Home > Uncategorized > Teleranka nie było

Teleranka nie było

– Niczego nie pragnę bardziej, niż Fidżi z prawdziwie demokratycznym rządem – ogłosił w sobotę Frank Bainimarama. I żeby pokazać, że jest poważnym zawodnikiem, od razu zniósł wprowadzony przed kilku laty stan wojenny.

Teraz Dział Zagraniczny zastanawia się tylko, czy przywódca junty wojskowej przejdzie do historii jako “Szczodry”, czy raczej “Niezdecydowany”, bo odwoływanie wprowadzonych osobiście stanów wyjątkowych to najwyraźniej jego hobby: robił to już dwukrotnie. Może przez następne kilka lat będzie miał jeszcze okazję nabrać w tej dziedzinie większej wprawy, bo “prawdziwie demokratycznego rządu”, ani tym bardziej demokracji, jakoś na horyzoncie Fidżi nie widać.

Frank BainimaramaNie no, chłopaki, tym razem na poważnie! (Fot. Torsten Blackwood/AFP)

Wszystko – jak zwykle – przez Anglików. Można by kiedyś napisać “Historię Oceanii” w wersji objętościowej Twittera: “Słońce, palmy, niezobowiązujący seks. Przyjeżdżają Anglicy. Choroby, masakry, misjonarze mówią, że trzeba zapinać kołnierzyk pod szyję”. W przypadku Fidżi, do stoczenia się kraju w otchłań wojskowej dyktatury doprowadziła bezpośrednio królowa Wiktoria.

Jest tak. W październiku 1874 r., Fidżi zostaje kolonią brytyjską. Seru Epenisa Cakobau, ówczesny władca, dostaje więc wiadomość od Wiktorii: “Sorry, że tak wyszło. Jak będziesz miał chwilę, to wpadnij z dzieciakami do Londynu, napijemy się herbaty”. Rok później, Cakobau ląduje w Europie z liczną świtą, a Anglicy witają ich z pompą: wszyscy synowie króla łapią kiłę. On zam zaraża się odrą i robi to, co na jego miejscu zrobiłby każdy władca zakażony wirusem, na który nikt z mieszkańców jego odizolowanego od świata archipelagu nie wykształcił odporności – wraca do domu i urządza Matkę Wszystkich Imprez. Wkrótce, co trzeci z jego poddanych jest martwy.

No i Brytyjczycy mają problem. Bo przecież nie spłacali długów Cakobau wobec innych krajów Zachodu po to, żeby w zamian dostać niezły spot do plażowania. Chcą kosić hajsy na najbardziej chodliwym towarze tamtych czasów – trzcinie cukrowej. A do pracy na plantacjach potrzebują ludzi. Ściągają więc Hindusów: w ciągu trzech dekad, na wyspy trafia ich kilkadziesiąt tysięcy. Część osiedla się tu na stałe i zakłada własne biznesy. Przyrost naturalny w ich rodzinach jest znacznie wyższy niż u miejscowych. Sto lat później, kiedy Fidżi stanie się znów niepodległe, Hindusów będzie na archipelagu więcej niż rodzimych Fidżyjczyków. A w ich rękach będzie praktycznie cały handel i usługi, w tym turystyka, która stanie się głównym źródłem kasy dla budżetu.

Melanezyjczycy przystępują więc do kontrataku. Przez lata uniemożliwiają doprowadzenie prądu do swoich wsi, wiedząc, że po ciemku nie ma niczego do roboty poza jednym. Na wszelki wypadek niszczą też transporty środków antykoncepcyjnych, jakie wysyła im Światowa Organizacja Zdrowia. Chrześcijańscy misjonarze cieszą się wielką popularnością. Bóg, jak wiadomo, nienawidzi kondomów.

Fidżyjczycy dopinają swego – przez lata proporcje się odwracają. Ale nieznacznie: rdzenna ludność stanowi 51 proc. populacji, a Hindusi aż 45 (reszta to Chińczycy). Trudno więc udawać, że ich nie ma. Zwykła przyzwoitość podpowiadałaby wręcz, że powinni mieć coś do powiedzenia w rządzie.

Ale Melanezyjczycy znajdują na to rozwiązanie, które stanie się ich znakiem firmowym – zamach stanu.

Blokada wojskowaNa Fidżi to brak wojskowych blokad jest odstępstwem od normy, a nie na odwrót (Fot. William West/AFP)

Politykę teoretycznie zdominowała reprezentująca rdzennych mieszkańców Alliance Party, ale w rzeczywistości jej hegemonia była bardzo krucha. Opozycja po raz pierwszy wygrała wybory już w 1977 r., ale Hindusi nie utworzyli własnego gabinetu, w obawie, że reakcja Melanezyjczyków będzie gwałtowna. O tym, że mieli rację, przekonali się już dekadę później. W 1987 r. powstał rząd, w którym premierem był co prawda Fidżyjczyk, ale większością ministerstw mieli pokierować Hindusi. Gabinet nie przetrwał nawet miesiąca.

– Czy macie być od nas bogatsi, tylko dlatego, że jesteście inteligentniejsi? – pułkownik Sitiveni Rabuka przebił Lecha Wałęsę wąsami i sztuką retoryki. Kiedy w maju 1987 r. jego komandosi pod bronią wyprowadzali właśnie obalony rząd z parlamentu, na pytanie czy zamach stanu ma podłoże rasistowskie, nowy przywódca bez oporów wypalił, że tak. A w razie, gdyby komuś umknęło, że taki miał w ogóle miejsce, pół roku później zrobił następny. Elżbieta II dostała telegram “To za grypę”, została zdetronizowana, Fidżi stało się republiką, a konstytucję wyrzucono do kosza.

Rabuka sześć lat porządził jako wojskowy, a potem następne sześć jako premier, którym sam się mianował. W 1999 r. przeżył jednak rozczarowanie, bo w pierwszych od przejęcia władzy wolnych wyborach, rodacy nie okazali należytej wdzięczności i zagłosowali na opozycję. Jej przywódca, Mahendra Chaudhry, został pierwszym w historii archipelagu premierem hinduskiego pochodzenia.

Jak łatwo się domyślić, długo nie porządził.

Dokładnie rok po zaprzysiężeniu Chaudhry, 19 maja 2000 r., do parlamentu wpada uzbrojone komando, a co starsi posłowie muszą robić fejspalm i wypatrywać wąsów Rabuki. Jednak tym razem, pewnie dla urozmaicenia, zamach stanu to mała inicjatywa prywatna. Przewodzi jej biznesmen George Speight, który dopiero co zbankrutował, więc najwyraźniej dochodzi do wniosku, że odkuje się na stanowisku Ojca Narodu.

Na następne osiem tygodni, Fidżi staje się planem zdjęciowym czeskiego filmu – nikt nic nie wie. Speight ogłasza, że zdymisjonował premiera i prezydenta, a nowego szefa rządu powołuje właśnie nowa głowa państwa, którą z kolei wybrał osobiście on sam, Speight właśnie. Trzy tygodnie później, rzutem na taśmę zdąży jeszcze ogłosić amnestię dla siebie samego i kolegów, choć nie bardzo wiadomo, dlaczego dokument podpisuje właśnie on, chociaż oba wcześniej wspomniane stanowiska mają rzekomo piastować inne osoby. Tymczasem jego zalecenia olewają wszyscy politycy, których komando Speighta nie zdołało wziąć na zakładników podczas ataku na parlament, w tym prawowity (według konstytucji, o której Speight mówi, że jest nieważna) prezydent Kamisese Mara. Jednak dość szybko, Mara sam ogłasza, że premier “nie jest w stanie wykonywać swoich obowiązków”, w związku z czym on, prezydent, podejmuje decyzję o zawieszeniu działania parlamentu i skupia całą władzę tylko w swoich rękach. Na całe trzy dni, bo wówczas do akcji wkracza armia. 29 maja, Mara zostaje siłą zabrany na pokład zacumowanego u wybrzeży okrętu, gdzie składa rezygnację (do dziś trwają spory o to, czy dobrowolną, czy wymuszoną).

O szóstej wieczorem, w państwowym radiu, do narodu po raz pierwszy przemawia jego nowy przywódca – Frank Bainimarama. I od razu ogłasza to, co lubi najbardziej: stan wojenny.

RabukaSitiveni Rabuka, człowiek, który zrobił dwa zamachy stanu w ciągu pół roku i wąsy też zapuszczał za dwóch (Fot. LIFE)

Komu się jednak wydaje, że to ta właśnie historia znajduje rozwiązanie w miniony weekend, ten naprawdę o Fidżi nie wie nic.

Żołnierze Bainimaramy wdają się w strzelaniny z prywatnym komandem Speighta aż do lipca. Wówczas obie strony podpisują porozumienie, na mocy którego wojskowe władze ogłaszają, że rebelianci nie będą pociągnięci do odpowiedzialności za zamach stanu, a ci drudzy wypuszczają zakładników. Gdy tylko na wolności znajdzie się ostatni z nich, armia szybko zwija Speighta i prawie cztery setki jego podwładnych. Wszyscy trafiają za kratki, a Frank tłumaczy, że z poprzednimi zapewnianiami o nietykalności tylko ściemniał.

Co prawda, w listopadzie wybucha jeszcze bunt w stołecznych koszarach, ale Bainimarama tłumi go krwawo, a Rabuce – który miał rzekomo inspirować kolejne powstanie – grozi, że jeszcze jeden taki wyskok i zgoli mu wąsy, więc sytuacja się uspokaja na tyle, że już w 2001 r. Frank zrzeka się władzy, zostaje przywrócona konstytucja, odbywają się wolne wybory i na Fidżi wraca demokracja.

Na niecałe pięć lat, kiedy Bainimarama stwierdza, że lepiej jest być jednak szefem. I robi zamach stanu.

Mr. T facepalmNawet Mr T. robi fejspalm, kiedy słyszy w porannym serwisie, że na Fidżi był zamach stanu

W grudniu 2006 r., premier Laisenia Qarase – który dopiero co wygrał kolejne wybory – oraz większość jego ministrów, trafia do aresztu domowego. Oficjalnie dlatego, że przygotowali serię ustaw, które – zdaniem wojskowych – stanowiłyby zagrożenie dla porządku publicznego. Bainimarama szczególnie wściekle reaguje na pomysł utworzenia komisji pojednania i ogłoszenia amnestii dla niektórych z uczestników puczu z początku dekady. Kiedy jednak 6 grudnia Frank pojawia się w telewizji publicznej, zapewnia że już niedługo przywróci demokrację. Fidżi czeka na nią do dziś.

Pierwsze co zrobił Bainimarama, to wprowadził stan wojenny. Pół roku później go zniósł. A jeszcze rok później, wprowadził ponownie.

W styczniu 2007 r. przywrócił na stanowisko prezydenta zwolnionego wcześniej Josefa Iloilo, ale tylko po to, żeby ten mógł mianować Bainimaramę premierem. Kiedy dwa lata później sąd uznał tę nominację – jak i cały zamach stanu – za nielegalną, Iloilo z polecenia Bainimaramy beztrosko wywalił konstytucję do kosza (co na Fidżi jest już najwyraźniej tradycją), a sędziów najzwyczajniej pozwalniał. Rzutem na taśmę, wypowiedzenie dostał też szef Banku Centralnego.

Ograniczono wolność prasy i prawo do zgromadzeń. Zduszono związki zawodowe. Krytycy reżimu zostali albo wyrzuceni z kraju – jak znany historyk Brij Lal – albo trafili za kratki. Tylko w zeszłym tygodniu do aresztu wsadzono grupę działaczy, którzy przygotowywali protest przeciw otwarciu nowej kopalni w głębi największej z wysp archipelagu.

Bainimarama zapowiada, że tym razem Fidżi wychodzi na prostą. W lutym nad nową konstytucją ma nawet zacząć pracować “grupa ponad podziałami”. Wojskowy nie wspomina tylko, że podobne “fora porozumienia narodowego” zwoływał już w 2008 i 2009 r. Laisenia Qarase i Mahendra Chaudhry (którzy w międzyczasie stali się bliskimi sojusznikami) zaproszeń nie dostali. Podobnie jak inni krytycy reżimu. W obradach brali udział tylko poplecznicy Bainimaramy. I faktycznie, dogadywali się świetnie.

Frank zapowiada, że wybory odbędą się najpóźniej w 2014 r. Tego, ile razy zdążdy do tamtej pory ogłosić i odwołać stan wojenny, oraz jak szybko zamierza zorganizować następny zamach stanu, na razie nie zdradził.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

  1. 09/01/2012 at 11:09

    heja… jak to nie interesuje? a vagabundos.pl😉 i ich ostatni wpis? pozdrawiam, swietne sa oba blogi.

  2. Tomek
    10/01/2012 at 07:47

    i znów, demokracja to bajzel – mieliby “fidżanie” swojego królika, byłoby im może lepiej, a tak?
    Zj..ałaś, Wiktoria.
    Tak na marginesie, to kiła jest wynalazkiem europejskim? Na Fidżi nie było?

  3. 10/01/2012 at 10:00

    Tomek:

    Nie wiem, czy konkretnie europejskim (Anglicy mówią, że to choroba francuska, Francuzi – że angielska), czy może nie pochodzi z Bliskiego Wschodu (Aleksander Wielki złapał chyba kiłę w Persji, ale nie mam pewności), ale na Oceanii – w tym Fidżi – prawie na pewno nie występowała, aż do kontaktu z pierwszymi białymi.

    Cook i towarzyszący mu w trzech wyprawach oficerowie wspominają w pamiętnikach, że na większości wysp panowała nieskrępowana seksualność (choć dzisiejsi badacze uważają, że ten obraz nie do końca odpowiadał rzeczywistości) – bez konsekwencji zdrowotnych. Natomiast, wraz z coraz częstszymi kontaktami z Europejczykami, choroby zaczynały się wyraźnie szerzyć. Podczas pierwszej wyprawy, Cook dotarł na Thaiti, gdzie kiły jeszcze wówczas nie było, ale już kilka lat później przywlókł ją tam statek francuski. W późniejszym okresie, Anglik często zabraniał swoim podwładnym kontaktów seksualnych z tubylcami: właśnie w obawie, żeby ich nie pozarażali, bo zdawał sobie sprawę z niebezpieczeństwa. Na niewiele się to jednak zdawało, dlatego trudno powiedzieć, czy podczas wyprawy Cakobau do Londynu, kiła na Fidżi była, czy też nie. Ale z przekazów jasno wynika, że jego synowie złapali ją właśnie w angielskiej stolicy.

    A co do monarchii szczęśliwej i wesołej, to też nie tak różowo. Cakobau był pierwszym, który zjednoczył kraj pod wspólnymi rządami. Wcześniej o przywództwo toczyły się zacięte walki. Oceania często jawi nam się, jako taki raj pod palmami, który do przybycia Europejczyków był zamieszkany przez półnagich hipisów. A to nieprawda. Przemoc, wojny itp. były tu może nie tak masowe, jak na kontynentach, ale jednak były. A wraz z nimi – inne problemy.

    Siewa:

    O. Nie zaglądałem do nich od początku grudnia. Nie wiedziałem nawet, że są na Fidżi, niezły zbieg okoliczności. Tylko pozazdrościć.

  4. xenakiss
    10/01/2012 at 18:53

    Chciałem tylko napisać, że blog jest niezwykle ciekawy i jestem wielkim fanem🙂 Świetnie, że można po polsku przeczytać o sytuacji w nawet tak nieinteresujących polskiego czytelnika miejscach, jak Fidżi czy inna Gambia. Przed odkryciem tego bloga czytałem głównie w źródłach angielskojęzycznych, ale wiadomo, że to nietosamo i mniej przytulnie.

  5. tomasz
    11/01/2012 at 14:31

    Proszę o kontakt autora blogu. Chodzi o ewentualną współpracę. Mój telefon 509-582-907.

  6. Tomek
    12/01/2012 at 08:44

    @dzialzagra

    twoja odpowiedź wygląda jak zalążek nowego artykułu – historia chorób wstydliwych🙂

    Co do monarchii – na pewno nie ma formy rządów, która byłaby idealna, ale akurat demokracja moim zdaniem ma wiele wad, szczególnie w krajach “inaczej” rozwiniętych. Prostemu chłopu trzeba nadać kierunek i wektor (czy jak to tam szło), a w demokracji chłop musi wybrać sam – co jak nie wie czego chce? Wtedy jak wielu harwardczyków z Konga, Tahiti czy Haiti, chce więcej wszystkiego i kończy się to powrotem do zarządzania monarchistycznego albo dyktatury.

    Uważam, że system demokratyczny oparty na cyklicznych wyborach psuje system – chłopaki przy korycie starają się ze wszystkich sił nachapać się na zapas, bo kto wie, czy ich wybiorą ponownie? Dajmy im nażreć się do syta to może zaczną coś robić? A jak nie, to na szafot🙂
    Taka demokracja 2.0

  7. xenakiss
    12/01/2012 at 20:15

    @Tomek

    No bo monarchia tych wad nie posiada, co najlepiej widać na przykładzie Suazi czy Nepalu, prawda.

  8. 16/01/2012 at 11:00

    Tomek:

    Chyba ci się coś myli. “Prosty chłop” i “harwardczyk z Konga, Tahiti czy Haiti” to naprawdę nie ci sami ludzi. Ci drudzy mają z reguły gruntowne wykształcenie, byłbyś pewnie zdziwiony, jak bardzo studenci z krajów tzw. Trzeciego Świata potrafią się przykładać do nauki.

    Mogę się zgodzić co do tego, że wiele krajów nie jest przygotowanych na natychmiastowe przechodzenie od dyktatury (czy też innego systemu) do demokracji. I w ogóle, że sprawdzone gdzie indziej recepty, niekoniecznie sprawdzają się w diametralnie odmiennych warunkach. Czego przykładem są chociażby działania panów z Banku Światowego i MFW – często ci, którzy decydują o przyznaniu kredytów, nie mają najmniejszego pojęcia o panujących w danym państwie warunkach i stawiają absurdalne warunki “Wprowadźcie demokrację i wolny rynek. Koniecznie wolny rynek!”, po czym wszystko się wali.

    Ale. Mądry wybór w procesie demokratycznym to nie kwestia wykształcenia, tylko właściwej informacji. To nie sam pomysł jest zły (choć też nie bez wad), lecz jego wykonanie – np. wypaczenie roli mediów. To jednak i tak zdecydowanie lepiej, niż w monarchii, która jest niczym innym, jak tylko dyktaturą, usprawiedliwianą tym, że plemnikami mojego dziada kierował Bóg.

  1. No trackbacks yet.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: