Home > Uncategorized > Ideały się sprzedały

Ideały się sprzedały

Wyrok zapadł przed prawie dwoma tygodniami, wynik procesu był jasny już kilka miesięcy temu, a od wybuchu całej afery zdążył minąć ponad rok, ale wrzawa nie cichnie. Nic dziwnego: aferę można porównać do sytuacji, gdyby Messi sprzedał mecz reprezentacji. Tylko, że zamiast Argentyny mamy Pakistan, a zamiast piłki nożnej, drugi najpopularniejszy sport drużynowy świata – krykiet.

Pakistan-IndieIndie-Pakistan w krykiecie mają nawet podobne kolory jak Argentyna-Brazylia w piłce (Fot. Prakash Singh/AFP)

Historia wygląda w skrócie tak. W sierpniu zeszłego roku, reprezentacja Pakistanu na gościnnym wyjeździe w Anglii rozgrywała najtrudniejszy wariant krykietowych rozgrywek, tak zwany test, który z reguły trwa kilka dni. Do Mazhara Majeeda, menadżera kilku z azjatyckich graczy, zgłosili się wówczas tajemniczy Anglicy, proponując aż 150 tys. funtów, gdyby udało mu się nakłonić niektórych zawodników do umyślnego zepsucia kilku rzutów. Pomysł wydawał się genialny – kiksy popełnione we wcześniej ustalonych momentach, pozwoliłyby zarobić krocie na zakładach bukmacherskich, ale nie miałyby żadnego wpływu na końcowy wynik spotkania, więc nikt nie miałby powodów, żeby nabrać jakichkolwiek podejrzeń. Agent pieniądze przyjął, a do zmowy wciągnął trzech graczy. Gdy zawodnicy zagrali zgodnie z planem, Anglicy ujawnili, że w rzeczywistości są dziennikarzami brukowca “News of the World”, który ze szczegółami opisał całą prowokację.

Pakistan przyjął wiadomości o skandalu zgodnie z tradycją: na ulice ruszyły wściekłe demonstracje, a zdjęcia skorumpowanych krykiecistów w ciągu ostatniego roku publicznie palono tyle razy, że spokojnie mogłyby już zastąpić amerykańskie flagi. Trudno się jednak Pakistańczykom dziwić. W tym kraju krykiet to nie tylko sport, ale wręcz religia, druga zaraz po islamie (a czasem można nawet odnieść wrażenie, że pierwsza). Imran Khan, legendarny reprezentant w tej dyscyplinie, wspomina w swojej autobiografii “Pakistan. A personal history”, jak na przełomie lat 80. i 90. politycy dosłownie na kolanach błagali go, żeby wstąpił do ich partii, wierząc, że to natychmiast odmieni ich wizerunek i przywróci popularność u wyborców (Khan konsekwentnie odmawiał). W dodatku, tę pasję Pakistanu podziela sąsiad i odwieczny rywal, Indie, a czy jest coś lepszego niż pokonać przeciwnika w ubóstwianej przez niego grze?

No więc zdjęcia płoną w Pakistanie, ale dyskusja toczy się w mediach i na forach internetowych całego świata (a przynajmniej jego krykietowej części). I bardzo wiele mówi nie tylko o samej grze, ale także jak bardzo zmieniła się przez ostatnie kilkadziesiąt lat nasza mentalność.

Plakaty płonąPrzynajmniej wozów transmisyjnych nikt nie podpalał (Fot. Khalid Tanveer/AP)

– Oni za mało zarabiają – rzucił niedawno jeden z ekspertów podczas dyskusji w studiu BBC – Łatwo zrozumieć, że ktoś taki skusi się na łapówkę w wysokości 10 tys. funtów, podczas gdy milioner by nią wzgardził.

To argument, który w tej dyskusji powraca jak bumerang: zawodnicy krykieta są słabo opłacani. Choć powinni opływać w luksusy. Ubrani w nieskazitelnie białe stroje faceci uzbrojeni w wiosła, w rzeczywistości uprawiają drugi najpopularniejszy sport drużynowy świata (po piłce nożnej), a liczbę ich kibiców szacuje się czasem na prawie 2 miliardy (z czego wielu z nich to prawdziwi fanatycy). Międzynarodowa Rada Krykieta skupia 105 krajów członkowskich, a Puchar Świata należy do najbardziej dochodowych imprez telewizyjnych, obok Mundialu czy Igrzysk Olimpijskich. Ba! Board of Control for Cricket in India, czyli taki indyjski krykietowy PZPN, jest najbogatszą organizacją sportową na świecie, a Indian Premier League ma na swoich meczach średnią frekwencję 57 tys. kibiców.

A mimo to, krykieciści rzadko zarabiają na poziomie porównywalnym z piłkarzami czy koszykarzami. Najgorzej mają właśnie Pakistańczycy, którzy choć często należą do światowej czołówki (jeden ze skazanych za udział w zeszłorocznej ustawce to Mohammad Asif, wówczas uznawany za drugiego najlepszego miotacza na świecie), to przez rodzimą federację są słabo opłacani, a do najbardziej lukratywnej ligi na świecie – właśnie Indian Premier League – mają zakaz wstępu, ze względu na wrogie stosunki pomiędzy oboma państwami.

No i wszystko pięknie, do momentu, kiedy sprawdzimy o jakich sumach mowa. Jednym ze skazanych (i tym, na którego w ojczyźnie lecą największe gromy) jest ówczesny kapitan reprezentacji, Salman Butt. Który, jak się okazuje, rocznie zarabiał około 200 tys. funtów. To suma, za którą Dział Zagraniczny kupiłby sobie w Polsce jakiegoś konia arabskiego i karmił go przez cały sezon truskawkami i kokainą. W Pakistanie to mała fortuna. Siostra Butta udzieliła BBC wywiadu, w którym opowiadała, jak bardzo cała rodzina (szczególnie żona zawodnika, która niedawno urodziła dziecko) jest całą aferą wstrząśnięta. I mówiła to w pięknym ogrodzie na tyłach wielkiego domu. Co jak co, ale Buttom źle się raczej nie powodziło. Tym, którzy mogą sobie pozarabiać w IPL, też można pozazdrościć. Mahendra Singh Dhoni, kapitan reprezentacji Indii i najlepiej zarabiający krykiecista świata, w zeszłym roku skasował 10 pełnych banieczek. Funtów, oczywiście.

MahendraNa pierwszym planie kapitan reprezentacji, a na drugim to, co może sobie kupić za roczną wypłatę (Fot. AP)

Skąd więc, przy – powiedzmy sobie szczerze – dość godziwych zarobkach, ten pęd do ustawiania meczy wśród krykiecistów (w ciągu ostatniej dekady za sprzedawanie się, zawieszani byli między innymi Maurice Odumbe z Kenii, czy Marlon Samuels z Indii Zachodnich, a Steve Waugh, były reprezentant Australii, który dziś bada korupcję w swoim sporcie, twierdzi, że tylko w zeszłym roku zgłosiło się do niego 56 graczy, których w tym, czy innym momencie kariery próbowano przekupić)? Ano stąd, że pieniądze, to stosunkowo nowa rzecz w tym świecie.

“Dżentelmeńskie” sporty rodem z Wielkiej Brytanii bardzo długo broniły się przed profesjonalizacją. W rugby, Puchar Świata jest organizowany dopiero od 1987 r. W krykiecie pieniądze pojawiły się dopiero za sprawą działającej w latach 1977-1979 organizacji World Series Cricket, którą australijski biznesmen Kerry Packer założył w zemście za to, że nie sprzedano mu praw do transmisji telewizyjnych testów. A tak niesamowicie bogata Indian Premier League działa zaledwie od 2008 r.

Wielu ekspertów, komentując wyrok w sprawie reprezentantów Pakistanu, podkreśla właśnie, że ten nagły przypływ pieniędzy całkowicie zmienił oblicze krykieta. Dawniej chodziło albo o piękną grę, albo o ideały. Dla (opisywanej już przez Dział Zagraniczny) reprezentacji Indii Zachodnich, która w latach 1980-1995 nie przegrała ani jednego spotkania (co czyni ją najlepszą ekipą w historii sportów drużynowych), był to sposób na walkę z rasizmem. Przez bojkot reprezentacji RPA, chciano wymusić na tym kraju zniesienie apartheidu. Miłośnicy krykieta, choć z jednej strony wychwalają Indian Premier League pod niebiosa, to z drugiej narzekają po cichu, że od jej powstania, w dżentelmeńskiej grze przestały się liczyć jakiekolwiek zasady, a na pierwszym miejscu jest już tylko kasa. I to brudna – zarzuty o korupcję powracają tu jak bumerang. Ale po krótkim oburzeniu, są zamiatane pod dywan: kibice chcą oglądać dobre mecze w świetnej oprawie, a zawodnicy chcą zarabiać jak najwięcej – kto zostaje poza IPL, musi się zadowolić ochłapami. Tak, jak Pakistańczycy.

Cała czwórka, winna ustawiania testu sprzed roku, została skazana na kary od pół roku do prawie trzech lat więzienia i wysokie grzywny. Międzynarodowa Rada Krykieta zawiesiła ich też na pięć lat, choć mało kto wierzy, że po tym czasie wrócą jeszcze do gry. Komentatorzy zastanawiają się jednak, czy ich sprawa okaże się otrzeźwieniem, czy wręcz przeciwnie – nakręci jeszcze większą spiralę zarobków i chciwości, która wpędzi dawną dżentelmeńską grę w taki sam kryzys, w jaki reszta świata wpadła przez zachłanność i brak pohamowania bankowców.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

  1. wersy
    17/11/2011 at 13:04

    No dobra, a teraz moze ktos nam lopatologicznie wyjasni, o czym jest ta gra:p?

  2. 21/11/2011 at 14:47

    To akurat łatwo sprawdzić. Masz dwie drużyny po 11 zawodników. Boisko jest okrągłe, na środku masz prostokątne pole, długości 18 metrów – na jego końcu masz wbite w ziemie trzy słupki, a na nich luźną poprzeczkę, którą można łatwo strącić. I o to (z grubsza) właśnie chodzi. Miotacz z jednej drużyny ma trafić piłką w wicket (czyli właśnie te słupki), a gracz z drużyny przeciwnej ma jej bronić za pomocą kija.

    I teraz jest tak.

    Punkty zdobywasz za run. Czyli kiedy batsman (typ z kijem) odbije piłkę, biegnie szybko na drugą stronę tego prostokąta, potem może wrócić, znowu pobiec – no niby w nieskończoność, ale piłka przecież jest wciąż w grze, więc jak gracze z drugiej ekipy ją dorwą i dorzucą do twojego wicketa, kiedy ty nie zdążyłeś jeszcze dobiec do linii, to cię outują, czyli wykluczają z dalszej rozgrywki.

    A jak jesteś kotem i wywalisz piłkę za granicę boiska, to Twoja drużyna automatycznie dostaje 6 punktów (chyba, że piłka przed wyleceniem za boisko, odbiła się od murawy – wtedy punkty są 4).

    Jest jeszcze kilka sposobów na zdobycie runu, jest także kilka możliwości wykluczenia batsmana. No i pamiętaj, że są trzy różne formy rozgrywek – tak zwane testy, ODI i najbardziej dynamiczne Twenty20.

    Ogólnie, krykiet nie jest aż tak skomplikowany, jak się wydaje. Na początku trzeba sporo zapamiętać, ale jak zagrasz raz, albo obejrzysz jeden mecz, to przekminisz.

    Pzdr

  3. UBekistan rulez
    22/11/2011 at 22:57

    #Przynajmniej wozów transmisyjnych nikt nie podpalał

    Prawdopodobnie “nieznani sprawcy” dostają w Pakistanie inne zadania, a policja wypełnia swoje obowiązki tak jak powinna i nie usuwa się ułatwiając “nieznanym sprawcom” wykonywanie obowiązków służbowych.

  4. 24/11/2011 at 10:15

    Chyba Ci się blogi pomyliły. Tu nie zajmujemy się światami równoległymi.

  5. UBekistan rulez
    27/11/2011 at 01:25

    Spoko🙂 Światy równoległe, chora podejrzliwość, paranoiczne teorie spiskowe. I love this game.
    Samochód Tusk Vaseline Network nie był nieprawidłowo zaparkowany. Policja nie wycofała się w krytycznym momencie. “Nieznani sprawcy” zostali przykładnie ukarani. POlitycy nie mieli przygotowanych na tę okoliczność “zmian w prawie o zgromadzeniach”. Mów do mnie jeszcze, ja bajki tak lubię ogromnie.

  6. 28/11/2011 at 09:54

    Uhm.

  7. UBekistan rulez
    29/11/2011 at 06:13

    Jeśli człowiek zarabia na chleb w mejnstrimowych mediach, od czasu do czasu powinien złożyć wyznanie wiary w “dominującą narrację” jakkolwiek byłaby oderwana od rzeczywistości. Nie jest to zarzut, stwierdzam jedynie fakt. Ja wolę swoje “światy równoległe”, ale to oczywiście kwestia gustu🙂
    To jak? Ukarano już “nieznanych sprawców” czy policja “nie może wpaść na ich trop”? Tusk Vaseline Network przeprowadził własne “dziennikarskie śledztwo” w tej sprawie czy z jakiegoś względu nie ma takiej potrzeby albo nikt im nie powiedział jak to się robi?🙂
    PS
    Być może nie wynika to z moich komentarzy, ale lubię tego bloga. Odniosłem się odrobinę krytycznie do jednego jedynego zdania. Reszta jest całkiem całkiem.

  8. 29/11/2011 at 12:40

    Ja nie składam żadnych wyznań wiary, mam o polskich mediach bardzo negatywną opinię, szczególnie o elektronicznych – Fakty i Wiadomości to moim zdaniem odpowiednio Fakt i Super Express. Nie oglądam od dawna, nie mam nawet telewizora. Co do wydarzeń z 11 listopada całkowicie się zgadzam z Godzicem: http://www.tokfm.pl/Tokfm/1,103088,10640237,Prof__Godzic_o_11_11___Dziennikarze_mowia_bzdury_.html

    Ale tak się składa, że od jakiegoś czasu mieszkam przy Placu Konstytucji i mogłem sobie na żywo pooglądać co się działo. I rozkłada mnie, że zaślepieni swoją ideologią ludzie nie potrafią przyznać oczywistego faktu: że zaprosili na swój marsz bydło, które przyjechało zrobić rozróbę. Owszem, manifestantów było kilka tysięcy, a zadymiarzy – na moje oko – ze 150 – ale to nie zmienia faktu, że właśnie tacy ludzie byli bardzo długo przez organizatorów zachęcani do przybycia.

    Gdybym ja organizował w mieszkaniu imprezę, na którą z pełną świadomością zaprosiłbym między innymiu ludzi, o których wiedziałbym wcześniej, że jak wypiją, to im odbija i gdyby ci ludzie wyszli mi potem na klatkę, wywarzyli drzwi sąsiada, wyrwali poręcze przy schodach i zostawili kupę w windzie – to cały następny dzień chodziłbym po wszystkich piętrach, przepraszał i płacił za naprawienie szkód. To się nazywa: odpowiedzialność i przyzwoitość. Szkoda, że organizatorzy tego marszu najwyraźniej mylą się te słowa z: “prowokacja” i tym podobnymi.

    PS To nie jest blog o sprawach krajowych. Nie ma tu cenzury itp., można dyskutować o różnych poglądach na opisywane (albo pokrewne) sprawy – to każdego rozwija. I jak chcesz pisać, że Kuba to diabeł wcielony, islam to terroryzm od dzieciństwa itd., to proszę bardzo: możemy się spierać. Ale jak wyciągasz jakieś hasła o prowokacjach na 11 listopada, albo Smoleńsku, krzyżu w sejmie i całym tym syfie, który jest maglowany od prawa do lewa, to proszę: nie rób tego tutaj, bo nie chciałbym, żeby dyskusja zamieniła się w Onet.

    Pzdr.

  9. UBekistan rulez
    30/11/2011 at 01:54

    Ten potok słów płynie obok tematu. Powtórzę swoje pytania: Czy policja zatrzymała “nieznanych sprawców”? Czy tusk vaseline network przeprowadził “dziennikarskie śledztwo” w sprawie spalonego samochodu? I dodam ostatnie: jakie masz dowody na to, że organizatorzy zaprosili “nieznanych sprawców” na marsz? Oni sami się zaprosili, a precyzyjniej: dostali polecenie służbowe. Wniosek na przyszłość: stworzyć własną służbę porządkową (jak na manifestacjach za pierwszej komuny) żeby bronić się przed “nieznanymi”.
    OK, OK, kończymy dyskusję.

  1. No trackbacks yet.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: