Archive

Archive for February, 2012

Mały głód

Co godzina z głodu umiera na świecie 300 dzieci.

Jeżeli komuś stają przed oczami obrazki małych Somalijczyków z wzdętymi brzuszkami, to słusznie. Według najnowszych danych Save The Children, działającej od I Wojny Światowej organizacji humanitarnej, na chroniczne niedożywienie cierpi aż 60 mln afrykańskich dzieci – to o 15 mln więcej, niż przed dwoma dekadami, a do 2032 r., ta liczba ma się zwiększyć o kolejne 8,5 mln.

To przerażające, ale w jakiś sposób zrozumiałe. Kuriozalne jest za to, że tak dużo maluchów umiera w dwóch latynoskich krajach, z których jeden jest jednym z najszybciej rozwijających się państw na świecie, a drugi to eksporter żywności.

Niedożywione dzieci w PeruTu trzeba czegoś więcej, niż danio (Fot. El Comercio)

Peru nazywane bywa latynoskim cudem. Żaden inny kraj na kontynencie nie notuje takiego wzrostu gospodarczego: w latach 2002-2009 wyniósł on aż 60,2 proc.

Równocześnie, niedożywienie dotyka tu 700 tys. dzieci. Czyli aż co czwarte.

Jak to możliwe, że tak fantastycznie rozwijające się państwo, do którego pieniądze płyną strumieniami, nie jest w stanie nakarmić swoich najmniejszych? Bo na wzroście korzystają nieliczni, a głodują stojący na najniższym szczeblu drabiny społecznej Indianie.

Przez lata, kolejne rządy starały się zwalczyć niedożywienie u małoletnich i rzeczywiście – średnia krajowa się obniżyła. Ale na mapie pozostały białe plamy, gdzie nic się nie zmieniło. Według danych UNICEFu, to głównie te miejsca, gdzie dominują rdzenni mieszkańcy, a w kolejce do kiosku mówi się raczej w keczua niż po hiszpańsku. Na przykład, w regionie Huancavelica są dystrykty, gdzie głoduje aż 73 proc. dzieci. Niewiele lepiej jest w Apurímac. Ogólnie, niedożywiony jest co drugi peruwiański Indianin do piątego roku życia.

Rdzenni Peruwiańczycy gorzej się żywią, bo coraz mniej stać ich na jedzenie. Jego koszty sukcesywnie wzrastają i w badaniach Save The Children, aż 56 proc. respondentów – głównie z regionów wiejskich – przyznało, że kupuje go mniej, niż przed laty.

Na ich sytuację wpływa też złe wykształcenie. Według UNICEFu, tylko 11 proc. Indiańskich dzieci uczęszcza do szkół dwujęzycznych. Słabsza znajomość hiszpańskiego utrudnia im zdobycie dalszej edukacji – badania argentyńskiego Uniwersytetu La Matanza pokazują, że na uczelnie wyższe trafia zaledwie 6,7 proc. pochodzących ze wsi Indian i są to głównie mężczyźni. Tymczasem, jak informuje Save The Children, niedożywienie dzieci w rodzinach, gdzie matki chodziły tylko do podstawówki jest siedmiokrotnie wyższe niż w tych, gdzie studiowały. W dodatku, co dziesiąte dziecko jest zmuszone porzucać szkołę i pracować, więc dla tej grupy koło się zamyka.

Największą winę ponosi jednak korupcja. Część międzynarodowych koncernów górniczych działających w Peru płaci specjalny podatek, z którego środki mają iść na pomoc najbiedniejszym społecznościom. I chociaż w najbardziej dotkniętych Huancavelice i Apurímacu nie są to porażające sumy (w latach 2006-2010 odpowiednio: 29 i 17 mln dolarów), to już w Cuzco problem widać wyraźnie: region zgarnął w analogicznym okresie aż 212 mln dolarów, a i tak co trzecie indiańskie dziecko tam głoduje. Rząd co roku przeznacza na walkę z tym problemem 250 mln dolarów, ale po drodze duża część tych środków się rozmywa. Korupcja i brak niezależnej kontroli na szczeblu lokalnym sprawiają, że Peru wchodzi w XXI wiek nie tylko jako najszybciej rozwijające się państwo Ameryki Łacińskiej, ale też jako jedno z głodniejszych.

Wichi w SalcieW Salcie plaży nie ma (Fot. Indymedia Argentina)

Dzieci głodują też w innym latynoskim kraju, po którym nikt by się tego nie spodziewał – Argentyna jest bowiem jednym z największych eksporterów żywności na świecie.

Mieszkańcy Buenos Aires często przechwalają się, że są najbielszym narodem w Ameryce Południowej. Ponad 90 proc. populacji ma europejskie korzenie, rdzennej ludności jest garstka – według różnych szacunków, stanowi między 1 a 3 proc. ogółu. W tej grupie są różne plemiona, w tym Wichí, którzy zamieszkują północno-zachodnią część kraju. I których dzieci co roku umierają z głodu.

Wioski Wichí w prowincji Salta to obraz nędzy i rozpaczy. Domy to najczęściej drewniane szałasy, z kocami zamiast dachów. Kanalizacja brzmi tu jak żart, bo mało kto ma tu w ogóle dostęp do bieżącej wody. Czystość tej, która jest, pozostawia wiele do życzenia. W tak złych warunkach higienicznych łatwo o choroby, które z łatwością zabijają osłabione z niedożywienia dzieci. Tylko w pierwszych trzech miesiącach 2011 r. zmarło ich tam z tego powodu dziesięcioro. Jak wiele umiera co roku, trudno dokładnie oszacować, bo po pierwsze Wichí niechętnie rozmawiają z obcymi, a po drugie miejscowi urzędnicy wolą w dokumentach podawać tylko bezpośrednią przyczynę zgonu, a nie rozpisywać się o tym, że prawidłowo odżywiony organizm nie poddałby się tak łatwo. A według fundacji CONIN (Kooperatywa dla Żywienia Dzieci), aż 260 tys. Argentyńczyków do piątego roku życia cierpi na niedożywienie.

Paradoksalnie, Wichí do takiego stanu doprowadził rozwój rolnictwa.

Plemię od zawsze prowadziło tryb życia typowy dla ludów zbieracko-łowieckich. Okoliczne lasy dostarczały im bogatego w proteiny mięsa, ryb i owoców. Ale lasów już nie ma: tylko w latach 2000-2006 wycięto 60 tys. hektarów. Teraz uprawia się tam soję.

Argentyna dosłownie stoi soją. W zeszłym roku, zebrano jej tu prawie 50 mln ton. Aż 1/4 całego eksportu to właśnie ta roślina. Połowa światowych zasobów oleju sojowego pochodzi znad La Platy.

Efekt jest świetny dla argentyńskiej gospodarki. I fatalny dla małych lokalnych społeczności, które z dnia na dzień straciły kultywowany od wieków sposób na wyżywienie się. Teraz Wichí i im podobni są całkowicie zależni od pomocy rządowej. Ale dostają przetworzone i bogate w cukier produkty spożywcze, które negatywnie odbijają się na ich zdrowiu.

Peru i Argentyna to tylko przykłady, ale dobrze ilustrujące problem, który łatwo znika z oczu bogacącym się społeczeństwom: rozwój gospodarczy niekoniecznie idzie w parze z lepszymi warunkami życia. Save The Children szacuje, że za 15 lat, na chroniczne niedożywienie cierpieć będzie 450 mln dzieci na całym świecie. I Dział Zagraniczny przeraża to bardziej, niż jakaś Al-Kaida czy Korea Północna.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Advertisements

Silnik z cegieł

PW-Sat spędzi na orbicie mniej więcej rok, po czym spadnie i spłonie w atmosferze. To satelita, który został wczoraj wysłany w kosmos przez Polskę. Po raz pierwszy w historii naszego kraju. Można więc krzyknąć: nareszcie! Bo Rosjanie umieścili tam pierwszego sputnika jeszcze w 1957 r., a od tamtej pory zdążyło to zrobić jeszcze kilkadziesiąt państw. Nawet Luksemburg. A my nie.

To, że w tej chwili po orbicie śmiga satelita made in Poland zawdzięczamy tylko i wyłącznie uporowi studentów z Politechniki Warszawskiej, którzy z poświęceniem budowali go od kilku lat. Wielki szacun i pokłony do samej ziemi. To przykład, który pokazuje, że nie trzeba miliardów NASA, żeby coś zwojować w kosmosie. Potrzebna jest grupa zapaleńców, którzy doprowadzą projekt do końca. Można podejrzewać, że na świecie jest ich całkiem sporo, więc po piętach depczą nam już inne kraje, które chciałyby podbijać odległe galaktyki.

Na przykład Uganda.

Podworko NsambyUgandyjska myśl techniczna w działaniu (Fot. Michelle Sibiloni/AFP)

Chris Nsamba, dyrektor Afrykańskiego Programu Badań Kosmicznych, wie jak ciąć koszty. Biuro organizacji urządził w domu swojej mamy. Warsztat – w jej ogrodzie, pod drzewem owocowym. Jego pracownicy – sami wolontariusze – zamiast szlifierek używają papieru ściernego.

A jednak. Podniebny Jastrząb, pierwszy historii samolot produkcji ugandyjskiej, jest już prawie skończony: brakuje mu praktycznie tylko silnika, który póki co zastępuje stos cegieł symulujących odpowiednią wagę. Nsamba twierdzi, że jego następcą będzie już prawdziwy prom kosmiczny.

– W ciągu pięciu lat, umieścimy na orbicie satelitę, a w ciągu dekady wyślemy tam człowieka – entuzjastycznie przekonywał reportera agencji AFP.

Nsamba, były student astronomii, który nie skończył jeszcze trzydziestki, nadaje nowy sens pojęciu “praca u podstaw”.

W Ugandzie nie ma ani jednego kosmonauty, a nawet żadnych przepisów, które odnosiłyby się do takiego zawodu. Szkolenia i certyfikaty będzie więc organizował sam Afrykański Program Badań Kosmicznych.

W organizacji nie ma jak na razie nikogo, kto miałby wcześniejsze doświadczenia jako astronauta. Jego pracownicy kształcą się więc sami, przekazując sobie czego nauczyli się na różnych kierunkach studiów, co znaleźli w książkach i internecie.

W całym kraju nie ma też ani jednego ośrodka, gdzie można by symulować stan nieważkości. Nsamba zamówił więc zagranicą te sprzęty, których jego ekipa nie potrafiłaby wyprodukować na miejscu. Resztę zbudują sobie sami.

Można się śmiać. Można z politowaniem kręcić głową. Ale można też z podziwem obejrzeć ten filmik:

Dwa lata temu, Nsamba miał tylko zakurzone podwórko za domem matki. Przez ten czas zdobył ponad 80 tys. dolarów od kilkuset sponsorów z całego świata, zbudował samolot z grupą zapaleńców, a prezydent Yoweri Museveni porównał go do Kwatsiego Alibaruho, pierwszego Afrykanina na stanowisku dyrektora lotów w NASA. I tak się składa, że Ugandyjczyka.

Kiedyś, studenci Politechniki Warszawskiej też mieli tylko mgliste marzenia. Dziś może być z nich dumny prawie 40-milionowy kraj w Europie Wschodniej. Być może, w przyszłości będzie tak samo z Chrisem Nsambą i kolegami.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Działaczu, rzuć palenie

Jak się nazywa najwyższa liga w polskiej piłce nożnej? Nie, nie Ekstraklasa, tylko Bitwa pod Cecorą, oczywiście. Tak, jak Primera división to w rzeczywistości Trafalgar, a Ligue 1 to nic innego, jak Waterloo. Przynajmniej w świecie, gdzie za nazywanie rozgrywek odpowiadaliby Argentyńczycy.

W piątek, nad La Platą ruszają rozgrywki tamtejszej ligi, która od tego roku będzie się oficjalnie nazywać Crucero General Belgrano Primera División. A Crucero General Belgrano, to nic innego, jak krążownik “Generał Belgrano” – okręt zatopiony w groteskowej wojnie z Wielką Brytanią, której 30. rocznicę Buenos Aires będzie z pompą obchodzić w kwietniu.

Stadion w ArgentynieDzieci, pamiętajcie: wiwatujemy na cześć klęski (Fot. Maciej Okraszewski/Dział Zagraniczny)

Jak Dział Zagraniczny informował już wielokrotnie, futbol w Argentynie przeżywa najgorszy kryzys od kilkudziesięciu lat. Ale zarazem, o czym również szeroko informowano na tych łamach, od 2009 r. palenie marihuany nie jest tam karalne. Co pozwala wysnuć wnioski, że atmosfera na zebraniach tamtejszego Związku Piłki Nożnej musi być prawdziwie zabawowa. A efekty to potwierdzają.

Działacze popalać zaczęli zapewne już wiele lat temu, bo wpadli wówczas na pomysł, że nad La Platą nie mogą obowiązywać normalne zasady, zgodnie z którymi do niższych lig spadają najsłabsze drużyny zakończonego sezonu. Nie, w Argentynie działa system, w którym zlicza się trzy kolejne lata rozgrywek i dopiero wtedy spuszcza w dół pechowców. Że co? Że to nieuczciwe, bo dzięki temu najbogatsze kluby po słabych dwóch sezonach mogą sobie na trzeci podkupić najlepszych graczy? E. Podaj bonga.

System nie sprawdził się jednak rok temu, a konkretnie sprawę zawaliła najbardziej utytułowana ekipa w kraju River Plate, która położyła trzy kolejne sezony i po raz pierwszy w swojej 110-letniej historii spadła do II ligi. Wtedy w centrali zapewne też poważnie przykurzyli, bo w grudniu Związek ogłosił, że tak w ogóle, to po co rozróżnienie na ligę taką, czy siaką: oni proponują zniesienie dotychczasowych i utworzenie jednego wielkiego turnieju, w którym mogłyby się ze sobą zmierzyć czołowe drużyny z obu pierwszych dywizji. Czytaj: “River spadł. Ale jednak nie”. W internecie rozpętała się jednak taka kampania gniewu, że polska wojna o ACTA to przy niej pikuś, więc władze szybko wycofały się z tego pomysłu.

Nic to! Zioło najwyraźniej wciąż krążyło, to w styczniu Związek zorganizował Superclásico, czyli derby między River a odwiecznym rywalem Boca Juniors. Dodajmy – derby o nic, bo obie ekipy są wciąż w różnych ligach, żaden to puchar, żadne eliminacje. “Przyjacielskie derby”, jak powiedział rzecznik prasowy Związku. Stawka mniej więcej taka, jak w meczu TVNu z reprezentacją Sejmu. Ale kasa za bilety jest, z reklam też spłynęło co trzeba: można palić dalej.

Efekt? Ostatnie posiedzenie władz argentyńskiej piłki wyglądało zapewne tak:
Działacz 1: A może by tak już nie trzymać pozorów i nazwać I ligę po jakiejś klęsce?
Działacz 2: Świetny pomysł. Skocz po kebaba.

BelgranoPierwsza ligo, czas zaadaptować tonący “Belgrano” na logo (Fot. AP)

Nad wojną o Falklandy/Malwiny nie ma się co zbytnio rozwodzić. Jest rok 1982, a w Argentynie pogłębia się kryzys gospodarczy. Więc rządząca nią junta wojskowa wpada na doskonały pomysł, jak odwrócić uwagę opinii publicznej: wypowiedzieć Wielkiej Brytanii wojnę o kilka bezużytecznych skał, które zamieszkuje więcej owiec niż ludzi. Konflikt potrwa 10 tygodni i pochłonie 649 latynoskich żołnierzy. Z czego aż 323 zginie na zatopionym krążowniku “Generał Belgrano”.

No i to cała historia. Mało kogo obchodzi, że “Generał Belgrano” nazywał się wcześniej “USS Phoenix”, a Amerykanie wyeksploatowali go do cna podczas II Wojny Światowej i w 1951 r. sprzedali Argentyńczykom, uznając że do niczego się już więcej nie nadaje, więc zatopiłaby go nawet Margaret Thatcher prowadząca w pojedynkę U-boota.

Tu chodzi o symbol. Kto chociaż raz był na jakimkolwiek meczu w Argentynie, ten wie, że na każdym stadionie wielkie graffiti będzie mu przypominać, że Anglicy ukradli wyspy. Jeden z tych, na których w zeszłym roku rozgrywano Copa América, nazwano wprost “Malvinas Argentinas”. Kibice River i Boca mogą się nienawidzić, ale za przypomnienie, że to sami mieszkańcy Falklandów chcą pozostać Brytyjczykami, zgodnie naplują ci w twarz.

Jak informuje miejscowa prasa, władze postanowiły więc iść za ciosem. Chciałyby ochrzcić pierwszoligowy puchar jako “Gaucho Rivero”, od nazwiska argentyńskiego chłopa, który półtora wieku temu miał wszczynać na Falklandach/Malwinach rebelię przeciwko Brytyjczykom. To, że podobno poszło nie o patriotyczne uniesienia, tylko niezapłaconą dniówkę, jest już najwyraźniej nieistotne.

Dział Zagraniczny ma więc jeszcze kilka pomysłów. Dlaczego by tak nie pozmieniać także innych nazw? Buenos Aires przemianować na “Esto no es Londres”. A z Patagonią w ogóle się nie cackać i trzasnąć po angielsku “Fuck you Thatcher”. Brzmi, jak brzmi, ale jak widać – w Argentynie nic nie jest niemożliwe.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

PS Piłkarscy działacze w Argentynie najwyraźniej palą nie tylko marihuanę. W październiku, wicedyrektor departamentu prasowego River zdenerwował się, że jakiś facet sprzedał mu dom z wysoką wilgotnością. Więc go zadźgał. Ciekawe, którą trybunę po nim nazwą?

Gwiezdny pył

Co to takiego: jest w Chinach i widać to z kosmosu? Odpowiedź: zanieczyszczenia.

Dział Zagraniczny mieści się koło warszawskiej Politechniki, ale aż do tego tygodnia w życiu nie słyszał o PM2,5. Pierwsze skojarzenie, to że to jakaś śruba z ikeowskiego zestawu “Zrób sobie kuchnię”. Ale nie. Dzięki Chińczykom wie już, że to pył będący mieszaniną stałych i ciekłych cząstek o średnicy mniejszej niż 2,5 mikrometra. Dlaczego dzięki Chińczykom? Bo to właśnie oni rozpętali na początku roku internetową kampanię oburzenia, pod którą ugiął się rząd w Pekinie: musiał przyznać, że każdy głęboki wdech w Kraju Środka truje jeszcze bardziej, niż do tej pory sądzono.

Smog przesłania Wielki MurGdyby Gagarin poleciał dziś w kosmos, to nad Chinami nie zobaczyłby Wielkiego Muru, tylko właśnie to (Fot. NASA)

Cząsteczki w pyle PM2,5 są tak małe, że bez problemu docierają do górnych dróg oddechowych i mogą przenikać do krwi. Przeszkadzają w oddychaniu, powodują kaszel i katar sienny. Wywołują schorzenia alergiczne i zapalenie spojówek. Zwiększają ryzyko raka płuc. Są powodem powikłań ciążowych, w wyniku których noworodki mogą przyjść na świat z wadami wrodzonymi.

Nikt na świecie nie jest tak zagrożony ich wdychaniem, jak właśnie Chińczycy. Linfen w środku kraju jest zgodnie uznawane za najbardziej zanieczyszczone miasto na świecie. A po ulicach samego tylko Pekinu jeździ prawie 5 mln samochodów. Zanieczyszczenia nad stolicą są wręcz legendarne – przed Igrzyskami Olimpijskimi w 2008 r., wielu obserwatorów zastanawiało się, czy tamtejszy smog nie będzie miał negatywnego wpływu na osiągi sportowców. Podobno widać go nawet z kosmosu, czasami ma zasłaniać słynny Wielki Mur. Więc kiedy w grudniu zanieczyszczenia spowodowały taki spadek widoczności, że trzeba było uziemić kilkaset lotów, internauci powiedzieli wreszcie: dość.

Na blogach i forach internetowych rozpętała się zaciekła kampania. Autorzy nawoływali rodaków, żeby powstrzymali się od tradycyjnego kupowania kilogramów fajerwerków na chiński Nowy Rok (świętowany 23 stycznia) – w trakcie poprzedniego, tylko w Pekinie odpalono ich 58 ton – bo po pierwsze, strasznie zanieczyszczają powietrze, a po drugie, zaoszczędzone w ten sposób pieniądze można by wydać na zakup urządzeń monitorujących zanieczyszczenia. Ich wysokie koszta były dla części urzędników wymówką, dlaczego władze publikują jedynie dane dotyczące o wiele mniej groźnych pyłów PM10, a te o stężeniu PM2,5 przemilczają. Presja okazała się tak silna, że Partia nie miała innego wyboru, niż tylko zgodzić się na żądania: na początku stycznia zapowiedziano więc, że do końca miesiąca pomiary PM2,5 będą ogólnodostępne.

I faktycznie. Wiadomości o stężeniu opublikowano. Tyle, że nikt w nie nie wierzy.

Smog w ChinachNie, to nie te latające góry z “Avatara” (Fot. AFP)

Władze opublikowały dane dotyczące wyłącznie Pekinu i jeszcze kilku wybranych miast, a resztę kraju pominęły wymownym milczeniem. Co więcej, według oficjalnych komunikatów, zanieczyszczenia są minimalne, a stężenie PM2,5 nie przekracza 0,015 miligramów na metr sześcienny powietrza. Sęk w tym, że żadne pomiary prowadzone przez niezależne ośrodki tego nie potwierdzają. Od kilku lat własne badania powietrza prowadzi (a wyniki publikuje na Twitterze) ambasada Stanów Zjednoczonych. W latach 2010-2011, na 1,5 tys. prób, taki wynik otrzymała zaledwie… 18 razy.

Własne pomiary, na zlecenie tygodnika “The Economist”, przeprowadziła też grupa naukowców z Uniwersytetu Yale. Ich wyniki są obezwładniające. Według zaleceń Światowej Organizacji Zdrowia, pył PM2,5 stanowi zagrożenie dla zdrowia, gdy jego stężenie w powietrzu przekracza 10 mikrogramów na metr sześcienny. Według badaczy z Yale, żadna z chińskich prowincji nie mieści się w tym limicie. Tam, gdzie mieszka najwięcej ludzi, stężenie przekracza 30 mikrogramów, a w Szantungu i Henanie sięga nawet 50.

Władze chyba jednak niewiele sobie z tego robią.

Szacuje się, że w Pekinie aż 70 proc. PM2,5 to produkt rur wydechowych, głównie tirów. Żeby polepszyć sytuację, rząd już w 2005 r. klepnął prawo, które zobowiązywałoby producentów ciężarówek do instalowania w nich silników przyjaźniejszych środowisku. Nowe zasady miały wejść w życie w styczniu 2011 r. Ale zamrożono je jeszcze na rok. Tylko po to, żeby w zeszłym miesiącu ogłosić, że przesunięto jednak termin na lipiec 2013.

Wszystko dlatego, że nowe silniki wymagałyby paliwa wyższej jakości, z niższą zawartością siarki. Państwowe firmy teoretycznie mogłyby takie produkować. Ale nie chcą. A najwyraźniej mają silniejsze lobby, niż chiński minister środowiska, więc rząd ugiął się pod ich presją.

Przed laty, Tiziano Terzani – włoski korespondent niemieckiego “Spiegela” na Dalekim Wschodzie – pisał, Chińczyk może posiadać na własność tylko drelich, zegarek i rower. Teraz dostał też samochód. A w bonusie, potencjalnego raka z każdym kolejnym oddechem.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.