Archive

Archive for October, 2011

Surfer tonie

Protestujący potrzebowali dwóch miesięcy, żeby dotrzeć do stolicy. Prezydentowi, wyrzucenie do kosza projektu, który tak ich zdenerwował, zajęło tylko dwa dni. Evo Morales po raz kolejny w tym roku, musiał pod presją ulicy wycofać się rakiem z własnych planów. Najpopularniejszemu do tej pory przywódcy Boliwii, ziemia zaczyna się trząść pod nogami.

Protest TIPNISPrezydentowi Boliwii strach zaczyna zaglądać w oczy nie tylko w snach (Fot. Dział Zagraniczny)

TIPNIS, czyli El Territorio Indígena y Parque Nacional Isiboro-Secure, leży niecałe 600 km na wschód od La Paz. Ale marsz trwał tyle czasu, bo do rezerwatu nie prowadzi żadna porządna droga. I to właśnie o jej zbudowanie poszło.

Park narodowy zajmuje nieco ponad milion hektarów prawdziwego ekologicznego raju, ale od lat się kurczy. Od trzech dekad, napływowi rolnicy stopniowo przekształcają jego południową część w ziemie uprawne. Szacuje się, że już dziesiąta część miejscowych lasów tropikalnych została zamieniona na plantacje. Kolonizację prowadzą Indianie Ajmara i Keczua, którzy co prawda są dominującymi grupami w Boliwii, ale akurat w TIPNIS nigdy nie było ich za wielu – rdzenną ludnością tych terenów są plemiona Yuracaré i Yuki. Dlatego, kiedy w czerwcu prezydent Evo Morales ogłosił, że udało mu się załatwić w Brazylii pożyczkę na kilkaset milionów dolarów i może wreszcie ruszyć budowa planowanej od wielu lat autostrady, mieszkańcy rezerwatu wpadli w panikę. Droga przebiegałaby bowiem przez sam środek ich terytorium. Yuracaré i Yuki przestraszyli się, że teraz już nic nie powstrzyma obcych przed zalaniem ich – do tej pory trudno dostępnych – okolic i całkowitym ich skolonizowaniem. Więc w sierpniu, kto zdrów, zrobił transparent i ruszył na stolicę.

TIPNIS marszPielgrzymko do Częstochowy, przyjmij, że hardkor zaczyna się dopiero powyżej 3000 m n.p.m. (Fot. Dział Zagraniczny)

Marsz może nie nabrałby takiego rozpędu – w końcu Ajmara i Keczua, którzy najbardziej skorzystaliby na autostradzie, to żelazny elektorat Moralesa – ale mniej więcej w połowie, drogę zastąpiła mu policja. W ruch poszły pały, a w powietrzu unosiło się tyle gazu łzawiącego, że przy dobrych wiatrach płakać powinni nawet mieszkańcy Rio de Janeiro. Służby porządkowe zrobiły po prostu to, co wychodzi im najlepiej – spuściły wszystkim straszliwy łomot. I dały się sfilmować stacjom telewizyjnym.

Gdy pierwsze migawki pojawiły się na ekranach telewizorów, w kraju zawrzało. W geście protestu, do dymisji podała się Cecilia Chacon, Minister Obrony, a chwilę później robotę stracił jej kolega, odpowiedzialny za nadzorowanie policji Minister Spraw Wewnętrznych, Sacha Llorenti. Do mieszkańców TIPNIS szybko przyłączyły się inne grupy, żądające między innymi zaprzestania wydobycia gazu i rupy w Parku Narodowym Aguarague.

Gdy w środę marsz dotarł do La Paz, na ulicach witały go tysiące mieszkańców stolicy. Indianie z rezerwatu zostali przyjęci jak bohaterowie, a Evo Morales nie miał innego wyjścia, jak tylko ogłosić w piątek, że projekt autostrady trafia do kosza.

– To jest rządzenie, poprzez podporządkowywanie się ludowi – powiedział prezydent dziennikarzom.

I trudno się nie oprzeć wrażeniu, że ostatnio to właśnie prezydent jest rządzony, a nie rządzi.

TIPNIS fanfaryWarszawo, ucz się imprezować (Fot. Dział Zagraniczny)

W grudniu Dział Zagraniczny informował, że w Boliwii trwa gasolinazo – tuż po Bożym Narodzeniu, ceny benzyny skoczyły do góry o kilkadziesiąt procent. Paliwo jest w andyjskim kraju wyjątkowo tanie, bo dotowane przez rząd. Ale to też świetny okazja dla przemytników, którzy kupują tanio po tej stronie granicy, a później sprzedają drogo (i nielegalnie) po drugiej. Władze postanowiły z tym skończyć i dopłaty cofnęły, ale wybuchły tak gwałtowne protesty, że już po kilku dniach trzeba było odwołać zmiany.

W lutym, Morales musiał się pośpiesznie ewakuować z górniczego miasta Oruro, gdzie miejscowi najpierw głośno go wybuczeli, a następnie zaczęli demonstrować. Przy pomocy dynamitu (jak już kozaczyć, to na całego!).

W czerwcu rząd chciał dobrze, bo postanowił pomóc biedakom z prowincji w zalegalizowaniu ich samochodów (które często nie tylko nie mają papierów, ale nawet tablic rejestracyjnych). A wyszło jak zawsze. Zraził do siebie związki transportowców i popsuł stosunki z sąsiadami, kiedy wyszło na jaw, jak wiele aut zostało skradzionych na ulicach Chile, Argentyny, czy Brazylii.

No i wreszcie, dwa tygodnie temu Boliwijczycy wybierali w wyborach powszechnych swoich sędziów (taki dziwny system tam obowiązuje). Po przeliczeniu wyników, okazało się, że aż 60 proc. oddanych głosów było nieważnych. I wygląd kart do głosowania nie pozostawiał żadnych wątpliwości, że nie stało się tak przez pomyłkę:

Żółta kartkaTrudno o wyraźniejsze pokazanie żółtej kartki (Fot. Dział Zagraniczny)

Nie wiadomo, czy Evo Morales boi się wody, ale na pewno musi się teraz budzić zlany potem, bo śnią mu się koszmary, że tonie. A dopiero co, surfował na wielkiej fali.

To pierwszy w historii Boliwii przywódca, wywodzący się z zamieszkującej ją indiańskiej większości. Aż do objęcia przez niego fotela prezydenckiego, krajem rządziły białe elity, często mające więcej wspólnego z obcymi państwami, niż własną ojczyzną. Ba! Gonzalo Sánchez de Lozada, głowa państwa w latach 1993-1997 i 2002-2003, mówił lepiej po angielsku niż hiszpańsku (a w tym ostatnim nie potrafił się wyzbyć silnego amerykańskiego akcentu). Jakiekolwiek próby zmian były tłamszone, a protesty niezadowolonych topiono we krwi.

Aż w 2000 r., w Cochabambie doszło do słynnej “wojny o wodę”, o której opowiada między innymi świetny film “También la lluvia” (“Nawet deszcz”), który możemy właśnie oglądać też w polskich kinach:

Gdy po namowach amerykańskiej firmy Bechtel, władze podniosły ceny wody o 200 proc., miarka się przebrała. Na ulicach doszło do prawdziwej wojny, a siła protestów była tak duża, że dawała impuls do kolejnych na następne lata. Ludowe rewolucje obalały kolejnych prezydentów, aż w 2005 r. wyniosły do władzy przywódcę ruchu cocaleros – rolników, zajmujących się uprawą koki – Evo Moralesa.

Indianin nie tylko renegocjował krzywdzące dla Boliwii umowy z koncernami międzynarodowymi, ale także zaczął wspierać najbiedniejszych pieniędzmi z programów socjalnych, wzorowanych na brazylijskim sukcesie Bolsa Familia, ułatwił dostęp do edukacji, zaczął promować prawa kobiet.

Kadencja okazała się pełnym sukcesem. W kolejnych wyborach w 2009 r., Morales zgarnął aż 64 proc. głosów. Wygrał nawet w regionach, które do tej pory były wobec niego silnie opozycyjne. Stał się najpopularniejszym przywódcą w historii kraju.

ŚwiętowaniePo raz pierwszy od przyjazdu Hiszpanów, w Boliwii Indianie rządzą Indianami (Fot. Dział Zagraniczny)

Teraz jednak płaci za to cenę. Boliwia jest niesłychanie bogata w minerały, ale nie jest w stanie ich sama wydobywać – brak jej sprzętu i kadr. Tymczasem zachodnie koncerny, wściekłe za odebranie im przywilejów (np. aż do objęcia rządów przez Moralesa, nie płaciły żadnych podatków od swojej działalności), postanowiły przykręcić śrubę. Wydobywają tylko minimum tego, co by mogły i nie chcą inwestować w następne projekty. Więc rząd nie ma na czym zarabiać.

Morales musi szukać pieniędzy gdzie indziej. Stąd gasolinazo, stąd różne inne próby – np. autostrada, która byłaby wielce pomocna dla handlu wewnątrz samej Boliwii.

Ale najwyraźniej czar prysł. Kilka lat wcześniej, to Morales obalał kolejnych rządzących. Dziś, niewykluczone że i jego samego spotka ten los.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Advertisements

To mój rap, to moja rzeczywistość

W sobotę na marszu Oburzonych w Warszawie było jak zawsze – więcej policji i mediów, niż samych manifestantów. Część publicystów zastanawia się więc: dlaczego zagranicą młodzi tłumnie ściągają na takie protesty, a w Polsce nie? Tymczasem Dział Zagraniczny nie ma wątpliwości, że na manifestacji byłyby tłumy, gdyby wezwały na nie prawdziwe autorytety tego pokolenia, a nie Jacek Żakowski, czy Jaś Kapela. Jeden filmik na jutubie nagrany przez Ostrego, Sokoła, albo Peję i młodzież sparaliżowałaby Warszawę. Jak wcześniej Dakar.

“Mam dość tego skorumpowanego systemu, mam dość nie robienia niczego poza piciem herbaty, nie widzę nawet końca tego szaleństwa, musimy działać!” – to te rymy i ten bit nadają rytm ulicznej rewolucji w Senegalu. Rewolucji, która wystartowała dopiero, gdy wzięli się za nią hiphopowcy.

– Tego już za wiele – powiedzieli sobie Omar Toure (bardziej znany jako Thiat) i Mbessane Seck (ksywa Kilifeu), raperzy z Keur Gui, jednego z najpopularniejszych zespołów w kraju. Przerwy w dostawie prądu to w Senegalu nic nowego, ale tego styczniowego dnia musiało minąć ponad 20 godzin, zanim lodówki i radia zaczęły znowu działać. Muzykom działało to na nerwy prawie tak mocno, jak to, że za rok wybory ukradnie starzec, który jest za tę sytuację odpowiedzialny.

Abdoulaye Wade oficjalnie przyszedł na świat w roku 1926, choć jego krytycy twierdzą, że w rzeczywistości urodził się kilka lat wcześniej, co ukrywa, żeby nie można mu było zarzucić, że jest za stary na rządzenie krajem. A tym włada niepodzielnie od 11 lat, z każdym rokiem zrażając do siebie coraz więcej rodaków. Monitorująca wolność prasy na świecie organizacja Freedom House zarzuca mu, że prześladuje i wtrąca do więzień krytycznych wobec niego dziennikarzy. Bezrobocie wynosi oficjalnie 48 proc., ale wśród młodych jest nawet wyższe. Pod rządami Wade szerzą się korupcja i zwykłe marnotrawienie pieniędzy. Najgłośniejszy przypadek, to odsłonięty w kwietniu zeszłego roku monumentalny (mierzy prawie 50 metrów) pomnik Afrykańskiego Odrodzenia, którego wzniesienie kosztowało aż 27 mln dolarów. W dodatku prezydent ogłosił, że należy mu się 1/3 wszystkich pieniędzy, jakie zostawią odwiedzający budowlę turyści, bo przecież “ma do niego prawa autorskie”. W oczy kłuje też nepotyzm, szczególnie to, z jakim zapałem głowa państwa promuje swojego syna na następcę, wciskając na różne rządowe stanowiska (i równocześnie chroniąc przed przesłuchaniami w komisjach parlamentarnych), czy starty jego córki w rajdach Paryż-Dakar.

Zanim przejął władzę, Wade pięciokrotnie przegrywał wybory i kisił się w opozycji w sumie 30 lat. Więc nie zamierza teraz łatwo rezygnować z fotela prezydenckiego. Nie tylko będzie się w lutym ubiegał o trzecią kadencję, ale zaczął w dodatku forsować w parlamencie ustawę, dzięki której do zwycięstwa w pierwszej turze potrzebowałby tylko 25 proc. głosów (a nie standardowych 50.). Wtedy wśród hiphopowców zagrzmiało.

ThiatW Senegalu, każdy szanujący się rewolucjonista nosi zegarek na bicu (Fot. AfricanHipHop.com)

Tamtej styczniowej nocy, Thiat i Kilifeu zawiązali organizację Y’en a Marre – “Dość tego”. W marcu skrzyknęli fanów przez internet i urządzili wielką manifestację na jednym z głównych placów stolicy. Przyszło tylu protestujących, że policja – normalnie sięgająca po gaz łzawiący chętniej niż Tomasz Lis po grzebień – mogła się tylko bezradnie przyglądać. Raperzy nie dali ciśnieniu opaść. Już w kwietniu ruszyli z kampanią “Daas Fanaanal” (co w dominującym w Senegalu języku wolof oznacza “Samoobronę”): namawiają młodzież, żeby olała główne partie polityczne i pokazała swój sprzeciw.

– Nie jesteśmy ani po stronie rządu, ani opozycji, tylko po stronie ludzi – przekonywał w jednym z wywiadów Thiat.

23 czerwca Y’en a Marre urządziło taki Dzień Gniewu, że parlament w panice uwalił projekt ustawy o 25 proc. głosów potrzebnych do wygrania pierwszej tury.

Rząd robi co może, żeby zaszkodzić hiphopowym buntownikom. Policja robi naloty na lokale, gdzie mają koncertować i zastrasza właścicieli sal, w których chcą organizować spotkania organizacyjne. Raperom konfiskowano sprzęt nagłaśniający nawet na manifestacjach, na które mieli wcześniej pozwolenie. W lipcu, po jednej z demonstracji, Thiat został aresztowany. Młodzi Senegalczycy pikietowali pod więzieniem w Dakarze kilkadziesiąt godzin, dopóki władze nie zgodziły się go wypuścić.

Thiat i Kilifeu nie są sami. Wspierają ich także inni, uwielbiani przez młodzież raperzy, chociażby Fou Malad czy Matador. Swoją aprobatę wyrazili też muzycy, którzy już wcześniej głośno mówili o niezadowoleniu – koncertujący na całym świecie (i szczególnie popularny we Francji) wokalista reggae Tiken Jah Fakoly, oraz Didier Awadi:

Senegalscy raperzy mają powody do zadowolenia. Ich ruch nie tylko staje się coraz silniejszy, ale w dodatku sygnały, że idą dobrą drogą, płyną z północy, gdzie inni hiphopowcy odnieśli podobny sukces podczas Arabskiej Wiosny.

Jeszcze w styczniu, tunezyjski raper El Général trafił do więzienia za nagranie tej piosenki:

Dziś nie przestaje koncertować, niesiony popularnością, jaką przyniosło mu otwarte mówienie tego, o czym bali się mówić inni. Hip hop, do tej pory ograniczony właściwie do Maroka, dosłownie eksplodował w krajach arabskich. Libijski internet zalały dziesiątki amatorskich nagrań, w Syrii młodzież zasłuchuje się w nagranych przez mieszkającego w USA Omara Offenduma, egipskie stacje radiowe puszczają Deeba, który wcześniej nie miał szans na przebicie się do mainstreamu:

To oczywiście nie hip hop doprowadził do rewolucji w Afryce Północnej. Ale to właśnie tych ludzi słucha młodzież i to oni pokazują jej, którą iść drogą. W Senegalu na wybory trzeba się rejestrować. W najniższych grupach wiekowych, odsetek robiących to wyborców nie przekraczał dotąd 10 proc. Po kampanii, jaką rozkręcili Thiat i koledzy, w sierpniu nastolatki tworzyły długie kolejki do komisji rejestracyjnych i niewykluczone, że w lutym to właśnie oni zdecydują o przyszłości swojego kraju.

Dlatego krótkie memo dla organizatorów marszu w Warszawie. Dla sąsiadów Działu Zagranicznego z Pragi, idolem nie jest Adam Michnik, tylko Peja. Więc na przyszłość, jak się organizuje biede, to warto zadbać o poparcie tego, który ich reprezentuje.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

PS W ogóle, to jeśli idzie o senegalską scenę rapową, Dział Zagraniczny poleca jeszcze ekipę Daara J (która niektórym w Polsce powinna być już znana, bo tu koncertowała):

Wołomin grał w innej lidze

Wielkie katastrofy to medale o dwóch stronach. Z jednej jest tragedia tych, którzy tracą w nich rodziny, albo dobytek całego życia. A z drugiej radość tych, którzy będą odbudowywać zniszczone przez nie tereny. Bo wygranie przetargu na takie działania, oznacza z reguły umowy opiewające na dziesiątki milionów. Nie inaczej jest w Japonii. Gdzie, jak się okazuje, wszystkie zlecenia zgarniają organizacje, których szefowie są wydziarani od stóp do głów. I czasem brakuje im kilku palców.

Yakuza bez palcaJeżeli zdrowy na umyśle typ sam odcina sobie palce, to wyraźny sygnał, żeby nie śmiać się z jego koszuli (Fot. Reuters)

Jak donoszą media, Yakuza dosłownie zmonopolizowała odbudowę zniszczonych w marcowym trzęsieniu ziemi terenów. Publiczne zlecenia płyną do nich szerokim strumieniem, a gangsterzy zajmują się wszystkim, od oczyszczania resztek kanalizacji, przez wywóz ton gruzu, aż po budowę nowych domów, szkół, szpitali i innych budynków użyteczności publicznej. Ba! Sprzątają nawet materiały radioaktywne z okolic Fukushimy.

Dlaczego władze przymykają na to oko i pozwalają się bogacić przestępcom? Może dlatego, że kiedy doszło do katastrofy, gangsterzy byli już na miejscu i działali, zanim Naoto Kan zdążył powiedzieć: “Kurde, czuję dymisję”.

Już kilka godzin po pierwszych wstrząsach, do prefektur Fukushima i Ibaraki zaczęły zjeżdżać nieoznakowane ciężarówki z tablicami rejestracyjnymi z Kobe i Tokio. Mężczyźni ubrani w długie, szczelnie zakrywające ciało koszule, zaczęli z nich wyładowywać prowiant, wodę, koce, namioty, latarki, ładowarki do telefonów. Montowali nawet przenośne toalety. Chociaż nie chcieli rozmawiać z mediami i zachowywali się wyjątkowo dyskretnie, szybko wyszło na jaw, że to członkowie Sumiyoshi-kai i Inagawa-kai, odpowiednio drugiej i trzeciej najpotężniejszej gałęzi Yakuzy.

Zdaniem Jake’a Adelsteina, który przez lata pracował w Japonii jako dziennikarz śledczy, przez co poznał tamtejszy świat przestępczości zorganizowanej lepiej od jakiegokolwiek innego obcokrajowca (już po wyjeździe z kraju napisał książkę o tych doświadczeniach – “Tokyo Vice: An American Reporter on the Police Beat in Japan”), tylko w ciągu pierwszych krytycznych momentów po katastrofie, Yakuza wpompowała w dotknięte nią tereny ponad pół miliona dolarów. Wysłała nawet na miejsce swoje “patrole”, które miały dopilnować, by nie dochodziło do szabru.

Nie jest to zresztą pierwszy przypadek, kiedy japońscy przestępcy okazują się skuteczności w działce pomocy humanitarnej, niż miejscowy rząd. Gdy w 1995 r. straszliwe – do dziś zresztą wyjątkowo traumatyczne dla Japończyków – trzęsienie zniszczyło Kobe, pracownicy rządowi okazali się ślamazarni i mało efektywni. Na szczęście, dużo wcześniej przed nimi, na miejscu pojawiała się Yakuza, która skutecznie niosła pierwszą pomoc tym, którzy przeżyli.

Yakuza kąpielHigiena osobista to podstawa prawdziwej gangsterki (Fot. Gideon Mendel/Corbis)

Gdyby ktoś chciał podziękować gangsterom za ich pomoc, to nie będzie miał z tym większych problemów. Yakuza to jedna z najdziwniejszych grup przestępczości zorganizowanej na świecie. Chociaż żyje z nielegalnej działalności, to wiadomo o niej więcej, niż o Thomasie Pynchonie. Dzieli się na kilkanaście dużych grup, a ich nazwy, strefy wpływów i symbole są powszechnie znane. Ba! Mają własne budynki, na których widnieją ich herby, więc trudno się pomylić. Można do nich zadzwonić, można wysłać faks. Samych bandytów, których jest w kraju od 80 do 100 tys., też trudno pomylić z kimkolwiek innym. Ich słynne dziary to małe dzieła sztuki, ale w łaźniach błyskawicznie zdradzają tożsamość ich nosicieli.

Chociaż w 1992 r. wprowadzono restrykcyjne, “antygangowe” prawo, to jego skutki są niewielkie. Przestępcy są widoczni w przestrzeni publicznej, pokazują się na świętach publicznych, twarze ich szefów są powszechnie znane. Chcecie wiedzieć, jak wygląda przywódca Yamaguchi-gumi, najpotężniejszej odnogi Yakuzy? Proszę bardzo:

TsukasaCzłowiek, przy którym Pershing to żart (Fot. Getty)

A tu in motion, wypuszczony z więzienia po odsiedzeniu wyroku:

Chociaż wydawać by się mogło, że wiemy o niej wszystko, co się da, to jednak sama Yakuza o swojej działalności dobroczynnej wypowiadać się nie chce i zaskakująco milczy o powodach niesienia pomocy.

Manabu Miyazaki, japoński pisarz, który bardzo obszernie opisuje w swoich książkach przestępczy półświatek (i ma ku temu naprawdę mocne podstawy: jego ojciec był jednym z przywódców Yakuzy w Kioto), twierdzi, że ta dobroczynność jest absolutnie szczera i spontaniczna. Gangsterzy, rekrutujący się często z najbardziej pogardzanych grup społecznych (np. z kasty burakumin, skupiającej ludzi z zawodów tradycjnie kojarzonych ze śmiercią, takich jak rzeźnicy, grabarze itp.), po prostu wiedzą, co to znaczy być zdanym tylko na siebie i zdaniem Miyazakiego, chcą ulżyć w cierpieniach pokrzywdzonych przez los. Wydawać by się to mogło ckliwym pierdzeniem faceta, który jest bezpośrednio powiązany z tymi, o których się wypowiada, ale co ciekawe, takie samo zdanie mają także ci, którym z wytatuowanymi przestępcami jest zupełnie nie po drodze. Atsushi Mizoguchi, inny pisarz specjalizujący się w tematyce Yakuzy, który jest wobec niej tak krytyczny, że przeżył już dwa zamachy na siebie, także twierdzi, że to nie żaden PR, tylko dobra wola.

Piar, poczucie solidarności, czy miękkie serce, nieważne. Jak widać, miesiące po katastrofie, Yakuza potrafi jeszcze dodatkowo zarobić na swojej dobroczynności. Być może jednak w tym konkretnym wypadku, zwyczajnie jej się to należy. Jeżeli twoja organizacja jest sprawniejsza, niż ta państwowa i skutecznie ratuje ludziom życie, to mały bonus ci się chyba należy.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

PS Dział Zagraniczny uważa też, że jak już się coś w życiu robi, to trzeba to robić z klasą. Bo potem to o tobie będą robić git filmy oglądane na całym świecie, a Wołomin pokaże najwyżej Ryszard Cebula w “Superwizjerze”:

PS2 Dokumentowaniem codziennego życia Yakuzy, zajmuje się od dawna związany z magazynem “Burn” fotoreporter Anton Kusters. Dział Zagraniczny BARDZO poleca jego stronę internetową!

O czym pamiętać, głosując w niedzielę

W niedzielę wybory. Kraj podzielony na dwa. Sporadyczna przemoc. Szef opozycji wyzywa przeciwników. Brzmi znajomo? Tak, w Kamerunie głosowanie to nie plaża.

Kamerun komisjaObwodowa Komisja Wyborcza na Bojowników Getta 3 w Łodzi (Fot. AFP)

W weekend o przychylność wyborców zmierzy się 23 kandydatów, ale zwycięzca jest już znany. To Paul Biya, który w czym, jak w czym, ale w rządzeniu to ma wprawę – na czele państwa stoi już od 1982 r. Na swojego następcę naznaczył go pierwszy przywódca Kamerunu, Ahmadou Ahidjo. Dość niespodziewanie, bo on sam był muzułmaninem z północy, a Biya to chrześcijanin z południa. I chyba szybko pożałował decyzji, bo już rok później musiał emigrować do Francji, skąd oskarżał byłego protegowanego o dyktatorskie zapędy i paranoję. Po czym zmontował mu nieudany zamach stanu, za co Biya skazał go zresztą zaocznie na karę śmierci, później zamienioną łaskawie na dożywocie. Ahidjo przeniósł się później do Senegalu, gdzie liczył na upadek rywala. Nie doczekał się, zmarł kilka lat później. Ale już pierwsze po zamachu stanu wybory powinny mu były dać do myślenia, że Biya nie ma zamiaru szybko rezygnować – dostał w nich nie mniej, ni więcej, tylko 99,98 proc. głosów.

Prezydent wygrywał potem wszystkie kolejne elekcje, choć już nie wszystkie z tak łukaszenkowatymi wynikami. W 1990 r. zezwolił bowiem nieostrożnie na legalną działalność opozycji i już dwa lata później musiał się zadowolić tylko 40 proc., a następny kandydat deptał mu po piętach, bo zgarnął ich aż 36. Mało tego, w powszechnej opinii Kameruńczyków i obserwatorów międzynarodowych, prawdziwe proporcje były odwrotne i Biya wygrał tylko dzięki fałszerstwom. Więc przy następnej okazji błędu już nie powtórzył i w 1997 r. powtórnie machnął sobie 92 proc., a w 2004 r., już chyba ze skromności – 70 proc.

No i na tym by się ta polityczna “Moda na Sukces” (żona prezydenta, Chantal, jest prawdopodobnie wzorem i ikoną dla wszystkich fryzjerów pracujących przy tej produkcji) skończyła, bo konstytucja z 1996 r. zezwalała tylko na dwie kadencje, ale… Uhm, zgadliście:
– Ograniczanie wyboru narodu jest niedemokratyczne – ogłosił w sylwestra 2008 Biya. Impreza musiała być przednia: kilka miesięcy później parlament nie tylko zniósł limit kadencji (no bo w końcu i tak miał ich tyle, że co mu szkodzi jeszcze kilka), a w razie gdyby jednak mu się znudziło, to w bonusie dorzucił immunitet karny na czas emerytury.

Biyowie i ich włosyPaul Biya i jego żona Chantal, której fryzura jest zarazem największą budowlą w kraju (Fot. AFP)

– To robactwo – powiedział o rywalach John Fru Ndi, ten sam, który w pamiętnych wyborach w 1992 r. omal nie pokonał prezydenta. Ale tym razem nie miał na myśli głowy państwa, tylko pozostałych opozycjonistów. Liczba kandydatów w tym roku jest rekordowa, a ponieważ wybory są tylko jednorundowe, to Fru Ndi twierdzi, że wszyscy inni działają tak naprawdę z polecenia prezydenta i mają osłabić szansę na zmianę, rozpraszając głosy niezadowolonych. A tych jest ostatnio coraz więcej.

W zamieszkach, jakie wybuchły po ostatniej zmianie konstytucji, zginęło ponad 40 osób. To świeża rana, którą pamięta zbyt wielu. W dodatku chwilę potem, do Kamerunu dotarł światowy kryzys. Oficjalnie bezrobocie wynosi 30 proc., ale to dane sprzed prawie dekady i opozycja przekonuje, że w rzeczywistości bez pracy jest znacznie więcej osób, a ciągle przybywa nowych. Coraz częściej słychać głosy niezadowolenia i zarzucanie prezydentowi, że otacza się kliką, która dorabia się kosztem państwowego budżetu. W marcu władze musiały ekspresowo blokować w kraju dostęp do Twittera, bo mieszkańcy stolicy zwoływali się za jego pomocą na marsze protestacyjne. International Crisis Group ostrzega, że napięcie w Kamerunie rośnie i sytuacja może w końcu wybuchnąć.

Najlepszym dowodem są wydarzenia z ostatniego czwartku. Pięciu umundurowanych mężczyzn zablokowało jeden z ważniejszych mostów w kraju, wywiesiło plakaty z hasłami typu “Biya Dyktator” i zaczęło strzelać. Na miejscu szybko pojawił się oddział żołnierzy, który po krótkotrwałej wymianie ognia pojmał przeciwników, ale strzelanina zdążyła trafić do mediów. Piątka ludzi to jeszcze nie zamach stanu, ale ich szokujące działania są dowodem na to, że Kamerun jest coraz bardziej niespokojny.

A do tego wszystkiego, w tle wciąż tli się konflikt pomiędzy dwoma częściami kraju: francuskojęzyczną i tę porozumiewającą się po angielsku. Ta ostatnia od 20 lat coraz głośniej domaga się wprowadzanie federacyjnego charakteru państwa. Biya nigdzie indziej nie jest tak niepopularny, jak właśnie tu. I jego pewne zwycięstwo właśnie tu będzie kontestowane najmocniej.

Także, drogi wyborco, wrzucając w niedzielę kartkę do urny, pamiętaj, że tego samego dnia robi to także ktoś wiele kilometrów na południe. I tam “zdolność koalicyjna” nie jest nawet w połowie taka, jak u nas.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

PS Chantal Biya ma nawet stronę poświęconą tylko i wyłącznie swoim fryzurom: http://chantalbiyahair.tumblr.com/. Warto!

Michael Jackson dla ubogich

– Wolałbym pojechać w trasę po Iraku, niż Gujanie – ogłosił Vybz Kartel. Zdaje się, że decyzja należała jednak właśnie do Gujany, bo dzień wcześniej rzecznik prasowy National Communications Network, państwowego organu zarządzającego wszystkimi mediami publicznymi, oświadczył, że zabroniła ona puszczania przebojów gwiazdy dancehallu.

Władze zachowały się jak obrażone dziecko, bo retorsje wprowadziły za to, że muzyk w ostatniej chwili wystawił je do wiatru (zresztą już drugi raz z rzędu) i nie pojawił się na organizowanym przez nich festiwalu Jam Zone Summer Break. Ale oficjalnie podały, że jego piosenki, w których gloryfikuje przemoc i bandytów, mają zły wpływ na młodzież, a on sam jest dla nich negatywnym wzorcem i sprowadza swoich fanów na złą drogę.

Awanturze z uwagę przyglądają się działacze społeczni i lekarze w ojczyźnie wokalisty, Jamajce. Bo tutaj Kartel też znalazł się w ogniu krytyki za to, jak na fanów działają jego piosenki. I to nie te o strzelaniu do ludzi, tylko te, w których śpiewa co zrobić, żeby podobać się dziewczynom.

KartelVybz Kartel i jego dziary z Białołęki (Fot. Ports Bishop/New York Times)

Przytłaczająca większość z prawie trzech milionów Jamajczyków, to potomkowie niewolników z Afryki. Na wsi, na ulicach miast, boiskach krykietowych, bieżniach, dyskotekach, na scenie: gdzie nie spojrzeć, tam dominuje hebanowy kolor skóry. Ale nie w mediach. Reklamy luksusowych perfum, drogich samochodów, prywatnych szkół wyższych, nawet relacje z imprez charytatywnych nie pozostawiają złudzenia – elita na wyspie ma kolor czekolady mlecznej. I to takiej, w której jest dużo więcej mleka, niż kakao.

Wniosek prosty. Chcesz dwa oczka w górę w społecznej hierarchii? Majkel Dżekson już kiedyś przetarł szlak. A że nie zarabiasz milionów na prawach autorskich do piosenek Beatlesów, to żaden problem – trzaśnij sobie kurację na ubogiego Jacko. Przy użyciu detergentów i rtęci.

Hitem w slumsach Kingston są kremy wybielające. Tamtejsza młodzież, szczególnie dziewczyny, wierzy, że dzięki nim skóra się rozjaśni i nabierze atrakcyjnego blasku. Problem w tym, że maść jest na ogół naładowana absurdalną ilością hydrochinonu, związku chemicznego używanego między innymi do wywoływania filmów fotograficznych. Stosowany przez doświadczonych lekarzy, może być pomocny w zwalczaniu niektórych schorzeń skórnych. Jednak jego nadmierne ilości prowadzą do ochronozy, mającej dokładnie odwrotny skutek od tego, co chcą osiągnąć ubodzy Jamajczycy – polimery kwasu homogentyzonowego zaczynają się odkładać w tkankach, z czasem zabarwiając skórę na czarno.

OchronozaPani demonstruje, dlaczego nie powinno się używać kosmetyków z przymiotnikami “Mega”, “Ultra” i “Mutant” na etykietach

Powtarzające się przypadki oszpeceń sprawiły, że Unia Europejska (a także wiele innych państw, np. Japonia i Australia) zabroniła na swoim terenie sprzedaży kosmetyków zawierających hydrochinon. Jamajka jak do tej pory nie zdecydowała się na taki krok, więc nasączone nim kremy płyną na wyspę szerokim strumieniem. Co gorsza, na ogół są to fatalnej jakości podróbki z Afryki Zachodniej.

Być może władze nie zajmują się maściami wybielającymi, bo muszą się zmagać z jeszcze poważniejszym syfem. Wieść gminna w slumsach niesie, że nie trzeba wcale wydawać kasy na drogie kosmetyki, a całą sprawę da się załatwić domowymi sposobami. Najpopularniejsze to kuracja przy użyciu “cake soap” – silnego detergentu sprzedawanego w postaci mydła, którego na wsi używa się do wybielania plam na białych koszulach i bieliźnie. Inny chałupniczy krem zawiera między innymi duże ilości pasty do zębów, oraz curry. Ale ponieważ zamiast rozjaśniać, w istocie zabarwia skórę na żółto (no coś takiego!), wielu naiwnych decyduje się na użycie absolutnie nielegalnych maści, które zrobione są między innymi z rtęci. Ta blokuje co prawda produkcję melaniny, ale jest też niesamowicie toksyczna. Młodzież chce sobie rozjaśnić skórę, a kończy ze śmiertelnymi nowotworami.

W ciągu ostatnich kilku lat, przypadki wybielania skóry rozmnożyły się tak bardzo, że alarm podniósł Związek Dermatologów Jamajki. Wspólnie z Ministerstwem Zdrowia przeprowadzili w 2007 r. wielką akcję społeczną, która miała obnażyć tragiczne efekty uboczne takich kuracji. Od tamtej pory nadano już setki audycji radiowych i telewizyjnych, rozwieszano plakaty i billboardy, przeprowadzono pogadanki chyba we wszystkich szkołach na wyspie. Ale, jak ze smutkiem przyznają lekarze, skutek jest mizerny. Nastolatki nie bardzo chcą słuchać porad lekarzy. Za to chłoną słowa swoich idoli, wokalistów. W tym Kartela, który bez żenady opowiada o tym, jakie to wybielanie skóry jest super.

Vybz przed i poPrzyszła gwiazda irackiej sceny przed wybielaniem i po

– To jak opalanie się przez białych – przekonuje w wywiadach. I dodaje, że przecież laski na to lecą. O czym zresztą śpiewa w jednym ze swoich hitów, “Look pon we” (“Di girl dem love off mi brown cute face/Di girl dem love off mi bleach out face”):

Groteskowo robi się już w momencie, kiedy Kartel głosi, że jaśniejsza skóra jest bardziej spoko, bo… lepiej widać na niej tatuaże. Ale prawdziwy skandal wywołał, kiedy został zaproszony jako jeden z panelistów na zorganizowaną przez University of West Indies dyskusję o pigmentacji skóry. Uzbrojony w prezentację PowerPointa, przekonywał do swojego zdania, powołując się między innymi na cytat ze słynnej mowy Hajle Selassiego, wygłoszonej przez cesarza Etiopii przed Zgromadzeniem Ogólnym ONZ w 1963 r., a później rozsławionej w piosence “War” Wailersów. Przytoczmy w oryginale: “Until the color of a man’s skin is of no more significance than the colour of his eye”.

Jedno z najważniejszych antyrasistowskich przemówień XX w. jako motywacja dla wybielania skóry? Touché, panie Kartel. Trzeba mieć łeb, żeby na to wpaść.

Nie wszyscy muzycy podzielają entuzjazm kolegi. Bounty Killer, dawny mentor Kartela i największa gwiazda rodzimego dancehallu, otwarcie krytykuje jego postawę.
– Jak możesz być wzorem dla czarnych, kiedy wybielasz swoją skórę? – mówił w jednym z wywiadów.
Inni nagrywają piosenki, w których wyśmiewają ten pęd do zmiany pigmentu. Lokalnym hitem na nowo stał się przebój sprzed prawie dwóch dekad – “Dem a Bleach” Nardo Ranksa:

Tymczasem, w tydzień po rozpętaniu awantury, Gujana jednak wycofała zakaz grania jego piosenek. Być może władze liczą, że niezwykle u nich popularny wokalista w końcu pojawi się na którejś z organizowanych przez nie imprez. Do trzech razy sztuka. Sam Vybz już przyznał, że z chęcią by u sąsiadów zagrał. Niewątpliwie kłując w oczy swoją bladością.

Jakie czasy, taki Michael Jackson.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.