Archive

Archive for December, 2011

Wieloryb na Wigilię

Co to: ma płetwy i jadasz to w grudniu? Karp, oczywiście. No, chyba że jesteś Japończykiem. Wtedy to wieloryb. I w tym roku możesz go konsumować dzięki… pieniądzom na odbudowę zniszczeń po marcowym trzęsieniu ziemi, które wywołało tsunami i katastrofę w elektrowni jądrowej w Fukushimie. Smacznego!

Wielorybnictwo a la JaponiaHo! Ho! Ho! Wesołych świąt po japońsku! (Fot. Australian Customs Service)

Wielorybnictwo w Japonii to żadna nowość. Wyspiarze polują na te ogromne ssaki od kilkuset lat i jak do tej pory nic nie zdołało ich od tej real-life inscenizacji Moby Dicka odciągnąć. Wojna, nie wojna, konkurencja ze strony Aristotelisa “A, wytępię sobie wszystkie wieloryby w okolicach Peru” Onasisa, reality show o grupie rozhisteryzowanych hipisów – Japończycy wszystko traktowali zgodnie ze swoją odwieczną zasadą: “Jeżeli to nie Godzilla, to nie ma co przerywać herbaty”. Nawet kiedy Międzynarodowa Komisja Wielorybnictwa wprowadziła moratorium na jego komercyjne prowadzenie, Tokio wciąż wysyłało swoją flotę na połów, oficjalnie tłumacząc go celami naukowymi. A to, że po “badaniach” mięso trafiało na sprzedaż i do restauracji? Hej, chleb jest święty i nie wolno go wyrzucać, a w Japonii jest najwyraźniej ostro nasączony tranem.

Co ciekawe, jak pokazują badania Gallupa, przytłaczająca większość Japończyków nie jada wielorybiego mięsa wcale, albo robi to tylko przy wyjątkowych okazjach. W zasadzie jedyna grupa respondentów, która uznaje je za przysmak, to mężczyźni w wieku 40-59 lat, co komentatorzy tłumaczą sentymentem: tuż po wojnie było ono bowiem często podawane w szkolnych stołówkach i osobom starszym kojarzy się z dzieciństwem.

Skąd więc ten pęd do polowań na wieloryby (a przy okazji też delfiny)? Są dwie wersje.

Pierwsza mówi, że to zemsta za to, że to właśnie para złożona z wieloryba i delfina pilotowała bombowiec, z którego zrzucono bombę atomową na Hiroszimę (a Japończycy do dziś nie wiedzą, że w rzeczywistości za sterami siedzieli krowa i kurczak):

Według drugiej, to po prostu zwykły klientelizm. Jeżeli ktoś uważa, że polska scena polityczna jest zabetonowana, to w takim razie ta japońska jest prawdziwym bunkrem. Przeciwatomowym. U władzy pozostają wciąż ci sami ludzie, a nawet rodziny. Żeby jednak móc się utrzymać na powierzchni, muszą dbać o swoją bazę i tamtejsze struktury – gigantyczne inwestycje w infrastrukturę itp. to nic innego jak pompowanie pieniędzy w zaprzyjaźnione firmy i potencjalnych wyborców.

Nie inaczej jest z przemysłem wielorybnicznym, który już od wielu lat nie jest dochodowy i wciąż funkcjonuje tylko dzięki potężnym zastrzykom rządowych pieniędzy. Co roku w budżecie przeznacza się na ten cel ok. 6 mln dolarów, a od 1988 r. z wydano ich w sumie aż 150 mln. Politycy dobrze wiedzą, że dzięki temu mogą potem przy urnach liczyć na tysiące wdzięcznych głosów: wokół niewielkich kiedyś portów rybackich, przez lata powyrastały przetwórnie, stocznie i fabryki, a wraz z nimi duże miasta, takie jak chociażby Ayukawa, gdzie mieszka prawie 200 tys. osób. Dlatego też, finansowa pomoc dla tych ośrodków nie budzi w Kraju Kwitnącej Wiśni wielkiego oburzenia społecznego.

Ale ostatni zastrzyk pieniędzy już jak najbardziej.

Po marcowej katastrofie, rząd ustanowił fundusz na odbudowę zniszczeń, którego budżet to 500 mld jenów (równowartość mniej więcej 6,5 mld dolarów). Teraz okazało się, że 2,30 mld jenów (ok. 29 mln dolarów) z tej puli zostało przekazane właśnie przemysłowi wielorybniczemu. Rząd tłumaczył się co prawda, że jedna ze zburzonych miejscowości była właśnie tego typu portem rybackim, ale szybko okazało się, że nie ma to żadnego przełożenia na wspomnianą sumę. Gdy na początku grudnia, japońska flota wielorybnicza wyszła z portu w Shimonoseki w południowo-zachodniej części Honsiu, największej z wysp tworzących Japonię (trzęsienie ziemi, które wywołało niszczycielskie tsunami, znajdowało się na przeciwległym jej krańcu), w oczy najbardziej rzucała się szczególnie towarzysząca jej jednostka: “Shonan Maru 2”, były kuter przerobiony na pływającą twierdzę, wypełnioną uzbrojonymi po zęby ochroniarzami.

Wszystko dlatego, że w zeszłym roku hałaśliwe działania ekologów z organizacji Sea Shepherd pokrzyżowały wielorybnikom plany jak nigdy dotąd. Flota musiała zawrócić do portu miesiąc wcześniej niż zwykle (sezon trwa z reguł do kwietnia), a w jej ładowniach zalegała zaledwie piąta część tego, co chcieli złowić. Teraz “Shonan Maru 2” ma zadbać o to, by żadna motorówka, albo inna jednostka ekologów, nie mogła się nawet zbliżyć do miejsca połowów. I to właśnie na jego uzbrojenie poszło te 29 mln dolarów.

Takim groteskowym wykorzystaniem funduszy na odbudowę oburzeni są sami Japończycy. Wiele organizacji wysłało do premiera Yoshihiko Nody wspólny list otwarty, w którym protestują przeciwko marnotrawieniu funduszy publicznych.

Wielorybnicy żeglują więc w kierunku Antarktyki, a Dział Zagraniczny wciąż nie może wyjść ze zdumienia: 29 mln dolarów na uzbrojenie kutra? To co? Załadowali mu tam torpedy i wiosną będzie polował na Czerwony Październik?

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

PS Dział Zagraniczny bierze urlop świąteczny. Następnym razem będziemy nieinteresować polskiego czytelnika dopiero w nowym roku. Dlatego wszystkim niezainteresowanym już teraz życzymy smacznego karpia (albo wieloryba, zależy gdzie jesteście).

Banan leczy AIDS

Czego by nie mówić o Muammarze Kaddafim, to nie da się ukryć, że miał styl i osobowość. Był jedynym w swoim rodzaju połączeniem Karla Lagerfelda z Freddim Mercurym i Hegemonem z “Kajka i Kokosza”. Beatą Kozidrak świata dyktatorów, po prostu. Dlatego, od jego śmierci w październiku Dział Zagraniczny zastanawiał się, kto może zająć miejsce dziwacznego Berbera? Kim Dzong Il – za sztywny. Hugo Chavez – zbyt prosty. Than Shwe – zbyt skryty. Łukaszenka – nie no, to beznadziejny przypadek, nie nadawałby się, nawet gdyby zaczął biegać po Mińsku w pasiastych getrach i swetrze z cekinami.

Odpowiedź nasuwała się więc sama i ostatecznie potwierdził ją ostatni wywiad dla BBC. Nowym Kaddafim jest Yahya Jammeh, prezydent Gambii.

Kaddafi daje radyStarszy kolega tłumaczy Jammehowi, że ciemne okulary to w klubie podstawa (Fot. AFP)

Kaddafi miał 27 lat, kiedy obalił króla Idrisa I i stanął na czele wojskowego rządu Libii. Jammeh był zaledwie dwa lata starszy, gdy przeprowadził pucz w 1994 r. i zaczął przewodzić tamtejszej juncie. Choć na Berbera mówiono popularnie “pułkownik”, w chwili rewolucji miał dopiero stopień porucznika – tak samo jak Gambijczyk. Początkowo obaj ubierali się tylko w mundury, a jedyną ekstrawagancją były ciemne okulary a la Tom Selleck, ale z czasem porzucili je na rzecz luźniejszych ciuchów, choć trzeba przyznać, że Jammeh pozostał wierny nieskazitelnej bieli, podczas gdy jego starszy kolega miał nieco odważniejszy gust.

Gambia zerwała stosunki dyplomatyczne z Libią tuż po rewolucji Kaddafiego. Jammeh wznowił je trzy miesiące po zdobyciu władzy. I zaczął się szybko uczyć.

Przede wszystkim, Jammeh nie jest po prostu Yahyają Jammehem. Nie jest także prezydentem Jammehem, ani nawet Kochanym Przywódcą Jammehem. Oficjalnie to Jego Ekscelencja Szejk Profesor Alhaji Doktor Yahya Abdul-Azziz Jemus Junkung Jammeh. O czym gambijska prasa przypomina przy każdej możliwej okazji.

Profesor Doktor Szejk (habilitowany) kazał sobie w stolicy Bandżulu wybudować łuk triumfalny, pod którym jednak może przejeżdżać tylko on sam. Być może czerpie z niego magiczną siłę, bo że takową posiada – ogłasza co i rusz. Jammeh potrafi leczyć złamania dotykiem. Osobiście opracował też (jak to Doktor) ziołowe leki na astmę, nadciśnienie i bezpłodność (ale tylko u kobiet). Jako największym sukcesem jest bez wątpienia wynalezienie kuracji bananami, która całkowicie niszczy AIDS, co oznajmił światu w 2007 r. (a gdy ten zarzucał mu, że to bzdura, bronił się mówiąc, że aby terapia była skuteczna, należy absolutnie przestać przyjmować leki antyretrowirusowe). Dwa lata później, postanowił też zwalczyć czarną magię: w rozsianych po kraju wioskach wyłapano ponad tysiąc osób oskarżonych o czary i zmuszono do wypicia kolejnego ziołowego koktajlu autorstwa Jego Ekscelencji Inżyniera Medycyny. Według Amnesty International, kilkoro zmarło, a wielu do dziś boryka się z chorymi nerkami i biegunką. To i tak lepiej, niż geje, którym prezydent – według własnych słów – chciałby po prostu ścinać głowy.

Jammeh wręcz tryska pomysłami, jakby tu wydobyć Gambię ze 192. miejsca na liście najbiedniejszych państw świata za pomocą swoich czarodziejskich mocy. Przed kilkoma laty postanowił więc sprawić, by stała się ona państwem produkującym ropę. Ale jak do tej pory, wciąż jej nie odnaleziono. Nikt nie wie dlaczego.

Jego Ekscelencja Szejk Profesor Alhaji Doktor Yahya Abdul-Azziz Jemus Junkung Jammeh uwielbia także kolekcjonować nagrody i tytuły (no coś takiego…). Tylko w zeszłym roku zebrał ich kilka. Najpierw został uhonorowany przez Międzynarodowy Parlament dla Bezpieczeństwa i Pokoju z siedzibą w Palermo (ciekawostka: jego przewodniczący – Vittorio Busa – szczyci się w internecie tytułami Wielkiego Chana Mongolii, Prezydenta Białorusi, prezydenta… Wolnego Miasta Gdańska i arcybiskupa Białegostoku; nie wiadomo co na to ksiądz Ozorowski i detektyw Bednarski). Później dostał jeszcze między innymi tytuł Honorowego Mistrza od Związku Drukarzy i Wydawców Niemiec Północnych i Admirała Wielkiej Floty Stanu Nebraska. Choć ta ostatnia nawet nie istnieje, bo… Nebraska nie ma dostępu do morza. Zresztą, w oficjalnym komunikacie wydanym przez rzecznika prasowego Szejka Profesora, nazwisko gubernatora tego stanu napisano z błędem. Co spotkało również imię prezydenta Stanów Zjednoczonych. Jeżeli to kogoś interesuje, to w tym szczęśliwym dla Gambii 2010 roku, Platynową Nagrodę (?) przyznał Jammehowi niejaki Barrack Obama.

Jammeh i BarrackPo prawej Barrack, po lewej Majchel, a w środku Admirał Wielkiej Floty Stanu Nebraska (Fot. Lawrence Jackson/White House)

Jego Ekscelencję Szejka Profesora Alhaji Doktora Yahya Abdul-Azziza Jemusa Junkunga Jammeha tak to wszystko ucieszyło, że pod koniec 2010 r. postanowił się przebranżowić i z Jego Ekscelencji Szejka Profesora Alhaji Doktora Yahya Abdul-Azziza Jemusa Junkunga Jammeha zostać królem Jammehem. W Gambii ruszyła wówczas kampania zbierania podpisów pod wnioskiem o wprowadzenie monarchii. Podobno było ich więcej niż wystarczająco, ale ostatecznie prezydent (jeszcze) plan porzucił – być może z powodu krytyki Zachodu, a być może, bo przypomniało mu się co spotkało Bokassę.

Porzucać narodu Profesor Szejk Doktor jednak nie zamierza. Kiedyś ogłosił, że będzie rządzić 40 lat. Teraz troszeczkę ten okres wydłużył – konkretnie do miliarda.

W listopadzie, w Gambii odbyły się wybory. O których już wcześniej było wiadomo, że będą tak przekręcone, że Wspólnota Gospodarcza Krajów Afryki Zachodniej olała nawet wysyłanie na miejsce niezależnych obserwatorów. Jammeh zgarnął skromne 72 proc., ale nawet to umiarkowanie mu nie pomogło i wszyscy zgodnie uznali, że wynik jest sfałszowany. Na co niedoszły król postanowił odpowiedzieć w wywiadzie dla BBC, którego fragmenty można obejrzeć pod tym linkiem.

Zdaniem Działu Zagranicznego, najlepszy moment – poza ciągłym mamrotaniem ” boję się tylko Allaha, boję się tylko Allah” – to kiedy Jammeh nie może uwierzyć, że monarchia brytyjska ma rolę wyłącznie ceremonialną. No i, oczywiście, kiedy mówi o Kaddafim.

Gambia była przez lata jednym z najbliższych przyjaciół Libii i beneficjentem płynącej z Trypolisu pomocy finansowej, przybierającej czasem dość dziwne formy: gdy Kaddafi ofiarował państwu traktory, równocześnie dawał Jammehowi stada wielbłądów jako “prywatny” prezent. Szejk Doktor Profesor okazał się jednak niewdzięcznikiem – Gambia jeszcze w kwietniu, jako pierwsze afrykańskie państwo, zerwała kontakty z Trypolisem i uznała władze powstańców za jedynych reprezentantów Libii.

Jammeh wspomina zresztą o tym w wywiadzie. I przekonuje, że los przywódcy nie zależy od tego, jak długo rządzi, tylko co robi. Więc o Admirała Wielkiej Floty Stanu Nebraska możemy się nie martwić. On przecież leczy z AIDS.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Prysznic w Kopenhadze

Żołnierze od rana uwijają się jak w ukropie. Przeszukują dom po domu, biją podejrzanych, ładują setki z nich do ciężarówek wiozących ich do naprędce przygotowanych obozów. Do wieczora, wojskowi zdążą zastrzelić kilkadziesiąt osób, większość z bliskiej odległości. Zbyt bliskiej, jak na “wymianę ognia podczas walki”. Mundurowi czują się jednak bezkarni: myślą, że nikt im nie patrzy na ręce, bo na miejscu nie ma żadnych dziennikarzy, zostali odcięci od dzielnicy ścisłym kordonem bezpieczeństwa. Nie wiedzą tylko jednego – że nad ich głowami od samego początku akcji krąży samolot szpiegowski P-3 Orion. I że bardzo dokładnie dokumentuje wszystkie ich ruchy.

Chociaż od szturmu na Tivoli Gardens, slumsu w zachodnim Kingston, stolicy Jamajki, minęło już ponad półtora roku, to wciąż mało wiemy o jego szczegółach, a sama akcja wzbudza ogromne emocje, bo splatają się w niej wątki naprawdę sensacyjne: narkotyki, przemoc, korupcja, zbrodnie przeciw ludzkości i wielka polityka.

Żołnierz w TivoliTego w katalogach turystycznych jakoś nie pokazują (Fot. Rodrigo Abd/AP)

O świcie 24 maja 2010 r., do Tivoli Gardens weszło 500 żołnierzy. Gdy słońce zachodziło za horyzont, tylko jeden z nich był martwy, ale liczba ofiar wśród lokalnych mieszkańców była znacznie większa: 73 zabitych, ponad tysiąc pobitych i przymusowo wywiezionych na przesłuchania. Armia nie mogła jednak ogłosić sukcesu, bo nie osiągnęła zamierzonego celu. Jedyny poszukiwany w tym całym zamieszaniu – Christopher Coke, znany bardziej jako “Dudus” – wymknął się obławie i nikt nie miał pojęcia, gdzie się ukrywa. Wielu podejrzewało za to, że cynk o akcji sprzedał mu nie kto inny, a sam premier karaibskiej wyspy.

Jako dziecko, Dudus miał niezłe perspektywy na wpasowanie się w rolę porządnego obywatela. Był podobno bardzo zdolnym uczniem, a chodził nie do byle jakiej szkoły, bo elitarnego prywatnego liceum, gdzie swoje pociechy posyłali czołowi politycy i najbardziej prominentni biznesmeni na wyspie. Ale rodzice Coke’a nie mieli problemów z opłacaniem mu czesnego, bo jego ojciec był przywódcą największego i najbrutalniejszego gangu na Jamajce. Co bardzo szybko wróciło do Dudusa jak bumerang.

Stary Lester Lloyd Coke wybił się w przestępczym półswiatku Jamajki w latach 70., kiedy złą sławę zyskał dowodzona przez niego banda Shower Posse, zwana tak, bo dosłownie robiła swoim przeciwnikom prysznic z kul. Dekadę później, Coke wykorzystał swoje kontakty wśród bardzo aktywnej karaibskiej diaspory w Stanach Zjednoczonych i przeniósł się na ich wschodnie wybrzeże. Gang szybko podporządkował sobie części Nowego Jorku, New Jersey, Filadelfii i Florydy. Pieniądze z handlu narkotykami i bronią zaczęły płynąć szerokim strumieniem do willi w Miami, gdzie osiadł Lester, ale żaden sposób nie zahamowało to brutalności przestępców. Stary Coke został aresztowany w 1987 r. i deportowany na Jamajkę, gdzie pięć lat później zginął w tajemniczych okolicznościach, zaledwie kilka godzin po tym, jak zamordowano jego starszego syna. Młodszy Dudus nie miał innego wyjścia, jak tylko w wieku 22 lat porzucić marzenia o normalnym życiu i przejąć bandycki interes rodziny.

Dorastanie wśród elity i solidna edukacja pozostawiły jednak trwały ślad, a Christopher wniósł do przestępczego półświatka nowy sznyt. Żarliwy wegetarianin, przez znajomych określany jako cichy i wycofany, starał się zawsze trzymać w cieniu. Zamknął się w swojej willi w Tivoli Gardens i stamtąd zarządzał swoim imperium, znacznie odmieniając jego oblicze. Pod jego przywództwem Shower Posse się stonowało, pokazowe egzekucje przeciwników odeszły do przeszłości. Dudus wyniósł też cenną wiedzę z lekcji historii: strachem można szybko wymusić posłuszeństwo, ale żeby zyskać trwałe poparcie, trzeba okazać szczodrość. I tej Coke nigdy nie żałował: opłacał czesne szkolne dzieciom ze swojej dzielnicy, dawał pieniądze na leczenie starych, a gdy było już za późno, łożył na ich pogrzeby. Pomagał znaleźć pracę, urządzał publiczne imprezy z darmowym jedzeniem. Przy pomocy uzbrojonych bandziorów, całkowicie wytępił drobne kradzieże na swoim terenie. Ci sami przestępcy gorliwie pilnowali, żeby – zgodnie z jego zaleceniem – niepełnoletni nie szwędali się po Tivoli Gardens po zmroku. Ulica go kochała. Ale ważniejszych sojuszników miał o wiele, wiele wyżej: na szczycie rządu.

Golding w TivoliBruce Golding, premier Jamajki, a wolnych chwilach najlepszy ziomek Dudusa (Fot. Ramon Espinosa/AP)

Dudus nie był takim aniołkiem, za jakiego chciał uchodzić. W okrucieństwie prześcigał najbrutalniejszych psychopatów – dobrze znana jest historia, jak to pociął piłą mechaniczną podwładnego, którego podejrzewał o nielojalność. A całą swoją działalność dobroczynną finansował z przestępczego biznesu, który rozwijał jak dobry biznesmen – Shower Posse pompowało coraz więcej narkotyków w amerykańskie wschodnie wybrzeże, a od kilku lat wyrastało też na czołowy gang w Toronto. Coke mógł być jednak pewien, że dopóki siedzi na Jamajce, jego pozycja jest niezagrożona. Miejscowi politycy byli gotowi go chronić, bo dostarczał im najbardziej pożądany z możliwych towarów – głosy wyborców.

Od uzyskania niepodległości w 1962 r., na Jamajce rozwijała się przedziwna symbioza polityki i przestępczości zorganizowanej. Po władzę sięgały na przemian dwa ugrupowania – Jamajska Partia Pracy (JLP) i Ludowa Partia Narodowa (PNP) – które dla zdobycia przewagi, nie cofały się przed żadnymi rozwiązaniami. Działacze obu stron zaczęli uzbrajać bandy przestępców, którzy w zamian za broń i przymykanie oka na ich działalność, zobowiązywały się rozbijać wiece przeciwników, a innych przymuszać na głosowanie na swoich patronów. System polityczny wykorzenił się jeszcze bardziej, kiedy zaczęto budować osiedla z mieszkaniami socjalnymi – politycy wpadli bowiem na pomysł, że skupienie w jednym miejscu bandytów i tłumów podatnych na zastraszenie wyborców, ułatwi zdobywanie mandatów parlamentarnych. W całym kraju zbudowano ponad 20 takich osiedli: w zależności od tego, która partia patronowała budowie konkretnego z nich, lokale przyznawano jej zwolennikom. I, oczywiście, zblatowanym z nią gangom. Przestępcy przejmowali całkowitą kontrolę nad terenem, do środka nie zapuszczały się żadne służby miejskie, a nowy typ dzielnic szybko zaczęto określać jako “garnizony”. Przemoc była tam na porządku dziennym, ale ze szczególną mocną wybuchała zawsze podczas wyborów – apogeum osiągnęła w roku 1980, kiedy walki o głosy pochłonęły ponad 800 ofiar.

Shower Posse było od samego początku związane z JLP. Oni napędzali im wyborców, a partia dbała o dobre samopoczucie “swoich” gangsterów”. Gdy starego Coke’a aresztowano w Miami i deportowano na Jamajkę, ojciec Dudusa nie zdążył nawet zagrzać miejsca w celi, bo został uniewinniony (co jego zwolennicy zebrani przed budynkiem sądu uczcili głośną kanonadą). Jego syn cieszył się nawet większymi względami, bo posłem z okręgu wyborczego Zachodnie Kingston (w którym o wyniku zawsze decydowały głosy z Tivoli Gardens) był nie kto inny, jak Bruce Golding. Czyli szef rządu.

Waszyngton, wiedząc że na proces Coke’a na Jamajce nie ma co liczyć, domagał się jego ekstradycji już od sierpnia 2009 r. Premier Golding opóźniał tę decyzję, jak tylko mógł, a za jego namową, prawnikiem Dudusa został Tom Tavares-Finson, wpływowy senator z jego własnej partii (a prywatnie były mąż Cindy Breakspeare, byłej Miss Świata, długoletniej kochanki Boba Marleya i matki ich syna – Damiana). Gdy wreszcie wojsko wkroczyło do Tivoli Gardens, przywódca Shower Posse zapadł się pod ziemię, a w mediach zaczęły się spekulacje, że to właśnie szef rządu ostrzegł go wcześniej i namówił do ucieczki z miasta. Plotki nasiliły się jeszcze bardziej, kiedy wyszło na jaw, że JLP zapłaciła 400 tys. dolarów znanej firmie lobbyngowej z Waszyngtonu, która miała przekonywać amerykańskie władze, żeby jednak zrezygnowały ze ścigania Coke’a.

DudusCzytelniku, jeżeli kiedyś kupiłeś skręta we Flatbush, to zasiliłeś kieszeń właśnie tego pana (Fot. AP)

Dudusa złapano ostatecznie w czerwcu 2010 r. podczas rutynowej kontroli samochodowej na prowincji – najgroźniejszy przestępca w kraju próbował się maskować, przebierając za kobietę. Został wydany Stanom, gdzie przyznał się do stawianych mu zarzutów. Golding, skompromitowany całą sytuacją, trzymał się stołka tak długo, jak to było możliwe, ale w zeszłym miesiącu złożył w końcu rezygnację i zapowiedział, że nie będzie już kandydować w nadchodzących wyborach.

Do tej pory jednak, wciąż nie wyjaśniono, co dokładnie działo się w Tivoli Gardens tamtego majowego dnia i w jaki sposób zginęło tych kilkadziesiąt ofiar. Wielu świadków twierdzi, że zabici nie mieli nic wspólnego z gangami, a żołnierze dokonywali na nich najnormalniejszych w świecie egzekucji. Nie ma na to jednak żadnych dowodów – dziennikarze zostali wpuszczeni do slumsu dopiero po zakończeniu akcji, nie mogli więc dokumentować jej przebiegu. Zrobili to jednak z nich Amerykanie.

P-3 Orion latał nad Tivoli Gardens przez cały dzień. Miejscowy fotoreporter, nudząc się na wojskowej blokadzie, dostrzegł samolot i sfotografował z braku lepszego zajęcia. Do zdjęć dotarł później Mattathias Schwartz, reporter magazynu “New Yorker”, który przygotowywał materiał o historii Coke’a. Dziennikarz skorzystał z Ustawy o Swobodnym Dostępie do Informacji i uzyskał od rządu potwierdzenie swoich podejrzeń: “Wszystkie zajścia zostały zarejestrowane”.

Na tym jednak kończy się wiedza reportera i – jak na razie – opinii publicznej. Nagrania nie zostały ujawnione i nie wiadomo, czy kiedykolwiek ujrzą światło dzienne. Byłoby to nie na rękę politykom na wyspie, ale także Waszyngtonowi. To właśnie za namową USA, Jamajska Partia Pracy (wbrew nazwie, będąca ugrupowaniem prawicowym) zaczęła budowę “garnizonów”, które miałyby jej zapewnić stałą przewagę nad lewicową Ludową Partią Narodową, w owym czasie coraz bliżej flirtującą z Kubą Fidela Castro. Dokumenty, do których dotarł Schwartz, sugerują także, że amerykańscy agenci byli również obecni w Tivoli Gardens podczas wojskowego szturmu, czemu jednak rząd zdecydowanie zaprzecza.

Ujawnieniem nagrań nie jest więc zainteresowana żadna ze stron, bo wbrew pozorom – jak do tej pory wszyscy wyszli na całym zamieszaniu na plus. Stany schwytały groźnego przestępcę. Dudus wyszedł z zawieruchy cało, a mógł podzielić los swojego ojca (który został przed śmiercią ponownie aresztowany, bo USA domagało się także jego ekstradycji, a zginął w tajemniczym pożarze w celi, co prawdopodobnie miało go powstrzymać przed obciążeniem zeznaniami swoich politycznych protektorów). I nawet JLP zachowała status quo: choć Golding musiał ustąpić, to jednak wcześniej robił wszystko, żeby tylko ochronić Coke’a. Shower Posse nie zapomni tego ani jemu, ani jego partyjnym kolegom, a w nadchodzących wyborach Tivoli Gardens – jak zwykle – murem zagłosuje na kandydata prawicy.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Fotel niekoniecznie dla orła

W niedzielę miną dokładnie 4 lata, od kiedy Meksyk ogłosił swoją słynną wojnę przeciw kartelom narkotykowym. I mimo dość wątpliwych efektów (45 tyś. zabitych i kolejne 10 tys. zaginionych) nie ma jakoś zamiaru z niej rezygnować. Po ostatnim weekendzie trudno się jednak oprzeć wrażeniu, że południowemu sąsiadowi USA bardziej przydałaby się kampania na rzecz czytelnictwa. A już na pewno taka, której adresatami byliby kolejni prezydenci tego kraju.

Enrique Peña Nieto będzie od przyszłego roku rządził Meksykiem. Co prawda, wybory dopiero w lipcu, ale kandydat Partii Rewolucyjno-Instytucjonalnej ma taką przewagę w sondażach, a jego przeciwnicy są tak beznadziejni, że musiałby się stać cud, żeby to kto inny wprowadzał się latem do pałacu prezydenckiego. Nic zatem dziwnego, że media i zwykli obywatele chcieliby się dowiedzieć jak najwięcej o człowieku, od którego przez kilka lat będzie zależeć ich los. Na przykład: co czyta? Odpowiedź – najwyraźniej niewiele.

W sobotę, były gubernator stanu Meksyk odwiedzał Międzynarodowe Targi Książki w Guadalajarze. Podczas otwartego spotkania z potencjalnymi wyborcami, z sali padło pytanie: które trzy książki miały największy wpływ na jego życie? I Enrique Peña Nieto połknął żabę. Po kilku minutach beznadziejnego wymigiwania się, wreszcie wykrztusił: “Biblia”.

W sumie, nie byłoby w tym nic złego – każdy ma prawo być religijnym, nawet jeżeli należy do PRI (w końcu Grzegorz Napieralski też rozpowiadał w kampanii, jak to chadza z całą rodziną do kościoła). Szybko się jednak okazało, że Peña Nieto wymienił Pismo Święte nie dlatego, że faktycznie jest ono dla niego oparciem w trudach dnia codziennego, tylko dlatego, że to jedyna książka, co do której mógł być pewny tytułu i autorstwa (czyli: że jest nie do ustalenia). Jeszcze w tym samym zdaniu, bowiem, dodał, że w zasadzie, to “czytał jej fragmenty”. A potem pogrążał się coraz bardziej.

– Czytałem wiele książek, a lubię zwłaszcza powieści – przekonywał jakoś bez wyrazu – Miałbym teraz problem z przypomnieniem sobie ich tytułów.

W pewnym momencie, stwierdził, że bardzo mu się podobał “Fotel Orła” (polskie wydanie Świat Książki, 2004) autorstwa Enrique Krauze. Dopiero ktoś trzeci musiał poprawić przyszłego prezydenta, że książkę w rzeczywistości napisał Carlos Fuentes. Później z przerażeniem w oczach wypatrywał podpowiedzi od swoich asystentów, mamrocząc w kółko: “Nie pamiętam tytułu, no nie pamiętam tytułu…”, a na końcu zabłysnął myślą, że czytał niedawno thriller polityczny Jeffrey’a Archera, ale… uhm, nie pamięta tytułu.

Zaczytany Enrique Peña NietoEnrique Peña Nieto czyta o tym, jak Wojtek został strażakiem (Fot. Moisés Pablo/Cuartoscuro)

Prasa i internauci rzucili się na kandydata jak sfora wilków. Nic dziwnego, to żałosne wystąpienie było tylko wodą na młyn jego krytyków i potwierdzeniem wszystkich stereotypów na temat przyszłego prezydenta. Przeciwnicy Enrique uwielbiają wytykać mu, że jest “pustakiem”. Ich zdaniem, Peña Nieto najwięcej czasu spędza przed lustrem, żeby wyglądać jak gwiazda telenoweli, w czym ma mu zresztą pomagać żona, aktorka brylująca w takich właśnie produkcjach. Zarzucają mu też, że lubi piękne, okrągłe zdania, z których nic nie wynika. I że wpadka na targach książki tylko potwierdza, że to zwykły głupek.

I wszystko pięknie, tylko że przypadek popularnego polityka nie jest odosobniony. Jeżeli chodzi o Meksyk, to można odnieść wrażenie, że czytelnicza ignorancja to wręcz cecha niezbędna do pełnienia najwyższych stanowisk państwowych.

W poniedziałek, potencjalny (jego partia – PAN – jeszcze nie wyłoniła oficjalnego kandydata) rywal Enrique, były minister finansów Ernesto Cordero, krytykując w radiu wystąpienie lidera sondaży, sam zaliczył blamaż po pytaniu o ulubione książki: wymieniając “Wyspę cierpienia” (polskie wydanie: Amber, 2006), upierał się, że jego autorka Laura Restrepo ma jednak na imię Isabel. Z ignorancji w tej dziedzinie słynął też Vincente Fox, prezydent Meksyku w latach 2000-2006. Rok po odejściu z urzędu, na jednej z konferencji prasowej wychwalał “kolumbijskiego zdobywcę literackiego Nobla, Mario Vargasa Lllosę”, choć ten jest Peruwiańczykiem, a wspomnianą nagrodę dostał dopiero trzy lata później. Fox, z którego poprzedniej wpadki głośno się nabijano, postanowił zatrzeć złe wrażenie i pośpieszył z gratulacjami na swoim Twitterze: “Gratulacje Mario, udało Ci się! Już jest trzech: Borges, Paz i Ty”. Oczywiście, Jorge Luis Borges nigdy nie został laureatem Nobla i raczej już nie zostanie – zmarł w 1986 r.

Na serwisach społecznościowych przypominano także podobne wpadki innych polityków, a fala kpin dotarła nawet na drugi koniec kontynentu: do Argentyny, gdzie internauci z chęcią opisywali ignorancję własnych przywódców. Carlos Menem (prezydent w latach 1989-1999) w jednym z wywiadów przekonywał, że zaczytuje się w działach Sokratesa i ma zebrane wszystkie dokumenty jego autorstwa (w rzeczywistości grecki filozof nie pozostawił po sobie żadnych zapisków), a w innym pomylił Robin Hooda z Robinsonem Crusoe, twierdząc, że ten ostatni zabierał bogatym i rozdawał biednym (no faktycznie, Dział Zagraniczny przypomina sobie, że chyba dawał Piętaszkowi jakieś tam prezenty). A obecna głowa państwa, Cristina Fernández de Kirchner, w jednej z wypowiedzi zamieniła Cervantesa z autora “Don Kichota” na głównego bohatera, a potem cytowała fragment, który choć ma miejsce w jednej z adaptacji filmowych, to w samej książce nie występuje. Być może to dlatego, że – jak słusznie zauważyła w listopadzie – aż 80 proc. książek sprzedawanych w Argentynie, jest w rzeczywistości drukowanych zagranicą. Dział Zagraniczny rozumie: sabotują je wrogowie narodu. Najpewniej Anglicy.

Zaczytana CristinaMasz kochanie i sobie poczytaj, żebyś wiedziała, co w filmie jest wkładem własnym Madonny (Fot. El Diario 24)

Tymczasem na internetową falę żartów z Enrique, zareagowała jego córka, pisząc na swoim Twitterze, że ci, którzy krytykują jej ojca, to “banda debili z proletariatu” (faktycznie, pierwsza do wyśmiewania ignorancji w dziedzinie literatury jest zawsze klasa robotnicza – żelazna logika, nie ma co). Peña Nieto szybko przeprosił za jej zachowanie, ogłosił, że odbyli pouczającą rozmowę i to się więcej nie powtórzy. Dział Zagraniczny poleca też przerobić z nią książkę “Dobre maniery kaczuszki Kasi” – praca zbiorowa, nie trzeba pamiętać nazwiska autora.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Galopem do pieniędzy

Adolfo Cambiaso, dla rodziny i przyjaciół “Dolfi”, jest bogiem. Argentyńczyk talentem dorównuje Leo Messiemu i tylko do niego można go porównywać. Z tym, że zawodnik Barcelony jest czczony w barach i dzielnicach robotniczych, a jego kibice najchętniej sięgają po zimnego Quilmesa, tymczasem miłośnicy Dolfiego wolą Dom Pérignon, kawior, a na mecze dowozi ich szofer. Bo Cambiaso to największa gwiazda sportu dla bogaczy – polo.

Dolfi do ekstraklasy dobił już jako nastolatek, wygrywając praktycznie wszystko, co było do wygrania. W wieku 16 lat miał handicap +6, który na ogół dostają tylko dorośli profesjonaliści. Już trzy lata później przyznano mu – jako najmłodszemu zawodnikowi w historii tego sportu – handicap +10, który jak do tej pory zdobyło tylko dziewięciu innych ludzi, z czego połowa zdążyła umrzeć nim Gomułka oddał władzę. Adolfo jest od lat uznawany za najlepszego gracza na świecie, ma bajeczny majątek, żonę-modelkę, z którą szczęśliwie doczekał się trójki dzieci, kumpluje się z brytyjską rodziną królewską, a w swojej prywatnej stajni ma konie tej klasy, że goszczą w rubrykach towarzyskich częściej, niż miejscowi celebryci.

Do tych ostatnich (koni, nie celebrytów), Dolfi jest najwyraźniej wyjątkowo przywiązany, bo postanowił zrobić coś, co ściąga na niego gniew kolegów z boiska, dziennikarzy i kibiców – wyciągnął z kieszeni grubszy bilon i najlepsze wierzchowce kazał sobie najzwyczajniej w świecie sklonować.

María VázquezDolfi po lewej, w centrum jego żona, María Vázquez. Zdaniem Działu Zagranicznego, zawodnik zrobiłby o wiele lepiej klonując partnerkę zamiast koni (Fot. Reuters)

W polo, konie są nie mniejszymi gwiazdami niż ich jeźdźcy – nierzadko to właśnie ich klasa decyduje o wyniku spotkania. Do tego sportu potrzebne są zwierzęta eksplozywne, potrafiące gwałtownie przyśpieszyć i się zatrzymać, wytrzymałe, zwinne i łatwo zwrotne. Żeby osiągnąć te cechy, hodowcy od ponad stu lat krzyżowali ze sobą różne rasy, a jeszcze przed II Wojną Światową okazało się, że najlepsze efekty osiągnęli właśnie Argentyńczycy, mieszając konie pełnej krwi angielskiej ze swoją rodzimą rasą criollo.

Wierzchowce znad La Platy idealnie sprawdzają się na boisku, a gracze z całego świata (zawodowcy i bogaci amatorzy) właśnie tu szukają czegoś dla siebie. Sęk w tym, że kupując młodego kuca, robią zakupy trochę w ciemno. Najchętniej płaciliby więc za potomstwo czempionów sprawdzonych w grze, ale tu pojawia się prawdziwy problem – praktycznie wszystkie najlepsze konie są zawczasu kastrowane, żeby łatwiej poddawały się komendom zawodników. Więc z rozmnażania mistrzów były przez lata nici.

Aż ze swoją ofertą pojawili się genetycy.

Pierwszego konia udało się sklonować w Stanach w 2003 r. Już trzy lata później, naukowcy z dużym sukcesem (i za grube pieniądze) zaczęli kopiować zwierzęta zdobywające medale olimpijskie w skokach przez przeszkody. Nie przeszkodziły im nawet silne protesty ze strony prasy i kibiców (szczególnie w Wielkiej Brytanii), więc kiedy okazało się, że można na tym zarobić, światek polo powiedział sobie: “Eee, dodatkowymi milionami nie pogardzę”.

W październiku zeszłego roku argentyńska firma Bio Sidus ogłosiła, że udało jej się sklonować pierwszego konia w Ameryce Południowej. Zaledwie miesiąc później, na aukcji w Buenos Aires została sprzedana kopia zwierzęcia należącego do Adolfa Cambiaso. Dolfi zadbał o swoje interesy już dawno, bo w 2006 r., gdy z powodu odniesionych podczas gry kontuzji został uśpiony jego najlepszy wierzchowiec – Aiken Cura. Argentyńczyk podpisał umowę z amerykańską firmą Crestview Genetics, która pobrała materiał genetyczny zwierzęcia. Sprzedany na zeszłorocznej aukcji klon był kopią innego konia, ale i tak osiągnął cenę 800 tys. dolarów. Zadowoleni z wyników, partnerzy działali dalej: latem, w Teksasie, na świat przyszedł pierwszy genetyczny duplikat uśpionego przed laty czempiona, a następne trzy mają się pojawić na dniach. Obie strony najwyraźniej liczą też na większą współpracę, bo Crestview Genetics otworzyło niedawno filię w Argentynie.

Tymczasem okazuje się, że ingerencja naukowców w polo może przynieść zupełnie odwrotne skutki do zamierzonych – poziomu rozgrywek nie poprawi, a równocześnie zabije ducha tego szlachetnego sportu.

Nandubay BicentenarioKonik mniejszy, to pierwszy klon tego zwierzęcia w Ameryce Południowej, konik większy to jego przybrana mama, a państwo dookoła, to ekipa, która – jeżeli obecne trendy się utrzymają – będzie wkrótce bardzo, bardzo bogata (Fot. Clarín)

Specjaliści zgadzają się co do tego, że geny, choć ważne, to u konia przeznaczonego do gry w polo, wcale nie decydują o sukcesie. Od rodowodu ważniejszy okazuje się bowiem trening, warunki w jakich zwierzę dorasta, a nawet dieta. Klon nawet najwspanialszego wierzchowca, jeżeli trafi w nieodpowiednie ręce, okaże się zupełnym niewypałem. Ba! Nawet u tych samych hodowców może wcale nie powtórzyć osiągnięć “oryginału”.

Genetyka nie gwarantuje więc coraz lepszych wyników, ale właścicielom czempionów wcale nie musi o to chodzić. Górę nad grą biorą pieniądze. “Prawdziwy wierzchowiec” po kilkuletnim wykorzystaniu w zawodach, jest tak silnie kontuzjowany, że musi przejść na wczesną emeryturę, na której – ze względu na kastrację – staje się całkowicie bezużyteczny. Tymczasem kopia, nawet jeżeli nie uda się jej sprzedać za kilkaset tysięcy, to wciąż będzie mogła być wykorzystana w celach rozpłodowych. Rynkowy koszt klonowania konia, to ok. 150 tys. dolarów. Rozpłodowiec z pożądanym materiałem genetycznym, może to odrobić w niecałe trzy lata. A później to już czysty zysk.

Z tym, że – zdaniem wielu – klonowanie wynaturza istotę tego sportu, a szczególnie jego wyjątkowy etos. Jakość graczy, oraz ich handicap, określa się nie tylko na podstawie tego, jak bardzo są skuteczni (liczba zdobytych punktów nie jest tu najważniejsza, liczy się ogólna sprawność, przydatność podczas rozgrywki, jakość sztuki jeździeckiej itd.), ale również, czy postępują zgodnie z etyką, jak przystało na zawodników nobliwego, brytyjskiego sportu. Argentyna nie jest tu żadnym wyjątkiem – większość klubów piłkarskich wciąż nosi angielskie nazwy na pamiątkę swoich założycieli ze Zjednoczonego Królestwa, a anglojęzyczna diaspora jest do dziś tak duża, że w Buenos Aires wychodzą dwa dzienniki w tym języku.

Dlatego dla wielu kibiców, postępowanie Dolfiego jest co najmniej niesmaczne. Przez całą swoją karierę, Cambiaso cechował się najlepszą opinią i był wzorem dla innych graczy. Dziś, brytyjscy hodowcy – którzy w większości są gorącymi przeciwnikami klonowania – obawiają się, że jego przykład zachęci innych do podobnych praktyk. Skoro Dolfi tak robi, to co w tym złego?

O tym, jak pionierskie okazy sprawdzają się na boisku, będziemy się mogli przekonać dopiero w połowie dekady. Najstarsze klony mają dziś zaledwie po dwa lata, a do gry nie dopuszcza się ich z reguły, nim nie skończą pięciu, sześciu. Do tego czasu prawdopodobnie skopiowanych zostanie znacznie więcej zwierząt. Może więc dojść do sytuacji, że pod koniec wieku, na boiskach do polo będzie można podziwiać klony tych samych wierzchowców. Zabraknie tylko “sportsmanship” – w podręcznikach do biznesu nie ma takiego słowa.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.