Silnik z cegieł

PW-Sat spędzi na orbicie mniej więcej rok, po czym spadnie i spłonie w atmosferze. To satelita, który został wczoraj wysłany w kosmos przez Polskę. Po raz pierwszy w historii naszego kraju. Można więc krzyknąć: nareszcie! Bo Rosjanie umieścili tam pierwszego sputnika jeszcze w 1957 r., a od tamtej pory zdążyło to zrobić jeszcze kilkadziesiąt państw. Nawet Luksemburg. A my nie.

To, że w tej chwili po orbicie śmiga satelita made in Poland zawdzięczamy tylko i wyłącznie uporowi studentów z Politechniki Warszawskiej, którzy z poświęceniem budowali go od kilku lat. Wielki szacun i pokłony do samej ziemi. To przykład, który pokazuje, że nie trzeba miliardów NASA, żeby coś zwojować w kosmosie. Potrzebna jest grupa zapaleńców, którzy doprowadzą projekt do końca. Można podejrzewać, że na świecie jest ich całkiem sporo, więc po piętach depczą nam już inne kraje, które chciałyby podbijać odległe galaktyki.

Na przykład Uganda.

Podworko NsambyUgandyjska myśl techniczna w działaniu (Fot. Michelle Sibiloni/AFP)

Chris Nsamba, dyrektor Afrykańskiego Programu Badań Kosmicznych, wie jak ciąć koszty. Biuro organizacji urządził w domu swojej mamy. Warsztat – w jej ogrodzie, pod drzewem owocowym. Jego pracownicy – sami wolontariusze – zamiast szlifierek używają papieru ściernego.

A jednak. Podniebny Jastrząb, pierwszy historii samolot produkcji ugandyjskiej, jest już prawie skończony: brakuje mu praktycznie tylko silnika, który póki co zastępuje stos cegieł symulujących odpowiednią wagę. Nsamba twierdzi, że jego następcą będzie już prawdziwy prom kosmiczny.

– W ciągu pięciu lat, umieścimy na orbicie satelitę, a w ciągu dekady wyślemy tam człowieka – entuzjastycznie przekonywał reportera agencji AFP.

Nsamba, były student astronomii, który nie skończył jeszcze trzydziestki, nadaje nowy sens pojęciu “praca u podstaw”.

W Ugandzie nie ma ani jednego kosmonauty, a nawet żadnych przepisów, które odnosiłyby się do takiego zawodu. Szkolenia i certyfikaty będzie więc organizował sam Afrykański Program Badań Kosmicznych.

W organizacji nie ma jak na razie nikogo, kto miałby wcześniejsze doświadczenia jako astronauta. Jego pracownicy kształcą się więc sami, przekazując sobie czego nauczyli się na różnych kierunkach studiów, co znaleźli w książkach i internecie.

W całym kraju nie ma też ani jednego ośrodka, gdzie można by symulować stan nieważkości. Nsamba zamówił więc zagranicą te sprzęty, których jego ekipa nie potrafiłaby wyprodukować na miejscu. Resztę zbudują sobie sami.

Można się śmiać. Można z politowaniem kręcić głową. Ale można też z podziwem obejrzeć ten filmik:

Dwa lata temu, Nsamba miał tylko zakurzone podwórko za domem matki. Przez ten czas zdobył ponad 80 tys. dolarów od kilkuset sponsorów z całego świata, zbudował samolot z grupą zapaleńców, a prezydent Yoweri Museveni porównał go do Kwatsiego Alibaruho, pierwszego Afrykanina na stanowisku dyrektora lotów w NASA. I tak się składa, że Ugandyjczyka.

Kiedyś, studenci Politechniki Warszawskiej też mieli tylko mgliste marzenia. Dziś może być z nich dumny prawie 40-milionowy kraj w Europie Wschodniej. Być może, w przyszłości będzie tak samo z Chrisem Nsambą i kolegami.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Advertisements

Działaczu, rzuć palenie

Jak się nazywa najwyższa liga w polskiej piłce nożnej? Nie, nie Ekstraklasa, tylko Bitwa pod Cecorą, oczywiście. Tak, jak Primera división to w rzeczywistości Trafalgar, a Ligue 1 to nic innego, jak Waterloo. Przynajmniej w świecie, gdzie za nazywanie rozgrywek odpowiadaliby Argentyńczycy.

W piątek, nad La Platą ruszają rozgrywki tamtejszej ligi, która od tego roku będzie się oficjalnie nazywać Crucero General Belgrano Primera División. A Crucero General Belgrano, to nic innego, jak krążownik “Generał Belgrano” – okręt zatopiony w groteskowej wojnie z Wielką Brytanią, której 30. rocznicę Buenos Aires będzie z pompą obchodzić w kwietniu.

Stadion w ArgentynieDzieci, pamiętajcie: wiwatujemy na cześć klęski (Fot. Maciej Okraszewski/Dział Zagraniczny)

Jak Dział Zagraniczny informował już wielokrotnie, futbol w Argentynie przeżywa najgorszy kryzys od kilkudziesięciu lat. Ale zarazem, o czym również szeroko informowano na tych łamach, od 2009 r. palenie marihuany nie jest tam karalne. Co pozwala wysnuć wnioski, że atmosfera na zebraniach tamtejszego Związku Piłki Nożnej musi być prawdziwie zabawowa. A efekty to potwierdzają.

Działacze popalać zaczęli zapewne już wiele lat temu, bo wpadli wówczas na pomysł, że nad La Platą nie mogą obowiązywać normalne zasady, zgodnie z którymi do niższych lig spadają najsłabsze drużyny zakończonego sezonu. Nie, w Argentynie działa system, w którym zlicza się trzy kolejne lata rozgrywek i dopiero wtedy spuszcza w dół pechowców. Że co? Że to nieuczciwe, bo dzięki temu najbogatsze kluby po słabych dwóch sezonach mogą sobie na trzeci podkupić najlepszych graczy? E. Podaj bonga.

System nie sprawdził się jednak rok temu, a konkretnie sprawę zawaliła najbardziej utytułowana ekipa w kraju River Plate, która położyła trzy kolejne sezony i po raz pierwszy w swojej 110-letniej historii spadła do II ligi. Wtedy w centrali zapewne też poważnie przykurzyli, bo w grudniu Związek ogłosił, że tak w ogóle, to po co rozróżnienie na ligę taką, czy siaką: oni proponują zniesienie dotychczasowych i utworzenie jednego wielkiego turnieju, w którym mogłyby się ze sobą zmierzyć czołowe drużyny z obu pierwszych dywizji. Czytaj: “River spadł. Ale jednak nie”. W internecie rozpętała się jednak taka kampania gniewu, że polska wojna o ACTA to przy niej pikuś, więc władze szybko wycofały się z tego pomysłu.

Nic to! Zioło najwyraźniej wciąż krążyło, to w styczniu Związek zorganizował Superclásico, czyli derby między River a odwiecznym rywalem Boca Juniors. Dodajmy – derby o nic, bo obie ekipy są wciąż w różnych ligach, żaden to puchar, żadne eliminacje. “Przyjacielskie derby”, jak powiedział rzecznik prasowy Związku. Stawka mniej więcej taka, jak w meczu TVNu z reprezentacją Sejmu. Ale kasa za bilety jest, z reklam też spłynęło co trzeba: można palić dalej.

Efekt? Ostatnie posiedzenie władz argentyńskiej piłki wyglądało zapewne tak:
Działacz 1: A może by tak już nie trzymać pozorów i nazwać I ligę po jakiejś klęsce?
Działacz 2: Świetny pomysł. Skocz po kebaba.

BelgranoPierwsza ligo, czas zaadaptować tonący “Belgrano” na logo (Fot. AP)

Nad wojną o Falklandy/Malwiny nie ma się co zbytnio rozwodzić. Jest rok 1982, a w Argentynie pogłębia się kryzys gospodarczy. Więc rządząca nią junta wojskowa wpada na doskonały pomysł, jak odwrócić uwagę opinii publicznej: wypowiedzieć Wielkiej Brytanii wojnę o kilka bezużytecznych skał, które zamieszkuje więcej owiec niż ludzi. Konflikt potrwa 10 tygodni i pochłonie 649 latynoskich żołnierzy. Z czego aż 323 zginie na zatopionym krążowniku “Generał Belgrano”.

No i to cała historia. Mało kogo obchodzi, że “Generał Belgrano” nazywał się wcześniej “USS Phoenix”, a Amerykanie wyeksploatowali go do cna podczas II Wojny Światowej i w 1951 r. sprzedali Argentyńczykom, uznając że do niczego się już więcej nie nadaje, więc zatopiłaby go nawet Margaret Thatcher prowadząca w pojedynkę U-boota.

Tu chodzi o symbol. Kto chociaż raz był na jakimkolwiek meczu w Argentynie, ten wie, że na każdym stadionie wielkie graffiti będzie mu przypominać, że Anglicy ukradli wyspy. Jeden z tych, na których w zeszłym roku rozgrywano Copa América, nazwano wprost “Malvinas Argentinas”. Kibice River i Boca mogą się nienawidzić, ale za przypomnienie, że to sami mieszkańcy Falklandów chcą pozostać Brytyjczykami, zgodnie naplują ci w twarz.

Jak informuje miejscowa prasa, władze postanowiły więc iść za ciosem. Chciałyby ochrzcić pierwszoligowy puchar jako “Gaucho Rivero”, od nazwiska argentyńskiego chłopa, który półtora wieku temu miał wszczynać na Falklandach/Malwinach rebelię przeciwko Brytyjczykom. To, że podobno poszło nie o patriotyczne uniesienia, tylko niezapłaconą dniówkę, jest już najwyraźniej nieistotne.

Dział Zagraniczny ma więc jeszcze kilka pomysłów. Dlaczego by tak nie pozmieniać także innych nazw? Buenos Aires przemianować na “Esto no es Londres”. A z Patagonią w ogóle się nie cackać i trzasnąć po angielsku “Fuck you Thatcher”. Brzmi, jak brzmi, ale jak widać – w Argentynie nic nie jest niemożliwe.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

PS Piłkarscy działacze w Argentynie najwyraźniej palą nie tylko marihuanę. W październiku, wicedyrektor departamentu prasowego River zdenerwował się, że jakiś facet sprzedał mu dom z wysoką wilgotnością. Więc go zadźgał. Ciekawe, którą trybunę po nim nazwą?

Gwiezdny pył

Co to takiego: jest w Chinach i widać to z kosmosu? Odpowiedź: zanieczyszczenia.

Dział Zagraniczny mieści się koło warszawskiej Politechniki, ale aż do tego tygodnia w życiu nie słyszał o PM2,5. Pierwsze skojarzenie, to że to jakaś śruba z ikeowskiego zestawu “Zrób sobie kuchnię”. Ale nie. Dzięki Chińczykom wie już, że to pył będący mieszaniną stałych i ciekłych cząstek o średnicy mniejszej niż 2,5 mikrometra. Dlaczego dzięki Chińczykom? Bo to właśnie oni rozpętali na początku roku internetową kampanię oburzenia, pod którą ugiął się rząd w Pekinie: musiał przyznać, że każdy głęboki wdech w Kraju Środka truje jeszcze bardziej, niż do tej pory sądzono.

Smog przesłania Wielki MurGdyby Gagarin poleciał dziś w kosmos, to nad Chinami nie zobaczyłby Wielkiego Muru, tylko właśnie to (Fot. NASA)

Cząsteczki w pyle PM2,5 są tak małe, że bez problemu docierają do górnych dróg oddechowych i mogą przenikać do krwi. Przeszkadzają w oddychaniu, powodują kaszel i katar sienny. Wywołują schorzenia alergiczne i zapalenie spojówek. Zwiększają ryzyko raka płuc. Są powodem powikłań ciążowych, w wyniku których noworodki mogą przyjść na świat z wadami wrodzonymi.

Nikt na świecie nie jest tak zagrożony ich wdychaniem, jak właśnie Chińczycy. Linfen w środku kraju jest zgodnie uznawane za najbardziej zanieczyszczone miasto na świecie. A po ulicach samego tylko Pekinu jeździ prawie 5 mln samochodów. Zanieczyszczenia nad stolicą są wręcz legendarne – przed Igrzyskami Olimpijskimi w 2008 r., wielu obserwatorów zastanawiało się, czy tamtejszy smog nie będzie miał negatywnego wpływu na osiągi sportowców. Podobno widać go nawet z kosmosu, czasami ma zasłaniać słynny Wielki Mur. Więc kiedy w grudniu zanieczyszczenia spowodowały taki spadek widoczności, że trzeba było uziemić kilkaset lotów, internauci powiedzieli wreszcie: dość.

Na blogach i forach internetowych rozpętała się zaciekła kampania. Autorzy nawoływali rodaków, żeby powstrzymali się od tradycyjnego kupowania kilogramów fajerwerków na chiński Nowy Rok (świętowany 23 stycznia) – w trakcie poprzedniego, tylko w Pekinie odpalono ich 58 ton – bo po pierwsze, strasznie zanieczyszczają powietrze, a po drugie, zaoszczędzone w ten sposób pieniądze można by wydać na zakup urządzeń monitorujących zanieczyszczenia. Ich wysokie koszta były dla części urzędników wymówką, dlaczego władze publikują jedynie dane dotyczące o wiele mniej groźnych pyłów PM10, a te o stężeniu PM2,5 przemilczają. Presja okazała się tak silna, że Partia nie miała innego wyboru, niż tylko zgodzić się na żądania: na początku stycznia zapowiedziano więc, że do końca miesiąca pomiary PM2,5 będą ogólnodostępne.

I faktycznie. Wiadomości o stężeniu opublikowano. Tyle, że nikt w nie nie wierzy.

Smog w ChinachNie, to nie te latające góry z “Avatara” (Fot. AFP)

Władze opublikowały dane dotyczące wyłącznie Pekinu i jeszcze kilku wybranych miast, a resztę kraju pominęły wymownym milczeniem. Co więcej, według oficjalnych komunikatów, zanieczyszczenia są minimalne, a stężenie PM2,5 nie przekracza 0,015 miligramów na metr sześcienny powietrza. Sęk w tym, że żadne pomiary prowadzone przez niezależne ośrodki tego nie potwierdzają. Od kilku lat własne badania powietrza prowadzi (a wyniki publikuje na Twitterze) ambasada Stanów Zjednoczonych. W latach 2010-2011, na 1,5 tys. prób, taki wynik otrzymała zaledwie… 18 razy.

Własne pomiary, na zlecenie tygodnika “The Economist”, przeprowadziła też grupa naukowców z Uniwersytetu Yale. Ich wyniki są obezwładniające. Według zaleceń Światowej Organizacji Zdrowia, pył PM2,5 stanowi zagrożenie dla zdrowia, gdy jego stężenie w powietrzu przekracza 10 mikrogramów na metr sześcienny. Według badaczy z Yale, żadna z chińskich prowincji nie mieści się w tym limicie. Tam, gdzie mieszka najwięcej ludzi, stężenie przekracza 30 mikrogramów, a w Szantungu i Henanie sięga nawet 50.

Władze chyba jednak niewiele sobie z tego robią.

Szacuje się, że w Pekinie aż 70 proc. PM2,5 to produkt rur wydechowych, głównie tirów. Żeby polepszyć sytuację, rząd już w 2005 r. klepnął prawo, które zobowiązywałoby producentów ciężarówek do instalowania w nich silników przyjaźniejszych środowisku. Nowe zasady miały wejść w życie w styczniu 2011 r. Ale zamrożono je jeszcze na rok. Tylko po to, żeby w zeszłym miesiącu ogłosić, że przesunięto jednak termin na lipiec 2013.

Wszystko dlatego, że nowe silniki wymagałyby paliwa wyższej jakości, z niższą zawartością siarki. Państwowe firmy teoretycznie mogłyby takie produkować. Ale nie chcą. A najwyraźniej mają silniejsze lobby, niż chiński minister środowiska, więc rząd ugiął się pod ich presją.

Przed laty, Tiziano Terzani – włoski korespondent niemieckiego “Spiegela” na Dalekim Wschodzie – pisał, Chińczyk może posiadać na własność tylko drelich, zegarek i rower. Teraz dostał też samochód. A w bonusie, potencjalnego raka z każdym kolejnym oddechem.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Dziedzictwo

Nicolas Sarkozy przemawiał na otwarciu mostu. W tym samy czasie, 200 km dalej, z karabinów maszynowych ostrzeliwały się dwa wrogie gangi. Dziewięć osób zginęło na miejscu, dwie poważnie ranne trafiły do szpitala. W Gujanie Francuskiej to dzień jak co dzień. W istocie, gdyby Francja była miastem, to właśnie w tę jego część nie zapuszczaliby się bojaźliwi mieszkańcy. Która jego dzielnica biłaby pozostałe na głowę w statystykach przestępczości? Proste: Gwadelupa.

Gorąco na GwadelupieW karaibskim raju jest zawsze gorąco, ale niekoniecznie tak, jak to opisują foldery all inclusive (Fot. Chesnot/SIPA)

W ciągu dnia, centrum Pointe-à-Pitre – największego miasta w tym departamencie zamorskim Francji – zapełniają bladzi turyści z Europy i Stanów, którzy jednak po kilku godzinach zakupów w centrum szybko zmykają to swoich kurortów z prywatnymi plażami. Po zmroku, ich miejsce zajmują prostytutki, złodzieje i handlarze narkotyków. Chociaż port zamieszkuje zaledwie 30 tys. miejscowych, a całkowita populacja Gwadelupy to niewiele ponad 400 tys. osób, to gdyby przestępczość była dyscypliną sportową, karaibski “raj”mógłby spokojnie stawać w szaranki z Barceloną, Paryżem, czy Berlinem. Przeciwników ze swojej kategorii wagowej powalałby na deski już w pierwszej rundzie.

Do niedawna, bandyci ograniczali się do drobnicy. Włamania, przemyt, handel narkotykami, kradzieże “na wyrwę” (kierujący skuterem przejeżdża szybko koło przechodnia, a siedzący z tyłu pasażer chwyta jego plecak czy torbę). Ale od dłuższego czasu stają się coraz brutalniejsi. Liczba zabójstw jest już czterokrotnie wyższa niż we Francji europejskiej. Autorzy zleconego przez Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i opublikowanego w lipcu specjalnego raportu piszą wprost, że “społeczeństwo Gwadelupy zostało zainfekowane przemocą”, i że na wyspach rozwijają się brutalne gangi pozbawionej skrupułów młodzieży. Jakby na potwierdzenie tych słów, na tydzień przed wigilią, znany policji w Basse Terre (formalnej stolicy departamentu) miejscowy ćpun i alkoholik zaatakował maczetą Victorina Lurela, przewodniczącego Rady Regionalnej.

Być może szef lokalnej komórki Partii Socjalistycznej stał się postronną ofiarą skandalu, jaki niewiele wcześniej wywołały słowa współpracującej z nim pani kryminolog: “To wstrząsające, że większość z tych przestępstw popełniają mieszkańcy afrykańskiego pochodzenia”. Opinia publiczna zagrzmiała, że to rasizm. Niesłusznie. Rasistowskie są dopiero powody, dla których to właśnie czarni, a nie biali obywatele Gwadelupy, sięgają po rozbój i kradzieże.

Protesty na GwadelupieFrancuskie Karaiby, czyli miejsce, gdzie zmieniły się nazwy, a wszystko inne zostało po staremu (Fot. Reuters)

Chociaż niewolnictwo zniesiono we Francji formalnie w 1818 r. (i to już po raz trzeci, bo wcześniej abolicję ogłaszano już w XIV i XVIII w., choć najwyraźniej bez przekonania), to na Karaibach była to raczej zmiana kosmetyczna, niż rzeczywista: za wyjątkiem Haiti, gdzie niewolnicy obalili swoich dawnych panów w krwawej rewolucji, wszystko pozostało po staremu, z tym, że wyzysk fizyczny został zamieniony na ekonomiczny. Tak zwani “békés”, czyli biali potomkowie europejskich kolonistów, zachowali pieniądze, ziemię i wszystkie biznesy na wyspach. Dzieci i wnuki Afrykanów zostały na lodzie, musieli się dostosować do zasad narzucanych im przez klasę rządzącą.

Békés są jak ziarnko grochu w fałdach pościeli (np. w sąsiedniej Martynice stanowią zaledwie 1 proc. populacji), ale mogą robić co chcą. To do nich należą wszystkie miejscowe supermarkety. Konkurujący z nimi drobni sklepikarze, w rzeczywistości napędzają zyski ich właścicielom, bo muszą się zaopatrywać w żywność u miejscowych gospodarstw, które również są własnością potomków kolonistów (na Gwadelupie należy do nich ponad 90 proc. przemysłu żywnościowego). Sprowadzanie produktów z Europy jest nieopłacalne, a import z bliższej Ameryki Łacińskiej jest obłożony zaporowymi cłami, których békés bronią jak reduty Ordona. Pieniądze z hoteli, barów i restauracji płyną szerokim strumieniem właśnie do ich kieszeni. Wszystkie stacje benzynowe, co do jednej, należą właśnie do békés. Dzięki temu monopolowi, mogą utrzymywać dwukrotnie wyższe ceny paliwa, niż na kontynencie. Na Martynice prawie wszystkie stanowiska w administracji publicznej są obsadzone przez białych.

Codzienność czarnych mieszkańców jest dramatycznie inna. Chociaż koszty życia na Gwadelupie są wyższe niż w kontynentalnej Francji, to średnia płaca jest znacznie niższa. Do wybuchu światowego kryzysu gospodarczego,karaibskie departamenty miały najwyższe bezrobocie w całej Unii Europejskiej. Na Gwadelupie, wśród młodzieży do 24. roku życia, wynosiło ono aż 55 proc.! Co dziesiąty mieszkaniec Antyli żyje poniżej granicy ubóstwa. 2/3 mieszkańców Pointe-a-Pitre gnieździ się w lokalach socjalnych.

We Francji nigdy nie było to tajemnicą, ale reszta świata dowiedziała się, że karaibskie departamenty nie są rajem, dopiero w styczniu 2009 r. Globalny kryzys gospodarczy zaczynał rozkręcać się na dobre, koszty utrzymania szły cały czas w górę, a płace ani drgnęły. Mieszkańcy Antyli w końcu stracili cierpliwość. Strajki ogarnęły najpierw Gwadelupę, a chwilę później Martynikę. Lokalne związki zawodowe utworzyły Kolektyw Przeciw Wyzyskowi, który zaczął się domagać podniesienia płacy minimalnej, a gdy spotkał się z odmową – ogłosił strajk generalny. Wysłane do rozpędzania tłumu oddziały policji obrzucono kamieniami, doszło do zamieszek, jeden z działaczy związkowych został zastrzelony na ulicy. Mieszkańcy zaczęli budować barykady, podpalać samochody, sklepy i restauracje. Zamknięto stacje benzynowe, banki, oraz szkoły. Protestujący na Gwadelupie zaczęli okupację portu i jedynego w departamencie lotniska.

Początkowo, głównie pod wpływem békés, Paryż twardo bronił statusu quo. Ale protesty wybuchły w trakcie sezonu turystycznego, hotelowi goście byli przerażeni, na odbite lotnisko transportowano ich pod obstawą, Francja zaliczyła blamaż w międzynarodowych mediach, a podobne demonstracje zapowiedziały także związki w Gujanie Francuskiej i na Reunionie. Nicolas Sarkozy nie miał już innego wyjścia, jak tylko zgodzić się na najważniejsze postulaty protestujących.

Bekes na MartyniceZa dziadka butów nie mieli: postęp jest (Fot. Christophe Calais/Paris Match)

Od tamtych wydarzeń minęły już prawie trzy lata, ale poprawy nie widać. Kryzys gospodarczy wcale się nie skończył, bezrobocie nie zmalało, a békés nie spuścili z tonu. Przestępcy są coraz brutalniejsi, a nawet nie ma im kto przeciwdziałać: w całym Pointe-à-Pitre jest tylko 21 policjantów. W dodatku, fatalnie wyposażonych. Sprowadzane z kontynentu radiowozy nie są przystosowane do karaibskiego klimatu – zdarzają się tygodnie, kiedy nie działa żaden wóz policyjny.

Nie wszędzie jednak jest tak źle. W Baie-Mahault na służbie jest aż 40 policjantów, patrolujących miasto na zmianę dzień i noc. Przestępczość jest o wiele niższa niż w innych częściach departamentu. Ale wbrew pozorom nie ze względu na zwiększoną obecność mundurowych. Po prostu miejscowe władze (przewodniczącym rady miejskiej jest niezależny Ary Chalus, polityk nie związany ani z lewicą, ani z prawicą) inwestują w liczne programy społeczne. Tutejsza młodzież może za darmo uczestniczyć w kursach doszkalających i zajęciach sportowych, działa specjalny urząd pomagający im w znalezieniu zatrudnienia, a nawet organizowane są zajęcia mające przygotować kandydatów do egzaminów policyjnych (co wyjaśniałoby nadwyżkę w tej gałęzi budżetówki). Baie-Mahault może sobie na to wszystko pozwolić, bo po mistrzowsku wykorzystuje wszystkie możliwe dofinansowania z Unii Europejskiej.

W listopadzie, Rada Regionalna zaleciła podobne działania na całej Gwadelupie. Ale jak na razie, nikt się do nich nie pali. Békés łatwych zarobków nie odpuszczą. Przestępczość im niestraszna: chronią ich wysokie mury rezydencji. Te same, w których wcześniej zamykali niewolników.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Afrobeat na barykadach

Teoria na to, że ilość nasłonecznienia wpływa na zachowania ludzi, znajduje ostatnio coraz więcej potwierdzenia. Kiedy w Polsce ktoś organizuje masowy protest, jest zawsze te 50 proc. szans, że będzie mała ruchawka i w ruch pójdą policyjne armatki. W Paryżu, palenie samochodów to już chyba nowa tradycja. A w Londynie, jak wiadomo po ostatnich wakacjach, zamieszki są lepsze od loterii: każdy kończy z telewizorem, albo chociaż iPadem.

Tymczasem w Afryce nagrywają rapy i kręcą teledyski.

Flavour w trasieBenzyna zdrożała, więc muzycy w Nigerii ruszają w trasę nowym środkiem transportu

O tym, jaką wagę podczas Arabskiej Wiosny miał głos raperów, Dział Zagraniczny już informował. Na południe od Sahary są jeszcze bardziej wpływowi. W Senegalu, gdzie kwitnie chyba największa hip hopowa scena w Afryce, założony przez nich oddolny ruch protestu Y’en a Marre intensywnie pracuje nad przewietrzeniem tamtejszej sceny politycznej. Niedawno swój start w wyborach na prezydenta ogłosił legendarny wokalista Youssou N’Dour:

A teraz najwyraźniej przyszedł czas na Nigerię.

W kilka godzin po sylwestrze, tamtejszy rząd ogłosił, że przestanie dopłacać do paliwa. Nagle litr benzyny, zamiast 65 naira (1.35 PLN), zaczął kosztować 150 naira (3.29 PLN). To paradoks. Nigeria jest bogata w ropę, dziennie wydobywa jej aż 2 mln baryłek. Ale jej rafinerie są w opłakanym stanie i przez lata były źle zarządzane, więc nie są w stanie przerobić takiej ilości paliwa, jakiej wymaga miejscowy rynek. W efekcie, większość benzyny musi być importowana. W dodatku, w kraju gdzie duża część społeczeństwa zarabia niecałe 2 dolary dziennie, trzeba ją subsydiować. Tylko w zeszłym roku, z budżetu poszło na ten cel 8 mld dolarów.

Rząd próbował przekonywać, że zaoszczędzone dzięki zniesieniu dopłat pieniądze wyda na rozbudowę będącej w opłakanym stanie infrastruktury. I oczywiście walkę z biedą. Dotkniętych nią ludzi to jednak nie przekonało. Nauczeni złymi doświadczeniami, zaczęli głośno komentować, że większość kasy i tak rozkradną skorumpowani politycy. W dodatku w Nigerii, jak w podobnych krajach, nie istnieje transport publiczny. Wielu ubogim Nigeryjczykom zajrzało w oczy bezrobocie, bo nagle przestało im wystarczać na dojazd do pracy. Wzrost cen benzyny przełożył się też na droższe jedzenie i podstawowe usługi.

W kraju zagrzmiało. Związki zawodowe zapowiedziały strajki. Na ulice ruszyły tysiące protestujących. A wraz z nimi muzycy.

Piosenki o manifestacjach i podwyżkach pojawiły się w lokalnych radiostacjach już pierwszego dnia. A niewiele później, do sieci trafiły teledyski.

Pierwszy był The Suspect, znany chociażby ze współpracy z brytyjskim Blak Twang i Wyclef’em. Może to nie Fela Kuti, ale też robi pierwszorzędny afrobeat:

Jeszcze tego samego dnia, własny teledysk pokazał popularny w Nigerii Flavour:

Za chwilę dołączyła też do nich Aduke, która dopiero co w grudniu wypuściła dobrze przyjęty singiel “Made in Lagos”:

Jak ktoś jest ambitny i poszuka, to podobnych produkcji znajdzie więcej. Protesty poparł cały zastęp muzyków, w tym chociażby Seun Kuti, syn Feli:

Nie ma co malować oderwanego od rzeczywistości obrazu nigeryjskich protestów, jako roztańczonych i rozśpiewanych wieców przepełnionych artystami i nieszkodliwymi intelektualistami. Podczas manifestacji dochodziło do zamieszek, zdemolowano kilka stacji benzynowych, właścicieli kilku innych zastraszono. Wojsko strzelało do ludzi, co najmniej kilku zabito. Po negocjacjach ze związkami zawodowymi, prezydent Goodluck Jonathan zgodził się przywrócić dopłaty, jednak tylko częściowo, więc emocje nie opadają.

Ale trudno nie być pod wrażeniem, że tamtejsi artyści potrafią w tak krótkim czasie zrobić tak dobre komentarze do bieżących wydarzeń i to jeszcze w tej jakości.

No. Ale polskiego czytelnika to interesuje.

Milicja Antyobywatelska

W więzieniu w Rio de Janeiro dochodzi do buntu, osadzeni biorą zakładników. Negocjacje się załamują, jednostka specjalna policji szturmuje budynek, giną ludzie i wybucha skandal. Dowódca oddziału, podpułkownik Roberto Nascimento, bierze na siebie odpowiedzialność i zostaje zwolniony ze służby. Ale kiedy okazuje się, że na ulicy cieszy się niesłychaną popularnością, gubernator proponuje mu, żeby pokierował wywiadem w Sekretariacie Bezpieczeństwa. Choć początkowo zadowolony z nowej pracy, szybko odkrywa, że ma być tylko listkiem figowym, podczas gdy miasto przejmują powoli we władanie milicje – paramilitarne bandy skorumpowanych policjantów, którzy są chronieni przez miejscowych polityków, w tym samego gubernatora, szefa Nascimento.

Tak przedstawia się skrócony opis fabuły “Elitarnych 2”, brazylijskiego kandydata do tegorocznych Oskarów, który w październiku wszedł także do polskich kin. Ale chociaż w filmie trup ściele się gęsto i nie brak efektownych strzelanin, sprowadzanie go do taniej sensacji byłoby błędem.

– To prawie dokument – twierdzi w rozmowie z Działem Zagranicznym Paulo Storani, ekspert do spraw bezpieczeństwa i były dowódca BOPE, elitarnych jednostek specjalnych brazylijskiej policji. Wie, co mówi: filmowa postać podpułkownika Nascimento jest oparta właśnie na nim.

NascimentoPrzykład, jak zrobić film sensacyjny, obyczajowy i dokumentalny w jednym (Fot. Lula Carvalho/”Tropa de Elite 2″)

Polskie tłumaczenie podtytułu – “Ostatnie starcie” – jest nieco mylące. Portugalskie “O Inimigo Agora é Outro” oznacza dosłownie “Teraz jest inny wróg” i sugeruje, że bardziej niż zwykłymi przestępcami, policjanci powinni się zająć kolegami z własnych szeregów. Paulo Storani, który – tak jak filmowy Nascimento – po odejściu z jednostek specjalnych został zatrudniony w Sekretariacie Bezpieczeństwa (tyle że w São Gonçalo, mieście po drugiej stronie Zatoki Guanabara niż Rio) mówi wprost, że milicje są już większym niebezpieczeństwem niż osławione gangi narkotykowe.

– To byli, albo wciąż zawodowo czynni policjanci, strażacy i strażnicy więzienni – opowiada – Kontrolują całe dzielnice, w których wymuszają na miejscowej ludności i handlarzach opłaty za ochronę, przemocą wzbudzają w nich strach i zmuszają do całkowitego podporządkowania się.

Na swoim terenie milicje nakładają własne podatki, którymi obwarowują wszystko, co przyjdzie im do głowy, od opłat za korzystanie ze środków transportu, przez kupno butli z gazem, a na zakładaniu telewizji kablowej skończywszy. Śledztwo przeprowadzone przez komisję parlamentarną stanu Rio de Janeiro wykazało, że jedna z paramilitarnych bojówek zarabiała dziennie równowartość 300 tys. złotych. Jej członkowie mogli sobie pozwolić na każdą broń, którą zresztą potem z ochotą handlowali

Pierwsza bojówka powstała w akcie samoobrony. Na początku lat 90., Rio de Janeiro zaczęło się rozbudowywać w kierunku zachodnim. Powstawały domy, ulice i kanalizacja, ale brakowało policji – jedyni funkcjonariusze pojawiali się tu dopiero po służbie, kiedy wracali do świeżo kupionych mieszkań. Więc gdy do jednej z tamtejszych dzielnic, Rio das Pedras, zaczęli ściągać pierwsi gangsterzy sprzedający narkotyki, zamieszkujący ją mundurowi postanowili zwalczyć ich siłą. Okazali się niezwykle skuteczni, działali więc dalej, zbierając fundusze na swoje poczynania wśród sąsiadów: najpierw po dobroci, później wymuszając je siłą. Gdy okazało się, że to całkiem lukratywny biznes, zaczęli go stopniowo rozszerzać o slumsy.

– Policja w Rio de Janeiro degenerowała się przez dekady – tłumaczy Działowi Zagranicznemu Luiz Eduardo Soares, były Sekretarz Bezpieczeństwa Publicznego w brazylijskim Ministerstwie Sprawiedliwości i autor książek, na podstawie których powstały obie części „Elitarnych” – Pensje funkcjonariuszy są tak małe, że muszą szukać dodatkowych sposobów dorobienia. Na ogół zatrudniają się po godzinach jako ochroniarze w sklepach, albo barach. To wbrew prawu, ale władze wolą przymykać oko, bo w innym wypadku musiałyby zwiększyć budżet na wypłaty. I tak państwo przyzwala na zapewnianie bezpieczeństwa zarówno w sposób legalny, jak i nielegalny. Milicje świetnie się w tej sytuacji odnajdują.

Według niedawnego dochodzenia “O Globo”, wiodącego brazylijskiego dziennika, najpotężniejszy z gangów narkotykowych Rio de Janeiro kontroluje dziś 55 slumsów w mieście, podczas gdy milicje – aż 105. Ich członkowie są zdeterminowani, a w walce o zyski bezwzględni. Rozbita w grudniu 20-osobowa banda, zdążyła na swoim terenie zamordować pół setki opornych mieszkańców. Inna ekipa paramilitarnych uprowadziła trzech opisujących jej działania dziennikarzy, którzy byli potem torturowani, między innymi przy użyciu elektrowstrząsów.

Milicje gotowe są uderzać nawet w tych przeciwników, którzy zajmują wysokie, eksponowane stanowiska. Sędzia Patricia Acioli była znana z bezkompromisowej postawy wobec skorumpowanych funkcjonariuszy – w ciągu kilku lat, posłała za kratki kilkudziesięciu z nich. Od pięciu lat regularnie dostawała pogróżki i prosiła o przydzielenie jej ochrony, która z niewyjaśnionych do tej pory przyczyn, została jej odmówiona. W sierpniu została zabita przed własnym domem: zamachowcy strzelili do niej 21 razy, żeby mieć pewność, że nie żyje. Morderstwo wywołało wielki skandal, jej pogrzeb przerodził się w manifestację, a Sąd Najwyższy wydał bezprecedensowe wezwanie do szybkiego znalezienia sprawców. Śledztwo wykazało, że kule, od których zginęła Acioli, pochodziły z policyjnych magazynów. Podejrzanym o zlecenie morderstwa jest dowódca miejscowego batalionu oddziałów specjalnych, do aresztu trafiło też 11 jego podwładnych. Podczas rozbijania innej grupy, przy jej szefie znaleziono listę z nazwiskami osób wytypowanych do zabicia – oprócz Acioli, znajdowało się na niej jeszcze kilkunastu sędziów, prokuratorów i nieprzekupnych policjantów z wydziału zabójstw.

Milicyjna brońOstatnio wyszło na jaw, że milicje w Rio odsprzedają broń gangom, z którymi później walczą – na emeryturze będą zapewne prowadzić kursy MBA “Jak zarobić w sytuacji kryzysowej” (Fot. O Globo)

W “Elitarnych 2”, obok pułkownika Nascimento, drugą najważniejszą postacią jest Diogo Fraga, wykładowca uniwersytecki, który zostaje wybrany do parlamentu stanowego Rio de Janeiro i wspólnie z byłym policjantem doprowadza do wszczęcia śledztwa przeciw zblatowanym z milicjami politykom.

W prawdziwym życiu, Fraga byłby wart ok. 750 tys. złotych – tyle bowiem wynosi nieoficjalna stawka za głowę Marcela Freixo, inspiracji dla filmowego bohatera.

Wieloletni działacz organizacji broniących praw człowieka, Freixo został deputowanym w 2006 r. Już dwa lata później, po coraz liczniejszych doniesieniach o zbrodniach popełnianych przez milicje, doprowadził do utworzenia zajmującej się nimi komisji śledzczej, której sam został przewodniczącym. Pokłosie jej dochodzenia jest monstrualne: zarzuty postawiono kilkuset podejrzanym, większość z nich trafiła za kratki. Wśród nich znalazło się wielu urzędników niższego szczebla, ale nie zabrakło też grubych ryb, jak stanowi parlamentarzyści Álvaro Lins czy Natalino José Guimarães (który wdał się nawet w strzelaninę z próbującymi go aresztować policjantami). Wielu innych, choć uniknęło więzienia z braku wystarczających dowodów, zostało całkowicie skompromitowanych.

Politycy w Rio de Janeiro przez lata albo całkowicie ignorowali problem milicji, albo wręcz popierali je jako coś pozytywnego. Były burmistrz César Maia, jeszcze w trakcie urzędowania nazwał je w wywiadzie “rodzajem społecznej samoobrony”, a jego następca, obecnie urzędujący Eduardo Paes, rzucił w telewizji, że paramilitarni “zapewniają mieszkańcom poczucie bezpieczeństwa” tam, gdzie nie jest w stanie tego zrobić państwo.

– Wielu polityków korzystało na współpracy ze skorumpowanymi funkcjonariuszami, w pierwszej instancji zostali skazani między innymi były gubernator i szef miejscowej policji – wyjaśnia Soares. Milicje nie tylko nie wpuszczały na swój teren gangów narkotykowych, dzięki czemu deputowani mogli rozpowiadać w mediach, że w ich okręgach taki problem nie istnieje, ale wręcz pomagały im wygrywać wybory, zapewniając odpowiednią liczbę głosów. W podzięce, wielu parlamentarzystów w Rio po prostu przymykało oczy na działalność paramilitarnych

Choć wyniki śledztwa komisji Freixo były szokujące (a on sam został w ubiegłym roku ponownie wybrany na deputowanego, z drugim najlepszym wynikiem w całym stanie), to prawdziwym przełomem w sposobie myślenia okazała się dopiero premiera “Elitarnych 2”. W Brazylii film wszedł na ekrany już w październiku zeszłego roku i z miejsca okazał się prawdziwą bombą. Kilkaset kin w całym kraju wyświetlało go po pięć, sześć, a nawet osiem razy dziennie. W dwa miesiące obejrzało go ponad 10 mln osób, a produkcja pobiła frekwencyjny rekord z 1976 r. Fabułę omawiano w mediach, na blogach, temat przebił się też do mediów międzynarodowych.

– Nigdy wcześniej nie było w Brazylii takiego zrozumienia problemu, ani takiego pola do dyskusji. To całkowicie zmieniło stosunek polityków do bezpieczeństwa publicznego – przekonuje Storani, a wtóruje mu Soares – Dziś, kryminalny i okrutny charakter milicji jest więcej, niż widoczny. Do tego stopnia, że nawet politycy, którzy do niedawna je wychwalali, nie mogą już tego robić.

Natalino José GuimarãesDeputowany Guimarães, który w przerwach między głosowaniami lubił sobie powymuszać haracze i postrzelać do aresztujących go policjantów (Fot. Celso Meira/O Globo)

W 2014 r. Brazylia będzie gospodarzem Mistrzostw Świata w piłce nożnej, których finał rozegrany zostanie właśnie w Rio. Już trzy lata później, miasto – jako pierwsze w historii Ameryki Południowej – stanie się areną zmagań olimpijskich. Problem w tym, że metropolia jest usłana favelami, żyje w nich co piąty mieszkaniec, a wiele z nich sąsiaduje z najważniejszymi punktami na mapie, chociażby stadionem Maracanã (zwanym “katedrą futbolu”), czy słynną plażą Copacabana. Władze, bojąc się blamażu, gorączkowo starają się je sobie podporządkować.

W drugi weekend listopada, do Rocinhii, największego slumsu na kontynencie, wkroczyło 3 tys. żołnierzy i policjantów z jednostek specjalnych. To część trwającej od 2008 r. kampanii “odzyskiwania” dzielnic nędzy – po oddziałach szturmowych, na miejsce wkraczają jednostki tzw. Policji Pacyfikacyjnej, które mają z jednej strony nie dopuścić do tego, żeby do faveli powróciły wypędzone gangi narkotykowe, a z drugiej poprawiać wizerunek mundurowych w oczach ich mieszkańców. Rocinha była 19 z kolei podbitym slumsem, władze zapowiadają, że do mundialu będą miały we władzy 40 największych z nich.

Eksperci obawiają się jednak, że to działania na krótką metę. W “spacyfikowanych” favelach już pojawiają się pierwsze milicje, które wypełniają próżnię po nieobecnych gangsterach. Jak dotąd, władze przymykają na to oko, bo paramilitarni nie są potencjalnym zagrożeniem dla żadnej z międzynarodowych imprez (również z tego powodu, jak dotąd pacyfikacje nie objęły żadnej z kontrolowanych przez nich dzielnic), nie handlują też narkotykami.

Jednak Paulo Storani, jak i pozostali komentatorzy, uważają, że to tylko kwestia czasu. Milicje przekształciły się już w klasyczne mafie, więc w końcu przyjmą też dotychczasowy sposób zarabiania gangów narkotykowych. A w przeciwieństwie do nich, paramilitarni mają świetne wyszkolenie, znajomość policyjnych technik operacyjnych i powiązania wśród polityków. Jeżeli pozwoli im się teraz rozwinąć skrzydła, to w przyszłości będzie ich trudniej wykurzyć, niż wszystkich dzisiejszych bandytów razem wziętych.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Akademicy wracają z ferii

Przed Wigilią, z Iraku wyjechał ostatni amerykański żołnierz. I pewnie nieprędko tam wróci. Ale pod natłokiem medialnych analiz przemówienia Obamy i migawek z honorowego zwijania flagi USA w bagdadzkiej bazie Victory, mało kto zauważył, że wielki comeback nad Eufrat i Tygrys szykuje inna owiana tam niesławą armia. Nasi starzy znajomi – najemnicy z Blackwater.

Blackwater

Dział Zagraniczny pisał już o Blackwater dość wyczerpująco, ale nie zaszkodzi przypomnieć kilku faktów.

Tę największą na świecie armię najemników założył Erik Prince, człowiek, którego najlepiej podsumowuje to, że zrezygnował z odbywanego w młodości stażu w Białym Domu, bo oburzało go, że członkowie administracji prezydenta Busha (tego starego) spotykają się tam z przedstawicielami tak nikczemnych środowisk jak homoseksualiści i ekolodzy. Po latach, już za czasów Busha juniora, jego firma dostała kontrakty w Afganistanie i Iraku, gdzie szybko dała się poznać z najlepszej strony. Specjalność: kradzież broni, przemyt tejże, pranie brudnych pieniędzy, korzystanie z nieletnich prostytutek i imprezy z taką ilością kokainy, że zakłopotany byłby nawet Pablo Escobar.

Ale popisowym numerem chłopaków z Blackwater było mordowanie cywilów. Najlepiej na oczach świadków, żeby później nikt nie mógł powiedzieć, że to lipa. A to raz, na oczach amerykańskich żołnierzy, najemnicy Prince’a ostrzelali sobie jakiś samochód, zabijając wszystkich w środku, a to innym razem sprzedali kulę w łeb kierowcy karetki. Czemu? A czemu nie? Szczyt osiągnęli w 2007 r., kiedy na bagdadzkim placu Nisour położyli trupem 17 osób. Szlachta się bawi, na koszta nie baczy.

Niestety, ułańskiej fantazji Prince’a i kolegów najwyraźniej nie podzielał nikt poza nimi. Ich zbrodnie skrupulatnie odnotowała w specjalnym raporcie armia USA, rząd Iraku cofnął im licencję na działalność na terenie jego kraju, a krewni licznych ofiar ruszyli do sądów z pozwami. Żeby oczyścić trochę powietrze, w 2009 r. Blackwater zmieniło nazwę na Xe, a już rok później Prince sprzedał firmę i przeprowadził się do Zjednoczonych Emiratów Arabskich, żeby według własnych słów: “Utrudnić szakalom dobranie się do moich pieniędzy”.

Erik PrinceErik Prince opowiada, co robił w weekend (Fot. Mark Wilson/Getty Images)

Ale starego psa nie uczy się nowych sztuczek. Prince pozostał w zawodzie: za pieniądze arabskich szejków uzbraja armię Puntlandu, samozwańczego państwa na północy Somalii a zarazem siedziby tamtejszych piratów. Tymczasem Xe kupili bliscy przyjaciele jego rodziny, którzy cały ubiegły rok spędzili na mozolnym odbudowywaniu marki. Nie szczędząc przy tym grosza na nowych sojuszników. W ostatnich miesiącach, zatrudnienie w firmie znaleźli między innymi były prokurator generalny John Ashcroft, dawny prawnik Billa Clintona Jack Quinn, oraz Suzanne Folsom, która przez lata pracy w AIG wyrobiła sobie kontakty na wagę złota.

I tak, na Gwiazdkę stał się cud. Xe zmieniło nazwę na Academi. I chce wrócić do Iraku.

Wycofanie się amerykańskich wojsk z Iraku, przywitali z ulgą wszyscy, za wyjątkiem pracujących tam dyplomatów. Którzy wpadli w panikę, bo w takich przypadkach, jak np. wjechanie konwoju na minę, pod nieobecność żołnierzy sprawną ewakuację drogą powietrzną są w stanie przeprowadzić tylko doświadczeni i dobrze wyposażeni najemnicy. Doskonale zdaje sobie z tego sprawę Departament Stanu, który dla ochrony swoich pracowników w Iraku już zatrudnia 5 tys. kontraktorów, a na dwa miesiące przed wycofaniem się armii, ogłosił, że poszukuje prywatnej firmy, która jest w stanie zapewnić właśnie ratownictwo drogą lotniczą. Nad Tygrysem i Eufratem znowu można zarabiać.

Blackwater aka Xe vel Academi nie chce zostawać z tyłu. Ted Wright, nowy szef firmy, zapowiada w rozmowie z magazynem “Wired”, że jej głównym celem jest znowu robić interesy nad Zatoką Perską. A wątpliwości, że iracki rząd może jednak mieć zastrzeżenia co do powrotu specjalistów od radosnego pociągania za spust w zatłoczonych miejscach, Wright rozwiewa zapewnieniami, że korporacja zapozna swoich pracowników z “nowym kodeksem postępowania”, a podstawą jej działalności będą od tej pory “odpowiedzialność i przejrzystość”.

Jak to na akademików przystało.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.