Archive

Posts Tagged ‘Boliwia’

Surfer tonie

Protestujący potrzebowali dwóch miesięcy, żeby dotrzeć do stolicy. Prezydentowi, wyrzucenie do kosza projektu, który tak ich zdenerwował, zajęło tylko dwa dni. Evo Morales po raz kolejny w tym roku, musiał pod presją ulicy wycofać się rakiem z własnych planów. Najpopularniejszemu do tej pory przywódcy Boliwii, ziemia zaczyna się trząść pod nogami.

Protest TIPNISPrezydentowi Boliwii strach zaczyna zaglądać w oczy nie tylko w snach (Fot. Dział Zagraniczny)

TIPNIS, czyli El Territorio Indígena y Parque Nacional Isiboro-Secure, leży niecałe 600 km na wschód od La Paz. Ale marsz trwał tyle czasu, bo do rezerwatu nie prowadzi żadna porządna droga. I to właśnie o jej zbudowanie poszło.

Park narodowy zajmuje nieco ponad milion hektarów prawdziwego ekologicznego raju, ale od lat się kurczy. Od trzech dekad, napływowi rolnicy stopniowo przekształcają jego południową część w ziemie uprawne. Szacuje się, że już dziesiąta część miejscowych lasów tropikalnych została zamieniona na plantacje. Kolonizację prowadzą Indianie Ajmara i Keczua, którzy co prawda są dominującymi grupami w Boliwii, ale akurat w TIPNIS nigdy nie było ich za wielu – rdzenną ludnością tych terenów są plemiona Yuracaré i Yuki. Dlatego, kiedy w czerwcu prezydent Evo Morales ogłosił, że udało mu się załatwić w Brazylii pożyczkę na kilkaset milionów dolarów i może wreszcie ruszyć budowa planowanej od wielu lat autostrady, mieszkańcy rezerwatu wpadli w panikę. Droga przebiegałaby bowiem przez sam środek ich terytorium. Yuracaré i Yuki przestraszyli się, że teraz już nic nie powstrzyma obcych przed zalaniem ich – do tej pory trudno dostępnych – okolic i całkowitym ich skolonizowaniem. Więc w sierpniu, kto zdrów, zrobił transparent i ruszył na stolicę.

TIPNIS marszPielgrzymko do Częstochowy, przyjmij, że hardkor zaczyna się dopiero powyżej 3000 m n.p.m. (Fot. Dział Zagraniczny)

Marsz może nie nabrałby takiego rozpędu – w końcu Ajmara i Keczua, którzy najbardziej skorzystaliby na autostradzie, to żelazny elektorat Moralesa – ale mniej więcej w połowie, drogę zastąpiła mu policja. W ruch poszły pały, a w powietrzu unosiło się tyle gazu łzawiącego, że przy dobrych wiatrach płakać powinni nawet mieszkańcy Rio de Janeiro. Służby porządkowe zrobiły po prostu to, co wychodzi im najlepiej – spuściły wszystkim straszliwy łomot. I dały się sfilmować stacjom telewizyjnym.

Gdy pierwsze migawki pojawiły się na ekranach telewizorów, w kraju zawrzało. W geście protestu, do dymisji podała się Cecilia Chacon, Minister Obrony, a chwilę później robotę stracił jej kolega, odpowiedzialny za nadzorowanie policji Minister Spraw Wewnętrznych, Sacha Llorenti. Do mieszkańców TIPNIS szybko przyłączyły się inne grupy, żądające między innymi zaprzestania wydobycia gazu i rupy w Parku Narodowym Aguarague.

Gdy w środę marsz dotarł do La Paz, na ulicach witały go tysiące mieszkańców stolicy. Indianie z rezerwatu zostali przyjęci jak bohaterowie, a Evo Morales nie miał innego wyjścia, jak tylko ogłosić w piątek, że projekt autostrady trafia do kosza.

– To jest rządzenie, poprzez podporządkowywanie się ludowi – powiedział prezydent dziennikarzom.

I trudno się nie oprzeć wrażeniu, że ostatnio to właśnie prezydent jest rządzony, a nie rządzi.

TIPNIS fanfaryWarszawo, ucz się imprezować (Fot. Dział Zagraniczny)

W grudniu Dział Zagraniczny informował, że w Boliwii trwa gasolinazo – tuż po Bożym Narodzeniu, ceny benzyny skoczyły do góry o kilkadziesiąt procent. Paliwo jest w andyjskim kraju wyjątkowo tanie, bo dotowane przez rząd. Ale to też świetny okazja dla przemytników, którzy kupują tanio po tej stronie granicy, a później sprzedają drogo (i nielegalnie) po drugiej. Władze postanowiły z tym skończyć i dopłaty cofnęły, ale wybuchły tak gwałtowne protesty, że już po kilku dniach trzeba było odwołać zmiany.

W lutym, Morales musiał się pośpiesznie ewakuować z górniczego miasta Oruro, gdzie miejscowi najpierw głośno go wybuczeli, a następnie zaczęli demonstrować. Przy pomocy dynamitu (jak już kozaczyć, to na całego!).

W czerwcu rząd chciał dobrze, bo postanowił pomóc biedakom z prowincji w zalegalizowaniu ich samochodów (które często nie tylko nie mają papierów, ale nawet tablic rejestracyjnych). A wyszło jak zawsze. Zraził do siebie związki transportowców i popsuł stosunki z sąsiadami, kiedy wyszło na jaw, jak wiele aut zostało skradzionych na ulicach Chile, Argentyny, czy Brazylii.

No i wreszcie, dwa tygodnie temu Boliwijczycy wybierali w wyborach powszechnych swoich sędziów (taki dziwny system tam obowiązuje). Po przeliczeniu wyników, okazało się, że aż 60 proc. oddanych głosów było nieważnych. I wygląd kart do głosowania nie pozostawiał żadnych wątpliwości, że nie stało się tak przez pomyłkę:

Żółta kartkaTrudno o wyraźniejsze pokazanie żółtej kartki (Fot. Dział Zagraniczny)

Nie wiadomo, czy Evo Morales boi się wody, ale na pewno musi się teraz budzić zlany potem, bo śnią mu się koszmary, że tonie. A dopiero co, surfował na wielkiej fali.

To pierwszy w historii Boliwii przywódca, wywodzący się z zamieszkującej ją indiańskiej większości. Aż do objęcia przez niego fotela prezydenckiego, krajem rządziły białe elity, często mające więcej wspólnego z obcymi państwami, niż własną ojczyzną. Ba! Gonzalo Sánchez de Lozada, głowa państwa w latach 1993-1997 i 2002-2003, mówił lepiej po angielsku niż hiszpańsku (a w tym ostatnim nie potrafił się wyzbyć silnego amerykańskiego akcentu). Jakiekolwiek próby zmian były tłamszone, a protesty niezadowolonych topiono we krwi.

Aż w 2000 r., w Cochabambie doszło do słynnej “wojny o wodę”, o której opowiada między innymi świetny film “También la lluvia” (“Nawet deszcz”), który możemy właśnie oglądać też w polskich kinach:

Gdy po namowach amerykańskiej firmy Bechtel, władze podniosły ceny wody o 200 proc., miarka się przebrała. Na ulicach doszło do prawdziwej wojny, a siła protestów była tak duża, że dawała impuls do kolejnych na następne lata. Ludowe rewolucje obalały kolejnych prezydentów, aż w 2005 r. wyniosły do władzy przywódcę ruchu cocaleros – rolników, zajmujących się uprawą koki – Evo Moralesa.

Indianin nie tylko renegocjował krzywdzące dla Boliwii umowy z koncernami międzynarodowymi, ale także zaczął wspierać najbiedniejszych pieniędzmi z programów socjalnych, wzorowanych na brazylijskim sukcesie Bolsa Familia, ułatwił dostęp do edukacji, zaczął promować prawa kobiet.

Kadencja okazała się pełnym sukcesem. W kolejnych wyborach w 2009 r., Morales zgarnął aż 64 proc. głosów. Wygrał nawet w regionach, które do tej pory były wobec niego silnie opozycyjne. Stał się najpopularniejszym przywódcą w historii kraju.

ŚwiętowaniePo raz pierwszy od przyjazdu Hiszpanów, w Boliwii Indianie rządzą Indianami (Fot. Dział Zagraniczny)

Teraz jednak płaci za to cenę. Boliwia jest niesłychanie bogata w minerały, ale nie jest w stanie ich sama wydobywać – brak jej sprzętu i kadr. Tymczasem zachodnie koncerny, wściekłe za odebranie im przywilejów (np. aż do objęcia rządów przez Moralesa, nie płaciły żadnych podatków od swojej działalności), postanowiły przykręcić śrubę. Wydobywają tylko minimum tego, co by mogły i nie chcą inwestować w następne projekty. Więc rząd nie ma na czym zarabiać.

Morales musi szukać pieniędzy gdzie indziej. Stąd gasolinazo, stąd różne inne próby – np. autostrada, która byłaby wielce pomocna dla handlu wewnątrz samej Boliwii.

Ale najwyraźniej czar prysł. Kilka lat wcześniej, to Morales obalał kolejnych rządzących. Dziś, niewykluczone że i jego samego spotka ten los.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Advertisements

(moto)Rewolucja zjada własne dzieci

W czerwcu Dział Zagraniczny informował o nietypowym posunięciu rządu Boliwii. Postanowił on bowiem za jednym zamachem zalegalizować coś, na co do tej pory wszyscy przymykali oko. Chutos, samochody, które formalnie nawet w tym kraju nie istnieją.

W komentarzach do tamtego posta, Ambasador Polski w Boliwii pisał o sprawie tak:

“Chutos czyli auta nielegalnie sprowadzone do Boliwii kursują sobie głównie po boliwijskiej prowincji. Są stosunkowo tanie, a władze lokalne mniejszych miasteczek i zadupnych wiosek przymykają na to oko, więc są miasteczka gdzie na 100 samochodów tylko ze 4 mają blachy przykręcone”.

ChutosŚrodkiem lawiruje jedyny legalny środek transportu na zdjęciu (Fot. Szymon Kochański/MyWayAround.com)

Jedna patologia rodzi drugą. Na przykład, policja nie odbiera złapanych pojazdów ich kierowcom, tylko wymusza na nich ogromne łapówki. Problem w tym, że chutos kupują głównie ubodzy wieśniacy, których nie stać na legalne samochody. Poza tym, w Boliwii nie ma transportu publicznego, więc na wsi chutos pomagają obniżyć realne ceny transportu.

Prezydent Evo Morales, dwukrotnie wyniesiony do władzy przez indiańską biedotę, postanowił skończyć z tą prawną fikcją jednym dekretem. Stworzył coś w rodzaju “czasowej amnestii”, trwającej mniej więcej od połowy czerwca do połowy lipca, podczas której właściciele chutos (ale tylko tych, co do których dało się udowodnić, że zostały nabyte przed ogłoszeniem dyspensy) mogli się zgłaszać do urzędów transportowych w celu ich legalizacji. I szybko ruszyła lawina.

W czerwcu Dział Zagraniczny podawał: “Dziś wiadomo już, że tylko przez pierwsze 10 dni, do urzędów wpłynęło ponad 70 tys. wniosków”. Ostatecznie, zgłoszonych zostało aż 128 tys. chutos. Jak na razie, udało się zalegalizować 25 tys z nich. I odsiać kilka tysięcy wyjątkowo bezczelnych przypadków.

To, że większość chutos pochodzi z kradzieży, jest w Boliwii tajemnicą poliszynela – auta są rabowane u sąsiadów, a przede wszystkim w Chile. Ale skoro złodzieje zadali sobie dość trudu, żeby przemycić auto przez granicę, to będą też potrafili skutecznie namieszać w jego dokumentach, przebić numery silnika i zrobić wszystkie te swoje magiczne sztuczki, żeby stworzyć choć pozory legalności. Najwyraźniej nie wszystkim chciało się trudzić aż tak bardzo.

Jak dotąd, boliwijski urząd celny namierzył pośród zgłoszonych chutos 7 tys. przypadków, co do których nie ma najmniejszych wątpliwości, że pochodzą z kradzieży. A przez następne kilka tygodni, znajdą pewnie kolejne. Większość pochodzi z Chile i Brazylii, ale pierwsza zareagowała Argentyna, która w oficjalnym komunikacie domaga się zwrotu zrabowanych na jej terenie samochodów. Pozostali sąsiedzi Boliwii, najpewniej wkrótce wystąpią z podobnymi żądaniami.

Evo Morales ma teraz ciężki orzech do zgryzienia. Nie może jawnie bronić kradzionej własności, ale z drugiej strony nie chce zrażać swojego hardcorowego elektoratu. Biedota z Altiplano, która obalała wszystkich jego poprzedników, jego samego wyniosła do władzy jako pierwszego w historii Boliwii prezydenta wywodzącego się z indiańskiej większości. Ale od niemal roku, ci sami ludzie coraz głośniej okazują swoje niezadowolenie z rządów “swojego” Evo. Protesty i blokady, na razie jeszcze niewinne, mogą się szybko zamienić w otwarty bunt.

Sprawa chutos idealnie pokazuje dylematy, przed jakimi staje Morales.
Decyzję o ich legalizacji podjął, żeby ulżyć najbiedniejszym. Ale równocześnie naraził się potężym związkom transportowym, bo (jak pisał Szymon Kochański we wspomnianym już wcześniej komentarzu): “Te auta jeżdżą w obrębie miasteczka i okolicznych wioch jako taksówki, ale nie mogą wjechać na drogi krajowe. W dużych miastach, na przykład w La Paz auta muszą mieć blachy i papiery, a takie auta są droższe. Teraz problem w tej amnestii jest taki, że po ulegalnieniu aut ich właściciele (wieśniacy z całej Boliwii) przyjadą za chlebem do La Paz i tu będą kosić kasę na taksówkach i trufi (współdzielone taksówki)”.
Teraz, od Moralesa odwrócić się mogą nawet ci, którym chciał przecież pójść na rękę – wieśniacy, których chutos zostaną zwrócone Argentynie, Chile i Brazylii.

Rewolucja lubi zjadać własne dzieci.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Się kręci

Do gwiazdki zostało jeszcze pół roku, ale jest taki kraj, gdzie rząd postanowił zrobić obywatelom prezent już teraz. Tylko, że chyba nie spodziewał się jego rozmiarów.

Witajcie w La Paz. Mieście, gdzie znaki drogowe są tylko sugestią, gdzie autobusy mają silniki w normalnych krajach zarezerwowane dla czołgów, gdzie kierowcy po wypadku odkręcają sobie tablice rejestracyjne. I gdzie na ulicach rządzą chutos.
“Chuto” to boliwijska nazwa dla nieudokumentowanego samochodu. Auta bez papierów. Kradzionej gabloty, mówiąc prosto z mostu. Boliwia to bowiem taki specyficzny kraj, gdzie paliwo nielegalnie wywozi się z kraju, a samochody nielegalnie wwozi. Pojazdy są rabowane w zasadzie u wszystkich sąsiadów, ale przede wszystkim w Chile. Kiedy Dział Zagraniczny bawił ostatnio w Estado Plurinacional, nikt nie krył się z tym, że zachodnia granica to prawdziwe dwuśladowe eldorado. “Ooo, to bardzo dobry pikap. Z Chile.”, “Tę taksówkę, to wie pan, kupiłem za świetną cenę w Chile.”, “Ten van w ogóle nie wymagał napraw, jak go kupiłem. Ci Chilijczycy to dbają o pojazdy…”.

ChutosOd chodnika do chodnika, w La Paz rozciąga się “Małe Chile” (Fot. Szymon Kochański/MyWayAround.com)

Oczywiście nie wszystkie samochody w Boliwii pochodzą z kradzieży, większość ma jednak legalne papiery. Sęk w tym, że w kraju, gdzie nie istnieje transport publiczny, na zakup trefnego pojazdu decydują się na ogół najbiedniejsi, którzy ledwo co są w stanie uciułać bolivianos na maszynę spod ciemnej gwiazdy, a co dopiero auto z pełnymi papierami. Więc rząd postanowił pójść im na rękę.
Prezydent Evo Morales zapewnił, że policja wciąż będzie walczyła z przemytem, ale tym, którzy i tak od lat jeżdżą nieudokumentowanymi pojazdami (dzięki czemu funkcjonariusze mogą z nich wyduszać ogromne łapówy), odpuści. I tak, 7 czerwca podpisał papier, który zezwala ich kierowcom na legalizację. Rząd liczył na jakieś 10 tys. wniosków. Ale się trochę przeliczył.

Dziś wiadomo już, że tylko przez pierwsze 10 dni, do urzędów wpłynęło ponad 70 tys. wniosków.
Związki zawodowe transportowców od początku szacowały, że do legalizacji może być zgłoszonych nawet 100 tys. pojazdów, ale i oni chyba nie doszacowali skali. “Okienko transferowe” będzie otwarte jeszcze przez dwa tygodnie, więc można sobie łatwo wyobrazić, że zachęceni dobrymi wieściami, do boju ruszą się wszyscy, którzy do tej pory się z tym ociągali.

Tak, czy inaczej: Chutos 1 – Chile 0.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Argentyńskie telenowele i Rastamysz

W tym tygodniu sporo wydarzeń miało coś wspólnego z opisywanymi już wcześniej w Dziale Zagranicznym historiami. Poświęćmy im trochę uwagi.

1. Twoja czekolada jest z przemytu

Dział Zagraniczny uwielbia czekoladę, więc zacznijmy od Wybrzeża Kości Słoniowej, gdzie od listopada zmieniło się niewiele. Gbagbo wciąż jest nieuznawany przez nikogo, ale nie chce się pogodzić z faktami. Ouattara jest dla reszty świata legalnym prezydentem, ale wciąż nie wychodzi z chronionego przez Błękitne Hełmy hotelu. Na ulicach ścierają się zwolennicy jednego i drugiego, jest już prawie 300 ofiar śmiertelnych, a ponad 80 tys. osób to uchodźcy wewnętrzni. No i oczywiście kakao osiąga ogromne ceny na rynku, bo świat wpadł na pomysł, że Laurenta zmusi do rezygnacji embargo na eksport tego owocu. Efekt? Szmugiel na ogromną skalę.
Tymczasem we wtorek, w siedzibie Ministerstwa Skarbu wybuchł gwałtowny pożar. Zanim strażacy opanowali sytuację, ogień zdążył strawić większość dokumentów i baz danych z państwowymi przychodzami i rozchodami. Dobry ruch, jeżeli chce się na uchodźctwie żyć z klasą.

2. Wielkanoc wciąż niespokojna

Na początku grudnia Dział Zagraniczny informował o zamieszkach na Wyspie Wielkanocnej, gdzie część mieszkańców chce ograniczenia liczby turystów odwiedzających co roku ich ojczyznę, a niektórzy dodatkowo żądają od Chile niepodległości.
Taktyka okupacji wciąż trwa i po tym, jak usunięto ich z lotniska i budynków rządowych, grupa protestujących zajęła jeden z luksusowych hoteli. Po wielu tygodniach negocjacji, siłom porządkowym skończyła się cierpliwość, więc policja przeprowadziła szturm na ośrodek i po prostu wyniosła aktywistów.
Ale wbrew pozorom, zbuntowani mieszkańcy odnieśli małe zwycięstwo. Podczas rozprawy sędzia Nora Bahamondes zawiesiła zarzuty o zajęcie cudzej własności, uzasadniając, że najpierw należy ustalić czy ziemia rzeczywiście należy do dewelopera, czy też faktycznie do miejscowej rodziny (która twierdzi, że ich przodkowie zostali jej pozbawieni podstępem).
Sprawę rozpatrzy Sąd Najwyższy.

3. Wybuch w mateczniku

Również w grudniu, nasz korespondent w La Paz opisywał sytuację na ulicach Boliwii po tym, jak rząd ogłosił, że przestanie dopłacać do benzyny, przez co z dnia na dzień jej cena skoczyła o blisko 80 proc. Chociaż władze bardzo szybko wycofały się z tego pomysłu, było to o tyle ciekawe, że to pierwszy przypadek, kiedy przeciw Evo Moralesowi wystąpili nie przedstawiciele opozycji z bogatego wschodu kraju, tylko jego najwierniejsi zwolennicy – biedota z Altiplano. Wtedy prezydent sprawnie rozbroił sytuację: podwyżki ogłoszono, kiedy był z wizytą w Wenezueli, a kiedy stało się jasne, że ulica tego nie zaakceptuje, wrócił i natychmiast je anulował.
Jednak w tym tygodniu musiał stanąć twarzą w twarz z problemami. Podczas przemówienia w rodzinnym Oruro, miejscowi górnicy najbierw głośno go wybuczeli, a chwilę później zaczęli demonstrację w typowy dla siebie sposób: odpalili dynamit. Morales pośpiesznie opuścił miasto. Tymczasem do protestów doszło też w La Paz, Cochabambie i Santa Cruz. Na szczęście dla rządu, fatalna pogoda szybko rozgoniła manifestantów.
Niezadowolenie bierze się z tego, że ceny transportu (a w Boliwii jest on całkowicie prywatny, więc władze niewiele mogą na tym polu zdziałać) wciąż rosną, a w zaopatrzeniu pojawiają się braki (zaczyna np. brakować cukru). I chociaż wynika to w dużej mierze z sytuacji globalnej (żywność drożeje na całym świecie), to dla Moralesa jest to na pewno poważny sygnał, że z reguł miłość ludu jest odwrotnie proporcjonalna do ceny mięsa.

Boliwia protestBoliwijska forma demokracji bezpośredniej (Fot. Juan Karita/AP)

4. Tragedii ciąg dalszy

Dział Zagraniczny podawał dwa tygodnie temu informację o pechowym skrzyżowaniu w Lahore, gdzie pewien Amerykanin najpierw zastrzelił dwóch mężczyzn, a chwilę później jego rodak – pracownik konsulatu – w tym samym miejscu przejechał jeszcze jednego.
Okazuje się, że sprawa jest dużo bardziej skomplikowana, niż się z początku wydawała. Strzelec nazywa się Raymond Davies i od samego początku twierdzi, że działał w samoobronie. Tymczasem świadkowie zeznają, że to on pierwszy zaatakował mężczyzn i zastrzelił ich z zimną krwią. Amerykański konsulat przekonuje, że Davies jest ich pracownikiem i chroni go immunitet, tymczasem jego zatrudnienia nie potwierdzają żadne oficjalne dokumenty. Stany chcą załagodzić sytuację, oferując rodzinie ofiar wysokie odszkodowania, jednak wydaje się, że nic z tego nie będzie: sprawa stała się zbyt głośna, ulicami przetaczają się wściekłe demonstracje żądające kary śmierci dla sprawcy. W dodatku od poniedziałku sprawa ma jeszcze tragiczniejsze oblicze: żona jednego z zastrzelonych powiedziała, że nie wierzy w sprawiedliwość i popełniła samobójstwo.

5. Argentyńska telenowela

Skoro jesteśmy przy tragicznych losach żon, to spójrzmy na chwilę na Argentynę. W ciągu ostatnich dwóch tygodni cztery kobiety zostały tam zamordowane w ten sam bestialski sposób – ich partnerzy oblali je wódką i podpalili. A żeby było bardziej groteskowo, to wszyscy sprawcy tłumaczą się tak samo: “No, oblała się sama, pijąc z butelki, a potem próbowała zapalić papierosa”. Fantastyczna wyobraźnia, Dział Zagraniczny wróży panom wielką przyszłość w pisaniu scenariuszy do telenowel.

A, no i przy okazji. Czytelnicy Działu Zagranicznego oczywiście kojarzą Cristinę Fernández de Kirchner, prezydent Argentyny i żonę Néstora Kirchner, który w październiku zmarł na zawał. Mąż był głową państwa przed Cristiną, planowali się wymieniać urzędem co kadencja i z tego oraz innych powodów (np. prawniczego wykształcenia obojga i pochodzenia z mało ważnego stanu) nazywano ich często latynoskimi Clintonami.
No więc właśnie się okazało, że Néstor miał z Billem więcej wspólnego, niż się wszystkim wydawało: z sekretarką przez lata łączyło go zdecydowanie więcej niż urzędowa papeteria. Elizabeth Miriam Quiroga zostałą kochanką Kirchnera jeszcze w latach 90., kiedy był gubernatorem prowincji Santa Cruz, a kiedy został prezydentem, porzuciła wszystko i podążyła za nim do Buenos Aires, gdzie dał jej pracę w swojej administracji, żeby mogli być blisko siebie.
Ale Néstor zmarł i Cristina rywalkę zwolniła. Co ta ostatnia przyjęła z klasą, o wszyskim opowiadając w gazetach.

Natalio Oreiro: nowe wyzwanie.

6. Halo? Tu Ziemia

Skoro już o przywódcach mowa, to podczas piątkowych modłów w Teheranie, ajatollach Chamanei, faktyczny szef Iranu, rzucił:
– Ten wybuch, który widzimy u narodu egipskiego to właściwa odpowiedź na wielką zdradę, którą zdradziecki dyktator popełnił wobec swojego ludu!
Ali? Serio? Wychodzisz czasem z domu?

7. Grzegorz Lato i Rastamysz

And last but not least, w zeszłą niedzielę obchodziliśmy 66. rocznicę urodzin Boba Marleya. W związku z czym Olivia Grange, Minister Młodzieży, Sportu i Kultury na wyspie, zapewniła że osobiście poprowadzi starania o uznanie piosenkarza za bohatera narodowego. Tak, dokładnie, nie ma tu pomyłki: Tuff Gong może i symbolem jest, ale tylko w powszechnej świadomości, a oficjalnie nie. To ostatnie ma miejsce dopiero, kiedy rząd przyzna mu Order Bohatera Narodowego, którym do tej pory uhonorowano dopiero siedem osób. Wymieńmy je sobie: Queen Nanny, Samuel Sharpe, Marcus Garvey, Paul Bogle, George William Gordon, Alexander Bustamante i Norman Manley.
Czy komuś te nazwiska coś mówią? Działowi Zagranicznemu akurat tak, ale z pełną świadomością że jest w mniejszości. Karaibka wyspa ma chyba tę samą przypadłość co Polska: nad Wisłą wszyskim się wydaje, że świat kojarzy nas z Papieża (ale tego prawdziwego), ewentualnie Lecha Wałęsy, a potem człowiek trafia do Tanzanii albo Argentyny i wszyscy pytają tylko, czy Grzegorz Lato jeszcze żyje.
Jamajko, ogarnij się.

A już na kawę po deserze też karaibka popkultura. BBC na swoim kanale dziecięcym CBeebies nadaje bajkę, której głównym bohaterem jest… Rastamysz. Gryzoń uczy dzieci szacunku i miłości do bliźniego, czasem złapie jakiegoś przestępcę, a na codzień jeździ na desce i gra w kapeli reggae. Sami zobaczcie:

Oczywiście mnóstwo widzów wysłało do stacji listy protestacyjne, że utwierdza krzywdzący stereotyp mieszkańca Karaibów (choć serial jest oparty na bardzo popularnych właśnie na Jamajce ilustrowanych książeczkach dla dzieci).
Ciekawe jak zareagują na plany jednego z synów Marleya. Ziggy ogłosił właśnie, że w kwietniu wyda 48-stronicowy komiks z przygodami sperbohatera z innej planety. Imię herosa? MarijuanaMan.

MarijuanamanTwój czas minął, Clarku Kencie

Nie wiadomo, czy kosmita będzie tak silny jak Superman. Ale bankowo mniej spięty.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Gasolinazo

Najświeższe wiadomości o sytuacji na ulicach Boliwii przysyła pragnący zachować anonimowość korespondent Działu Zagranicznego w La Paz.

Otóż rząd Boliwii w ciągu jednego dnia podwyższył ceny benzyny. Podwyższył szokująco. Cena litra zwykłej benzyny skoczyła o 73 proc., za premium trzeba zapłacić 57 proc. więcej, a diesel chodzi od poniedziałku po cenie o 83 proc. wyższej niż w niedzielę.

Oczywiście w kraju zabuzowało. Największy związek zawodowy transportowców ogłosił natychmiastowy strajk powszechny. Nasz korespondent opisuje to tak:

“Szoferzy nie jeżdżą (a pamiętać należy, że w boliwijskich miastach transport pasażerów leży całkowicie w rękach prywatnych). Część ludzi nie poszła do pracy. Ulice są puste, nieliczni kierowcy minibusów, którzy zdecydowali się złamać strajk i wyjechać na ulice, za kursy kasują 25-50% więcej niż zwykle. Ci, którzy spędzali Święta z rodzinami w innych miastach, nie wiedzą jak, kiedy i za ile wrócą do domów.

Nikt nic nie wie, wszyscy boją się, że podwyżka cen paliwa spowoduje podniesienie cen żywności. Podobno plotka, że coś wisi w powietrzu, poszła już wczoraj wieczorem, co spowodowało, że w supermarketach ludzie zaczęli wykupywać produkty żywnościowe takie jak ryż czy olej.

A gdzie jest prezydent? Evo Morales poleciał do Wenezueli, by osobiście przekazać pomoc w postaci ryżu ofiarom tamtejszych klęsk żywiołowych. Nie jest to pierwszy raz, gdy atmosfera w kraju jest gorąca, a prezydent przygląda się wydarzeniom z bezpiecznej odległości.”

La PazLa Paz przesiada się z tego co po bokach, na to co pośrodku (Fot. Korespondent/Dział Zagraniczny)

Skąd podwyżka? Otóż rząd Boliwii do tej pory dopłacał do benzyny. Jej ceny były zamrożone od sześciu lat, a roczne subwencje wynosiły ok. 380 mln dolarów. Kto na tym korzystał? Głównie przemytnicy z przygranicznych miejscowości. U dużych sąsiadów, jak Brazylia, Chile czy Argentyna, paliwo kosztowało o wiele drożej niż w andyjskim państwie. Szmugiel kwitł w najlepsze, jego roczną wartość szacuje się na ok. 150 milionów dolarów.

W zasadzie podwyżka jest logiczna, tak biednego państwa jak Boliwia po prostu nie stać na wyrzucanie pieniędzy w błoto. Dobrze, że rząd to widzi i nie trzyma się uparcie tego, co wcześniej przeforsował. Szkoda tylko, że nie potrafi tego jasno powiedzieć.
Wiceprezydent Álvaro García Linera (który zarządza krajem pod nieobecność Evo Moralesa) tłumaczy się bowiem tak:
“Nie możemy już dłużej subsydiować ani przemytników, ani bogaczy, którzy mają pięć czy sześć samochodów. Chcemy za to użyć pieniędzy z dopłat do paliwa na korzyść najbardziej potrzebujących”.

Spoko. Dział Zagraniczny rozumie intencje. Ale podejrzewa, że wielu z tych najbardziej potrzebujących wczorajsze podwyżki najmocniej walną po kieszeni.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Categories: Uncategorized Tags: , ,