Archive

Archive for November, 2011

Herbatka dla Mao

W weekend w Indiach staną pociągi, a szkoły zamkną drzwi przed uczniami. Tak przynajmniej zapowiadają tamtejsi maoiści, którzy chcą się w ten sposób zemścić za to, że w zeszłym tygodniu siły rządowe podstępnie zabiły jednego z ich przywódców. To, że zaledwie kilkanaście dni wcześniej sami zamordowali popularną zakonnicę, a jeszcze wcześniej lokalnego działacza partyjnego i jego syna, jakoś komunistów nie oburza.

MaoiściZgodnie z naukami Mao, partyzanci wolą się czołgać niż jechać kapitalistycznym pociągiem (Fot. AFP)

Kiedy gdzieś pojawia się tekst “największa komunistyczna partyzantka świata”, to w 9 na 10 przypadków autorowi chodzi o Rewolucyjne Siły Zbrojne Kolumbii. “FARC kontroluje większy teren niż jakiekolwiek inne wojska powstańcze”, “FARC ma pod bronią tysiące bojowników, jest najliczniejszą armią rebeliantów na świecie”, “FARC prowadzi najdłuższą wojnę partyzancką współczesnych czasów”, “FARC blablabla” – banał zwykle goni banał, a jak się bliżej przyjrzeć, to szybko okazuje się, że to nieprawda, a komuniści z Kolumbii to przy tych z Indii zaledwie pikuś. Maoiści wywołali powstanie w Bengalu Zachodnim zaledwie kilka lat po tym, jak za broń chwycili ich latynoscy koledzy. Podczas gdy FARC ma dziś w swoich szeregach zaledwie 8 tys. partyzantów i kontroluje nieco mniej niż połowę terytorium Kolumbii, Komunistyczna Partia Indii działa zaś w co trzecim okręgu administracyjnym, a pod bronią służy jej ponad 20 tys. gotowych na wszystko bojowników.

Dziś trudno w to uwierzyć, ale wszystko zaczęło się w wiosce Naxalbari (stąd na maoistów mówi się wymiennie: naksalici) w tych samych okolicach, skąd wywodzą się słynne herbaty darjeeling.

Pierwsze trzy dekady po II Wojnie Światowej były wyjątkowo gorące w dawnych europejskich koloniach – konflikt uświadomił wielu ich mieszkańcom, że biali nie tylko nie są od nich lepsi, ale że da się ich nawet pokonać. Ale w trakcie uzyskiwania niepodległości przez kolejne kraje, bardziej od świadomości narodowej rozwijała się ta społeczna: większość mieszkańców Azji, Afryki czy Ameryki Łacińskiej (niepodległej od ponad 100 lat, ale de facto pozostającej pod bezpośrednim nadzorem Stanów Zjednoczonych) wciąż żyło w biedzie, analfabetyzmie, a nierzadko w strukturach kastowych czy klanowych, które uniemożliwiały niższym warstwom społecznym jakikolwiek awans w górę. Wielu z nich miało już tego dość i desperacko chłonęło hasła o równości i sprawiedliwości – komunizm był na fali. Również w Indiach.

Po uzyskaniu niepodległości w 1947 r., azjatycki gigant miał na głowie praktycznie same problemy, a jednym z największych była własność ziemi. Obowiązujący system był dosłownie feudalny, a kraj znajdował się w rękach bardzo niewielkiej grupy posiadaczy ziemskich. Rząd w Delhi zainicjował więc reformy rolne, ale te były wprowadzane wolno, z oporami i nie we wszystkich stanach na raz. W Bengalu Zachodnim, bezrolni chłopi czekali na nią dwie dekady. Aż cierpliwość im się skończyła. W lutym 1967 r., w wyborach stanowych na 280 miejsc, komuniści zgarnęli aż 110. Biedota na prowincji uznała, że to najlepszy czas, aby ugrać coś dla siebie. Chcieli, żeby bogaci plantatorzy oddawali im leżące odłogiem i nieuprawiane poletka, ale ci – jak łatwo się domyślić – ani o tym myśleli. Więc w maju, Naxalbari spłynęło krwią.

Bojówki biedaków napadały na domy bogaczy, mordowały ich i przejmowały ich własność. W odwecie, do Naxalbari wysłano policję i wojsko, których uzbrojenie daleko przewyższało potencjał łuków i kilku strzelb pamiętających królową Wiktorię, jakimi posługiwali się chłopi. Opór szybko zduszono, przy okazji mordując także niewinnych cywilów, ale przywódcy wymknęli się obławie i uciekli do Kalkuty, gdzie szybko zdobyli wielkie poparcie wśród studentów. Gdy trzy lata później, komunistyczny rząd Bengalu Zachodniego upadł, maoiści zorganizowali w mieście manifestację, na którą ściągnęło kilkadziesiąt tysięcy młodych ludzi, a powiązane z nimi partyzanckie grupki co i ruszy wywoływały rozruchy na wsi. Wydawało się, że naksalici są siłą, która będzie rozdawać karty, ale wewnątrz ruchu szybko doszło do krwawych podziałów, a Kalkuta zamieniła się w miasto terroru. Zwalczające się frakcje (a także niekomunistyczne bojówki) organizowały morderstwa polityczne, napadały na banki i poczty, dewastowały tramwaje, podpalały szkoły. Policja dostała pozwolenie, żeby do podejrzanych strzelać bez ostrzeżenia, więc padało coraz więcej zabitych i konflikt się zaostrzał. W 1971 r. do akcji wkroczyło nawet wojsko – w ciągu zaledwie trzech miesięcy, do aresztów trafiło kilkanaście tysięcy podejrzanych. Wielu torturowano, niektórzy zginęli za kratkami.

HerbataZ tych wzgórz pochodzi herbata w Twojej filiżance, oraz największa komunistyczna partyzantka świata, o której jednak nie wiadomo, czy pija z mlekiem, czy bez (Fot. Canton Tea Co.)

Do lat 80., naksalici zdążyli się podzielić na kilkadziesiąt niezależnych grup, często zwalczających się nawzajem. Choć rozproszeni, byli niezwykle liczni – szacunki są różne, ale najczęściej panuje zgodność co do tego, że w tamtych latach pod bronią było ponad 30 tys. komunistycznych partyzantów. Maoiści wynieśli się z miast, bo łatwiej im było utrzymać kontrolę nad terenami wiejskimi, gdzie wciąż byli bardzo popularni. Rozprzestrzenili się też na inne stany: z Bengalu Zachodniego przeszli do Biharu, Jharkhandu, Orisy, Andhra Pradesh, a ich bastionem stał się Chhattisgarh. Według najnowszego raportu Institute for Conflict Management, wpływowego indyjskiego think-tanku, w tym roku zaczęli też opanowywać Asam i Arunachal Pradesh, położone między Bhutanem, Birmą i Chinami, skąd mogą łatwo przemycać broń i zaopatrzenie. W 2004 r., najpotężniejsze partyzantki połączyły swoje siły, tworząc Komunistyczną Partię Indii (Maoistowską), a dowódca ich sił zbrojnych – Koteshwar Rao, znany szerzej jako Kishenji – stwierdził w wywiadzie ze stycznia, że naksalici podbiją Indie do 2025 r.

Słowa Rao wielu wprawiły w popłoch, ale on sam tego ewentualnego triumfu już nie zobaczy – od zeszłego tygodnia jest już tylko prochem.

Kishenji został zabity w wymianie ognia w zeszłym tygodniu. Jego zwłoki przewieziono do rodzinnej miejscowości i skremowano zgodnie z tradycją. Partyzanci twierdzą jednak, że wcale nie zginął w walce, tylko został pojmany i zamordowany dopiero następnego dnia. I że to ostateczny dowód, że nawoływania Mamaty Banerjee (pani premier Bengalu Zachodniego, pierwszy niekomunistyczny polityk na tym stanowisku od 1977 r.) do rozmów pokojowych to ściema, a do ogłoszonego w październiku zawieszenia broni nie ma powrotu. Komuniści zapominają jednak, że to właśnie oni zerwali krótkotrwały rozejm, nie dalej jak dwa tygodnie przed śmiercią Rao.

Mamata Banerjee wygrała wybory w maju, właśnie prowadząc kampanię pod hasłem pokojowego zakończenia konfliktu. Na początku października udało jej się namówić maoistów do zawieszenia broni i rozpoczęcia negocjacji z mediatorami. Jednak już miesiąc później, naksalici ogłosili, że przysłani ludzie nie są bezstronni i że sprzyjają rządowi, a cała sprawa to pic na wodę, bo armia prowadzi w tym czasie działania przeciw partyzantom. Więc komuniści stwierdzili, że zawieszenie broni się skończyło, a już kilka dni później zamordowali lokalnego działacza partyjnego wraz z synem, później znaną w Jharkhanddzie zakonnicę (którą oskarżyli o “sprzyjanie interesom korporacji górniczych”), a dla postawienia kropki nad i, wysadzili sobie w powietrze pewien most.

NaksaliciNaksalici odchodzą do lasu, ale nie znikają (Fot. Pulitzer Center on Crisis Reporting)

Rząd faktycznie od jakiegoś czasu dokręca partyzantom śrubę. Najpierw wspierał szkoleniem i środkami Salwa Judum, wiejskie milicje, które miały się stać “przeciwwagą” dla komunistów. Ale Sąd Najwyższy stwierdził w lipcu, że tworzenie takich paramilitarnych bojówek jest niekonstytucyjne, więc władze musiały zarzucić ten projekt, przynajmniej oficjalnie. Od 2009 r. trwa jednak Operacja Zielone Polowanie – największa w historii akcja militarna wymierzona w naksalitów. W działaniach bierze udział prawie 50 tys. policjantów i sił paramilitarnych, rozproszonych po kilku stanach. Partyzanci są spychani coraz głębiej do dżungli, ale odpowiadają bolesnymi atakami, chociażby w kwietniu zeszłego roku, zdołali zabić w zasadzce aż 75 policjantów.

W Indiach powraca więc dyskusja: czy do akcji nie powinna wkroczyć armia? Tutejsze wojsko jest obecnie jednym z najpotężniejszych na świecie. Według raportu Sztokholmskiego Międzynarodowego Instytutu Badań nad Pokojem (SIPRI, najbardziej prestiżowego ośrodka zajmującego się konfliktami zbrojnymi), to właśnie Indie są od kilku lat największym importerem broni. Aż 9 proc. światowej sprzedaży militariów trafiało do tej azjatyckiej potęgi, do 2015 r. na zbrojenia przeznaczy ona 80 miliardów dolarów. Sęk w tym, że puchną siły przeznaczone do walki konwencjonalnej (aż połowa wydatków idzie na marynarkę, w której Indie chcą prześcignąć Chiny), niekoniecznie mające tak świetne zastosowanie w walce partyzanckiej. Do tego, większość komentatorów całkiem słusznie dowodzi, że wysyłanie armii przeciwko – jak by nie było – własnemu społeczeństwu, byłoby straszliwym strzałem w stopę.

Tymczasem, walka trwa. Jak dotąd, zdążyła już pochłonąć ponad 6 tys. ofiar i wszystko wskazuje na to, że nim się skończy, zabierze ze sobą jeszcze wiele następnych.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Advertisements

Messi wygrałby ze złamaną nogą

Wczorajszy dzień przejdzie do historii futbolu. Czy dlatego, że Valencia rozgromiła Genk 7 do 0? A może chodzi o fantastyczny pojedynek Barcy z AC Milanem? Albo chociaż, że Borussia co prawda przegrała z Arsenalem, ale przy jej jedynym golu asystował Lewandowski, a na otarcie polskich łez – w bramce Anglików stał Szczęsny? Nic z tych rzeczy. Dzień jest historyczny, bo pierwszy raz w dziejach, mecz wygrało Samoa Amerykańskie – najgorsza reprezentacja świata.

Amerykańskie Samoa graUmiejętności może na dole tabeli, ale stylóweczka na podium (Fot. Football Federation of American Samoa)

Jest kilka powodów, żeby Samoa Amerykańskie uznać za interesujące. Na przykład, że to de facto protektorat USA (stąd “Amerykańskie”, żeby odróżnić od “prawdziwego” Samoa) i że w związku z tym – to najbardziej na południe wysunięte terytorium Stanów. Albo, że astronauci z kilku różnych misji Apollo, wracając na ziemię w kapsułach, tak celowali, żeby zawsze spaść do oceanu właśnie w okolicach tych wysp. Albo chociaż, że z powodu dominacji USA, popularny jest tu football amerykański, a wielu miejscowych chłopaków próbuje się dostać na kontynent i grać dla tamtejszych drużyn, z niezłym skutkiem: archipelag stał się dla NFL tym, czym Dominikana dla baseballu.

Ale to wszystko nic, przy Epickim Fakcie Numer Jeden: Samoa Amerykańskie jest najgorszą reprezentacją piłkarską na świecie.

W rankingu FIFA zajmują smutne, 204. miejsce. Co prawda, ex aequo z Andorą, Montserratem, San Marino i Samoa (tym prawdziwym), ale wszystkie pozostałe drużyny wygrywały w swojej karierze chociaż raz, nawet jeżeli było to tylko towarzyskie spotkanie z Lichtensteinem, jak w przypadku San Marino. Tymczasem Samoa Amerykańskie, od kiedy miejscowy związek piłki nożnej został przyjęty do FIFA w 1994 r., przegrało absolutnie wszystkie spotkania, jakie przyszło im rozegrać. I chociaż ich liczba nie jest imponująca – zaledwie 30 meczy w 17 lat – to już statystyki jak najbardziej. Reprezentanci archipelagu strzelili bowiem łącznie 12 bramek. A dali sobie napstrykać… 229. Mało tego. Samoa Amerykańskie dumnie dzierży tytuł najwyższej porażki w historii rozgrywek międzynarodowych – w 2001 r. przegrało z Australią 31:0.

Jest taki bardzo znany dowcip. Argentyna ma grać mecz przeciw Polsce. Ale gdy latynosi przyjeżdżają na stadion, w szatni okazuje się, że jest tylko jedna koszulka ich reprezentacji. Każą więc grać Messiemu, a całą reszta idzie pić do baru. W przerwie sprawdzają wynik w telewizji, a tam: “Polska:Argentyna 0:1 (34` Messi)”. No i git, piją dalej. Ale godzinę później znowu włączają wyniki, a tam już: “1:1 (83` Lewandowski)”. No więc wpadają do szatni i pytają, co się stało. A na to Messi: “W drugiej połowie dostałem czerwoną kartkę”.

Gdyby Messi grał przeciw reprezentacji Samoa Amerykańskiego, to mógłby w pierwszej minucie równocześnie dostać kartkę i złamać nogę, a i tak wygrałby przewagą trzech goli.

Tak więc, wczorajszy mecz, to prawdziwy szok. Samoa Amerykańskie… wygrało!

Amerykańskie Samoa swietujeDział Zagraniczny przeczuwa, że mecz z Tonga, będzie dla Samoa Amerykańskiego tym, czym dla Polski Wembley – 40 lat wspominania przy każdym kolejnym spotkaniu (Fot. James Montague/The New York Times)

Chłopcy grali przeciw reprezentacji Tonga i pokonali ją 2:1. Jak na dotychczasowe osiągnięcia, można śmiało zaryzykować, że to prawdziwy pogrom.

Sukces odnieśli najprawdopodobniej za sprawą nowego trenera. Thomas Rongen jest Holendrem, w młodości grał dla Ajaxu, a później szybko zajął się prowadzeniem takich drużyn jak D.C. United, z którymi w 1999 r. zdobył puchar Major League Soccer, albo reprezentacji USA do lat 20. Po meczu, Europejczyk stwierdził, że tajemnica tkwi w motywacji, bo zawodnicy byli tak przygnębieni dotychczasowymi porażkami, że do każdego następnego spotkania wychodzili jak na rzeź. Zresztą, trudno się dziwić: w bramca wciąż stoi Nicky Salapu, ten sam, który wpuścił te 31 goli w meczu z Australią. Na jego miejscu, Dział Zagraniczny leczyłby się latami z traumy, a sam widok toczącej się piłki wywoływałby w nim panikę.

W ogóle, im głębiej poszperać, tym reprezentacja Samoa Amerykańskiego okazuje się bardziej fascynująca. Od czterech spotkań, filarem obrony jest bowiem Johnny Saelua. Który należy do Fa’afafine – tradycyjnej na Samoa “trzeciej płci”. To mężczyźni, którzy czują się jednak kobietami i tak są też od dziecka wychowywani przez swoich rodziców. Choć twierdzenie, że są traktowani jak kobiety, jest też trochę nie na miejscu, bowiem w tradycji polinezyjskiej nie ma rozróżnienia takiego, jak chociażby w kręgu europejskim. Fa’afafine mają przypisane inne role społeczne niż kobiety i mężczyźni, są więc traktowani właśnie jako ta “trzecia płeć”. Nie decyduje też ona o ich preferencjach seksualnych – Fa’afafine mogą odbywać stosunki zarówno między sobą, jak i z mężczyznami, i kobietami. Niektórzy nawet się żenią i zakładają rodziny.

Trudno więc dokładnie przełożyć na język polski status społeczny Johnniego Saeluy, ale chyba najbliższe sensu byłoby słowo “transgenderowy”. No więc, Dział Zagraniczny pyta się: czy w jeszcze jakiejkolwiek innej reprezentacji piłkarskiej na świecie znajdziemy kogoś takiego?

No właśnie. Samoa Amerykańskie: jesteś w futbolowym świecie takim ewenementem, że Dział Zagraniczny zrobi wszystko, żeby zdobyć koszulkę twojej reprezentacji.

A tymczasem, dla wszystkich, którzy chcieliby zobaczyć skróty historycznego meczu, le wideło:

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Goryl ma gorzej niż uchodźca

Dokładnie za tydzień, 28 listopada, w Demokratycznej Republice Konga odbędą się wybory. Można śmiało zaryzykować stwierdzenie, że przełomowe – bo dopiero drugie w ciągu czterech dekad niepodległości. Afrykański gigant, choć teoretycznie powinien być jednym z najbogatszych i najpotężniejszych krajów świata, bardziej przypomina Somalię, choć wciąż nie można go określić jako państwo upadłe. Jeszcze nie skonało, ale już jest umierające. Najbardziej cierpią na tym kobiety, dzieci i… goryle.

GorylątkoMały goryl jest jak małe dziecko i hasło, że “zły dotyk boli całe życie”, jest w jego przypadku równie prawdziwe (Fot. Virunga National Park)

Demokratyczna Republika Konga powinna być synonimem słowa “dużo”. Duży jest sam kraj – 2 mln kilometrów kwadratowych to prawie cała Europa Zachodnia. Dużo jest jego mieszkańców (71 mln), a ci mają dużo grup etnicznych (ponad 200). Ale przede wszystkim, dużo jest tu minerałów: złota, miedzi, cyny, kobaltu, z Konga pochodzi co trzeci diament na szyjach i palcach bogaczy od Nowego Jorku po Tokio, a każdy z Was nosi kawałek tego kraju w kieszeni, albo torebce – 70 proc. światowych zasobów koltanu, niezbędnego do produkcji telefonów komórkowych, spoczywa właśnie pod jego powierzchnią. Przez co, paradoksalnie, najwięcej jest problemów.

Korupcja jest plagą. Żeby założyć własny biznes w sąsiedniej Rwandzie (która w rankingach jest uznawana za najmniej skorumpowany kraj Afryki), potrzeba tylko 3 dni, w Demokratycznej Republice Konga – co najmniej 65, a i tak nie ma pewności, że sprawa zostanie pomyślnie załatwiona. Więc trzeba smarować i to grubo. Śmiertelność noworodków to 111 na 1000 urodzin (średnia światowa to zaledwie 41). ONZ w swoim dorocznym Raporcie o Rozwoju Społecznym, umieszcza Kongo na smutnym, ostatnim miejscu. A jeżeli ktoś z czytelników zastanawiał się kiedykolwiek, który kraj na świecie na najgorsze statystyki w kategorii bezpieczeństwa lotniczego, to już może zacząć się domyślać.

Najgorsza jest jednak niekończąca się przemoc.

W 1885 r., na konferencji berlińskiej, uznano Kongo za prywatną własność belgijskiego króla Leopolda II. Który okazał się być małym psychopatą. Za sprawą jego bestialskich rządów, zginęła połowa wszystkich mieszkańców tych terenów. W 1908 r., pod naciskiem oburzonej działaniami władcy dupka opinii międzynarodowej, Kongo zostało mu odebrane i stało się belgijską kolonią. Choć dola miejscowej ludności była wciąż ciężka, to na szczęście terror zelżał. Jednak, gdy w 1960 r. kraj stał się niepodległy, przemoc powróciła ze zdwojoną siłą. Najpierw wybuchła wojna domowa ze zbuntowaną Katangą, potem z Kasai Południowym, a w zamachu stanu, władzę przechwycił Mobutu Sese Seko: krzyżówka Pinocheta z Karlem Lagerfeldem.

MobutuMemo: jeżeli władzę w Twoim kraju przejmuje typ o takim guście, to następnego dnia proś o azyl w Szwecji (Fot. Reuters)

W 1996 r., Mobutu zrobił najgorszy błąd swojego życia: zaczął masakrować zamieszkujących wschodnie rubieże kraju Tutsich, żeby ich kuzyni z sąsiedniej Rwandy nie myśleli sobie, że jak wygrali jedną wojnę domową, to mogą za bardzo kozaczyć. Na co ci właśnie krewni postanowili odpowiedzieć, dając dyktatorowi fangę w nos. Już rok później rebelianci, wspierani przez właśnie Rwandę, ale też Ugandę, Burundi i Angolę, zdobywają stolicę, a Mobutu musi uciekać za granicę. Kongo było jednak od happy endu dalej niż bliżej.

Przywódca powstańców, Laurent-Désiré Kabila, dostaje od niedawnych sojuszników krótką piłkę: “Ziomek, pomogliśmy ci, to teraz wyskakuj z diamentów i złota”. Na co Laurent rzuca żołnierskie “Takiego!”, więc Rwanda, Uganda i Burundi nie bawią się dalej w dyplomacje, tylko najeżdżają Kongo. Angola, Namibia, Zimbabwe i Czad przybywają z pomocą, która szybko okazuje się być równie grabieżczym wypadem, co eskapada przeciwników. W ten sposób, Kongo staje się areną konfliktu, znanego powszechnie jako Afrykańska Wojna Światowa. Trudno oszacować, ile pochłonęła ofiar, ale szacuje się, że między 5,5 a 7 mln. I cały czas giną kolejni Kongijczycy.

Mimo, że wojska innych państw wycofały się już w 2002 r., to na wschodzie kraju wojna nigdy nie ustała. Partyzanci szaleją wciąż w Katandze, w Ituri i Kiwu. W tych dwóch ostatnich, postrach sieje również Armia Bożego Oporu, znana z wybitnego okrucieństwa i opierająca się na dzieciach-żołnierzach militarystyczna sekta. Straszliwy jest los kobiet – w maju Dział Zagraniczny podawał, że tylko w latach 2006-2007 na przestrzeni 12 miesięcy, zostało w tym kraju zgwałconych 400 tys. kobiet. Czyli średnio 48 na godzinę! A na pogardzanych Pigmejów najzwyczajniej w świecie urządza się polowania.

Teraz okazuje się też, że jest jeszcze jedna grupa ofiar kongijskiego konfliktu, która nie może mieć nawet pojęcia, że takowy kiedykolwiek się toczył – goryle.

Zabity gorylNa świecie jest już 7 mld ludzi, goryli górskich zostało nieco ponad 700 (Fot. Brent Stirton/Getty Images)

W zeszłym miesiącu, udało się pochwycić szajkę kłusowników, którzy próbowali sprzedać na czarnym rynku małe gorylątko za równowartość 40 tys. dolarów. To już czwarty taki przypadek od kwietnia, a instytucje zajmujące się ochroną tych ssaków przyznają, że niewykrytych spraw jest prawdopodobnie znacznie więcej.

– To tylko czubek góry lodowej – nie krył w rozmowie z prasą Emmanuel de Merode, dyrektor Parku Narodowego Wirunga, w którym żyje ok. 480 z mniej więcej 790 pozostających na wolności goryli górskich.

To wyjątkowy gatunek, największa z małp człekokształtnych – dorosłe samce ważą ponad 200 kg, a gdy się wyprostują, mierzą prawie 2 metry. Występują tylko w lasach deszczowych środkowej Afryki. Mimo potężnych rozmiarów, są mało agresywne. Za to silnie rodzinne: samce, będące przywódcami stada, na ogół nie wdają się w walkę o ochronę terytorium, tylko współtowarzyszy. Co, przy rosnącym popycie na małe gorylątka, okazuje się zgubą dla całego gatunku.

Goryle górskie nigdy nie porzucają swoich małych. Żeby więc porwać jedno, trzeba wcześniej wymordować całą jego rodzinę. Na ogół, na oczach maluchów, dla których jest to niewyobrażalny stres. Na tym nie koniec. Te z gorylątek, które udało się odratować z rąk kłusowników, były na ogół mocno poranione od krępujących je lin, chorowite i niedożywione. Resocjalizacja takiego zwierzęcia, to droga przez mękę.

Nie wiadomo ile dokładnie zwierząt pada łupem kłusowników, nieznani są też ich zleceniodawcy. Najczęściej wymienia się w tym kontekście bogaczy z Bliskiego Wschodu i Rosji, ale brak na to twardych dowodów, a bez nich – procederowi nie można skutecznie przeciwdziałać.

Pracownicy parku, jak również organizacje ekologiczne, przekonują, że handel da się zwalczać dopiero wtedy, kiedy ustaną krwawe konflikty w Kongu i w kraju zapanuje relatywny porządek. Jednak nadzieje, że stanie się tak dzięki wyborom w przyszłym tygodniu, są w zasadzie żadne.

Laurent-Désiré Kabila został zamordowany w styczniu 2001 r. Prezydentem został wówczas jego syn, Joseph. Wychowany w sąsiedniej Tanzanii, w rodzimym kraju nie cieszy się przesadną popularnością. Już dawno ogłosił pięciopunktowy plan naprawy państwa, ale jak do tej pory bardziej zainteresowany był umacnianiem swojej władzy, niż uporaniem się z problemami obywateli. Bici są krytyczni wobec niego dziennikarze, a działacze praw człowieka i organizacji zwalczających korupcję, są mordowani w tajemniczy sposób. Klika rządząca czuje się tak bezkarnie, że w zeszłym miesiącu Zoe Kabila, brat Josepha, kazał swoim ochroniarzom publicznie pobić dwóch policjantów kierujących ruchem na skrzyżowaniu, kiedy ci nie dali pierwszeństwa jego luksusowej terenówce.

W sierpniu 2006 r., w Demokratycznej Republice Konga odbyły się wybory prezydenckie, które – przy licznych głosach wskazujących na fałszerstwa – wygrał Kabila. Dział Zagraniczny był wtedy w Kigomie, mieście położonym nad Jeziorem Tanganika po stronie Tanzanii. Każdego dnia, przez granicę przeprawiały się tu grupy Kongijczyków, uciekających z kraju w obawie przed nasileniem konfliktu i szukające schronienia w okolicznych obozach uchodźców.

Goryle nie mają nawet takiej możliwości.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Ideały się sprzedały

Wyrok zapadł przed prawie dwoma tygodniami, wynik procesu był jasny już kilka miesięcy temu, a od wybuchu całej afery zdążył minąć ponad rok, ale wrzawa nie cichnie. Nic dziwnego: aferę można porównać do sytuacji, gdyby Messi sprzedał mecz reprezentacji. Tylko, że zamiast Argentyny mamy Pakistan, a zamiast piłki nożnej, drugi najpopularniejszy sport drużynowy świata – krykiet.

Pakistan-IndieIndie-Pakistan w krykiecie mają nawet podobne kolory jak Argentyna-Brazylia w piłce (Fot. Prakash Singh/AFP)

Historia wygląda w skrócie tak. W sierpniu zeszłego roku, reprezentacja Pakistanu na gościnnym wyjeździe w Anglii rozgrywała najtrudniejszy wariant krykietowych rozgrywek, tak zwany test, który z reguły trwa kilka dni. Do Mazhara Majeeda, menadżera kilku z azjatyckich graczy, zgłosili się wówczas tajemniczy Anglicy, proponując aż 150 tys. funtów, gdyby udało mu się nakłonić niektórych zawodników do umyślnego zepsucia kilku rzutów. Pomysł wydawał się genialny – kiksy popełnione we wcześniej ustalonych momentach, pozwoliłyby zarobić krocie na zakładach bukmacherskich, ale nie miałyby żadnego wpływu na końcowy wynik spotkania, więc nikt nie miałby powodów, żeby nabrać jakichkolwiek podejrzeń. Agent pieniądze przyjął, a do zmowy wciągnął trzech graczy. Gdy zawodnicy zagrali zgodnie z planem, Anglicy ujawnili, że w rzeczywistości są dziennikarzami brukowca “News of the World”, który ze szczegółami opisał całą prowokację.

Pakistan przyjął wiadomości o skandalu zgodnie z tradycją: na ulice ruszyły wściekłe demonstracje, a zdjęcia skorumpowanych krykiecistów w ciągu ostatniego roku publicznie palono tyle razy, że spokojnie mogłyby już zastąpić amerykańskie flagi. Trudno się jednak Pakistańczykom dziwić. W tym kraju krykiet to nie tylko sport, ale wręcz religia, druga zaraz po islamie (a czasem można nawet odnieść wrażenie, że pierwsza). Imran Khan, legendarny reprezentant w tej dyscyplinie, wspomina w swojej autobiografii “Pakistan. A personal history”, jak na przełomie lat 80. i 90. politycy dosłownie na kolanach błagali go, żeby wstąpił do ich partii, wierząc, że to natychmiast odmieni ich wizerunek i przywróci popularność u wyborców (Khan konsekwentnie odmawiał). W dodatku, tę pasję Pakistanu podziela sąsiad i odwieczny rywal, Indie, a czy jest coś lepszego niż pokonać przeciwnika w ubóstwianej przez niego grze?

No więc zdjęcia płoną w Pakistanie, ale dyskusja toczy się w mediach i na forach internetowych całego świata (a przynajmniej jego krykietowej części). I bardzo wiele mówi nie tylko o samej grze, ale także jak bardzo zmieniła się przez ostatnie kilkadziesiąt lat nasza mentalność.

Plakaty płonąPrzynajmniej wozów transmisyjnych nikt nie podpalał (Fot. Khalid Tanveer/AP)

– Oni za mało zarabiają – rzucił niedawno jeden z ekspertów podczas dyskusji w studiu BBC – Łatwo zrozumieć, że ktoś taki skusi się na łapówkę w wysokości 10 tys. funtów, podczas gdy milioner by nią wzgardził.

To argument, który w tej dyskusji powraca jak bumerang: zawodnicy krykieta są słabo opłacani. Choć powinni opływać w luksusy. Ubrani w nieskazitelnie białe stroje faceci uzbrojeni w wiosła, w rzeczywistości uprawiają drugi najpopularniejszy sport drużynowy świata (po piłce nożnej), a liczbę ich kibiców szacuje się czasem na prawie 2 miliardy (z czego wielu z nich to prawdziwi fanatycy). Międzynarodowa Rada Krykieta skupia 105 krajów członkowskich, a Puchar Świata należy do najbardziej dochodowych imprez telewizyjnych, obok Mundialu czy Igrzysk Olimpijskich. Ba! Board of Control for Cricket in India, czyli taki indyjski krykietowy PZPN, jest najbogatszą organizacją sportową na świecie, a Indian Premier League ma na swoich meczach średnią frekwencję 57 tys. kibiców.

A mimo to, krykieciści rzadko zarabiają na poziomie porównywalnym z piłkarzami czy koszykarzami. Najgorzej mają właśnie Pakistańczycy, którzy choć często należą do światowej czołówki (jeden ze skazanych za udział w zeszłorocznej ustawce to Mohammad Asif, wówczas uznawany za drugiego najlepszego miotacza na świecie), to przez rodzimą federację są słabo opłacani, a do najbardziej lukratywnej ligi na świecie – właśnie Indian Premier League – mają zakaz wstępu, ze względu na wrogie stosunki pomiędzy oboma państwami.

No i wszystko pięknie, do momentu, kiedy sprawdzimy o jakich sumach mowa. Jednym ze skazanych (i tym, na którego w ojczyźnie lecą największe gromy) jest ówczesny kapitan reprezentacji, Salman Butt. Który, jak się okazuje, rocznie zarabiał około 200 tys. funtów. To suma, za którą Dział Zagraniczny kupiłby sobie w Polsce jakiegoś konia arabskiego i karmił go przez cały sezon truskawkami i kokainą. W Pakistanie to mała fortuna. Siostra Butta udzieliła BBC wywiadu, w którym opowiadała, jak bardzo cała rodzina (szczególnie żona zawodnika, która niedawno urodziła dziecko) jest całą aferą wstrząśnięta. I mówiła to w pięknym ogrodzie na tyłach wielkiego domu. Co jak co, ale Buttom źle się raczej nie powodziło. Tym, którzy mogą sobie pozarabiać w IPL, też można pozazdrościć. Mahendra Singh Dhoni, kapitan reprezentacji Indii i najlepiej zarabiający krykiecista świata, w zeszłym roku skasował 10 pełnych banieczek. Funtów, oczywiście.

MahendraNa pierwszym planie kapitan reprezentacji, a na drugim to, co może sobie kupić za roczną wypłatę (Fot. AP)

Skąd więc, przy – powiedzmy sobie szczerze – dość godziwych zarobkach, ten pęd do ustawiania meczy wśród krykiecistów (w ciągu ostatniej dekady za sprzedawanie się, zawieszani byli między innymi Maurice Odumbe z Kenii, czy Marlon Samuels z Indii Zachodnich, a Steve Waugh, były reprezentant Australii, który dziś bada korupcję w swoim sporcie, twierdzi, że tylko w zeszłym roku zgłosiło się do niego 56 graczy, których w tym, czy innym momencie kariery próbowano przekupić)? Ano stąd, że pieniądze, to stosunkowo nowa rzecz w tym świecie.

“Dżentelmeńskie” sporty rodem z Wielkiej Brytanii bardzo długo broniły się przed profesjonalizacją. W rugby, Puchar Świata jest organizowany dopiero od 1987 r. W krykiecie pieniądze pojawiły się dopiero za sprawą działającej w latach 1977-1979 organizacji World Series Cricket, którą australijski biznesmen Kerry Packer założył w zemście za to, że nie sprzedano mu praw do transmisji telewizyjnych testów. A tak niesamowicie bogata Indian Premier League działa zaledwie od 2008 r.

Wielu ekspertów, komentując wyrok w sprawie reprezentantów Pakistanu, podkreśla właśnie, że ten nagły przypływ pieniędzy całkowicie zmienił oblicze krykieta. Dawniej chodziło albo o piękną grę, albo o ideały. Dla (opisywanej już przez Dział Zagraniczny) reprezentacji Indii Zachodnich, która w latach 1980-1995 nie przegrała ani jednego spotkania (co czyni ją najlepszą ekipą w historii sportów drużynowych), był to sposób na walkę z rasizmem. Przez bojkot reprezentacji RPA, chciano wymusić na tym kraju zniesienie apartheidu. Miłośnicy krykieta, choć z jednej strony wychwalają Indian Premier League pod niebiosa, to z drugiej narzekają po cichu, że od jej powstania, w dżentelmeńskiej grze przestały się liczyć jakiekolwiek zasady, a na pierwszym miejscu jest już tylko kasa. I to brudna – zarzuty o korupcję powracają tu jak bumerang. Ale po krótkim oburzeniu, są zamiatane pod dywan: kibice chcą oglądać dobre mecze w świetnej oprawie, a zawodnicy chcą zarabiać jak najwięcej – kto zostaje poza IPL, musi się zadowolić ochłapami. Tak, jak Pakistańczycy.

Cała czwórka, winna ustawiania testu sprzed roku, została skazana na kary od pół roku do prawie trzech lat więzienia i wysokie grzywny. Międzynarodowa Rada Krykieta zawiesiła ich też na pięć lat, choć mało kto wierzy, że po tym czasie wrócą jeszcze do gry. Komentatorzy zastanawiają się jednak, czy ich sprawa okaże się otrzeźwieniem, czy wręcz przeciwnie – nakręci jeszcze większą spiralę zarobków i chciwości, która wpędzi dawną dżentelmeńską grę w taki sam kryzys, w jaki reszta świata wpadła przez zachłanność i brak pohamowania bankowców.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Gorąco na biegunach

Podczas gdy oczy całego świata były przez wiele miesięcy zwrócone na gorące konflikty w Libii czy Syrii, w ich cieniu toczyły się inne konflikt, nie mniej ważne, ale znacznie chłodniejsze. Dosłownie i w przenośni, bo chodzi o zdobycie przewagi w Arktyce i na Antarktyce, a żadnej ze stron nie zależy na nagłaśnianiu tego wyścigu.

Grzebie se kijkiem w lodzieGrzebe se kijem w lodzie ku chwale ojczyzny (Fot. European Space Agency)

W czerwcu, gdy ruchawka w krajach arabskich wciąż zbierała cały media kowrydż dla zagranicy, w Buenos Aires odbyła się 34. konferencja państw związanych Traktatem Antarktycznym (albo Układem, jak kto woli). Szczyt przeszedł raczej niezauważony, może dlatego, że obserwatorzy pozarządowi tradycyjnie nie zostali dopuszczeni na jego obrady, a może dlatego, że kupa lodu na drugim końcu świata to żaden temat na czerwony pasek w TVN24. Gdyby więc nie to, że Sekretariat Traktatu Antarktycznego ma obowiązek publikowania w sieci wszystkich przyjętych na obradach dokumentów, opinia publiczna pewnie nie dowiedziałaby się, że Rosja zgłosiła chęć wydobywania minerałów na Antarktyce. Co można z grubsza porównać do sytuacji, gdyby jedno dziecko mówiło innym: “Mama zabroniła bawić się zapałkami, ale mam to w dupie, bo patrzyła wtedy na was, a ja nawet nie kiwałem głową”.

Z grubsza chodzi o to, że Antarktyka jest tak naładowana różnymi minerałami, że jakby ją nakłuć szpilką, to eksploduje jak gejzer. W dodatku, może to i jednak wielka kupa lodu, ale położona tak strategicznie, że każdy chciałby ją mieć. Więc gdy różne rządy zorientowały się nagle, gdzie leżą wisienki, na południe ruszył prawdziwy wyścig: własne ekspedycje wysyłały zarówno państwa leżące w bezpośrednim sąsiedztwie (Argentyna, Chile, Australia, Nowa Zelandia), jak i te, których z Antarktyką nie łączyło nic poza dobrą wolą, czyli chciwością (Wielka Brytania, Norwegia, Francja). Sęk w tym, że żaden kraj nie potrafił zorganizować efektywnej okupacji, więc nie mógł formalnie zagarnąć terra nullius dla siebie. A zatem, zgodnie ze złotą zasadą polityki – “jak nie spełniasz wymagań, to je olej” – roszczenia terytorialne zaczęto uzasadniać a to odkryciem, a to symbolicznym posiadaniem, przyleganiem, a nawet prowadzeniem badań naukowych. A często, wszystkim powyższym na raz.

Na szczęście, w 1959 r. ktoś poszedł po olej go głowy i 1 grudnia podpisano Traktat Waszyngtoński, czyli właśnie ten wspominany wcześniej. Dokument nie stwierdza, kto ma prawo do Antarktyki, tylko “zamraża” dotychczasowe roszczenia i równocześnie zabrania wysuwania kolejnych. W bonusie zakazano też prowadzenia na tym terenie jakichkolwiek działań, albo badań wojskowych, szczególnie z bronią jądrową (Zimna Wojna at its best, y’all). Ale mało tego! Antarktyka to w rzeczywistości najlepiej zachowany ekosystem na świecie, więc postanowiono go chronić już w traktacie, dodając zalecenia dotyczące ochrony jego żywych zasobów. Najwyraźniej uznano, że to niewystarczające, bo w 1991 r. w Madrycie podpisano nową umowę, która wprowadza też całkowity zakaz eksploatacji górniczej i naftowej. No i tu leży pies pogrzebany.

Stronami Traktatu Antarktycznego jest 48 państw, ale 14 z nich nigdy nie ratyfikowało Protokołu Madryckiego. W dodatku, w 2048 r. cały Układ może być zmodyfikowany. Kraje, których roszczenia zostały “zamrożone”, ale nigdy nie odrzucone, coraz częściej puszczają sygnały, że chciałyby zmienić obecną sytuację. Nawołuje do tego chociażby wpływowy australijski think-tank Lowy Institute for International Policy. Rosja nie zamierza więc czekać z założonymi rękoma i dlatego już teraz ogłasza, że na “swojej” części chce prowadzić prace wydobywcze. Tym bardziej, że na karku już czuje oddech innego giganta. Chiny wybudowały niedawno nową bazę naukową, położoną najwyżej z wszystkich istniejących, tak jakby miała nad nimi górować. A tuż koło innej z nich, ustawiła wielką tablicę z napisem “Witamy w Chinach”. Ku zgrozie Australii – w samym środku terenu, który ten kraj uważa za “swój”.

A jakby tego było mało, po drugiej stronie świata, od miesięcy rozgrzewa się także biegun północny. I tu już nikt nie ukrywa, że chodzi o kasę.

San FranciscoKiedyś będzie tu San Francisco (Fot. New Zealand Antarctic Heritage Trust)

Nowoczesne lodołamacze, atomowe łodzie podwodne, krążowniki rakietowe, lotnictwo – Arktyka nie widziała takiej aktywności wojskowej od zakończenia Zimnej Wojny. Skąd taki ruch? A bo te okolice to prawdziwy róg obfitości, a zgłaszające do niego pretensje państwa, postanowiły, że najwyższy czas go trochę opróżnić.

Tu też trwał wyścig o zagarnięcie jak największej ilości terenu, ale – podobnie jak na południu – nikt nie był w stanie trwale go okupować. Jednak na północy sytuacji nigdy nie rozwiązano w żadnym wielostronnym układzie. Zamiast tego, stosuje się tu tak zwaną “teorię sektorów”, po raz pierwszy wysuniętą przez Kanadę. Wierzchołkiem takiego sektora jest właśnie biegun północny, a jego granicami bocznymi – linie przeprowadzone wzdłuż południków od tego bieguna do krańcowych punktów terytorium lądowego państwa, które przylega do obszarów arktycznych. I państwa te roszczą sobie prawa do wszystkich obszarów lądowych w swoim sektorze – tych już odkrytych, jak i tych, które dopiero zostaną odkryte.

A jest się o co bić. Szacuje się, że pod Arktyka skrywa ok. 98 miliardów baryłek ropy i prawie trzecią część światowych zasobów gazu. Jakby tego było mało, drogocenne minerały dosłownie pączkują pod lodem: Kanada niespodziewanie stała się w ostatnich latach trzecim największym na świecie producentem diamentów.

Do tej pory, wszystkie te dobrodziejstwa natury były skryte głęboko pod lodem, a koszty ich wydobycia były nieopłacalne. Jednak globalne ocieplenie i rozwój nowych technologii sprawiły, że bogactwo jest na wyciągnięcie ręki. Więc wszyscy rzucili się wydobywać je na wyścigi. Stany Zjednoczone, Rosia, Kanada, Szwecja, Norwegia, Finlandia, Dania i Islandia niby tworzą Radę Arktyczną, w ramach której mają rozwiązywać swoje spory dotyczące tych terenów, ale jak wiemy z jednej z ujawnionych przez WikiLeaks depesz, Minister Spraw Zagranicznych Danii w rozmowie z przedstawicielami USA nie pozostawił żadnych wątpliwości co do prawdziwych intencji zaangażowanych w ten wyścig graczy: “Jak staniecie z boku, to reszta z nas będzie miała więcej do zagarnięcia”.

Waszyngton jednak wcale nie zamierza się niczemu biernie przyglądać i na wszelki wypadek pręży muskuły: na Arktyce ćwiczenia bojowe odbywały w tym roku już dwie amerykańskie łodzie podwodne o napędzie atomowym. Przykład z kolegów biorą też inne kraje – oddziały wojskowe wysłały więc na biegun północny Kanada, Norwegia i Dania, a Rosja wznowiła zarzucone niegdyś loty bombowców strategicznych.

To wszystko w momencie, kiedy lody na obu biegunach topnieją w zastraszającym tempie. Zaledwie dwa dni temu, NASA ogłosiła, że znalazła na Antarktyce długie na ponad 30 km pęknięcie, które wciąż się powiększa. Agencja przewiduje, że w okolicach Nowego Roku, lód oderwie się całkowicie i podryfuje w sobie znaną stronę.

Tak więc, z miesiąca na miesiąc, na obu biegunach robi się coraz bardziej gorąco. Co może oznaczać tylko jedną rzecz: Holandio, buduj tamy.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Najwyższy czas zmienić nazwę

W starciach padło już ponad 20 żołnierzy, ale armia nie chce się cofnąć i zapowiada więcej bombardowań. Pretekstem do ich rozpoczęcia stała się seria zamachów w połowie października, w której zginęło w sumie 35 osób. Chociaż USA mają niedługo wycofać jedną trzecią swoich wojsk z Afganistanu, a Irak do końca roku opuszczą ostatnie amerykańskie oddziały, to ogłoszona przez George’a W. Busha dekadę temu Wojna z Terrorem, w innych regionach świata jest daleka od wygaśnięcia. A na Filipinach właśnie rozpaliła się na nowo.

BIFMPan po skrajnej prawej wyznacza nowy trend – jak nie masz karabinu, to pozuj do zdjęcia z podniesioną komórką (Fot. Joe Penney/Al-Jazeera)

Filipiny to jeden z najludniejszych krajów świata, zamieszkują go aż 94 mln ludzi. Przytłaczająca większość z nich, bo aż 90 proc., to chrześcijanie, głównie katolicy. Ale na wyspie Mindanao (drugiej największej z archipelagu tworzącego kraj) proporcje całkowicie się odwracają – tu niepodzielnie dominuje islam. Pierwsi muzułmanie dotarli na te ziemie w początkach XIII w., a miejscowi szybko przyjęli ich religię. Gdy kilkaset lat później na Filipinach pojawili się Hiszpanie, okazało się, że na Mindanao islam jest już tak silnie zakorzeniony, że nie ma mowy o żadnym nawracaniu. Sfrustrowani Europejczycy zaczęli więc nazywać miejscowych “Maurami”, bo przypominali im o wypędzonych z Półwyspu Iberyjskiego muzułmanach. Przyjęło się – do dziś ta grupa społeczna jest znana jako “Moros”.

Na nieszczęście dla Moros, cała północ przyjęła chrześcijaństwo, a koloniści zaczęli wyraźnie faworyzować współwyznawców. Dlatego muzułmanie przez lata wszczynali rebelie, domagając się większych praw, albo w ogóle starając się wywalczyć niepodległość – najpierw wojując z Hiszpanami, a potem z Amerykanami, którzy ich zastąpili. Gdy w 1946 r. Filipiny uzyskały wreszcie wolność, na horyzoncie rysowały się same problemy. Kraj był całkowicie zrujnowany wojną, trzeba się było rozliczyć z rzeszą pracujących dla Japończyków (którzy okupywali archipelag) kolaborantów, na prowincji trwały walki z komunistyczną partyzantką. Nowy rząd przyjął więc strategię działania, w której jednym z podstawowych elementów była przymusowa asymilacja wszystkich grup, których istnienie w dotychczasowej formie mogłoby zagrażać osłabionym Filipinom. Największą z tych grup, byli oczywiście muzułmanie.

Niezadowolenie tliło się na południu przez lata, a czarę goryczy przelała masakra, jakiej w 1968 r. dokonali chrześcijańscy żołnierze na swoich kolegach wyznających islam. Już rok później, po miesiącach wściekłych protestów i zamieszek, powstał Front Wyzwolenia Narodowego Moro – muzułmańska partyzantka, która wydała władzy z Manili krwawą wojnę. Rząd wysłał na miejsce wojsko, które nie przebierało w środkach przy tłumieniu powstania, rebelianci odpowiadali zamachami terrorystycznymi. W 1976 r. wydawało się, że konflikt jest bliski wygaśnięcia: rozejm pomiędzy stronami wynegocjował bowiem Michael Jackson świata dyktatorów, Muammar Kaddafi. Jednak przemoc nie zniknęła. Grupa niezadowolonych z negocjacji powstańców postanowiła walczyć dalej i utworzyła nową organizację, Islamski Front Wyzwolenia Moro. Którego angielski akronim jest hitem wszystkich partyzantek ever – MILF.

MILFNiestety, wbrew swojej nazwie, filipiński MILF nie ma niczego, co mogłoby zainteresować nastoletnich internautów z Częstochowy (Fot. Ryan Anson/Pulitzer Center on Crisis Reporting)

Ponieważ oprócz MILF, na Mindanao zaczął w latach 90. działać także Abu Sayyaf (grupa ściśle powiązana z Al-Kaidą), byłego prezydenta Busha nie trzeba było długo przekonywać, że na Filipiny trzeba wysłać amerykańskich żołnierzy. Już w styczniu 2002 r., w ramach operacji Enduring Freedom, w azjatyckim kraju wylądowało ponad tysiąc wojskowych z USA (do dziś pozostaje ich tam 600). Ponieważ miejscowa konstytucja nie zezwala na udział obcych sił w akcjach zbrojnych na terenie tego państwa, wszystkie działania Amerykanów są określane jako “ćwiczenia”. Zresztą, dzięki dwustronnemu porozumieniu z 1999 r., żołnierze z USA mogą wjeżdżać do kraju bez wiz, a o ich przyjazdach (ani tym bardziej ich celach) opinia publiczna nie jest informowana.

Waszyngton twierdzi, że “wojna z terrorem” na Filipinach odnosi sukcesy. Ale tych jakoś nie widać. Abu Sayyaf działa, jak działało. Komuniści są wciąż aktywni. MILF od 2008 r. pozostaje z rządem w stanie zawieszenia broni, ale coraz aktywniejsza jest partyzantka BIFM, założona przez jego byłych członków, którzy nie godzą się na zaprzestanie działań zbrojnych (historia zatacza koło). W dodatku, wszystko wskazuje na to, że zawieszenie broni się właśnie skończyło.

W połowie października, na wyspie Basilan, nieznani sprawcy zabili w strzelaninie 19 żołnierzy. W następnych dniach ofiar – także przypadkowych cywilów – było więcej. Armia ogłosiła, że za atakami stoi zbuntowana frakcja MILF. Ale naloty bombowe (pierwsze od kilku lat) przeprowadziła właśnie na tereny opanowane przez tę część partyzantki, która respektuje zawieszenie broni. Rebelianci ogłosili, że wciąż chcą pokoju, ale nie będa bezczynnie patrzeć, jak zrzuca się na nich bomby. Analitycy obawiają się, że konflikt z MILF może za chwilę wybuchnąć na nowo.

Tymczasem najbardziej cierpią jak zwykle postronni. Z terenów objętych walkami uciekło już ponad 16 tys. osób. Nie wiadomo, kiedy będą mogli wrócić do domów.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.