Home > Uncategorized > Mały głód

Mały głód

Co godzina z głodu umiera na świecie 300 dzieci.

Jeżeli komuś stają przed oczami obrazki małych Somalijczyków z wzdętymi brzuszkami, to słusznie. Według najnowszych danych Save The Children, działającej od I Wojny Światowej organizacji humanitarnej, na chroniczne niedożywienie cierpi aż 60 mln afrykańskich dzieci – to o 15 mln więcej, niż przed dwoma dekadami, a do 2032 r., ta liczba ma się zwiększyć o kolejne 8,5 mln.

To przerażające, ale w jakiś sposób zrozumiałe. Kuriozalne jest za to, że tak dużo maluchów umiera w dwóch latynoskich krajach, z których jeden jest jednym z najszybciej rozwijających się państw na świecie, a drugi to eksporter żywności.

Niedożywione dzieci w PeruTu trzeba czegoś więcej, niż danio (Fot. El Comercio)

Peru nazywane bywa latynoskim cudem. Żaden inny kraj na kontynencie nie notuje takiego wzrostu gospodarczego: w latach 2002-2009 wyniósł on aż 60,2 proc.

Równocześnie, niedożywienie dotyka tu 700 tys. dzieci. Czyli aż co czwarte.

Jak to możliwe, że tak fantastycznie rozwijające się państwo, do którego pieniądze płyną strumieniami, nie jest w stanie nakarmić swoich najmniejszych? Bo na wzroście korzystają nieliczni, a głodują stojący na najniższym szczeblu drabiny społecznej Indianie.

Przez lata, kolejne rządy starały się zwalczyć niedożywienie u małoletnich i rzeczywiście – średnia krajowa się obniżyła. Ale na mapie pozostały białe plamy, gdzie nic się nie zmieniło. Według danych UNICEFu, to głównie te miejsca, gdzie dominują rdzenni mieszkańcy, a w kolejce do kiosku mówi się raczej w keczua niż po hiszpańsku. Na przykład, w regionie Huancavelica są dystrykty, gdzie głoduje aż 73 proc. dzieci. Niewiele lepiej jest w Apurímac. Ogólnie, niedożywiony jest co drugi peruwiański Indianin do piątego roku życia.

Rdzenni Peruwiańczycy gorzej się żywią, bo coraz mniej stać ich na jedzenie. Jego koszty sukcesywnie wzrastają i w badaniach Save The Children, aż 56 proc. respondentów – głównie z regionów wiejskich – przyznało, że kupuje go mniej, niż przed laty.

Na ich sytuację wpływa też złe wykształcenie. Według UNICEFu, tylko 11 proc. Indiańskich dzieci uczęszcza do szkół dwujęzycznych. Słabsza znajomość hiszpańskiego utrudnia im zdobycie dalszej edukacji – badania argentyńskiego Uniwersytetu La Matanza pokazują, że na uczelnie wyższe trafia zaledwie 6,7 proc. pochodzących ze wsi Indian i są to głównie mężczyźni. Tymczasem, jak informuje Save The Children, niedożywienie dzieci w rodzinach, gdzie matki chodziły tylko do podstawówki jest siedmiokrotnie wyższe niż w tych, gdzie studiowały. W dodatku, co dziesiąte dziecko jest zmuszone porzucać szkołę i pracować, więc dla tej grupy koło się zamyka.

Największą winę ponosi jednak korupcja. Część międzynarodowych koncernów górniczych działających w Peru płaci specjalny podatek, z którego środki mają iść na pomoc najbiedniejszym społecznościom. I chociaż w najbardziej dotkniętych Huancavelice i Apurímacu nie są to porażające sumy (w latach 2006-2010 odpowiednio: 29 i 17 mln dolarów), to już w Cuzco problem widać wyraźnie: region zgarnął w analogicznym okresie aż 212 mln dolarów, a i tak co trzecie indiańskie dziecko tam głoduje. Rząd co roku przeznacza na walkę z tym problemem 250 mln dolarów, ale po drodze duża część tych środków się rozmywa. Korupcja i brak niezależnej kontroli na szczeblu lokalnym sprawiają, że Peru wchodzi w XXI wiek nie tylko jako najszybciej rozwijające się państwo Ameryki Łacińskiej, ale też jako jedno z głodniejszych.

Wichi w SalcieW Salcie plaży nie ma (Fot. Indymedia Argentina)

Dzieci głodują też w innym latynoskim kraju, po którym nikt by się tego nie spodziewał – Argentyna jest bowiem jednym z największych eksporterów żywności na świecie.

Mieszkańcy Buenos Aires często przechwalają się, że są najbielszym narodem w Ameryce Południowej. Ponad 90 proc. populacji ma europejskie korzenie, rdzennej ludności jest garstka – według różnych szacunków, stanowi między 1 a 3 proc. ogółu. W tej grupie są różne plemiona, w tym Wichí, którzy zamieszkują północno-zachodnią część kraju. I których dzieci co roku umierają z głodu.

Wioski Wichí w prowincji Salta to obraz nędzy i rozpaczy. Domy to najczęściej drewniane szałasy, z kocami zamiast dachów. Kanalizacja brzmi tu jak żart, bo mało kto ma tu w ogóle dostęp do bieżącej wody. Czystość tej, która jest, pozostawia wiele do życzenia. W tak złych warunkach higienicznych łatwo o choroby, które z łatwością zabijają osłabione z niedożywienia dzieci. Tylko w pierwszych trzech miesiącach 2011 r. zmarło ich tam z tego powodu dziesięcioro. Jak wiele umiera co roku, trudno dokładnie oszacować, bo po pierwsze Wichí niechętnie rozmawiają z obcymi, a po drugie miejscowi urzędnicy wolą w dokumentach podawać tylko bezpośrednią przyczynę zgonu, a nie rozpisywać się o tym, że prawidłowo odżywiony organizm nie poddałby się tak łatwo. A według fundacji CONIN (Kooperatywa dla Żywienia Dzieci), aż 260 tys. Argentyńczyków do piątego roku życia cierpi na niedożywienie.

Paradoksalnie, Wichí do takiego stanu doprowadził rozwój rolnictwa.

Plemię od zawsze prowadziło tryb życia typowy dla ludów zbieracko-łowieckich. Okoliczne lasy dostarczały im bogatego w proteiny mięsa, ryb i owoców. Ale lasów już nie ma: tylko w latach 2000-2006 wycięto 60 tys. hektarów. Teraz uprawia się tam soję.

Argentyna dosłownie stoi soją. W zeszłym roku, zebrano jej tu prawie 50 mln ton. Aż 1/4 całego eksportu to właśnie ta roślina. Połowa światowych zasobów oleju sojowego pochodzi znad La Platy.

Efekt jest świetny dla argentyńskiej gospodarki. I fatalny dla małych lokalnych społeczności, które z dnia na dzień straciły kultywowany od wieków sposób na wyżywienie się. Teraz Wichí i im podobni są całkowicie zależni od pomocy rządowej. Ale dostają przetworzone i bogate w cukier produkty spożywcze, które negatywnie odbijają się na ich zdrowiu.

Peru i Argentyna to tylko przykłady, ale dobrze ilustrujące problem, który łatwo znika z oczu bogacącym się społeczeństwom: rozwój gospodarczy niekoniecznie idzie w parze z lepszymi warunkami życia. Save The Children szacuje, że za 15 lat, na chroniczne niedożywienie cierpieć będzie 450 mln dzieci na całym świecie. I Dział Zagraniczny przeraża to bardziej, niż jakaś Al-Kaida czy Korea Północna.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

  1. Adaś
    21/02/2012 at 18:23

    I wonder, if growing-up number of starving children is caused by fact,that these children can’t do anything but another children. What if we send them food with additions of sterilizing agent? Or – but it is in opinion of leftist people intolerable cruelty – we could, sorry for write that, give them food in schools, where we send every that sexual educators?

  2. 21/02/2012 at 18:37

    Po co pisać po angielsku na polskim blogu? I czemu z takimi błędami?

  3. matt
    21/02/2012 at 22:26

    Plus 2 do lansu, tragedia😦

  4. Jeden z dziesięciu
    22/02/2012 at 00:06

    Nie chcę zabrzmieć jakoś bardzo kontrowersyjnie i nieczule, bo to nie tak. Współczuję tym dzieciom. Natomiast dziwię się rodzicom, którzy nie są w stanie dostosować się do drastycznie zmieniających się warunków – kultury łowiecko-zbierackie mogą być dzisiaj interesujące dla antropologów, ale czy to powód by w nich żyć? W naszym kraju jakoś nie widać tęsknoty za pańszczyzną, czy też bardziej neutralnymi zawodami, jak ślusarz i tapicer. Wsie pustoszeją. Górnicy się jeszcze jakoś trzymają, dzięki szturmowi na stolicę, ale czy to warto trzymać taki skansen?
    Oczywiście sprawa w Argentynie jest rozwiązana w sposób skandaliczny – przecież tego jedzenia nie brakuje, a mimo to głód zabija. Skandalem jest też fakt postawienia tych ludzi przed faktem na zasadzie “radźcie se”, ale właśnie – czemu oni aż tak drastycznie sobie nie radzą?

  5. 22/02/2012 at 08:52

    Myślę, że podchodzisz do problemu od złej strony. Z naszego punktu widzenia, ukształtowanego przez szkołę itp., może się wydawać, że kultury zbieracko-łowieckie to jakaś głęboka przeszłość przed Germanami i Rzymianami. A w rzeczywistości taki tryb życia prowadzi wciąż jeszcze wiele społeczności na całym świecie. Przykładanie miary polskiej wsi, mija się z celem. Tu mamy do czynienia z ludźmi, którzy żyli w ten sposób od wieków i jakoś się sprawdzało. Nie było potrzeby zmian, aż do momentu, kiedy ktoś im wlazł z butami w ich rzeczywistość i bez pytania całkowicie ją zmienił. Nie wydaje mi się, żeby pierwszą myślą tak potraktowanego człowieka było: “Dobra. Czas ruszyć do miasta i zostać informatykiem”.

    W ogóle istnieje dylemat, na ile nam – jako tym “rozwiniętym” – wolno cywilizować innych. Dobrym przykładem jest Botswana, gdzie kilka lat temu postanowiono wziąć się za buszmenów. Rząd uznał, że ich dzieci powinny chodzić do szkoły i zdobyć taką samą edukację, jak ich rówieśnicy. Cele były szczytne, ale wykonanie fatalne. Buszmeni w ogóle nie rozumieli całego takiego konceptu, więc oczywiście dzieci do żadnej szkoły nie chodziły. Dlatego wszystkich ich ściągnięto siłą do jednego ośrodka, gdzie mieli się “cywilizować”. Efekt: ciężkie depresje, alkoholizm, wzrost przemocy. Wyrwano ich z naturalnego, znanego im środowiska i wrzucono w obce, niezrozumiałe. W końcu wygrali sprawę w sądzie i mogli wrócić do swojego dawnego trybu życia.

    To dobra nauczka na przyszłość – nie zawsze szlachetne pobudki prowadzą do dobrych rozwiązań.

    Pzdr.

  6. wersy
    22/02/2012 at 21:41

    Ale przecież nie jest też tak, że za “starych dobrych czasów” polowania na zwierzynę w puszczy głód żadnemu dziecku nie doskwierał, po prostu nie był to wtedy problem rządowy…

  7. 22/02/2012 at 22:34

    Nie no, oczywiście. Nie twierdzę w żadnym wypadku, że to był lepszy komfort życia. Ale ci ludzie sobie jakoś radzili, a teraz ich środowisko naturalne zostało im odgórnie zabrane i efekty są opłakane.

    Ale Argentyna i Peru są w poście podane tylko jako przykłady alarmującej sytuacji: świat jest niby coraz bogatszy i bardziej rozwinięty, przemysł żywnościowy (bo od kilkudziesięciu lat jest to de facto przemysł) osiąga coraz większe rozmiary, a mimo to coraz więcej dzieci głoduje (przynajmniej w liczbach bezwzględnych).

  8. 23/02/2012 at 05:08

    Lepiej spojrzec na to z punktu widzenia indywidualnego. Co ma robic taka rodzina, ktora nie moze prowadzic tradycyjnego stylu zycia? Dorosli sie juz nie przestawia, a dzieci? Zeby poslac dziecko do szkoly trzeba (chyba w Peru ale pewnie innych krajach tez) dokumentu. Trzeba miec jakies pieniadze na internat, ksiazki etc. Oni nie maja.
    Z drugiej strony wygoniono ich z ziemi, z ktorej zyli iles-tam lat wstecz. Nie maja dochodu, z czego maja zyc? Przeniosa sie do miasta np. Limy czy Buenos Aires – laduja w slumsach. I co dalej?
    Zbieraja kartony i butelki na ulicach, zeby miec na zarcie. Kradna. Zyja bez wody, pradu i w horrendalnych warunkach. I co? Nic.😦

  9. Maciej
    25/02/2012 at 14:22

    I dlatego że to takie przerażające problem owija się statystyki podparte nazwami UNICEFu czy też innych organizacji międzynarodowych. A problem jest przerażający. To oczywiście prawda że wyrwane ze swojego środowiska społeczności grzęzną w nowej dla nich rzeczywistości, nie ma co rozwijać zagadnienia. Nie ma też chyba co porównywać ich do sytuacji polskiego rolnika. Tutaj różnica cywilizacyjna jest znikoma (o ile w ogóle występuje) w porównaniu do prawie że pierwotnych plemion wrzuconych w XXI wiek. I najbardziej przerażające jest to że wg mnie nie ma rozwiązania tego problemu. Dożywianie głodujących nie prowadzi do niczego poza zachowaniem ich życia (co nie znaczy że nie należy tego robić) i dalszą prokreacją kolejnych straconych pokoleń. Nie ma szans na ich aktywizację, tak żeby sami mogli się utrzymać w nowych warunkach. Odtworzenie ich świata nie wchodzi w grę. Nie ma dobrej drogi bo nie wierzę że świat wykona zwrot o 180 stopni i zacznie się zajmować osiąganiem powszechnego szczęścia zamiast kolejnej wojny.

    Nie jest to temat, który dobrze by dobrze wyglądał na głównej stronie gazety lub w wieczornych wiadomościach. Co najwyżej w kontekście jakiegoś wielkiego koncertu charytatywnego, którym znudzeni życiem celebryci podbijają sobie oglądalność.

    To wręcz fascynujące do jakich rzeczy, my ludzie, jesteśmy w stanie doprowadzić.

  10. jansz_pl
    28/02/2012 at 15:38

    Jeden z dziesięciu- dla tych ludzi przystosowanie się do “nowego świata” to zmiana sposobu życia o 180 stopni. Abstrahując od tego, że to się nie dzieje w ciagu jednego pokolenia i takim ludziom ciężko porzucić zakorzenione tradycje, to w dodatku państwo im tego nie ułatwia (tak sądzę).

    Co do biednych – jestem ciekawy jak się ma ten współczynnik (np. niedożywionych dzieci) do Wenezueli. Mimo całej krytyki pod adresem Chaveza , jego Misiones pomogły dużej liczbie ludzi z warstw najbiedniejszych, dzięki czemu z resztą zawdzięczał reelekcje, ale jak jest teraz już się nie orientuje.

    Jeszcze co do przystosowania – spójrzcie na azjatów. W ciągu dość krótkiego czasu, taki Wietnam przekształcił się w mniejsze Chiny, a ludzie mają zdolność adaptacji wprost niesamowitą. Kto by pomyślał kilka lat temu, że europejskie/australijskie/amerykańskie firmy będą szukać alternatyw produkcyjnych właśnie tam.

    Świetny blog.

  11. 01/03/2012 at 18:21

    W Wenezueli na niedożywienie cierpi 3,2 proc. dzieci do piątego roku życia. To często przywoływany przykład, bo jeszcze dwie dekady temu było ich dwa razy więcej. Na statystyki podawane przez rząd Chaveza (szczególnie te, dotyczące przemocy) należy patrzeć z przymrużeniem oka, ale na opowieści jak to Wenezuela zamienia się w drugą Koreę Północną też.

  1. No trackbacks yet.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: