “R”:D : http://www.polishforums.com/polonia-other-32/polonia-uruguay-1524/

    W sumie w Polsce generalnie nie odroznia sie Urugwaju od Paragwaju i powstaje takie wrazenie, ze nie maja oni zupelnie problemow z imigracja w stylu Europy Zachodniej (“klada sie plackiem na jezdni z chustami na glowach”) czy Ameryki Polnocnej, (“chca nas zmusic do mowienia po hiszpansku i nie idzie sie z nimi dogadac”) takze chcialem sie przekonac, czy to ma w ogole cokolwiek wspolnego z rzeczywistoscia.

  5. 03/10/2011 at 09:33

    Taaa, Urugwaj, czy Paragwaj – nikt nie jest w stanie odróżnić, to prawda.🙂

    Z pracą to jest właśnie ciekawa sprawa. Bo Argentyna ma specyficzną sytuację. Gospodarka niby się rozwija i w ogóle notuje świetne wyniki, ale większość niezależnych analityków uznaje, że to domek z kart, który się posypie. Na przykład, tajemnicą poliszynela jest, że oficjalny rządowy ośrodek fałszuje dane dotyczące inflacji – w rzeczywistości jest kilkakrotnie większa, niż podają.

    Mimo to, chwilowo jest nieźle. I Argentyna potrzebuje siły roboczej. Która przecież napływa. Sęk w tym, że właśnie z Boliwii, Peru, Paragwaju. A oni by woleli z Włoch i Hiszpanii.

    A tymczasem w Urugwaju bezrobocie jest poniżej 5 proc. i wszyscy chętni są potrzebni. Najbardziej inżynierowie i informatycy. Więc jak masz wykształcenie w tym kierunku, to polecam: Montevideo mega spoko. I w razie nudy – blisko do Buenos.🙂

  6. bob
    15/09/2012 at 14:55

    Artykuł pojemny. Nie wiem tylko po co ta wstawka na końcu:” no, ale polskiego czytelnika to nie interesuje.” To zdanie jest żałosne i świadczy o słabym przekonaniu misyjności artykułu. Jak tak myślisz, to po co piszesz (lub tłumaczysz) artykuł? Ja przeczytałem z zainteresowaniem. Tylko to zdanie na końcu… takie niedojrzałe… polskie. Takie zdania nie wpywają na sumienie ludzi. Musisz zakładać,że właśnie interesuje. W cco wierzysz to masz. Drugi twój artykuł przeczytam, ale jak go tak samo skończysz, to wierz mi, zajmij się czymś innym niż pisanie.

  1. No trackbacks yet.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: