Archive

Posts Tagged ‘Brazylia’

Przynęta

– Nie chciałbym, Pani Prezydent, żeby było Pani przykro, że nowy Minister Rybołówstwa nie potrafi nawet założyć przynęty na haczyk – niezwykłe słowa autokrytyki jak na pierwszy dzień urzędowania. Ale trudno się dziwić Brazylijczykowi Marcelo Crivelli, bo kiedy w czwartek dostawał nominację na to stanowisko, jego jedynie znane publicznie związki z rybactwem to wypowiedź, że “nie wierzy w ewolucję, bo nigdy nie widział skamieliny, która byłaby pół-rybą i pół-ptakiem”. Za to w internecie od razu zaroiło się od żartów, że Crivella świetnie nadaje się na to stanowisko jako były “poławiacz dusz”. Bo nowy minister, to były biskup.

Do tej pory, kiedy zagraniczni korespondenci chcieli pokazać absurdy brazylijskiej polityki, pisali o Francisco Everardo Oliveirze Silvie. Znany bardziej jako Tiririca, w latach 90. zabłysnął jedynym w życiu hitem na listach przebojów, po czym zaczął występować w telewizji jako klaun. W 2010 r. ogłosił nagle, że wystartuje w wyborach do kongresu i po kuriozalnej kampanii (jego najbardziej znane hasła to: “Co robi deputowany federalny? Nie wiem. Ale głosuj na mnie, to ci powiem” i “Jeżeli mnie wybierzecie, to obiecuję pomóc wszystkim brazylijskim rodzinom… szczególnie mojej”), niespodziewanie dla wszystkich zgarnął drugą największą liczbę głosów w historii Brazylii. Nowi koledzy z parlamentu próbowali jeszcze upokorzyć klauna, zmuszając go do udowodnienia, że nie jest analfabetą, ale od tamtej pory Tiririca bez przeszkód reprezentuje stan São Paulo i co jakiś czas wzbudza wesołość dziennikarzy.

Od teraz, korespondenci będą mieli zdecydowanie wdzięczniejszy temat do ironizowania. Członek Partii Liberalnej, którą tworzą konserwatyści. Chrześcijański fundamentalista, który popiera aborcję. Przedstawiciel prawicy, który uważa, że Ewangelia jest komunistyczna. I w dodatku wokalista, który sprzedał miliony płyt.

Marcelo Crivella z trudem mieści się w wąskich ramach Ministerstwa Rybołówstwa

tiriricaDział Zagraniczny też by głosował na tego pana

– Bóg nie wybiera tych najlepiej przygotowanych, ale zawsze przygotowuje tych, których wybrał – ciągnął w swojej przemowie inauguracyjnej Crivella. Nic dziwnego: całą karierę zawdzięcza korporacji swojego wujka, której znakiem towarowym jest Królestwo Boże.

Chociaż przyszedł na świat w rodzinie katolików, przyszły minister chodził do szkoły prowadzonej przez metodystów, a później stał się zielonoświątkowcem pod wpływem swojego wujka Edira Macedo. Ten, już w 1977 r. założył Kościół Powszechny Królestwa Bożego, który z małej wspólnoty zdążył przez trzy dekady wyrosnąć na gracza wagi superciężkiej. Dziś skupia 14 mln wiernych w ponad 200 krajach świata. W São Paulo buduje właśnie “Świątynię Salomona” – megakościół, który pomieści 10 tys. osób. Jego tygodnik “Folha Universal” ma nakład 2 mln egzemplarzy, a telewizja Record jest drugą najpopularniejszą stacją w kraju.

Nic dziwnego, że kiedy Crivella – wówczas już biskup w kościele wujka – postanowił wziąć się za muzykę, z miejsca został gwiazdą estrady. Jak do tej pory, wydał 14 płyt, które sprzedały się w ponad 5 mln egzemplarzy. Nowy minister to największa w Brazylii gwiazda gospel:

Do wielkiej polityki zaprowadziły go jednak nie talenty wokalne, tylko ciężka praca u podstaw. Crivella przez kilka lat pracował jako misjonarz w Afryce, co podobno bardzo wyczuliło na problemy najuboższych. I nie jest żaden PR – po powrocie do ojczyzny, Marcelo dokonał małego cudu w Nordeste. To najbiedniejszy i najsuchszy region Brazylii. Crivella założył tam prężnie działającą fundację i na leżących odłogiem państwowych nieużytkach wokół miasteczka Irecê, przeprowadził program irygacyjny wzorowany na rozwiązaniach, jakie podpatrzył w pustynnych kibucach podczas kilku pielgrzymek do Izraela. Na pewno nie zawadziło, że z wykształcenia jest inżynierem lądowym.

W 2003 r., dzięki głosom zachwyconych nim zielonoświątkowców, Crivella bez problemu dostał się do Senatu. I od tamtej pory, cały kraj nie może się nadziwić jego oryginalnym poglądom.

Jego wujek Edir Macedo, to chyba jedyny na świecie lider chrześcijańskich fundamentalistów, który popiera aborcję i w jej promowaniu pomaga sobie nawet cytatami ze Starego Testamentu. Uważa, że dzięki niej zmniejszy się przestępczość wśród młodocianych i że lepsze już takie rozwiązanie, niż porzucone dzieci żywiące się na śmietnikach. Crivella przez długi czas popierał jego poglądy, a wyparł ich się stosunkowo niedawno, żeby nie zrażać do siebie ewangelickich wyborców spoza kościoła swojej rodziny, w większości przeciwnych zabiegowi. Pozostał jednak wielkim orędownikiem edukacji seksualnej.

Minister jest przeciwny związkom tej samej płci, ale – w przeciwieństwie do innych zielonoświątkowców – nie zgadza się na kryminalizację homoseksualizmu, tłumacząc, że jest to forma przemocy.

Partia Liberalna, której był współzałożycielem, była ugrupowaniem konserwatystów. Ale podczas imprezy z okazji 85-lecia Komunistycznej Partii Brazylii, rzucił z senackiej mównicy, że “nie ma bardziej komunistycznej książki, niż Ewangelia”. Brazylijska Partia Republikańska, w którą po latach przekształciła się poprzednia formacja, uznawana jest już za centro-lewicową.

senatorSenator Crivella na mikrofonie – wyjątkowo nie śpiewa (Fot. Agência Senado)

Prezydent Dilma Rousseff nie mianowała go jednak z powodu ciekawej osobowości. Za jej wyborem stoi twarda kalkulacja polityczna.

Ewangelicy to dziś w Brazylii prawdziwa potęga. Chociaż kraj wciąż zamieszkuje największa liczba katolików na świecie, to już prawie co czwarty obywatel jest członkiem protestanckiej kongregacji. Za tymi liczbami idzie siła polityczna. Nowe kościoły mają w parlamencie ponad 40 reprezentantów, wiele głosowań zależy właśnie od nich. Marina Silva, która w poprzednich wyborach prezydenckich zajęła trzecie miejsce, swoją wysoką pozycję zawdzięczała właśnie temu, że jest żarliwą protestantką. Dilma na takie względy fundamentalistów nie ma co liczyć.

– Powiedziałem jej: nie mam nic przeciwko tobie, uważam, że jesteś inteligentną i kompetentną kobietą, ale nie mogę na ciebie głosować – zdradzał niedawno temu w wywiadzie pastor Silas Malafaia. Duchowny jest postacią kontrowersyjną, ale bardzo wpływową i przez wiele lat otwarcie głosił poparcie dla Luli, poprzednika i protektora Dilmy. Ale nowa głowa państwa to była komunistyczna działaczka, niegdyś aktywna w miejskiej partyzantce. Jest liberalna, popiera wolność wyznania, prawa kobiet i homoseksualistów. Dla wielu fundamentalistów jest nie do przełknięcia.

Tymczasem, nigdy jeszcze nie potrzebowała ich poparcia tak jak teraz. W nieco ponad rok od objęcia urzędu, musiała zdymisjonować aż siedmiu ministrów oskarżonych o korupcję. To akurat dobrze o niej świadczy – za czasów Luli, takie sprawy były zamiatane pod dywan. Ale opozycja już wykorzystuje tę sytuację, żeby uderzać w jej gabinet. Dilma musi więc szukać sojuszników wśród ewangelików. Crivella, choć sam nie jest nieposzlakowanej opinii, jest w tym środowisku jednak bardzo wpływowy, a politycznie zawsze sprzyjał partii rządzącej. Mianując go Ministrem Rybołówstwa, Rousseff próbuje sobie zjednać religijnych konserwatystów, od których może w przyszłości zależeć jej rząd.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Advertisements

Milicja Antyobywatelska

W więzieniu w Rio de Janeiro dochodzi do buntu, osadzeni biorą zakładników. Negocjacje się załamują, jednostka specjalna policji szturmuje budynek, giną ludzie i wybucha skandal. Dowódca oddziału, podpułkownik Roberto Nascimento, bierze na siebie odpowiedzialność i zostaje zwolniony ze służby. Ale kiedy okazuje się, że na ulicy cieszy się niesłychaną popularnością, gubernator proponuje mu, żeby pokierował wywiadem w Sekretariacie Bezpieczeństwa. Choć początkowo zadowolony z nowej pracy, szybko odkrywa, że ma być tylko listkiem figowym, podczas gdy miasto przejmują powoli we władanie milicje – paramilitarne bandy skorumpowanych policjantów, którzy są chronieni przez miejscowych polityków, w tym samego gubernatora, szefa Nascimento.

Tak przedstawia się skrócony opis fabuły “Elitarnych 2”, brazylijskiego kandydata do tegorocznych Oskarów, który w październiku wszedł także do polskich kin. Ale chociaż w filmie trup ściele się gęsto i nie brak efektownych strzelanin, sprowadzanie go do taniej sensacji byłoby błędem.

– To prawie dokument – twierdzi w rozmowie z Działem Zagranicznym Paulo Storani, ekspert do spraw bezpieczeństwa i były dowódca BOPE, elitarnych jednostek specjalnych brazylijskiej policji. Wie, co mówi: filmowa postać podpułkownika Nascimento jest oparta właśnie na nim.

NascimentoPrzykład, jak zrobić film sensacyjny, obyczajowy i dokumentalny w jednym (Fot. Lula Carvalho/”Tropa de Elite 2″)

Polskie tłumaczenie podtytułu – “Ostatnie starcie” – jest nieco mylące. Portugalskie “O Inimigo Agora é Outro” oznacza dosłownie “Teraz jest inny wróg” i sugeruje, że bardziej niż zwykłymi przestępcami, policjanci powinni się zająć kolegami z własnych szeregów. Paulo Storani, który – tak jak filmowy Nascimento – po odejściu z jednostek specjalnych został zatrudniony w Sekretariacie Bezpieczeństwa (tyle że w São Gonçalo, mieście po drugiej stronie Zatoki Guanabara niż Rio) mówi wprost, że milicje są już większym niebezpieczeństwem niż osławione gangi narkotykowe.

– To byli, albo wciąż zawodowo czynni policjanci, strażacy i strażnicy więzienni – opowiada – Kontrolują całe dzielnice, w których wymuszają na miejscowej ludności i handlarzach opłaty za ochronę, przemocą wzbudzają w nich strach i zmuszają do całkowitego podporządkowania się.

Na swoim terenie milicje nakładają własne podatki, którymi obwarowują wszystko, co przyjdzie im do głowy, od opłat za korzystanie ze środków transportu, przez kupno butli z gazem, a na zakładaniu telewizji kablowej skończywszy. Śledztwo przeprowadzone przez komisję parlamentarną stanu Rio de Janeiro wykazało, że jedna z paramilitarnych bojówek zarabiała dziennie równowartość 300 tys. złotych. Jej członkowie mogli sobie pozwolić na każdą broń, którą zresztą potem z ochotą handlowali

Pierwsza bojówka powstała w akcie samoobrony. Na początku lat 90., Rio de Janeiro zaczęło się rozbudowywać w kierunku zachodnim. Powstawały domy, ulice i kanalizacja, ale brakowało policji – jedyni funkcjonariusze pojawiali się tu dopiero po służbie, kiedy wracali do świeżo kupionych mieszkań. Więc gdy do jednej z tamtejszych dzielnic, Rio das Pedras, zaczęli ściągać pierwsi gangsterzy sprzedający narkotyki, zamieszkujący ją mundurowi postanowili zwalczyć ich siłą. Okazali się niezwykle skuteczni, działali więc dalej, zbierając fundusze na swoje poczynania wśród sąsiadów: najpierw po dobroci, później wymuszając je siłą. Gdy okazało się, że to całkiem lukratywny biznes, zaczęli go stopniowo rozszerzać o slumsy.

– Policja w Rio de Janeiro degenerowała się przez dekady – tłumaczy Działowi Zagranicznemu Luiz Eduardo Soares, były Sekretarz Bezpieczeństwa Publicznego w brazylijskim Ministerstwie Sprawiedliwości i autor książek, na podstawie których powstały obie części „Elitarnych” – Pensje funkcjonariuszy są tak małe, że muszą szukać dodatkowych sposobów dorobienia. Na ogół zatrudniają się po godzinach jako ochroniarze w sklepach, albo barach. To wbrew prawu, ale władze wolą przymykać oko, bo w innym wypadku musiałyby zwiększyć budżet na wypłaty. I tak państwo przyzwala na zapewnianie bezpieczeństwa zarówno w sposób legalny, jak i nielegalny. Milicje świetnie się w tej sytuacji odnajdują.

Według niedawnego dochodzenia “O Globo”, wiodącego brazylijskiego dziennika, najpotężniejszy z gangów narkotykowych Rio de Janeiro kontroluje dziś 55 slumsów w mieście, podczas gdy milicje – aż 105. Ich członkowie są zdeterminowani, a w walce o zyski bezwzględni. Rozbita w grudniu 20-osobowa banda, zdążyła na swoim terenie zamordować pół setki opornych mieszkańców. Inna ekipa paramilitarnych uprowadziła trzech opisujących jej działania dziennikarzy, którzy byli potem torturowani, między innymi przy użyciu elektrowstrząsów.

Milicje gotowe są uderzać nawet w tych przeciwników, którzy zajmują wysokie, eksponowane stanowiska. Sędzia Patricia Acioli była znana z bezkompromisowej postawy wobec skorumpowanych funkcjonariuszy – w ciągu kilku lat, posłała za kratki kilkudziesięciu z nich. Od pięciu lat regularnie dostawała pogróżki i prosiła o przydzielenie jej ochrony, która z niewyjaśnionych do tej pory przyczyn, została jej odmówiona. W sierpniu została zabita przed własnym domem: zamachowcy strzelili do niej 21 razy, żeby mieć pewność, że nie żyje. Morderstwo wywołało wielki skandal, jej pogrzeb przerodził się w manifestację, a Sąd Najwyższy wydał bezprecedensowe wezwanie do szybkiego znalezienia sprawców. Śledztwo wykazało, że kule, od których zginęła Acioli, pochodziły z policyjnych magazynów. Podejrzanym o zlecenie morderstwa jest dowódca miejscowego batalionu oddziałów specjalnych, do aresztu trafiło też 11 jego podwładnych. Podczas rozbijania innej grupy, przy jej szefie znaleziono listę z nazwiskami osób wytypowanych do zabicia – oprócz Acioli, znajdowało się na niej jeszcze kilkunastu sędziów, prokuratorów i nieprzekupnych policjantów z wydziału zabójstw.

Milicyjna brońOstatnio wyszło na jaw, że milicje w Rio odsprzedają broń gangom, z którymi później walczą – na emeryturze będą zapewne prowadzić kursy MBA “Jak zarobić w sytuacji kryzysowej” (Fot. O Globo)

W “Elitarnych 2”, obok pułkownika Nascimento, drugą najważniejszą postacią jest Diogo Fraga, wykładowca uniwersytecki, który zostaje wybrany do parlamentu stanowego Rio de Janeiro i wspólnie z byłym policjantem doprowadza do wszczęcia śledztwa przeciw zblatowanym z milicjami politykom.

W prawdziwym życiu, Fraga byłby wart ok. 750 tys. złotych – tyle bowiem wynosi nieoficjalna stawka za głowę Marcela Freixo, inspiracji dla filmowego bohatera.

Wieloletni działacz organizacji broniących praw człowieka, Freixo został deputowanym w 2006 r. Już dwa lata później, po coraz liczniejszych doniesieniach o zbrodniach popełnianych przez milicje, doprowadził do utworzenia zajmującej się nimi komisji śledzczej, której sam został przewodniczącym. Pokłosie jej dochodzenia jest monstrualne: zarzuty postawiono kilkuset podejrzanym, większość z nich trafiła za kratki. Wśród nich znalazło się wielu urzędników niższego szczebla, ale nie zabrakło też grubych ryb, jak stanowi parlamentarzyści Álvaro Lins czy Natalino José Guimarães (który wdał się nawet w strzelaninę z próbującymi go aresztować policjantami). Wielu innych, choć uniknęło więzienia z braku wystarczających dowodów, zostało całkowicie skompromitowanych.

Politycy w Rio de Janeiro przez lata albo całkowicie ignorowali problem milicji, albo wręcz popierali je jako coś pozytywnego. Były burmistrz César Maia, jeszcze w trakcie urzędowania nazwał je w wywiadzie “rodzajem społecznej samoobrony”, a jego następca, obecnie urzędujący Eduardo Paes, rzucił w telewizji, że paramilitarni “zapewniają mieszkańcom poczucie bezpieczeństwa” tam, gdzie nie jest w stanie tego zrobić państwo.

– Wielu polityków korzystało na współpracy ze skorumpowanymi funkcjonariuszami, w pierwszej instancji zostali skazani między innymi były gubernator i szef miejscowej policji – wyjaśnia Soares. Milicje nie tylko nie wpuszczały na swój teren gangów narkotykowych, dzięki czemu deputowani mogli rozpowiadać w mediach, że w ich okręgach taki problem nie istnieje, ale wręcz pomagały im wygrywać wybory, zapewniając odpowiednią liczbę głosów. W podzięce, wielu parlamentarzystów w Rio po prostu przymykało oczy na działalność paramilitarnych

Choć wyniki śledztwa komisji Freixo były szokujące (a on sam został w ubiegłym roku ponownie wybrany na deputowanego, z drugim najlepszym wynikiem w całym stanie), to prawdziwym przełomem w sposobie myślenia okazała się dopiero premiera “Elitarnych 2”. W Brazylii film wszedł na ekrany już w październiku zeszłego roku i z miejsca okazał się prawdziwą bombą. Kilkaset kin w całym kraju wyświetlało go po pięć, sześć, a nawet osiem razy dziennie. W dwa miesiące obejrzało go ponad 10 mln osób, a produkcja pobiła frekwencyjny rekord z 1976 r. Fabułę omawiano w mediach, na blogach, temat przebił się też do mediów międzynarodowych.

– Nigdy wcześniej nie było w Brazylii takiego zrozumienia problemu, ani takiego pola do dyskusji. To całkowicie zmieniło stosunek polityków do bezpieczeństwa publicznego – przekonuje Storani, a wtóruje mu Soares – Dziś, kryminalny i okrutny charakter milicji jest więcej, niż widoczny. Do tego stopnia, że nawet politycy, którzy do niedawna je wychwalali, nie mogą już tego robić.

Natalino José GuimarãesDeputowany Guimarães, który w przerwach między głosowaniami lubił sobie powymuszać haracze i postrzelać do aresztujących go policjantów (Fot. Celso Meira/O Globo)

W 2014 r. Brazylia będzie gospodarzem Mistrzostw Świata w piłce nożnej, których finał rozegrany zostanie właśnie w Rio. Już trzy lata później, miasto – jako pierwsze w historii Ameryki Południowej – stanie się areną zmagań olimpijskich. Problem w tym, że metropolia jest usłana favelami, żyje w nich co piąty mieszkaniec, a wiele z nich sąsiaduje z najważniejszymi punktami na mapie, chociażby stadionem Maracanã (zwanym “katedrą futbolu”), czy słynną plażą Copacabana. Władze, bojąc się blamażu, gorączkowo starają się je sobie podporządkować.

W drugi weekend listopada, do Rocinhii, największego slumsu na kontynencie, wkroczyło 3 tys. żołnierzy i policjantów z jednostek specjalnych. To część trwającej od 2008 r. kampanii “odzyskiwania” dzielnic nędzy – po oddziałach szturmowych, na miejsce wkraczają jednostki tzw. Policji Pacyfikacyjnej, które mają z jednej strony nie dopuścić do tego, żeby do faveli powróciły wypędzone gangi narkotykowe, a z drugiej poprawiać wizerunek mundurowych w oczach ich mieszkańców. Rocinha była 19 z kolei podbitym slumsem, władze zapowiadają, że do mundialu będą miały we władzy 40 największych z nich.

Eksperci obawiają się jednak, że to działania na krótką metę. W “spacyfikowanych” favelach już pojawiają się pierwsze milicje, które wypełniają próżnię po nieobecnych gangsterach. Jak dotąd, władze przymykają na to oko, bo paramilitarni nie są potencjalnym zagrożeniem dla żadnej z międzynarodowych imprez (również z tego powodu, jak dotąd pacyfikacje nie objęły żadnej z kontrolowanych przez nich dzielnic), nie handlują też narkotykami.

Jednak Paulo Storani, jak i pozostali komentatorzy, uważają, że to tylko kwestia czasu. Milicje przekształciły się już w klasyczne mafie, więc w końcu przyjmą też dotychczasowy sposób zarabiania gangów narkotykowych. A w przeciwieństwie do nich, paramilitarni mają świetne wyszkolenie, znajomość policyjnych technik operacyjnych i powiązania wśród polityków. Jeżeli pozwoli im się teraz rozwinąć skrzydła, to w przyszłości będzie ich trudniej wykurzyć, niż wszystkich dzisiejszych bandytów razem wziętych.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Pięć minut z Liverpoolem

Chiny od lat przejmują Amerykę Łacińską kawałek po kawałku. Połowę argentyńskiej pampy zajmują dziś uprawy soi, która w całości trafia później do Państwa Środka. W zamian za dużą pożyczkę, Ekwador będzie im przez następne osiem lat sprzedawał po preferencyjnych cenach ponad połowę wydobywanej u siebie ropy. Na Kostaryce, Pekin kupił obligacje skarbowe za 300 mln dolarów. Do chińskich portów płynie 20 proc. peruwiańskiego eksportu. A ostatnio, Chiny zajęły miejsce Stanów Zjednoczonych jako największy partner handlowy Brazylii, stopniowo zalewając portugalskojęzycznego giganta swoimi tanimi wyrobami: nawet flagi narodowe sprzedawane na ulicznych stoiskach mają obecnie w rogu małą metkę “Made in China”.

Teraz jednak, Pekin zamachnął się na to, co u Latynosów najświętsze – piłkę nożną.

Kaka ucieka przed ChińczykamiKaká jeszcze ucieka przed Chińczykami, ale jak się rozkręcą, to może już niedługo będzie im podawał (Fot. Victor Fraile/Getty)

Corinthians to nie tylko klub sportowy. To małe państwo z prężną gospodarką: drużyna z São Paulo ma kilkadziesiąt milionów kibiców w samej Brazylii, jest warta pół miliarda dolarów, a rocznie zarabia ich ponad 130 mln. Idzie jej tak dobrze, że w zeszłym roku zaszokowała świat, ogłaszając, że jest gotowa zapłacić za Carlosa Téveza 40 mln funtów – takimi sumami szastał do tej pory w zasadzie tylko znany z rozrzutności Real Madryt.

Między innymi dlatego, na poniedziałkowej konferencji prasowej dziennikarze spoglądali po sobie z niedowierzaniem: skoro brazylijskiego giganta stać na wielkie gwiazdy, to czemu ogłasza właśnie kupno średnio uzdolnionego Chińczyka?

Chen Zhizhao ma 23 lata, profesjonalną karierę zaczął w 2007 r. i jak do tej pory trafił do siatki 18 razy. Jest dobrym zawodnikiem, ale akurat w Brazylii bardziej utalentowanych rówieśników jest na pęczki. Z czego w Corinthians doskonale zdają sobie sprawę.

– To nie jest gracz, który będzie rywalizował o miejsce z najlepszymi w klubie – przyznaje w rozmowie z “O Globo” Flávio Pires, który sprowadził zawodnika z Azji. I chwilę później zdradza całą tajemnicę transferu: – Musimi mieć do niego cierpliwość. Jeżeli to [czyli osiągi Zhizhao w drużynie – przyp. DZ] wypali, to nazwa klubu trafi do kraju, który zamieszkuje ponad miliard osób.

No i wszystko jasne. Przez lata, koszykówka była jednym z najpopularniejszych sportów w Chinach, ale to nie znaczy, że mieszkańcy Państwa Środka fascynowali się jakoś szczególnie amerykańską NBA. Wszystko zmieniło się w 2002 r., kiedy Yao Ming został pierwszym w historii zagranicznym zawodnikiem wybranym z numerem 1. w amerykańskim drafcie. Azjaci oszaleli ze szczęścia. Mecze z udziałem Yao co tydzień ściągały przed telewizory 30 mln Chińczyków. W 2007 r., spotkanie, w którym zmierzył się z grającym w przeciwnej drużynie rodakiem Yi Jianlianem, oglądało ich już 100 mln. Chiny szybko stały się drugim największym rynkiem dla NBA poza Stanami Zjednoczonymi, połowa zysków wypracowywanych poza USA pochodzi właśnie stąd, a według danych Goldman Sachs, spółka NBA China jest warta aż 2,3 mld dolarów.

Brazylijczycy najwyraźniej wyciągnęli z tego cenną lekcję. O tym, jak dobrze dzieje się w brazylijskim futbolu – a już w porównaniu do sąsiedniej Argentyny, to wręcz piłkarski raj – Dział Zagraniczny informował już przy okazji zeszłorocznej Copa América. Czasy, kiedy reprezentacja błyszczała, ale kluby na wyścigi sprzedawały swoich najlepszych zawodników do Europy, już minęły. Dziś, to tamtejsze drużyny ściągają z powrotem zawodników ze Starego Kontynentu: zarówno emerytów jak Ronaldo i Ronaldinho, ale też takie marki jak Fabiano, Denilson, czy wspomniany już Tévez (transfer tego ostatniego nie doszedł w końcu do skutku, ale z zupełnie innych powodów, niż brak kasy). Teraz stwierdzili najwyraźniej, że czas rozwinąć skrzydła i sięgnąć po większy rynek zbytu.

Ale jeżeli Latynosom wydaje się, że Chiny to ziemia niczyja, która tylko czeka na wzięcie, to może ich spotkać przykra niespodzianka. Azjaci już od dawna pracują bowiem nad tym, żeby ich kibice mieli dość emocji na własnym boisku.

Conca BrilliantSkoro Eto’o zarabia hajsy w Dagestanie, to ja mogę w Kantonie (Fot. AFP)

Powiedzieć, że Chińczykom idzie w piłkę słabo, to jak stwierdzić, że Jamajka była bobsjelową potęgą. Za życia Mao Zedonga, całkowicie olali Fifę i w ogóle nie grali w żadnych rozgrywkach międzynarodowych. Po jego śmierci, wrócili do rywalizacji, ale ugrali raczej niewiele: na Mundial zakwalifikowali się jak dotąd tylko w 2002 r., gdzie fazie grupowej przerżnęli wszystkie mecze, tracąc łącznie 9 goli i nie strzelając żadnego. Nawet, jeżeli niektórzy z ich zawodników zapowiadają się dobrze i jak Dong Fangzhuo ocierają się o sam Manchester United, to potem szybko okazuje się, że są za słabi nawet na Legię Warszawa i ostatecznie kończą w lidze armeńskiej.

Mówiąc wprost: futbol to nie ping-pong, Chińczycy są w nim beznadziejni. Braki w rodzimej lidze uzupełniają więc zagranicznymi nazwiskami. I to nie byle jakimi.

Przepisy mówią, że każda drużyna w chińskiej lidze może mieć w swoim składzie najwyżej czterech obcokrajowców, z czego jeden musi obowiązkowo być Azjatą. Skoro więc klubu nie mogą iść w ilość, to najwyraźniej postanowiły uderzyć w jakość. Brazylijczyk Obina, który był kiedyś jednym z czołowych zawodników Flamengo, już od roku gra dla Shandong Luneng Taishan. W lipcu, Argentyńczyk Darío Conca, w 2009 r. i 2010 r. wybierany na najlepszego piłkarza ligi brazylijskiej, został kupiony przez Guangzhou Evergrande: jego roczna pensja to 10,4 mln dolarów, co stawia go na piątym miejscu najlepiej opłacanych graczy na świecie. W grudniu, klub Shanghai Shenhua podpisał kontrakt z legendarnym francuskim napastnikiem Nicolasem Anelką, a Zhu Jun kontrowersyjny właściciel drużyny (w 2007 r. wymusił na jej trenerze, żeby wystawił go w towarzyskim meczu z Liverpoolem – kondycji starczyło mu zaledwie na pięć minut gry), ogłosił że następny na jego liście jest Didier Drogba. Tymczasem, nowym trenerem jego ekipy został właśnie Jean Tigana, były szkoleniowiec między innymi Olympique’u Lyon, AS Monaco i Fulham.

Anelka i Chińczycy na ReunioniePrzyjacielski mecz Francja-Chiny sprzed dwóch lat. Europejczycy przegrali 0:1, dzięki czemu Azjaci mogli sobie kupić pamiątki na Reunionie, a Anelka szukać emerytury w Szanghaju (Fot. Charles Platiau/Reuters)

Chińczycy w futbolowych zakupach dopiero raczkują. Ale finansowo sięgają od razu wysoko. Stać ich, co doskonale widać po relacjach z Ameryką Łacińską. W 2010 r. wymiana handlowa z tym kontynentem sięgnęła 183 miliardów dolarów. Od 2005 r. – czyli od czasu, gdy Pekin po raz pierwszy zaczął poważnie traktować latynoskie rynki – instytucje publiczne Państwa Środka zainwestowały tu 75 mld dolarów: to więcej niż łączne wydatki Banku Światowego i Międzyamerykańskiego Banku Rozwoju z tego samego okresu, a trzeba jeszcze doliczyć dodatkowe 60 mld dolarów, które w Ameryce Łacińskiej wydały prywatne chińskie przedsiębiorstwa.

Corinthians, może się wydawać, że kupując Zhizhao i jemu podobnych, otwierają sobie nowy, nieograniczenie wielki rynek zbytu. Ale jeżeli Chińczycy rozsmakują się w futbolu bardziej niż dotychczas, to będą miały dość pieniędzy, żeby przetoczyć się po konkurencji jak walec. A wtedy, niewykluczone, że to kibice z São Paulo będą musieli śledzić transmisje z Szanghaju, a nie na odwrót.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Night Of The Living Baseheads

“Marco ma 16 lat, gdy zaprzyjaźnia się z paco. Ale to przyjaźń wyjątkowa: intensywna i kosztowna. Więc Marco płaci. Przez pierwsze dwa dni ze swoich pieniędzy. Przez następne kilka wydaje wszystkie oszczędności matki. Później zaczyna wyprzedawać wszystko co ma pod ręką. Z mieszkania znikają kolejno garnki, ubrania i meble. W końcu, gdy dom jest już całkowicie ogołocony, nastolatek kończy dzieło: wyjmuje z framugi drzwi wejściowe i idzie je spieniężyć. Nikt go już więcej nie zobaczy. Dziś jego matka załamuje ręce. Mówi, że nigdy nie wyjechałaby z Buenos Aires w odwiedziny do rodzinnej Boliwii zostawiając syna samego, gdyby tylko wiedziała, że wciągnęło go przekleństwo dzieci z Villa 31, slumsu w centrum miasta. Że wciągnęło go paco.”

Tak zaczyna się mój reportaż z Argentyny, który “Polityka” opublikowała w zeszłym tygodniu w swoim wydaniu Ipadowym, a od dziś można go już przeczytać w serwisie internetowym magazynu:

Poliyka-paco

Kiedy słyszy się o paco pierwszy raz, natychmiastowym skojarzeniem jest crack. Ale choć oba narkotyki są bardzo bliskimi krewnymi, to cytowany w reportażu doktor Damin stwierdził, że “paco jest jak crack na sterydach”. To lepsza, silniejsza wersja. I bardziej destrukcyjna. Jednak bez względu na to, jak nazywać wygotowane z kokainowej pasty kryształki, ich złowieszczy charakter przejawia się w jednym: to narkotyk biedoty, o którą nikt się nie troszczy, a która sama nie jest sobie w stanie dać z nim rady.

Paco tak naprawdę występuje w całej Ameryce Łacińskiej i to pod różnymi nazwami. W Boliwii mówią na nie bazuco, w Meksyku – poppers (w Polsce mówi się tak o zupełnie innej używce). Ale jeszcze do niedawna, Argentyna była jedynym krajem, gdzie jego użycie urosło do rozmiarów epidemii. Teraz, ma już do towarzystwa Brazylię.

PacoPaco, oxi, bazuco – różne nazwy, ten sam syf (Fot. Maria Elena Romero/Al Jazeera)

W największym kraju Ameryki Południowej, na latynoski crack mówi się oxi (od “oxidado” – “zardzewiały”). Pierwsi z jego skutkami zetknęli się mieszkańcy Amazonii. Ponieważ w Brazylii nie uprawia się koki, kartele muszą ją jakoś dostarczyć do Rio albo bogatego Sao Paulo.
Szlak wiedzie głównie przez Manaus, stolicy stanu Amazonas. Ci, którzy próbują walczyć z przemytem, narażają się na śmiertelne niebezpieczeństwo. Thomaz Vasconcellos, szef wywiadu w stanowym Sekretariacie Bezpieczeństwa, nie rozstaje się z pistoletem nawet w domu. Divanilson Cavalcanti, miejscowy szef policji, był zastraszany we własnym domu. Mauro Antony, sędzia w sprawach o przestępczość narkotykową, był dla bandytów nieosiągalny, więc przeprowadzili zamach bombowy na jego kuzyna.
Kartele wysyłają kokainę prosto na wybrzeże, ale na miejscu też postanowiły sobie stworzyć rynek. A najrentowniej było zacząć z tanim i szybko uzależniającym oxi. Kryształek w Manaus kosztuje zaledwie 2 reale, czyli niecałe 4 złote. Według Associação de Redução de Danos, organizacji pozarządowej ze stanu Acre (także w Amazonii), w samej tylko jego stolicy Rio Branco, od oxi uzależnionych jest aż 8 tys. osób (na 305 tys. mieszkańców!). 80 proc. wszystkich przechwytywanych w tym stanie narkotyków, to właśnie oxi.

Oxi w Rio BrancoBocada, czyli narkotykowa meta w Rio Branco – nie mylić z obozem harcerskim w Górach Sowich (Fot. O Globo)

Przeprowadzka nad ocean była tylko kwestią czasu. Oxi zdobyło favele w takim tempie, że stało się nawet jednym z tematów zeszłorocznej kampanii prezydenckiej. Ich zwyciężczyni, Dilma Rousseff, wystąpiła w ostrzegającym przed skutkami narkotyku filmiku, a jej przeciwnik José Serra, poświęcił mu cały artykuł własnego autorstwa w “Estado de Sao Paulo”. W tym roku, w samym tylko Pernambuco, policja przechwyciła w sumie kilka milionów kryształków. W Rio policja co tydzień urządza łapanki na uzależnionych, którzy są potem wysyłani na przymusowy detoks. Ale chociaż za kratki trafiają kolejni dilerzy, a niszczone są kolejne laboratoria, to walka z oxi jest jak walka z wiatrakami. Jego produkcja jest po prostu zbyt tania i łatwa.

Cena kokainy jest tak wysoka, bo do jej uzyskania trzeba zaangażować duży kapitał. Do jej wyekstrahowania z liści koki potrzeba dużej ilości chemikaliów, których wolny obrót w krajach, gdzie uprawia się tę roślinę, jest mocno ograniczony. Kartele muszą się nieźle natrudzić, żeby w ogóle rozpocząć produkcję.
Tymczasem paco/oxi można sobie po prostu ugotować w kuchni, a potrzebne składniki dostać bez problemu w okolicznych sklepach. Jeżeli policja zlikwiduje kokainowe laboratorium, jego powtórne uruchomienie może przestępcom zająć kilka tygodni. “Narkokuchnie” będą gotowe do działania jeszcze tego samego dnia.

KokaZa ten własnoręcznie uzbierany worek koki, Dział Zagraniczny wybudował sobie willę z basenem (Fot. Maciej Okraszewski/Dział Zagraniczny)

Paco/oxi jest tak trudne do zwalczenia jeszcze z jednego powodu: bo mało kogo tak naprawdę obchodzi. To narkotyk produkowany przez biednych dla biednych. Slumsy w Amazonii, favele w Rio, czy villas miserias w Buenos Aires – to wszystko dzielnice wykluczonych, którymi mało kto się przejmuje. Dopóki cpają u siebie, a dla zdobycia kasy na następną działkę napadają tylko na swoich sąsiadów, to nikt nie chce sobie zawracać nimi głowy. Oxi zaczęło zbierać krwawe żniwo w Amazonii już 5-6 lat temu, ale prasa zrobiła raban dopiero, kiedy narkotyk dotarł do metropolii na wybrzeżu. W Argentynie o paco mówi się znacznie dłużej, ale jak do tej pory nie wypracowano żadnej spójnej polityki przeciwdziałania. Policyjne akcje, to tylko czynności pozorowane – zwalcza się skutek, a nie przyczynę.

I to kolejny moment, kiedy trudno nie pomyśleć o cracku. Mniej więcej od połowy lat 80., wielkie metropolie w Stanach Zjednoczonych przeżywały jego prawdziwą epidemię, która miała potrwać niemal dekadę. Ale chociaż liczba uzależnionych rosła w zastraszającym tempie, to amerykańskie władze nie podejmowały żadnych zdecydowanych działań. Powód? Ćpali głównie mieszkańcy czarnych gett, takich jak Compton w Los Angeles, albo Bushwick w Nowym Jorku. Brutalna przestępczość skoczyła gwałtownie do góry, ale ponieważ było to głównie “black on black crime”, to biała klasa rządząca wolała przymykać oczy na problem. Nastroje Afroamerykanów z tamtego okresu świetnie oddaje zwrotka Chubb Rocka na singlu “Return of the Crooklyn Dodgers” (“Journalistic values are yellow and then of course falters/You watch Channel Zero with that bitch Barbara Walters/She’ll have you believe black invented crack”):

Epidemia cracku w USA skończyła się równie nagle, jak się zaczęła. I nie do końca wiadomo: dlaczego?

Steven D. Levitt i Stephen J. Dubner próbują przekonywać w światowym bestsellerze “Freakonomics” (w Polsce wydana na początku roku przez Wydawnictwo Znak), że to dzięki… aborcji. Autorzy uważają, że liberalizacja prawa do przerywania ciąży, która miała miejsce mniej więcej w tym samym czasie, sprawiła, że ubogie i pozbawione wykształcenia kobiety ze środowisk kryminogennych poddawały się tym zabiegom, dzięki czemu na świat przychodziło z czasem coraz mniej potencjalnych dilerów/uzależnionych od cracku. Jest to jednak teoria na glinianych nogach, co zauważają chyba też Levitt i Dubner, piszący dalej, że stale obniżająca się cena tego narkotyku, sprawiła, że handlowania nim przestało być tak lukratywne, jak wcześniej, a już w ogóle nie kalkulowało się z potencjalnym ryzykiem (wyroki sądowe za posiadanie niewielkich nawet ilości cracku, zdecydowanie przewyższały długość potencjalnej odsiadki za posiadanie “pełnoprawnej” kokainy).

Bardziej prawdopodobne wydaje się, że do końca epidemii przyczyniła się popkultura.
W apogeum koszmaru, do walki ruszyli idole nastolatków z czarnych gett. Public Enemy porównywali uzależnionych do zombi na “Night Of The Living Baseheads”. W “New Jack City” Ice-T, który jeszcze niedawno rymował o zabijaniu policjantów, sam wcielał się w rolę stróża prawa, który walczy o duszę Nowego Jorku z potężnym dilerem cracku (w tej roli Wesley Snipes). O tym, jak źle kończy się dilerka, opowiadał film Spike’a Lee “Clockers”. Z kampanią anty-crackową, objechał kraj Al Sharpton, legendarny czarnoskóry działacz ruchów obywatelskich.
W gettach nie było ani jednej osoby, która w taki czy inny sposób nie zetknęłaby się z uzależnionymi i na własne oczy nie przekonała, co niesie ze sobą palenie tego narkotyku. “Crackhead” stało się tak stygmatyzującym wyzwiskiem, że jeszcze 10 lat po umownym końcu epidemii, z powodzeniem używał go w swoim programie popularny satyryk Dave Chappelle. Kolejne pokolenia wolały się więc od kryształków trzymać jak najdalej.

Dziś crack jest oczywiście wciąż w Stanach obecny, ale skala uzależnienia jest nieporównywalnie mniejsza od tej sprzed dwóch dekad. Czy oznacza to, że Argentynę i Brazylię czeka taka sama droga, zanim zdołają sobie poradzić z paco/oxi? Jeżeli tak, to w villach i favelach, będzie to prawdziwa droga przez piekło.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Najdroższe Big Maki świata kupują Téveza

W niedzielę zakończyła się Copa América. Piłkarskie Mistrzostwa Ameryki Południowej zawsze dostarczają prawdziwych emocji – nigdzie indziej futbol nie jest tak religijnie czczony, jak na tym kontynencie. Ale tegoroczna edycja, okazała wyjątkowo pełna niespodzianek. Jeżeli ktoś obstawiał zakłady, opierając się na swoim wieloletnim doświadczeniu i wyczuciu latynoskiej piłki, to musiał nieźle utopić pieniądze.

Nie ma tu sensu rozwodzić się nad całym turniejem, czy Urugwaj wygrał zasłużenie, czy nie, albo jak Wenezueli, gdzie piłka przegrywa z baseballem, udało się dojść aż do półfinału. Za to warto się przyjrzeć kompletnej kompromitacji dwóch czołowych potęg futbolowych świata (o kontynencie nie mówiąc): Argentyny i Brazylii.

Żadna z tych dwóch reprezentacji nie wyszła poza ćwierćfinały. Jedyny taki przypadek w historii Copy miał miejsce w 1939 r. i to dlatego, że… obie ekipy na tamten turniej po prostu nie pojechały. Albicelestes i Canarinhos zawiedli już w swoich pierwszych meczach grupowych, remisując z przeciwnikami, których powinni rozjechać jak walec, a kompletnie zbłaźnili się w ostatnich spotkaniach: ci pierwsi, bo nie potrafili wygrać, mimo, że praktycznie całą połowę grali z przewagą jednego gracza, a ci drudzy, bo w karnych nie strzelili nawet jednej bramki.

Blamaż obu ekip jest dobrym pretekstem, żeby przyjrzeć się, co dzieje się na piłkarskim podwórku dwóch krajów, które eksportują największe na świecie ilości piłkarzy do bogatych klubów Europy. A dzieją się rzeczy zupełnie przeciwstawne.

Argentyński futbol przeżywa najgorszy kryzys w swojej historii. O tym, dlaczego, możecie przeczytać w moim tekście, który dziś na swoich stronach publikuje tygodnik “Polityka”.

Polityka o argentyńskim futbolu

W tym samym czasie, kluby brazylijskie zaczynają niespodziewanie konkurować na rynku z europejskimi. Już nie sprzedają graczy na stary kontynent, teraz ich odkupują. Za rekordowe sumy.

Tuż po tym, jak Carlos Tévez nie strzelił karnego, który decydował o argentyńskim być albo nie być na Copa América, klub Corinthians z Sao Paulo ogłosił, że jest gotowy odkupić napastnika od angielskiego Manchester City za 40 milionów. FUNTÓW! Takie sumy na piłkarzy wydaje tylko znany z rozrzutności Real Madryt.
Tévez nie byłby pierwszą wielką gwiazdą, którą brazylijska liga wyciągnęła z Europy. O ile o transferach Ronaldo i Ronaldinho można by powiedzieć, że był to powrót przebrzmiałych gwiazd (w przypadku tego drugiego, może jednak trochę mniej), to decyzja o zmianie kontynentu przez Fabiano czy Denilsona o czymś świadczy.

To zupełne przeciwieństwo tego, co dzieje się w Argentynie. Tamtejsze kluby, zagranicznych graczy sprowadzają z takich miejsc, jak Kolumbia czy Paragwaj, a rodzime gwiazdy jak najszybciej wyprzedają za ocean. Efekt? W biało-błękitnej koszulce reprezentacji na tegorocznej Copie biegał tylko jeden zawodnik, który na co dzień występuje nad La Platą. Dla porównania: w kadrze Brazylii, znalazło się miejsca dla siedmiu piłkarzy z rodzimej ligi.

Skąd taka różnica? Kasa, misiu. No i korupcyjny burdel w związku piłkarskim, który w pierwszym kraju wciąż ma się doskonale, a w drugim został zwalczony dekadę temu.

Argentyna i BrazyliaArgentyno, weź przykład z sąsiada i posprzątaj na podwórku

“Ekonomia, głupcze” – hasło Billa Clintona w futbolowym świecie okazuje się jak najbardziej prawdziwe.
Brazylia to dziś jedno z najszybciej rozwijających się państw świata, potęga regionalna, a już niedługo – zdaniem wielu analityków – i światowa. Wzrost gospodarczy jest imponujący: w zeszłym roku 7,5 proc. Sao Paulo jest dziesiątym najdroższym miastem na świecie, Rio de Janeiro usadowiło się dwa miejsca dalej. To drugie ma dzielnicę Leblon, gdzie metr kwadratowy kosztuje więcej niż w apartamentach na nowojorskiej Piątej Alei (z widokiem na Central Park). Nigdzie indziej nie ma tak drogich Big Maców! W samym tylko Sao Paulo mieszka 21 miliarderów (dolarowych). To więcej niż w Los Angeles.
Brazylijski cud ekonomiczny ma naturę szkatułową. To znaczy, że wewnątrz dużego wzrostu, dzieje się też mały. Innymi słowy – w przeciwieństwie do sytuacji w innych ubogich państwach, które nagle zaczynają się gwałtownie bogacić, w Brazylii nie puchną portfele tylko tych najbogatszych. Dzięki programom wyrównywania szans, w ciągu kilkunastu lat bieda w tym kraju zmniejszyła się jak nigdzie indziej. Połowa najuboższych zarabia dziś 68 proc. więcej niż przed dekadą, a sama bieda skurczyła się aż o 2/3. Przez nieco ponad dziesięć lat, klasie średniej przybyło ponad 30 mln osób!

Innymi słowy: od kilku lat Brazylijczycy mają coraz więcej kasy. A na coś trzeba ją wydać. Więc wydają – na piłkę.

Sam tylko klub Flamengo z Rio de Janeiro, ma 35 milionów kibiców. 35 milionów! To prawie cała Polska. Botafogo, zdecydowanie mniej popularny rywal z tego samego miasta, to i tak prawie 5 mln zadeklarowanych fanów. Można wymieniać dalej. Ci wszyscy ludzie są gotowi kupować nie tylko bilety na wszystkie mecze, ale też koszulki, szaliki, oficjalne fanziny i całą okolicznościową produkcję, jaka towarzyszy futbolowym emocjom. Coraz częściej decydują się też na zakładanie kablówki z płatnymi kanałami sportowymi, które transmitują spotkania ich drużyn. Więc za możliwość ich pokazywania, stacje telewizyjne odpalają klubom coraz większe miliony.

MaracanaW Rio mecz ligowy wygląda lepiej niż sylwester pod Pałacem Kultury (Fot. Travelpod)

Tyle, jeśli chodzi o pieniądze. A co z chorym systemem?

Jeszcze dekadę temu, brazylijska liga była siedliskiem korupcji, nepotyzmu i wszystkiego najgorszego, co da się wymyślić. System rozgrywek był tak skomplikowany i tak często zmieniany, że mało co można było z niego zrozumieć, poza jednym oczywistym wnioskiem – że zarabiają na tym ludzie związani z Ricardo Teixeirą.
Teixeira stanął na czele Brazylijskiego Związku Piłki Nożnej w 1989 r. i od tamtej pory nie przestał być oskarżany o łapówkarstwo. Miał czerpać dochody z niekorzystnych dla reprezentacji kontraktów ze sponsorami, oszukiwać na podatkach i przyjmować łapówki za sprzedaż praw do retransmisji kolejnych mundiali. Prezes był jednak nietykalny. Być może dlatego, że nie szczędził grosza na kampanie polityczne wpływowych kolegów, a w końcu sam postarał się o mandat w parlamencie (i immunitet).
Zasady gry zmieniły się, kiedy do władzy doszedł Lula. Samego Teixeiry nie mógł co prawda ruszyć (ma zostać na stanowisku do zakończenia Mistrzostw Świata w 2014, które organizuje Brazylia), ale wziął się za całą jego mafijną sitwę.
Reformy sprawiły, że wszystkie duże kluby zaczęły być traktowane jak zwykłe przedsiębiorstwa. Jawne musiały być wybory do ich władz, jawne rachunki. Za korupcję zaczęły grozić surowe kary. Najbardziej skompromitowanych działaczy wyrzucono na pysk, reszcie kazano się zmienić, albo podzielić los kolegów.
Podziałało. Rozgrywki zaczęły być przejrzyste, a kluby rosły w siłę, zamiast kręcić się wokół własnego ogona.

teixeiraKorupcja? Mógłby Pan to przeliterować? (Fot. AP)

Czy to znaczy, że Brazylia – w przeciwieństwie do Argentyny – uzdrowiła swoją piłkę jak za dotknięciem magicznej różdżki? Nie do końca.

Kluby zarabiają coraz większe pieniądze, ale zanim zaczną robić z nich pożytek, muszą spłacić wierzycieli. Drużyny toną w gigantycznych długach sprzed lat, które dopiero zaczynają regulować. Na zakup piłkarzy takich jak Tévez, czy Ronaldinho, po prostu ich nie stać. Ich pensje w rzeczywistości wypłacają prywatni wspólnicy, na ogół wielkie firmy, które w zamian oczekują udziału w zyskach, jakie przynoszą ich inwestycje (kasa ze sprzedaży koszulek, część honorariów z reklam itd).

W lidze wciąż pełno skandali, najpoważniejszy w ostatnich latach, to na pewno przypadek Bruno de Souzy, kapitana Flamengo, który zamordował swoją kochankę (a wcześniej porwał i zmusił do aborcji).

W dodatku, cały brazylijski wzrost gospodarczy może się zawalić jak domek z kart. Latynoskiego giganta często porównuje się do Chin, ale o ile komunistyczne mocarstwo napędza tania produkcja i eksport, o tyle siłą napędową Brazylii jest ogromna konsumpcja. Stąd coraz wyższe ceny, stopy procentowe na poziomie 12 proc., czy potężny real – w ciągu kilku ostatnich lat, umocnił się w stosunku do dolara aż ośmiokrotnie. Gospodarka się po prostu przegrzewa. Rząd robi wszystko, żeby trochę wyhamować, ale jak na razie, niewiele się dzieje.

Prognozy są mieszane. Bańka musi w końcu pęknąć, co do tego zgadzają się wszyscy. Ale nie wiadomo, kiedy to nastąpi. Większość ekonomistów przewiduje, że nie w ciągu najbliższych kilku lat, bo kraj będzie gospodarzem mundialu w 2014 r. i Igrzysk Olimpijskich w 2016 (oraz Pucharu Konfederacji w 2013 i następnej Copa América w 2015, choć te dwie imprezy nie będą miały aż takiego przełożenia na sytuację ekonomiczną), co z pewnością podtrzyma dobrą formę. Pytanie: co potem? Brazylijczycy raczej nie oszczędzają, większość nowej klasy średniej ma na głowie po kilka kredytów, za które kupują mało wartościowe dobra (telewizory, komputery, zestawy kina domowego itd.). Jeżeli przez najbliższe kilka lat, rząd nie zajmie się poważnym rozwiązywaniem tego problemu, to największy kraj kontynentu czekają bardzo, bardzo poważne kłopoty.

A wówczas Corinthians lekką ręką kolejnych 40 baniek nie wywali.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Liga Mistrzów i oliwa do sałatki

Po dłuższej nieobecności, wraca podsumowanie tygodnia. Tradycyjnie, z jednodniową obsuwą.

1. Zbyt dobrzy na trzymanie terminów

A tydzień był spod znaku futbolowych emocji. I nie chodzi o Barcelonę i Manchester, tylko starych znajomych Działu Zagranicznego – TP Mazembe.
Dopiero co w grudniu przyglądaliśmy się, jak ekipa z Konga po raz drugi wygrała Afrykańską Ligę Mistrzów, a potem jak burza przeleciała przez Klubowe Mistrzostwa Świata, zatrzymana dopiero w finale przez Inter Mediolan. Tym razem powtórki nie będzie, bo Kruki właśnie zostały z Ligi Mistrzów wyrzucone. I postanowiły to olać.
A było tak. W drugiej rundzie turnieju, TP Mazembe rozgromiło Simba SC z Tanzanii 6 do 3. Ale drużyna z Dar es Salaam zgłosiła protest, bo w barwach Kongijczyków występował Janvier Besala Bokungu. 22-latek grał już wcześniej w barwach TP Mazembe, ale w 2007 roku został wypożyczony do tunezyjskiego składu Esperance. Na łono macierzy wrócił w tym roku, ale Tanzańczycy znaleźli dowody, że nie miał prawa biegać po boisku z resztą Kruków, bo jego kontrakt z północnoafrykańską ekipą wygasa dopiero w czerwcu. Afrykańska Konfederacja Piłkarska protest uznała za zasadny i zawiesiła ekipę z Lubumbashi.
– Będziemy się odwoływać! – zapewniał wtedy Moise Katumbi, dyrektor drużyny.
W tym tygodniu wydali oświadczenie, w którym piszą, że zatrudnili ekipę prawników, która udowodni, że “Mazembe wyrządzono niesprawiedliwość”. Ale widocznie chcieli przyoszczędzić na całej sprawie i “ekipa prawników” oznacza kuzynów i kolegów kogoś od podejmowania decyzji. Są bowiem tak kompetentni, że zapomnieli złożyć odwołanie. A termin minął.

Co znaczy, że w tym roku antychińskich zamieszek w Lubumbashi nie obejrzymy.

2. Hiszpania-Mongolia

A, właśnie. Chiny, zamieszki itp. W środę w Państwie Środka protestowali Mongolczycy. W Xilinhot na ulice wyszło ponad 2 tys. osób domagających się osądzenia mężczyzny z grupy etnicznej Han (do której należy ok. 90 proc mieszkańców Chin), który 10 maja rozjechał swoim vanem pasterza, a mimo zeznań świadków, nie usłyszał zarzutów.
Mongołowie, których w kraju jest ok. 6 milionów, twierdzą, że dominujący Han od dawna niszczą ich sposób życia. W bogatym w złoża mineralne regionie Mongolii Wewnętrznej od dawna powstaje coraz więcej kopalń, przez co wzrasta zanieczyszczenie, niszczeją lasy i pastwiska, mniej jest opadów. Śmierć pasterza ostatecznie przelała szalę goryczy. Władze, żeby uspokoić nastroje, szybko ogłosiły, że kierowca pojazdu już został zatrzymany i oskarżony o morderstwo.

3. 3…2…1!

Swoją drogą, zawsze jak piszę o Chinach, to myślę o ogniach sztucznych. Nie wiem dlaczego, po prostu taki odruch. No, w każdym razie, gdyby ognie sztuczne wciąż robić metodą chałupniczą, to wiecie, gdzie jest sporo materiału do składania? W Salwadorze. Po miesięcznym śledztwie aresztowano tam właśnie czterech szeregowców i dwóch oficerów, którzy sprzedawali lokalnym gangom uzbrojenie z wojskowych magazynów. Konkretnie granaty. Konkretnie, 1812 granatów. 1812! Można by tym rozświetlić niebo nad całym Sydney w Sylwestra [to kolejna sprawa – mówię Nowy Rok, myślę Sydney].

SydneyA to mógłby być Salwador… (Fot. Daily Sydney)

4. Film od lat 18

Zostając jeszcze w Ameryce Łacińskiej, w Brazylii uczniowie nie pooglądając sobie video na zajęciach z edukajci seksualnej. Ministerstwo Edukacji przygotowało bowiem kilka krótkich filmików, które mają pokazać dzieciom, że jeżeli jesteś chłopcem i podoba ci się inny chłopiec, albo dziewczynką i podoba ci się inna dziewczynka, to nie znaczy, że Bóg już szykuje się, żeby trzasnąć cię piorunem i zesłać na ognie piekielne. O, przepraszam, według ewangelików tak właśnie jest.
Pisałem już kiedyś o prawach gejów w Ameryce Łacińskiej i że kontynent przeżywa właśnie jakąś masową liberalizację. Ale oczywiście nie bez silnych głosów sprzeciwu. Wydawać by się mogło, że na pierwszej linii będzie Kościół Katolicki. I w istocie tak jest, z tym, że hierarchiczna struktura tego wyznania sprawia, że bardziej pijarowo ogarnięci hierarchowie hamują tych bardziej krewkich. Tymczasem wśród ewangelików jest inaczej.
W Brazylii sytuacja jest specyficzna, ponieważ w ostatnich kilkunastu latach, te wyznania poczyniły ogromne postępy w przyciąganiu na swoją stronę nowych członków. Od lat ich szeregi zasila coraz więcej i więcej katolików, w tym prawodawców. W Kongresie mają dość silną ekipę i rząd musi się z nimi liczyć.
W sprawie filmików dla młodzieży podnieśli tak ogromny krzyk, że prezydent Dilma Rousseff nie miała innego wyboru, jak tylko ogłosić, że materiał widziała i jej zdaniem nie jest właściwie zrobiony, żeby trafić do szkół. Więc (mimo sprzeciwu ministrów zdrowia i edukacji), wstrzymuje jego rozpowszechnianie.

Jakich to porażających treści nie obejrzą więc nastolatki? Między innymi takich:

No, szok normalnie.

5. Rasa panów

To jest tak głupie, że nawet nie chce mi się rozwodzić nad tą informacją. Egipt. Zakładają partię nazistowską. Serio. Niejaki Emad Abdel Sattar, były wojskowy, który ogłosił powstanie ugrupowania, twierdzi, że działali jeszcze za Mubaraka, tyle, że w sekrecie. A teraz się ujawniają.

Łoewa. Nigdy nie mogę wyjść z podziwu, kiedy z flagami Trzeciej Rzeszy biegają radośnie Egipcjanie, Mongołowie, Boliwijczycy itd. Dział Zagraniczny chyba założy w Polsce komórkę Czarnych Panter. Tylko oleje część o “czarnych”.

6. Do sałatki

Telegraph donosi, że Kim Dzong Il podczas zeszłotygodniowej wycieczki do Chin, postanowił wyskoczyć na chwilkę ze swojego lukspociągu i uderzyć na zakupy. A konretnie, to szukał “dobrej oliwy do sałatki”, choć zgodnie z tym, co wiadomo o Korei Północnej, powinien raczej szukać ryżu. Wielu, wielu ton ryżu.

Gazeta informuje, że Kochany Przywódca oliwy jednak nie dostał. Dywersja imperialistów.

7. Kuracja

Coś Wam mówi nazwisko Muhammad Nazaruddin? Tak, zagadliście! To skarbnik partii rządzącej Indonezją. Były skarbnik, bo oskarżono go o korupcję. A w zasadzie nie oskarżono, bo dzień przed postawieniem mu zarzutów, minister Nazaruddin nawiał do Singapuru. Jak się domyśla Dział Zagraniczny, z trzema bańkami dolarów w kieszeni, bo tyle miał przyjąć od różnych interesantów. Twierdzi, że pojechał tylko na badania. Dział Zagraniczny zgaduje, że pewnie trochę zajmą.

8. Ajri

No i na koniec, informacja tygodnia. Rastamouse wydaje singiel! “Hot, hot, hot” trafi na półki 26 czerwca. Czekamy.

(nie mogę wkleić fragmentu singla, do odsłuchania pod tym linkiem)

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Prezydent jest w kontakcie

Od razu na wstępie warto zaznaczyć, że podsumowania tygodnia nie będzie w następną niedzielę, ani w jeszcze następną, bo za kilka dni Dział Zagraniczny wyjeżdża – jak nazwa wskazuje – zagranico.

1. Sto lat, sto dziesięć

Zacznijmy od smutnej informacji. Jeszcze w marcu Dział Zagraniczny życzył z okazji 110. urodzin wszystkiego najlepszego Claudeowi Choulesowi, ostatniemu żyjącemu weteranowi I Wojny Światowej.
Niestety, urodziny okazały się ostatnie – w czwartek Choules zmarł. Był bohaterem kilku filmów dokumentalnych, w których mówił, że okropieństwa konfliktów zbrojnych (służył też w II Wojnie Światowej) zrobiły z niego pacyfistę i że jest przeciw gloryfikacji przemocy, dlatego między innymi odmawiał brania udziału w obchodach kolejnych rocznic związanych z wojnami, w których brał udział.
Może nie była to postać wielka, ani wybitna, ale jego postawa na pewno warta jest naśladowania.

Claude ChoulesClaude Choules 1901-2011 (Fot. AP)

2. Ziemia Święta

No to przy okazji konfliktów: wciąż nie wygasa ten na granicy Kambodży i Tajlandii.
O co chodzi? W IX w. Khmerowie zbudowali świątynię Preah Vihear mniej więcej w środku Indochin, które wówczas kontrolowali prawie w pełni. Po latach jednak, ich imperium zaczęło się kurczyć, a władzę na opuszczanych terenach przejmowali nowi władcy i nowe narody. Dziś, po wielu wiekach, trochę trudno dojść do porozumienia kto dokładnie jest spadkobiercą czego. Tak jest też w przypadku Preah Vihear – pretensje do kompleksu zgłaszają zarówno Tajlandia jak i Kambodża. W XX w. było co najmniej kilka prób rozwiązania dysputy, ale niewiele z nich wynikało. W końcu, w 1962 r., Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości uznał, że świątynia należy się jednak Phnom Penh. Sęk w tym, że nie wypowiedział się w sprawie okolicznych ziem, a że są to tereny zalewowe, to Tajlandia uznała, że mapy z początku poprzedniego wieku (na podstawie których zapadł wyrok) nie oddają sytuacji na miejscu i że same budynki to Kambodża może sobie jeszcze wziąć, ale już okolicę bierze Bangkok.
I git, nikt by się sprawą w ogóle nie przejmował, bo powiedzmy sobie wprost: Preah Vihear leży na kompletnym zadupiu. Ale w lipcu 2008 r. Kambodża wystąpiła do UNESCO o wpisanie świątyni na listę Światowego Dziedzictwa Kulturowego. I nagle, w Bangkoku komuś się zagotowało pod czapką. Tajlandia wysłała na miejsce żołnierzy, sąsiad po drugiej stronie granicy zrobił dokładnie to samo, a co się dzieje, kiedy w gorącym klimacie rozlokujecie niedaleko siebie dwa obozy facetów z ciężką bronią, to naprawdę nie powinno być na nikogo wielką tajemnicą.
Więc szybko doszło do pierwszych potyczek, które z pewnymi przerwami powtarzają się do dziś. W sumie zginęło w nich już kilkadziesiąt osób, w tym paru cywilów.
W poniedziałek Kambodża powtórnie pozwała sąsiada do Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości.

Czy panowie w togach zdołają położyć kres konfliktowi? Dział Zagraniczny nie wie, ale radzi, żeby się pośpieszyli – już dzień po złożeniu sprawy, w Preah Vihear do licznika dołączyła kolejna ofiara, żołnierz z Tajlandii.

3. Logroño, bierz przykład z Yorku i się nie wygłupiaj

A przecież da się rozwiązywać spory na spokojnie. Weźmy Hiszpanię i Argentynę. W Europie mają region, który nazywa się La Rioja i produkuje wina od IX w., a w Ameryce Łacińskiej Juan Ramirez de Velazco w 1591 r. założył miasto Todos los Santos de la Nueva Rioja, gdzie… tak, produkuje się wina.
Dopóki podróż z jednego kontynentu na drugi wymagała żagli, szczurów pod pokładem i szkorbutu po dotarciu do celu, to nikt się nie spinał. Ale przyszła globalizacja i procenty z Argentyny zaczęły zdobywać uznanie w Stanach i na Starym Kontynencie. Na co sepleniący wąsacze z Półwyspu Iberyjskiego nie mogli nie zareagować:
– Oddawać trejdmarka! – krzyknęli Hiszpanie i w 1999 r. poszli do sądu.
A ten wydał w tym tygodniu wyrok (12 lat, nawet nie chce mi się tego komentować), w którym odrzucił skargę, ponieważ nie tylko na wszystkich argentyńskich etykietkach jest wyraźnie napisane “La Rioja ARGENTINA”, ale w dodatku przytłaczająca większość winogron używanych w Europie to czarne Tempranillo, a z kolei w produkcji latynoskiej dominują białe Torrontes.

Dział Zagraniczny pił i jedne, i drugie. A, że na winach się tak naprawdę nie zna, to różnicy nie wyczuł. Poza tym, umówmy się, że chyba jednak większość świata – podobnie jak autor tego bloga – kieruje się jedną zasadą: butelka ma nie trzeszczeć więcej niż trzydzieści zeta. I chlup.

4. Bramka ważniejsza od flagi

Jeszcze przy okazji Argentyny dwa newsy.

Po pierwsze, był kiedyś Manuel Belgrano. Który zasłużył się tym, że zaprojektował flagę Argentyny. No i jeszcze kilkoma rzeczami, ale prawda jest taka, że liczy się przede wszystkim sztandar i za to Manuel trafił na 10-pesowe banknoty. Chociaż tyle od rodaków, którzy za życia się na niego wypięli, przez co umierał w nędzy.
Ale okazuje się, że w dzisiejszych czasach walka o niepodległość ojczyzny uległa inflacji. Bo chłopaki z Kościoła Maradony (tak, Ręka Boga ma kilkadziesiąt tysięcy zarejestrowanych wyznawców) rozkręcili na fejsbuku akcję, żeby jednak Manuela zastąpić Diegiem.

Dział Zagraniczny proponuje też, że jak ze stówek poleci Roca, to warto na nie dać Messiego. Dzięki temu oba typy banknotów będzie można fizycznie zmniejszyć o połowę. Ratujmy lasy!

Belgrano pesoTu już niedługo wyznawcy chcieliby widzieć Boskiego Diego

News drugi jest taki, że Policja Federalna założyła sobie oficjalne konto na Twitterze. Warto czytać. Ulubiony wpis Działu Zagranicznego: “Dzieci biorą narkotyki, żeby być w lepszym kontakcie ze społeczeństwem”.

5. Comando Wojtyła

Kto jeszcze bierze, żeby być w lepszym kontakcie? Kończący właśnie karierę prezyden Peru, Alan García. Rzecze bowiem Alan w poniedziałek przy okazji otwierania hydroelektrowni:
– Jego pierwszym cudem [“jego”, czyli Jana Pawła II, a pierwszym po beatyfikacji – przyp. DZ] było usunięcie ze świata wcielenia zła, inkarnacji przestępstwa i nienawiści!
Czytaj: Karol załatwił Osamę.

Alan, jak już bierzesz, to chociaż powiedz co konkretnie. Dział Zagraniczny też chce.

6. Najciemniej pod latarnią

Dział Zagraniczny nie wie, czy Alan García zna się z Sheryl Cwele, ale to możliwe. Kim jest pani Cwele? Szefową siatki, która przemycała duże ilości narkotyków z Ameryki Południowej i Turcji do RPA. Przestępcy wpadli, kiedy dwa lata temu w Sao Paulo aresztowano członkinię grupy, która w torbie między bikini a szortami upchała dodatkowe 10 kilo kokainy. I szybko zaczęła sypać wspólników.
Niby banał, ale sprawa staje się ciekawsza, kiedy uświadomimy sobie, że Sheryl Cwele jest żoną Siyabongi Cwele. Czyli… szefem Agencji Bezpieczeństwa Publicznego, odpowiedzialnej między innymi za walkę z przemytem narkotyków.
Sheryl dostaław piątek 12 lat. Siyabonga trzyma się jednak stołka, nie chce się podać do dymisji i twierdzi, że w ogóle o niczym nie wiedział. Jak dla mnie – Śledczy Roku.

7. A mógłby być świetnym gitarzystą

Policja walcząca z handlarzami narkotyków odniosła też sukces w Brazylii. We wtorek w Santa Catarina zatrzymano mężczyznę podejrzanego o działalność w tej branży, ale facet wykręcał się, podając za własnego brata i pokazując jego dokumenty (ale ze swoim zdjęciem). Na nic to jednak, bo brat miał u każdej dłoni palców pięć. A aresztowany sześć. Serio:

SześciopalczastyTrochę trudne do ukrycia cechy szczególne (Fot. AFP)

Kiedyś w “Wyborczej” był taki tekst o wyłudzeniach ubezpieczeń. Są ludzie, którzy dla kilku tysięcy odrąbują sobie własne palce u rąk, po jednym na parę miesięcy. Dział Zagraniczny widzi potencjał po drugiej stronie oceanu.

8. A podobno od nadmiaru głowa nie boli

And last but not least, Uniwersytet Nowej Południowej Walii (w Australii, znaczy się) przepytał kilka tysięcy mieszkańców kraju w kwestii ich preferencji seksualnych. I wyszło, że wśród chłopców w grupie wiekowej 16-24, tylko 1/3 respondentów chciałaby uprawiać seks częściej niż to się dzieje obecnie. Reszcie styka jak jest, a 12 proc. powiedziało nawet, że woleliby jednak kochać się rzadziej.

Dział Zagraniczny myślał nad interpretacją. Bardzo intensywnie. I przyznaje się do porażki.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.