Archive

Posts Tagged ‘Arabska Wiosna’

Bez prawka, bez mandatu

Arabska Wiosna przetoczyła się przez państwa regionu jak walec. W Tunezji i Egipcie wyniosła do władzy islamistów. W Libii obaliła dyktatora, teraz jej wschód ogłosił autonomię i to zapewne koniec tego państwa w formie, jaką znamy. W Syrii doprowadziła do krwawej wojny domowej. A w Jemenie zmiotła prezydenta i nikt nie wie, jaka przyszłość czeka ten kraj.

Gdzie by nie obrócić głowy, tam spowodowała prawdziwe polityczne trzęsienie ziemi. Za wyjątkiem jednego miejsca, które całkiem otwarcie wrzało już od dawna i gdzie czegoś na kształt Arabskiej Wiosny spodziewano się od co najmniej kilku lat.

Dlaczego więc Algieria nie wybuchła?

KibiceNie, to nie protestujący – to kibice (Fot. EPA)

Po wyjątkowo krwawej wojnie z Francją o wyzwolenie, władzę w kraju przejęli autorytarni wojskowi, którzy przez prawie trzy następne dekady nie chcieli nawet myśleć o jej oddaniu. Ale w 1988 r., po masowych protestach obywateli, rząd postanowił nieco poluzować gorset. Zatwierdzona rok później w referendum nowa konstytucja wprowadzała system wielopartyjny, związki zawodowe, wolność wypowiedzi i zgromadzeń.

Eksperyment z demokracją nie przetrwał nawet trzech lat.

W 1990 r., wybory lokalne miażdżąco wygrał Islamski Front Ocalenia, powiązany z egipskim Bractwem Muzułmańskim. Rok później, zwyciężył też w walce o parlament. Na reakcję byłych przywódców nie trzeba było czekać. Armia zrobiła zamach stanu, wybory zostały unieważnione, partia islamistów zdelegalizowana, konstytucja zawieszona, a wraz z nią – wszystkie dopiero co zdobyte wolności.

Musiało zginąć 200 tys. osób, zanim Abdelaziz Bouteflika, nowy prezydent, zdołał zaprowadzić pokój.

Bouteflika, rządzący krajem od 1999 r., kontynuował tradycję wtrącania przeciwników politycznych do więzień i okaleczania niezależnego sądownictwa. Ale równocześnie ograniczył władzę tajnych służb, pogodził się z islamistami i poszerzył możliwości debaty publicznej – między innymi przywracając częściową wolność prasy. Społeczeństwo obywatelskie poczuło, że pętla na szyi się poluzowała i zaczęło coraz głośniej wyrażać swoje niezadowolenie.

W Algierii jak na dłoni widać było wszystkie elementy, które doprowadziły do wybuchu Arabskiej Wiosny. Coraz młodsze i lepiej wykształcone społeczeństwo. Wysokie bezrobocie. Rosnące koszty życia, szczególnie jedzenia. Wpływy emigracji zarobkowej na postawy tych, którzy zostali w domu, czyli wzrost niezadowolenia z autorytaryzmu. Prasa otwarcie krytykowała władze, obywatele coraz częściej strajkowali, albo zbierali się na demonstracjach. Dział Zagraniczny już w 2008 r. wysłuchiwał na wykładach Uniwersytetu w Granadzie, że wybuch jest tylko kwestią czasu.

A kiedy wreszcie godzina wybiła, Algieria okazała się niewypałem.

Arabska Wiosna w AlgieriiArabska Wiosna w Algierii chwilowo przysiadła (Fot. Sidali Djarboub/AP)

Początek był obiecujący. W styczniu, już po wydarzeniach w Tunezji, ale jeszcze przed Egiptem, Algierczycy wyszli na ulice stolicy protestować przeciw zbyt wysokim cenom jedzenia. W starciach z rządowymi siłami zginęło pięć osób, a osiemset zostało rannych. Pozostałe miasta zawrzały. Ale tylko na chwilę – władze szybko rozbroiły sytuację.

W lutym zniesiono stan wyjątkowy (ten sam, który wprowadzono jeszcze w 1992 r.). W kwietniu zapowiedziano reformę konstytucji i nowe prawo wyborcze. W maju ogłoszono subsydia na mąkę, mleko i cukier. Poza tym, z więzień wypuszczono część islamistów przetrzymywanych tam jeszcze od pamiętnych wyborów, pracownicy budżetówki dostali podwyżkę, a policja polecenie, żeby nie napastować ulicznych sprzedawców, ani… kierowców, którzy nie mają dokumentów.

Poza tym, Bouteflika zapowiedział stworzenie ogólnonarodowego forum, gdzie będą omawiane przyszłe reformy. Do jego zorganizowania wyznaczył dwóch Mohammedów – Touatiego i Ali Boughaziego. Pierwszy to przedstawiciel Berberów, a drugi jest związany z kierownictwem islamistów.

Podziałało. Im więcej mijało czasu, tym Algierczycy byli mniej skłonni do buntowania się. Tym bardziej, że państwowa telewizja pokazywała wydarzenia w sąsiedniej Libii jako terrorystyczną rewolucję i obcą interwencję porównywalną z Irakiem, albo Afganistanem. Rany z własnej wojny domowej jeszcze się nie zagoiły – Algieria wolałaby ich na nowo nie rozdrapywać.

Pytanie: co dalej?

W połowie maja powinny się odbyć wybory parlamentarne. W poprzednich – w 2007 r. – wzięło udział zaledwie 35 proc. uprawnionych, co szczególnie teraz łatwo odczytać jako żółtą kartkę dla rządzących. Władze robią więc wszystko, żeby tym razem było inaczej.

Zgodnie z nowym prawem wyborczym, partie niepowiązane z rządem mogą wreszcie urządzać kongresy i wiece wyborcze. Według przewidywań, w majowych wyborach powinno się zmagać aż 60 ugrupowań. Co nie cieszy jednak wszystkich. Front Sił Socjalistycznych (FFS), główna partia opozycyjna, która zbojkotowała zarówno głosowanie w 2007, jak i 2002 r., uważa że to celowe działanie władzy, która chce rozbić nieprzychylne sobie siły na drobne i słabe grupki.

Rząd robi co może, żeby nowe wybory okazały publiczną akceptacją dla reform, które podejmuje – a taki wizerunek gwarantowałaby wysoka frekwencja. Między innymi dlatego, Ministerstwo Spraw Wewnętrznych od jakiegoś czasu rozsyła SMSy, w których nakłania do głosowania.

W Tunezji, Egipcie i Maroku, elekcje zorganizowane już po zeszłorocznych wydarzeniach, przyniosły zwycięstwo islamistom. Ich koledzy z Algierii liczą teraz na podobny wynik u siebie.

Pytanie więc: czy jeżeli faktycznie odniosą sukces, to wojskowi nie zafundują im powtórki sprzed 20 lat? I czy wówczas obecna wiosna w Algierii nie okaże się jeszcze gorętsza, niż zeszłoroczna u sąsiadów?

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

To mój rap, to moja rzeczywistość

W sobotę na marszu Oburzonych w Warszawie było jak zawsze – więcej policji i mediów, niż samych manifestantów. Część publicystów zastanawia się więc: dlaczego zagranicą młodzi tłumnie ściągają na takie protesty, a w Polsce nie? Tymczasem Dział Zagraniczny nie ma wątpliwości, że na manifestacji byłyby tłumy, gdyby wezwały na nie prawdziwe autorytety tego pokolenia, a nie Jacek Żakowski, czy Jaś Kapela. Jeden filmik na jutubie nagrany przez Ostrego, Sokoła, albo Peję i młodzież sparaliżowałaby Warszawę. Jak wcześniej Dakar.

“Mam dość tego skorumpowanego systemu, mam dość nie robienia niczego poza piciem herbaty, nie widzę nawet końca tego szaleństwa, musimy działać!” – to te rymy i ten bit nadają rytm ulicznej rewolucji w Senegalu. Rewolucji, która wystartowała dopiero, gdy wzięli się za nią hiphopowcy.

– Tego już za wiele – powiedzieli sobie Omar Toure (bardziej znany jako Thiat) i Mbessane Seck (ksywa Kilifeu), raperzy z Keur Gui, jednego z najpopularniejszych zespołów w kraju. Przerwy w dostawie prądu to w Senegalu nic nowego, ale tego styczniowego dnia musiało minąć ponad 20 godzin, zanim lodówki i radia zaczęły znowu działać. Muzykom działało to na nerwy prawie tak mocno, jak to, że za rok wybory ukradnie starzec, który jest za tę sytuację odpowiedzialny.

Abdoulaye Wade oficjalnie przyszedł na świat w roku 1926, choć jego krytycy twierdzą, że w rzeczywistości urodził się kilka lat wcześniej, co ukrywa, żeby nie można mu było zarzucić, że jest za stary na rządzenie krajem. A tym włada niepodzielnie od 11 lat, z każdym rokiem zrażając do siebie coraz więcej rodaków. Monitorująca wolność prasy na świecie organizacja Freedom House zarzuca mu, że prześladuje i wtrąca do więzień krytycznych wobec niego dziennikarzy. Bezrobocie wynosi oficjalnie 48 proc., ale wśród młodych jest nawet wyższe. Pod rządami Wade szerzą się korupcja i zwykłe marnotrawienie pieniędzy. Najgłośniejszy przypadek, to odsłonięty w kwietniu zeszłego roku monumentalny (mierzy prawie 50 metrów) pomnik Afrykańskiego Odrodzenia, którego wzniesienie kosztowało aż 27 mln dolarów. W dodatku prezydent ogłosił, że należy mu się 1/3 wszystkich pieniędzy, jakie zostawią odwiedzający budowlę turyści, bo przecież “ma do niego prawa autorskie”. W oczy kłuje też nepotyzm, szczególnie to, z jakim zapałem głowa państwa promuje swojego syna na następcę, wciskając na różne rządowe stanowiska (i równocześnie chroniąc przed przesłuchaniami w komisjach parlamentarnych), czy starty jego córki w rajdach Paryż-Dakar.

Zanim przejął władzę, Wade pięciokrotnie przegrywał wybory i kisił się w opozycji w sumie 30 lat. Więc nie zamierza teraz łatwo rezygnować z fotela prezydenckiego. Nie tylko będzie się w lutym ubiegał o trzecią kadencję, ale zaczął w dodatku forsować w parlamencie ustawę, dzięki której do zwycięstwa w pierwszej turze potrzebowałby tylko 25 proc. głosów (a nie standardowych 50.). Wtedy wśród hiphopowców zagrzmiało.

ThiatW Senegalu, każdy szanujący się rewolucjonista nosi zegarek na bicu (Fot. AfricanHipHop.com)

Tamtej styczniowej nocy, Thiat i Kilifeu zawiązali organizację Y’en a Marre – “Dość tego”. W marcu skrzyknęli fanów przez internet i urządzili wielką manifestację na jednym z głównych placów stolicy. Przyszło tylu protestujących, że policja – normalnie sięgająca po gaz łzawiący chętniej niż Tomasz Lis po grzebień – mogła się tylko bezradnie przyglądać. Raperzy nie dali ciśnieniu opaść. Już w kwietniu ruszyli z kampanią “Daas Fanaanal” (co w dominującym w Senegalu języku wolof oznacza “Samoobronę”): namawiają młodzież, żeby olała główne partie polityczne i pokazała swój sprzeciw.

– Nie jesteśmy ani po stronie rządu, ani opozycji, tylko po stronie ludzi – przekonywał w jednym z wywiadów Thiat.

23 czerwca Y’en a Marre urządziło taki Dzień Gniewu, że parlament w panice uwalił projekt ustawy o 25 proc. głosów potrzebnych do wygrania pierwszej tury.

Rząd robi co może, żeby zaszkodzić hiphopowym buntownikom. Policja robi naloty na lokale, gdzie mają koncertować i zastrasza właścicieli sal, w których chcą organizować spotkania organizacyjne. Raperom konfiskowano sprzęt nagłaśniający nawet na manifestacjach, na które mieli wcześniej pozwolenie. W lipcu, po jednej z demonstracji, Thiat został aresztowany. Młodzi Senegalczycy pikietowali pod więzieniem w Dakarze kilkadziesiąt godzin, dopóki władze nie zgodziły się go wypuścić.

Thiat i Kilifeu nie są sami. Wspierają ich także inni, uwielbiani przez młodzież raperzy, chociażby Fou Malad czy Matador. Swoją aprobatę wyrazili też muzycy, którzy już wcześniej głośno mówili o niezadowoleniu – koncertujący na całym świecie (i szczególnie popularny we Francji) wokalista reggae Tiken Jah Fakoly, oraz Didier Awadi:

Senegalscy raperzy mają powody do zadowolenia. Ich ruch nie tylko staje się coraz silniejszy, ale w dodatku sygnały, że idą dobrą drogą, płyną z północy, gdzie inni hiphopowcy odnieśli podobny sukces podczas Arabskiej Wiosny.

Jeszcze w styczniu, tunezyjski raper El Général trafił do więzienia za nagranie tej piosenki:

Dziś nie przestaje koncertować, niesiony popularnością, jaką przyniosło mu otwarte mówienie tego, o czym bali się mówić inni. Hip hop, do tej pory ograniczony właściwie do Maroka, dosłownie eksplodował w krajach arabskich. Libijski internet zalały dziesiątki amatorskich nagrań, w Syrii młodzież zasłuchuje się w nagranych przez mieszkającego w USA Omara Offenduma, egipskie stacje radiowe puszczają Deeba, który wcześniej nie miał szans na przebicie się do mainstreamu:

To oczywiście nie hip hop doprowadził do rewolucji w Afryce Północnej. Ale to właśnie tych ludzi słucha młodzież i to oni pokazują jej, którą iść drogą. W Senegalu na wybory trzeba się rejestrować. W najniższych grupach wiekowych, odsetek robiących to wyborców nie przekraczał dotąd 10 proc. Po kampanii, jaką rozkręcili Thiat i koledzy, w sierpniu nastolatki tworzyły długie kolejki do komisji rejestracyjnych i niewykluczone, że w lutym to właśnie oni zdecydują o przyszłości swojego kraju.

Dlatego krótkie memo dla organizatorów marszu w Warszawie. Dla sąsiadów Działu Zagranicznego z Pragi, idolem nie jest Adam Michnik, tylko Peja. Więc na przyszłość, jak się organizuje biede, to warto zadbać o poparcie tego, który ich reprezentuje.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

PS W ogóle, to jeśli idzie o senegalską scenę rapową, Dział Zagraniczny poleca jeszcze ekipę Daara J (która niektórym w Polsce powinna być już znana, bo tu koncertowała):