Home > Uncategorized > Herbatka dla Mao

Herbatka dla Mao

W weekend w Indiach staną pociągi, a szkoły zamkną drzwi przed uczniami. Tak przynajmniej zapowiadają tamtejsi maoiści, którzy chcą się w ten sposób zemścić za to, że w zeszłym tygodniu siły rządowe podstępnie zabiły jednego z ich przywódców. To, że zaledwie kilkanaście dni wcześniej sami zamordowali popularną zakonnicę, a jeszcze wcześniej lokalnego działacza partyjnego i jego syna, jakoś komunistów nie oburza.

MaoiściZgodnie z naukami Mao, partyzanci wolą się czołgać niż jechać kapitalistycznym pociągiem (Fot. AFP)

Kiedy gdzieś pojawia się tekst “największa komunistyczna partyzantka świata”, to w 9 na 10 przypadków autorowi chodzi o Rewolucyjne Siły Zbrojne Kolumbii. “FARC kontroluje większy teren niż jakiekolwiek inne wojska powstańcze”, “FARC ma pod bronią tysiące bojowników, jest najliczniejszą armią rebeliantów na świecie”, “FARC prowadzi najdłuższą wojnę partyzancką współczesnych czasów”, “FARC blablabla” – banał zwykle goni banał, a jak się bliżej przyjrzeć, to szybko okazuje się, że to nieprawda, a komuniści z Kolumbii to przy tych z Indii zaledwie pikuś. Maoiści wywołali powstanie w Bengalu Zachodnim zaledwie kilka lat po tym, jak za broń chwycili ich latynoscy koledzy. Podczas gdy FARC ma dziś w swoich szeregach zaledwie 8 tys. partyzantów i kontroluje nieco mniej niż połowę terytorium Kolumbii, Komunistyczna Partia Indii działa zaś w co trzecim okręgu administracyjnym, a pod bronią służy jej ponad 20 tys. gotowych na wszystko bojowników.

Dziś trudno w to uwierzyć, ale wszystko zaczęło się w wiosce Naxalbari (stąd na maoistów mówi się wymiennie: naksalici) w tych samych okolicach, skąd wywodzą się słynne herbaty darjeeling.

Pierwsze trzy dekady po II Wojnie Światowej były wyjątkowo gorące w dawnych europejskich koloniach – konflikt uświadomił wielu ich mieszkańcom, że biali nie tylko nie są od nich lepsi, ale że da się ich nawet pokonać. Ale w trakcie uzyskiwania niepodległości przez kolejne kraje, bardziej od świadomości narodowej rozwijała się ta społeczna: większość mieszkańców Azji, Afryki czy Ameryki Łacińskiej (niepodległej od ponad 100 lat, ale de facto pozostającej pod bezpośrednim nadzorem Stanów Zjednoczonych) wciąż żyło w biedzie, analfabetyzmie, a nierzadko w strukturach kastowych czy klanowych, które uniemożliwiały niższym warstwom społecznym jakikolwiek awans w górę. Wielu z nich miało już tego dość i desperacko chłonęło hasła o równości i sprawiedliwości – komunizm był na fali. Również w Indiach.

Po uzyskaniu niepodległości w 1947 r., azjatycki gigant miał na głowie praktycznie same problemy, a jednym z największych była własność ziemi. Obowiązujący system był dosłownie feudalny, a kraj znajdował się w rękach bardzo niewielkiej grupy posiadaczy ziemskich. Rząd w Delhi zainicjował więc reformy rolne, ale te były wprowadzane wolno, z oporami i nie we wszystkich stanach na raz. W Bengalu Zachodnim, bezrolni chłopi czekali na nią dwie dekady. Aż cierpliwość im się skończyła. W lutym 1967 r., w wyborach stanowych na 280 miejsc, komuniści zgarnęli aż 110. Biedota na prowincji uznała, że to najlepszy czas, aby ugrać coś dla siebie. Chcieli, żeby bogaci plantatorzy oddawali im leżące odłogiem i nieuprawiane poletka, ale ci – jak łatwo się domyślić – ani o tym myśleli. Więc w maju, Naxalbari spłynęło krwią.

Bojówki biedaków napadały na domy bogaczy, mordowały ich i przejmowały ich własność. W odwecie, do Naxalbari wysłano policję i wojsko, których uzbrojenie daleko przewyższało potencjał łuków i kilku strzelb pamiętających królową Wiktorię, jakimi posługiwali się chłopi. Opór szybko zduszono, przy okazji mordując także niewinnych cywilów, ale przywódcy wymknęli się obławie i uciekli do Kalkuty, gdzie szybko zdobyli wielkie poparcie wśród studentów. Gdy trzy lata później, komunistyczny rząd Bengalu Zachodniego upadł, maoiści zorganizowali w mieście manifestację, na którą ściągnęło kilkadziesiąt tysięcy młodych ludzi, a powiązane z nimi partyzanckie grupki co i ruszy wywoływały rozruchy na wsi. Wydawało się, że naksalici są siłą, która będzie rozdawać karty, ale wewnątrz ruchu szybko doszło do krwawych podziałów, a Kalkuta zamieniła się w miasto terroru. Zwalczające się frakcje (a także niekomunistyczne bojówki) organizowały morderstwa polityczne, napadały na banki i poczty, dewastowały tramwaje, podpalały szkoły. Policja dostała pozwolenie, żeby do podejrzanych strzelać bez ostrzeżenia, więc padało coraz więcej zabitych i konflikt się zaostrzał. W 1971 r. do akcji wkroczyło nawet wojsko – w ciągu zaledwie trzech miesięcy, do aresztów trafiło kilkanaście tysięcy podejrzanych. Wielu torturowano, niektórzy zginęli za kratkami.

HerbataZ tych wzgórz pochodzi herbata w Twojej filiżance, oraz największa komunistyczna partyzantka świata, o której jednak nie wiadomo, czy pija z mlekiem, czy bez (Fot. Canton Tea Co.)

Do lat 80., naksalici zdążyli się podzielić na kilkadziesiąt niezależnych grup, często zwalczających się nawzajem. Choć rozproszeni, byli niezwykle liczni – szacunki są różne, ale najczęściej panuje zgodność co do tego, że w tamtych latach pod bronią było ponad 30 tys. komunistycznych partyzantów. Maoiści wynieśli się z miast, bo łatwiej im było utrzymać kontrolę nad terenami wiejskimi, gdzie wciąż byli bardzo popularni. Rozprzestrzenili się też na inne stany: z Bengalu Zachodniego przeszli do Biharu, Jharkhandu, Orisy, Andhra Pradesh, a ich bastionem stał się Chhattisgarh. Według najnowszego raportu Institute for Conflict Management, wpływowego indyjskiego think-tanku, w tym roku zaczęli też opanowywać Asam i Arunachal Pradesh, położone między Bhutanem, Birmą i Chinami, skąd mogą łatwo przemycać broń i zaopatrzenie. W 2004 r., najpotężniejsze partyzantki połączyły swoje siły, tworząc Komunistyczną Partię Indii (Maoistowską), a dowódca ich sił zbrojnych – Koteshwar Rao, znany szerzej jako Kishenji – stwierdził w wywiadzie ze stycznia, że naksalici podbiją Indie do 2025 r.

Słowa Rao wielu wprawiły w popłoch, ale on sam tego ewentualnego triumfu już nie zobaczy – od zeszłego tygodnia jest już tylko prochem.

Kishenji został zabity w wymianie ognia w zeszłym tygodniu. Jego zwłoki przewieziono do rodzinnej miejscowości i skremowano zgodnie z tradycją. Partyzanci twierdzą jednak, że wcale nie zginął w walce, tylko został pojmany i zamordowany dopiero następnego dnia. I że to ostateczny dowód, że nawoływania Mamaty Banerjee (pani premier Bengalu Zachodniego, pierwszy niekomunistyczny polityk na tym stanowisku od 1977 r.) do rozmów pokojowych to ściema, a do ogłoszonego w październiku zawieszenia broni nie ma powrotu. Komuniści zapominają jednak, że to właśnie oni zerwali krótkotrwały rozejm, nie dalej jak dwa tygodnie przed śmiercią Rao.

Mamata Banerjee wygrała wybory w maju, właśnie prowadząc kampanię pod hasłem pokojowego zakończenia konfliktu. Na początku października udało jej się namówić maoistów do zawieszenia broni i rozpoczęcia negocjacji z mediatorami. Jednak już miesiąc później, naksalici ogłosili, że przysłani ludzie nie są bezstronni i że sprzyjają rządowi, a cała sprawa to pic na wodę, bo armia prowadzi w tym czasie działania przeciw partyzantom. Więc komuniści stwierdzili, że zawieszenie broni się skończyło, a już kilka dni później zamordowali lokalnego działacza partyjnego wraz z synem, później znaną w Jharkhanddzie zakonnicę (którą oskarżyli o “sprzyjanie interesom korporacji górniczych”), a dla postawienia kropki nad i, wysadzili sobie w powietrze pewien most.

NaksaliciNaksalici odchodzą do lasu, ale nie znikają (Fot. Pulitzer Center on Crisis Reporting)

Rząd faktycznie od jakiegoś czasu dokręca partyzantom śrubę. Najpierw wspierał szkoleniem i środkami Salwa Judum, wiejskie milicje, które miały się stać “przeciwwagą” dla komunistów. Ale Sąd Najwyższy stwierdził w lipcu, że tworzenie takich paramilitarnych bojówek jest niekonstytucyjne, więc władze musiały zarzucić ten projekt, przynajmniej oficjalnie. Od 2009 r. trwa jednak Operacja Zielone Polowanie – największa w historii akcja militarna wymierzona w naksalitów. W działaniach bierze udział prawie 50 tys. policjantów i sił paramilitarnych, rozproszonych po kilku stanach. Partyzanci są spychani coraz głębiej do dżungli, ale odpowiadają bolesnymi atakami, chociażby w kwietniu zeszłego roku, zdołali zabić w zasadzce aż 75 policjantów.

W Indiach powraca więc dyskusja: czy do akcji nie powinna wkroczyć armia? Tutejsze wojsko jest obecnie jednym z najpotężniejszych na świecie. Według raportu Sztokholmskiego Międzynarodowego Instytutu Badań nad Pokojem (SIPRI, najbardziej prestiżowego ośrodka zajmującego się konfliktami zbrojnymi), to właśnie Indie są od kilku lat największym importerem broni. Aż 9 proc. światowej sprzedaży militariów trafiało do tej azjatyckiej potęgi, do 2015 r. na zbrojenia przeznaczy ona 80 miliardów dolarów. Sęk w tym, że puchną siły przeznaczone do walki konwencjonalnej (aż połowa wydatków idzie na marynarkę, w której Indie chcą prześcignąć Chiny), niekoniecznie mające tak świetne zastosowanie w walce partyzanckiej. Do tego, większość komentatorów całkiem słusznie dowodzi, że wysyłanie armii przeciwko – jak by nie było – własnemu społeczeństwu, byłoby straszliwym strzałem w stopę.

Tymczasem, walka trwa. Jak dotąd, zdążyła już pochłonąć ponad 6 tys. ofiar i wszystko wskazuje na to, że nim się skończy, zabierze ze sobą jeszcze wiele następnych.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

  1. No comments yet.
  1. No trackbacks yet.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: