Archive

Posts Tagged ‘Chile’

Prezydent ulepsza rasę

Prezydent Piñera jest odprężony i uśmiechnięty. Trudno, żeby nie był. To ciepły, słoneczny dzień w stosunkowo niewielkim Los Ángeles, daleko na południe od stolicy i tamtejszej napastliwej prasy. Mieszkańcy przyszli się z nim zobaczyć, są w dobrych nastrojach. Ktoś podaje mu niemowlaka, najprostszy sposób, żeby zapunktować w sondażach u przyglądających się matek. Piñera bez namysłu wypala więc do ojca:

– Gratuluję ci, bo wykonałeś świetną robotę. Ulepszasz rasę!

Twitter i Facebook eksplodowały. Nagranie ze spotkania trafiło na Youtube, a chilijski internet przez kilka dni kpił z tego, że blond włosy dziecka, są dla prezydenta znakiem rasowej dominacji.

Ale samego Piñery, sprawa nie mogła obejść mniej. W ostatnich tygodniach rządzenie idzie mu tak źle, że w zasadzie sięgnął dna. A wystąpienia w internecie nie mogą się nawet równać z tymi w realu.

Pinera i rasaPrezydent ulepsza rasę zgodnie z najlepszymi tradycjami swojego kraju (Fot. Gobierno de Chile)

Wyniki sondażu, opublikowanego wczoraj przez chilijski ośrodek badania opinii społecznej Adimark, są na pierwszy rzut oka łaskawe dla prezydenta: popiera go o 6 proc. więcej respondentów, niż w sierpniu zeszłego roku. Problem widać, kiedy spojrzymy na suche liczby. Przeciwnych Piñerze jest aż 58 proc. Chilijczyków. Zwolenników jest zaledwie 33 proc. – o dwa pkt. mniej, niż jeszcze w listopadzie. A wiele wskazuje na to, że w kolejnych badaniach wyniki te będą się dla głowy państwa jeszcze pogarszać.

Piñera gdzie się nie ruszy, tam popełnia błędy. W lipcu, Dział Zagraniczny informował, że prezydenckie dołowanie w sondażach przypomina skok z samolotu bez spadochronu. Już miesiąc później, była nadzieja chilijskiej prawicy zderzyła się z ziemią – tylko 27 proc. poparcia, przy rekordowych 68 proc. społecznego niezadowolenia.

Głowę państwa pociągnęły wtedy na dno protesty studentów i licealistów. Chilijski system edukacyjny jest jednym z najbardziej nierównych na świecie. W 1981 r., wojskowa junta Augusto Pinocheta praktycznie sprywatyzowała naukę. Na edukację przeznacza się zaledwie 3 proc. PKB (dla porównania: w Polsce jest to ok. 6 proc.), więc uczelnie wyższe muszą się de facto utrzymywać same. Studia są płatne i to wysoko. Biedniejsi mogą się na nie zdecydować dopiero po wzięciu kredytów, które potem z trudem spłacają długie lata, a na komfort bezstresowej nauki mogą sobie pozwolić jedynie najbogatsi. Tych jest dosłownie garstka: według OECD, stosunek dochodów najzamożniejszych i najbiedniejszych Chilijczyków wynosi aż 27:1 (w Polsce to 8:1).

Studenci i licealiści zorganizowali w sierpniu ogromne protesty. Niektórzy rozpoczęli strajk głodowy. Na demonstracjach masowo przyłączali się do nich sympatycy w wieku ich rodziców, a nawet dziadków. Największy związek zawodowy w kraju, w ramach solidarności ogłosił strajk generalny. Ana Tijoux, jedna z najpopularniejszych młodych wokalistek w Ameryce Łacińskiej, nagrała o nich piosenkę:

Efekt? W poniedziałek, 45 licealistów, którzy brali udział w zeszłorocznych protestach, dowiedziało się, że nie mają po co wracać do swoich szkół po wakacjach (w Chile właśnie kończą się wczasy), bo zostali z nich wyrzuceni. Zasady działania systemu pozostały nietknięte. A prezydent nazwał protesty “drugim trzęsieniem ziemi” (to nawiązanie do potężnej katastrofy sprzed trzech lat), które poważnie uderzyło w chilijską edukację. Piñera, przed objęciem urzędu jeden z najbogatszych ludzi w kraju, problemu jak nie widział, tak nie widzi.

Tego w Patagonii, też jakoś dostrzec nie mógł. Rok temu, południowym regionem Magellanes wstrząsały gwałtowne zamieszki. Prezydent obiecał, że zajmie się ich powodami. Minęło kilka miesięcy, a w sąsiedztwie mamy powtórkę z rozrywki.

W regionie Aysen, od połowy lutego praktycznie co noc wybuchają zamieszki. Policja rozpędza codziennie rozpędza tłum armatkami wodnymi i gazem łzawiącym, a mieszkańcy odpowiadają kamieniami i budowaniem barykad. Są ranni i zabici. W zeszłym tygodniu zginął pięciolatek. Amnesty International wzywa do zbadania doniesień o wyrywkowych aresztowaniach i pobiciach.

Protestujący domagają się między innymi utworzenia w ich regionie publicznego uniwersytetu. Ale przede wszystkim chodzi im o koszty życia. Latem, Patagonia jest piękna i przyciąga tysiące turystów. Zimą trudno tam wytrzymać. Ceny paliwa, prądu, czy energii są prawie dwukrotnie wyższe, niż w stolicy, tymczasem płace są niższe. I to mimo, że Aysen ma trzykrotnie wyższy wzrost gospodarczy, niż wynosi średnia krajowa, a rząd planuje w tym miejscu wybudowanie – kosztem 10 mld dolarów – ogromnej hydroelektrowni.

Sęk w tym, że pieniądze nie zostają w Aysen, a region nie może nimi sam zarządzać. To także spadek po dyktaturze wojskowej, która wprowadziła ścisły centralizm w podejmowaniu decyzji. O wszystkim decyduje stolica: nawet gubernatorzy poszczególnych prowincji nie są wybierani w wyborach, tylko nominowani w Santiago. Po drugiej stronie granicy – w Argentynie – jest dokładnie na odwrót. Na południu Chile szczególnie kłuje to w oczy, bo żeby dostać się do niektórych miast w tej części kraju, trzeba jechać drogą, która częściowo przebiega właśnie przez terytorium sąsiada. Dlatego część protestujących pozowała do zdjęć z transparentami: “Adoptuj nas, Argentyno!”.

BacheletTa pani mogłaby swoją popularnością obdzielić trzech Piñerów (Fot. Maciej Okraszewski/Dział Zagraniczny)

Prezydentowi nie idzie nawet w tym, co przyniosło mu wcześniej popularność.

Kiedy w lutym 2010 r., potężne trzęsienie ziemi zdewastowało dużą część kraju, Piñera był już po minimalnie wygranych wyborach, ale jeszcze przed zaprzysiężeniem. Działał jednak błyskawicznie. Obleciał wszystkie dotknięte regiony swoim prywatnym helikopterem, wszędzie dodawał ludziom otuchy i obiecywał pomoc.

Kilka miesięcy później, pod ziemią utknęło słynnych już 33 górników. Piñera poruszył niebo i ziemię, żeby wydobyć ich na powierzchnię i zadbał o to, żeby wszystkie obiektywy były skierowane na niego, kiedy w blasku fleszy przytulał ostatniego z uratowanych.

Wówczas popierało go aż 63 proc. wyborców. Jednak prezydent z łatwością roztrwonił ten kapitał.

Warunki w chilijskim kopalnictwie nie poprawiły się ani na jotę. A prokuratura właśnie oskarżyła ośmiu byłych urzędników, którzy podczas pamiętnego trzęsienia nie wydali ostrzeżenia o powstrząsowym tsunami. Ich wina jest bezsprzeczna – na szczęście, wielu mieszkańców wybrzeża samodzielnie uciekło w porę wgłąb lądu – ale zdaniem opozycji, sposób przeprowadzenia sprawy i jej nagłośnienia, jest próbą obarczenia za katastrofę poprzedniej ekipy. Tym bardziej, że administracja próbuje przykrywać niewygodne dla siebie fakty. Prezydenccy urzędnicy twierdzą, że udało im się odbudować domu 47 proc. poszkodowanych rodzin. Tymczasem opozycyjna chadecja ujawniła, że do tej liczby są także zaliczane dopiero co rozpoczęte remonty, a rzeczywista ilość ukończonych prac nie przekracza 11 proc. 148 tys. rodzin wciąż czeka na dach nad głową.

W listopadzie 2013 r., odbędą się w Chile wybory. Konstytucja zabrania natychmiastowej reelekcji, więc Piñera nie będzie mógł brać w nich udziału. Na szczęście dla siebie: Michelle Bachelet, poprzednia głowa państwa i murowana kandydatka opozycji w następnym głosowaniu, odchodziła z urzędu z rekordowym, ponad 80-procentowym poparciem społecznym. Według ostatnich sondaży, wciąż się takowym cieszy. Gdyby Piñera jednak mógł stanąć z nią do walki, zostałby rozjechany jak walec.

Może więc lepiej, żeby już zaczął się oswajać z perspektywą emerytury. I ulepszania rasy, oczywiście.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Prawdziwy Głos

Manuel i Isidro ze sobą nie rozmawiają. Ich rodzinną wieś Ayapa w południowo-wschodnim Meksyku zamieszkuje zaledwie 415 osób, a domy obu mężczyzn dzieli niecałe 500 metrów, ale od lat żaden nie zamienił słowa z drugim i nie zanosi się, żeby miało się to zmienić. Po prostu nie chcą mieć ze sobą nic wspólnego. Koniec. Kropka.
O co trwa spór w latynoskiej wersji “Zemsty” Fredry? Nie wiadomo – zaczęło kilkadziesiąt lat temu od jakiejś legendarnej kłótni. Być może wywołał ją Manuel – który według sąsiadów “jest trochę dupkiem” – ale chociaż już nikt tego dokładnie nie pamięta, to spór pozostał. I być może nigdy się nie skończy, bo Manuel ma 75 lat, a Isidro 69, więc łatwo sobie wyobrazić, że obu mężczyznom do śmierci jest bliżej niż dalej. Problem w tym, że wraz z nimi umrze jeszcze Ayapaneco. Język ich przodków, w którym dziś mówią już tylko (ale nie do siebie) właśnie Manuel i Isidro.

ManuelManuel podczas tego, co wychodzi mu najlepiej: nierozmawiania z Isidro (Fot. Jaime Avalos/EPA)

Emeryci nie używają zresztą nazwy “Ayapaneco” – tak ich język ochrzcili hiszpańscy koloniści. Zamieszkujące te ziemie plemię wolało określenie “Nuumte Oote”, “Prawdziwy Głos”. Choć porozumiewających się w nim ludzi nigdy nie było przesadnie wielu, to jeszcze do połowy XX w. w Ayapa był popularniejszy od hiszpańskiego. Jednak wtedy władze Meksyku wpadły na pomysł alfabetyzacji kraju i przymusowej edukacji w języku narodowym – używanie jakiekolwiek innego stało się w szkołach surowo zabronione. Dzieci stopniowo wtrącały coraz więcej obcych słów do Nuumte Oote, a sprawę ostatecznie przypieczętowały urbanizacja i budowa solidnej drogi: w poszukiwaniu pracy, młodzie wyjeżdżali do miast, gdzie rozmywali się w masie nieznających “Prawdziwego Głosu” Meksykanów. W Ayapa, pamiętają go już tylko dwaj skłóceni ze sobą staruszkowie.

Nuumte Oote ma jednak szansę przeżyć swoich użytkowników. Daniel Suslak, wykładowca antropologii na Indiana University, od kilku lat kursuje bowiem między domami obu mężczyzn i na podstawie rozmów z nimi, tworzy słownik Ayapaneco. Projektem zainteresowała się Instituto Nacional de Lenguas Indígenas, czyli państwowe centrum badań nad językami rdzennymi i niewykluczone, że Suslak dostanie dofinansowanie od rządu Meksyku. Trochę szkoda, że ten zdecydował się na pomoc dopiero, kiedy Nuumte Oote naprawdę dogorywa. Ale to lepsze niż nic, szczególnie, że na świecie nie brakuje języków, które już za chwilę znikną bez śladu, nawet w najcieńszym słowniku.

HadzaMężczyzna z plemienia Hadza wypatruje pozostałe 900 osób, które go rozumieją (Fot. Martin Schoeller/National Geographic)

Na świecie współistnieje dziś – prawdopodobnie – prawie 7 tys. języków. Ale, jak dowodzą badania Muzeum Archeologii i Antropologii z Cambridge, w ciągu 20-30 lat, połowa z nich będzie już martwa.

Niektóre umrą wraz z ostatnimi ludźmi, którzy potrafią się nimi posługiwać. Na przykład, Yahgan (Ziemia Ognista), Tinigua (Kolumbia), Pazek (Tajwan), Laua (Filipiny) czy Bishuo (Kamerun) są znane już tylko po jednej osobie (a listę można ciągnąć i ciągnąć).

Inne, chociaż teoretycznie spełniają warunek słynnego językoznawcy Michaela E. Krauss’a, zgodnie z którym są “bezpieczne” (musi się nimi w każdym momencie posługiwać ponad setka mieszkających na wspólnym obszarze dzieci), to w istocie znikną w ciągu jednej generacji.
Czasami dlatego, że są one najzwyczajniej w świecie “mordowane”. Na przykład, składająca się z aż 17 tys. wysp, zamieszkanych przez ponad 300 grup etnicznych Indonezja, prowadzi świadomą politykę wykorzeniania miejscowych dialektów i zastępowania ich urzędowym Indonezyjskim).
Inne zwyczajnie nie są w stanie przetrwać próby czasu w integrującym się z różnych grup społeczeństwie. Tak dzieje się chociażby w Tanzanii. Gdy kraj uzyskiwał niepodległość (jeszcze jako Tanganika w 1961 r, obecną nazwę przyjął dopiero 3 lata później, po zjednoczeniu z Zanzibarem), jego pierwszy przywódca, Julius Nyerere, głowił się: jak w państwie zamieszkanym przez ponad 120 plemion, uniknąć krawych wojen domowych, grożących wszystkim zamkniętym w sztucznie wyznaczonych przez Europejczyków granicach? Odpowiedź była na wyciągnięcie ręki – kiswahili. Powstały na wybrzeżach Afryki Wschodniej język, wraz ze wzrostem handlu rozprzestrzenił się wgłąb lądu i był prawdziwym lingua franca szlaków kupieckich. Nyerere postawił na jego całkowite upowszechnienie (szczególnie przez prowadzoną w nim darmową i obowiązkową edukację podstawową) i chociaż w kraju wciąż są regiony, gdzie języki plemienne wiodą przed nim prym, to na większości terytorium Tanzanii, to on jest numerem jeden. Im więcej osób się nim posługuje, tym częstsze są związki międzyplemienne, a urodzone z nich potomstwo chętnie porzuca dla niego języki przodków. Piszący te słowa spędził w Tanzanii w sumie kilka miesięcy i od swoich rówieśników często słyszał: – Mój ojciec jest z Chaga, moja matka z Nyamwezi, a ja urodziłem się w Dar es Salaam i znam tylko kiswahili.

Nie wszystkie zagrożone języki są automatycznie skazane na wyginięcie. Niekiedy, przy tytanicznej pracy filologów i miłośników, da się odtworzyć taki, który już praktycznie stał na krawędzi.
Hebrajski, chociaż pozostawał językiem rytualnym, stracił swoją pozycją jako język ojczysty dla Żydów rozproszonych w diasporze, a odrodzenie zaczął przeżywać dopiero pod koniec XIX w. Dziś (w nieco zmienionej formie) jest językiem urzędowym Izraela i posługuje się nim niemal 7 mln osób. Od śmierci udało się uratować też irlandzki [czy tam celtycki, Gaeilge, czy jak kto woli], hawajski, czy chociażby salento. Ba! Włoski Sud Sound System dostaje kasę od lokalnych władz, tylko za to, że swoje piosenki nagrywa właśnie w tym dialekcie:

Prawdziwy problem pojawia się przy językach, które nie mają formy pisanej. Przekazywane ustnie legendy, pieśni itp. da się uratować i utrwalić na różnych nośnikach (robił już tak Bronisław Piłsudski, brat Józefa, który po zesłaniu na Sachalin, zaczął rejestrować język Ajnów na… wałkach woskowych). Jak jednak przenieść je na papier? Ustalić ich gramatykę?
Somalijski, chociaż posługiwali się nim niemal wszyscy mieszkańcy dzisiejszej Somalii, przez wieki nie dorobił się zapisu. Chociaż Osman Jusuf Kendid stworzył projekt własnego alfabetu już w latach 20. XX w., to zwolennicy różnych opcji (silnie promowany był np. alfabet arabski) ścierali się przez następne pół wieku, aż ostatecznie stanęło na alfabecie łacińskim.

W Chile zamieszkuje rdzenne plemię Mapuche. Ich liczebność ocenia się różnie, od 600 tys. aż do 1 mln. Tak czy siak – wydawać by się mogło, że jest ich ostatecznie wielu, by ich własny język kwitł bez przeszkód.
Nic bardziej mylnego. Mapudungun był ostro tępiony przez dyktaturę Pinocheta (za jego używanie w szkołach, dzieci karano biciem), a po jej upadku nikomu nie zależało na jego promowaniu. Dział Zagraniczny spędził wśród Mapuche trzy miesiące i doskonale wie, że najmłodsze pokolenia mają problem nawet z powiedzeniem “Kocham Cię”, chyba jednym z najbardziej podstawowych zwrotów we wszystkich językach świata.
Chociaż co do jego zapisu w języku łacińskim nikt nie ma żadnych wątpliwości, to wciąż nie ustalono do końca, jak przenosić na czcionki niektóre z jego zgłosek. Przed laty, Microsoft wypuścił tłumaczenie Windowsa na Mapudungun i niedługo później musiał go wycofywać, bo lokalne społeczności Mapuche oskarżyły amerykańską firmę, że z góry narzuca im określoną pisownię. Ich języka naucza się w szkołach (jako drugiego i tylko w Regionie IX) dopiero od 2010 r. Piszący te słowa był na przygotowującym tę zmianę kongresie nauczycieli Mapuche w Temuco i pamięta wyraźnie, że chociaż wszyscy starali się porozumiewać tylko i wyłącznie w Mapudungun, to czasami odruchowo przechodzili na hiszpański – w ich języku po prostu brakuje niektórych słów.

MapudungunNauczyciele Mapuche podczas rozkminy, jak w Mapudugun powiedzieć: “Siadaj, pała” (Fot. Maciej Okraszewski/Dział Zagraniczny)

Ile języków przetrwa do końca XXI w? Czy mandaryński zastąpi angielski? Trudno powiedzieć. Okazuje się jednak, że Ayapaneco ma na to większe szanse, niż się wydawało. Po tym jak historię Manuela i Isidro opisała prasa od Urugwaju po Mongolię, Instituto Nacional de Lenguas Indígenas ogłosiło, że chciałoby w Ayapa zorganizować lekcje Prawdziwego Głosu, na których mieszkańcy uczyliby się od obu mężczyzn. Najwyraźniej do stolicy nie dotarł główny przekaz artykułów – Manuel z Isidro w jednym pokoju siedzieć nie będzie. Koniec. Kropka.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Skok bez spadochronu

Sebastián Piñera, prezydent Chile, lubi sobie polatać. Stać go: jako jeden z najbogatszych ludzi w kraju, do objęcia urzędu miał 30 proc. akcji LAN, jednej z największych linii lotniczych na kontynencie (po ślubowaniu sprzedał). Ale na tym Sebastianowi wcale nie dość – gdy mu się nudzi, siada za sterami prywatnego helikoptera i leci w nieznane. Zaledwie w styczniu wywołał spory skandal, awaryjnie lądując swoją maszyną na środku ruchliwej autostrady, jakieś 200 km na południe od stolicy.
– Zabrakło mi paliwa – tłumaczył się rozbrajająco.
Najwyraźniej ostatnio doszło mu jeszcze jedno hobby: skoki ze spadochronem. Piñera poszybował w dół 9 miesięcy temu i wciąż spada. Z każdym tygodniem jest coraz niżej, ale wciąż jeszcze nie otworzył plecaka. Nie wiadomo nawet, czy w ogóle ma jakikolwiek spadochron.

Pinera i gornicyCzłowiek który pikuje w dół jak kamikadze, pierwszy z prawej (Fot. Reuters)

Chodzi oczywiście o sondaże. Gdy w styczniu 2010 r. Piñera wygrywał wybory jako pierwszy prawicowy kandydat od obalenia dyktatury Pinocheta, jego przewaga była minimalna (51 proc. głosów) i większość analityków była zgodna, że sukces zawdzięczał w zasadzie tylko temu, że jego rodacy byli już najzwyczajniej w świecie zmęczeni rządzącą od 20 lat lewicą. Nikt nawet w żartach nie wróżył, że mógłby zdobyć poparcie choćby zbliżone do tego, jakim cieszyła się odchodząca z urzędu Michelle Bachelet, najpopularniejszy polityk w historii kraju. Ale wtedy Chile niespodziewanie nawiedziły dwie katastrofy, które wystrzeliły nową głowę państwa w powietrze.
Najpierw, w lutym, kraj zdewastowało największe trzęsienie ziemi od pół wieku. Piñera, wtedy jeszcze jako prezydent elekt (ślubowanie miał dopiero w następnym miesiącu), zareagował błyskawicznie. Obleciał swoim helikopterem wszystkie najbardziej dotknięte przez kataklizm rejony, aktywnie włączył się do akcji ratunkowej, obiecał szeroki plan pomocy ofiarom i nie zapominał, żeby w każdym momencie mieć przy sobie choć jednego fotografa. Prawdziwy przywódca i to w momencie, kiedy naród najbardziej go potrzebuje. A w kilka miesięcy później, pod ziemią utknęło słynnych 33 górników, o których trąbiono dzień w dzień nawet w Polsce. Gdy na powierzchnię wyciągano ostatniego z nich, Piñera już czekał, żeby uścisnąć go w błysku fleszy. Jego notowania w sondażach dosłownie eksplodowały. Gdyby wtedy mogli, Chilijczycy wybraliby go papieżem i miss świata jednocześnie.

Fast forward o jeden okres ciążowy do przodu i sondaże przenoszą nas w zupełnie inną rzeczywistość. Badanie instytutu Adimark pokazuje, że prezydenta popiera tylko 31 proc. respondentów. 60 proc. ocenia go źle. Zdaniem wyborców, jedyna dziedzina, w której rząd sobie radzi, to polityka zagraniczna.

Sondaze

Skąd taka drastyczna zmiana? Bo od akcji ratunkowej górników, rząd zalicza wpadkę za wpadką.
Podczas kampanii wyborczej, Piñera obiecywał, że jako jeden jako prezydent utworzy milion nowych miejsc pracy. Chociaż osiągnął niecałą połowę, to i tak ogłosił sukces. Wielu Chilijczyków czuje się po prostu nabitych w butelkę.
W styczniu, położonym najdalej na południe Regionem XII wstrząsały ogromne protesty przeciw podwyżce cen gazu, który w tak zimnym klimacie jest dla mieszkańców jednym z dóbr podstawowych. W Araukanii wciąż toczy się brutalny konflikt pomiędzy rządem a indianami Mapuche, co jakiś czas niepokoje wybuchają również na Wyspie Wielkanocnej.
Plany budowy tam na dwóch rzekach w Patagonii (co prawdopodobnie wiązałoby się z dużym zanieczyszczeniem tych dziewiczych terenów) wzbudziły taki gniew większości Chilijczyków, że wart 3 mld dolarów projekt trzeba było ostatecznie zamrozić.
Tegoroczne demonstracje uczniów i studentów, domagających się lepszego zarządzania edukacją, sparaliżowały stolicę. Piñera zareagował jak zwykle – składając obietnice i nie mówiąc niczego konkretnego.
W dodatku lwia część jego rodaków nie może mu darować, że w proteście przeciwko jego zakulisowym machinacjom w lokalnym związku piłki nożnej, do dymisji podał się Marcelo Bielsa, człowiek który dosłownie w pojedynkę odbudował piłkarską reprezentację i doprowadził ją na Mundial w RPA. W latynoskim kraju to naprawdę nie jest sprawa drugorzędna.

Piñera wykładał się na każdym kroku i już wydawać by się mogło, że niżej w sondażach spaść nie może. A jednak. Jest szansa. Bo po raz pierwszy od 20 lat, strajk ogłosili właśnie górnicy zatrudnieni w państwowym molochu Codelco. Praca stanęła na 24 godziny w kilkunastu kopalniach w całym kraju. Związkowcy nie zgadzają się na reformy, które ich zdaniem, doprowadzą do masowych zwolnień.

Czy polityk, który największe poparcie w życiu zdobył dzięki górnikom, teraz z ich powodu sięgnie dna? Zobaczymy. Na razie, spadochron wciąż się nie otworzył.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Pompeje Patagonii

Wulkanolog przybywa na wieś o nazwie Góra Dantego, nazwanej tak od długo uśpionego wulkanu, która niedawno została obwołana drugim najbardziej pożądanym miejscem do życia w Ameryce i odkrywa, że Góra Dantego może się obudzić w każdej chwili.

To zamieszczony na stronie IMDB skrócony opis (w tłumaczeniu własnym) fabuły filmu katastroficznego o tytule – zaskoczenie! – “Góra Dantego” (choć “peak” to po angielsku raczej “szczyt”, ale co to dla lingwistów odpowiedzialnych za “Wirujący seks”). Wulkanologiem jest Pierce Brosnan i to w zasadzie jedyne, co dobrego można powiedzieć o tej produkcji (może jeszcze, że za kamerą stał Andrzej Bartkowiak). Niestety, dzieło nakręcono jeszcze w 1997 r., więc większość z czytających te słowa zdążyła już pewnie być nim skatowana co najmniej trzy-cztery razy: czy to przez Polsat, czy też kierowców w autokarach do Holandii. Dział Zagraniczny może część scen cytować z pamięci. Dramat, po prostu.
W każdym razie, w trakcie filmu, absolutnie przepiękne miasteczko położone w górach nad krystalicznie czystym jeziorem, otoczone gęstymi lasami, w których jedno gorące źródło goni drugie, zostaje całkowicie zniszczone. W ostatniej scenie tego arcydzieła, kamera przelatuje nad jego ruinami, a na końcu pokazuje wulkan, który całkowicie się już wypalił i została z niego żałosna kupka gruzu. I to jest właśnie ten moment, kiedy Dział Zagraniczny myśli sobie: “Łooo… Ekstra miejsce na wakacje!”. Czy ktoś jeszcze też tak ma? Czy zastanawialiście się kiedyś, jak to by było zrobić sobie kilkudniową wycieczkę do opuszczonego po katastrofie miasta?

No więc, Dział Zagraniczny tak właśnie zrobił. I efekt możecie obejrzeć na stronie internetowej tygodnika “Polityka”:

Polityka

Chciałbym coś do tego dodać. Raz, że fotoreportaż wyszedł mi średnio. Dwa, że same zdjęcia nie oddadzą klimatu Chaitén.
Mam tylko drobny problem z formą. Jestem z zasady przeciwnikiem pisania tekstów prasowych w pierwszej osobie. Materiały informacyjne w ogóle powinny być jej pozbawione (dlatego większość wpisów na Dziale Zagranicznym ma formę bezosobową), ale moim zdaniem wypada też fatalnie w reportażu, bo zbyt łatwo przeradza się to w opowieść pod tytułem “Ja i moje przygody wśród dzikusów”.
W tym przypadku, trudno mi jednak takiej formy uniknąć. Raz, że to faktycznie była pewnego rodzaju przygoda. Dwa, że to miejsce absolutnie warto odwiedzić (na co liczą też zapewne ci z mieszkańców, którzy tam po katastrofie wrócili), więc warto wiedzieć na co się przygotować.

Także bach. Klasyczny wpis blogowy, podróżniczo-przygodowy. Enjoy.

ChaitenFot. Maciej Okraszewski/Dział Zagraniczny

O Chaitén usłyszałem po raz pierwszy na studiach w Hiszpanii. 2 maja 2008 r. wulkan najpierw wydał głęboki pomruk, a potem eksplodował. Dla chilijskich mediów była to wiadomość dnia, bo miasteczko miało od wielu lat fantastyczną renomę turystyczną. Położone w absolutnie bajkowej okolicy, z dala od większych miast, będące bramą do Patagonii, miało wszystko, czego można by zapragnąć na kilkunastodniowym urlopie. Chcesz popływać w zatoce z delfinami? Chaitén. Chcesz połowić ryby w górskich strumieniach? Chaitén. Chcesz pojeździć konno po dziewiczych lasach? Chaitén. A może kąpiel w gorącym źródle? Chaitén. Jesteś miłośnikiem rzadkich gatunków ptaków? Chaitén!
Tak więc w Polsce trwa sobie weekend majowy, w Granadzie, gdzie studiowałem wtedy politologię, tym bardziej, a w Chaitén ewakuacja. Najpierw wywieziono wszystkich turystów i część mieszkańców. Ale większość z tych drugich upierała się, że to nic poważnego, bo przecież wulkan i tak co jakiś czas coś tam z siebie wypluwa, a ostatnie poważne bum miało miejsce jakieś 10 tys. lat temu. No i zostali. Trzeba było ich wywozić w tempie ekspresowym już trzy dni później, kiedy Chaitén gruchnął z całą swoją mocą.
Zdjęcia i nagrania z katastrofy błyskawicznie obiegły latynoskie media, a chwilę później można było je oglądać w Hiszpanii. Nic dziwnego – było co podziwiać. Eksplozji towarzyszyły gigantyczne wyładowania atmosferyczne, błyskawice przecinały niebo na tle monstrualnej chmury pyłu, która wyglądała, jakby chciała się przebić aż na księżyc. Zamiast podbijać kosmos, sparaliżowała Argentynę. Silne wiatry porwały całą tę masę pyłu, pognały ją ponad Andami i w ciągu kilku godzin cała Patagonia od gór po Atlantyk stała się szara. Ponoć przybrudziło się Buenos Aires.
Tymczasem dni mijały, a Chaitén nie przestawał wypluwać z siebie wnętrzności. Miejscowa rzeka, która do tej pory oplatała miasteczko, została zatamowana przez warstwy pyłu i wybiła nowe koryto przez samo śródmieście. Zniszczenia były porażające. Do głowy przychodziło tylko: Piercie Brosnanie! Gdzie jesteś?!

W końcu, po kilku tygodniach, wulkan nieco się uspokoił. Ale sejsmolodzy nie mieli wątpliwości – uaktywnił się na dobre, wciąż jest niebezpieczny i taka sama eksplozja może się powtórzyć dosłownie w każdej chwili.
Mieszkańców przewieziono na miejsce wojskowymi transporterami tylko na jeden dzień, żeby zabrali najcenniejsze pozostałości (pod warunkiem, że zdołali się dokopać do zasypanych domów). Rząd zadecydował: odbudowa miasteczka w tym miejscu jest zbyt niebezpieczna. To strefa zero, nikomu nie wolno tam wracać.
Chaitén miało stać się patagońskimi Pompejami.

Chaiten 2Fot. Maciej Okraszewski/Dział Zagraniczny

Rok później, wiedziałem już, że spędzę kilka miesięcy w Chile. Ale aż tak daleko na południe się nie wybierałem, poza tym wiedziałem, że jest to “strefa zero” i nikt nie ma tam prawa przebywać. I nagle, zupełnym przypadkiem, trafiłem na artykuł, w którym miejscowa prasa opisywała, że zarządzenia sobie, a życie sobie.
Część rodzin nie pogodziła się z tym, że ich miasto zostało skazane na zapomnienie i postanowiła wrócić. Rząd wciąż upierał się, że wybuduje im nową aglomerację w tej okolicy, ale uparli się i postawili na swoim. Nieco ponad rok od katastrofy, kilkadziesiąt osób zaczęło mozolną odbudowę Chaitén.

Wtedy wiedziałem już, że muszę tam jechać. Nie byłem tylko pewien, jak się tam dostanę. Z wszystkich informacji, jakie udało mi się zdobyć, wynikało, że jedyne połączenie drogowe jest tylko z Argentyną, a poza tym i tak je odcięli. Do miasta można więc dotrzeć tak jak wcześniej, to jest promem, ale on teraz wozi tylko zaopatrzenie “zbuntowanym” mieszkańcom, a poza tym na przystani czekają żołnierze i wszystkich ciekawskich od razu zawracają na pokład.
Trudno. Być i nie spróbować, to gotowy przepis na wyrzuty po alkoholu. Szczęśliwie tak się złożyło, że po kilku miesiącach mieszkania w Temuco (jeżeli ktoś czytał “Dzienniki motocyklowe” Che Guevary, albo widział film – to tam, gdzie psuje im się po raz pierwszy motor) poznałem mężczyznę, którego była żona pochodziła właśnie z Chaitén. I choć wyprowadziła się stamtąd jeszcze całe lata przed katastrofą, to przecież wciąż miała na miejscu rodzinę i mogłaby pomóc mi w dostaniu się na miejsce. Wyposażony w numer telefonu do jej szwagra, któregoś dnia załadowałem plecak, wsiadłem w autobus i ruszyłem do Puerto Montt.

Chaiten 3Fot. Maciej Okraszewski/Dział Zagraniczny

Miasto założyli niemieccy kolonizatorzy, których władze niepodległego już Chile z chęcią ściągały z Europy, żeby zasiedlili odległe części kraju. I niemieckość w Puerto Montt na pewno czuć. Część najstarszych budynków architektonicznie nawiązuje do dawnej ojczyzny założycieli tego miejsca. Sporo tu – jak na Chile – blondynów. W kawiarniach podają kuchen, który dosłownie krzyczy: “Pobiliśmy Francuzów w 1870!”. Jest czysto, jak w Bawarii.
A piszę o tych wszystkim, bo miałem dużo czasu, żeby się rozejrzeć – szwagier mnie wystawił. Nie wiem, czy dostałem po prostu zły numer, czy stosunki na linii mój “informator” – jego była żona, okazały się przeszkodą nie do przeskoczenia, w każdym razie telefon faceta, który miał mnie przeszmuglować na miejsce, albo nie działał w ogóle, albo nikt nie odbierał.
Mówi się trudno, po nieudanych próbach kontaktu, po prostu poszedłem do portu, znalazłem przystań, z której odpływa prom i ku swojemu ogromnemu zaskoczeniu, odkryłem, że bilet do Chaitén można kupić od tak, w kasie. To jest, oczywiście, jeżeli nie ma komplikacji.

– Nie wypływamy. Jest sztorm, morze jest wzburzone, w taką pogodę żaden statek nie wyjdzie z portu – wyjaśniła mi sympatyczna pani za kasą.
– A jest jakaś prognoza, kiedy się uspokoi?
– Nieprędko. Niech pan wróci jutro.

Okazało się, że sztorm nie był zwykłym sztormem. To był sztorm na sterydach. Übersztorm! Moje następne trzy dni wyglądały z grubsza tak:

– Wypływacie dzisiaj?
– Nie. Buja.
– A jutro się uspokoi?
– Nie wygląda na to.

Na dodatek poszła mi podeszwa w jednym z butów, kasy miałem niewiele i musiałem oszczędzać na nieprzewidziane wydatki, a że Übersztorm przyniósł ze sobą prawdziwy potop z nieba, to miałem cały czas mokrą stopę. Także ranki, popołudnia i wieczory spędzałem, topiąc frustrację w piwie. Żeby było taniej, to nie barowym, tylko kupionym w sklepie i wypitym w porcie. Później miałem się dowiedzieć, że od czasu załamania na rynku łososia, Puerto Montt jest “nożowniczą stolicą Chile”. Mnie jakoś nikt nie zaczepiał. Może podczas sztormu nie robią?

Aż wreszcie, któregoś ranka, obudziłem się w pokoju skąpanym w słońcu. Żadnej chmury na niebie! Sztorm ustąpił, pani na przystani wzięła kasę, dała bilet i powiedziała, żeby wrócić wieczorem. Wypłynęliśmy około północy, w ścianach kabiny były dziury (jak się później okazało, promy są dwa, drugi niemal luksusowy, oba należą do tej samej firmy i bilet kosztuje dokładnie tyle samo, ale na który trafisz, to loteria), do mojego buta wciąż wlewała się woda, facet obok chrapał, jakby ich było dwóch, a wąsy miał, jakby zapuszczał na trzech. Ale o wschodzie jeden z marynarzy oznajmił: “Chaitén!”.

Chaiten 4Fot. Maciej Okraszewski/Dział Zagraniczny

Betonowa przystań jest nieco oddalona od samego miasteczka (do którego i tak nie da się dopłynąć, bo do mini-zatoczki naleciało tyle wulkanicznego pyłu, że można teraz po niej przejść suchą stopą) i jeszcze zanim dobiliśmy, dojrzałem na niej wojskową terenówkę i dwóch mundurowych. Pamiętając, że w co drugim artykule powtarzało się “Zawracają z przystani, nie wpuszczają do miasta, odsyłają tym samym promem”, postawiłem wszystko ja jedną kartę. Z powodu sztormu, nikt i nic nie dopłynęło do Chaitén od wielu dni. Teraz do zejścia z łodzi szykował się niemal tłum. Naciągnąłem czapkę z daszkiem na oczy, na to kaptur, aparat wcisnąłem pod bluzę, skuliłem się w sobie i wcisnąłem w sam środek wychodzących. Próbując się zasłonić innymi, minąłem żołnierzy i kilkanaście metrów dalej odwróciłem się na sekundę, żeby na czuja strzelić dwa zdjęcia, a potem pośpiesznie zacząłem maszerować w stronę miasta. Plan był taki, że może zdążę dotrzeć do jakiegoś opuszczonego domu, zanim nadjedzie patrol, ukryję się w środku, poczekam, aż się uspokoi i poszukam miejscowych. Ale daleko dojść nie zdążyłem.

Brum, brum, słyszę że za plecami zbliża się samochód. “Trudno, myślę, trzeba grać”. Kaptur naciągnięty, idę jak po swoje, najwyżej będę kłamał.

– Gdzie idziesz? – z wnętrza vana, który się ze zmną zrównał dobiegł chrapliwy głos, nad jakim trzeba pracować latami.
– Do miasta.
– A masz gdzie spać?
– Nie bardzo.
– To wsiadaj.

I tak poznałem Doñe Ane.

Chaiten 5Fot. Maciej Okraszewski/Dział Zagraniczny

Doñi Any jest głośno. Nie dużo, nie pełno, nie cokolwiek. Jest głośno, bo i ona jest głośna. Nawet, gdy milczy. Doña Ana to taka osoba, o której wiesz, że zaraz wejdzie do pokoju, chociaż ona jeszcze nie nacisnęła klamki. Doña Ana ma taki typ charyzmy, że gdybyśmy żyli w średniowieczu, to w pojedynkę zdołałaby złupić Budapeszt. I jeszcze by do tego coś zaśpiewała.
Jedyne, czego Doña Ana ma więcej, niż charyzmy, to gest. U niej nigdy nie będziesz chodził głodny, nie będziesz płacił za pokój, nie będziesz się nudził. Doñ Ana Cię ubierze, nakarmi, oprowadzi, pośpiewa. Serio. One man army.

No więc Doña Ana zaprosiła mnie do samochodu, w którym już siedziały Fran i Marilyn, dwie młode dziewczyny z Puerto Montt. Fran jako dziecko wychowywała się w Chaitén, bo jej ojciec miał tu pensjonat. Interes szedł na tyle nieźle, że w końcu postawił najlepszy w mieście hotel. A miesiąc później, wybuchł wulkan… Fran przyjechała ocenić straty, zaprosiła swoją przyjaciółkę, a za sprawą Doñi Any, do ekipy dołączyłem ja. Oczyszczonymi przez poprzednie miesiące drogami dojechaliśmy pod wspomniany przybytek, zlokalizowaliśmy stosunkowo najmniej zdewastowany pokój, zrzuciliśmy graty i poszliśmy na miasto.

Chaiten 6Fot. Maciej Okraszewski/Dział Zagraniczny

Chaitén to gotowa scenografia horroru. Serio, jeżeli macie w planach nakręcić jakiś motion picture o postapokaliptycznym świecie zamieszkanym przez zombi – plan zdjęciowy czeka.
Trudno powiedzieć, co robiło najmocniejsze wrażenie. Czy całe części miasta dosłownie zamarłe w momencie wybuchu? Potykanie się o coś, co okazywało się być sufitem czyjegoś domu? Centrum, w którym nowe koryto rzeki wyrwało z fundamentów wszystkie budynki? Zatoka, całkowicie zasypana, z zagrzebanymi gdzieniegdzie wcześniej uniesionymi domami ze śródmieścia?
Chyba najbardziej porusza to, że można dosłownie dotknąć czyjegoś życia. Ludzie uciekali w panice, a później nie mieli czasu zabierać tego, co wydawało im się zbędne. Więc w wielu domach można znaleźć jakieś zapiski, listy miłosne, pamiętniki. Juana kocha Pabla, ale jest w rozpaczy, bo on woli Conchite. W szkolnej bibliotece zalega mnóstwo naprawdę fantastycznych książek, oraz zapiski kto co ostatnio wypożyczył. W jednej kuchni znalazłem na stole kartkę: “Kup chleb”.
Podczas ewakuacji mało kto myślał o zwierzętach. Efekt? Bandy zdziczałych psów, które wałęsają się po okolicy. Niby nie powinny atakować ludzi, bo wśród nich wyrosły, ale kiedy któregoś wieczora wracałem z zupełnie zakopanej części miasta, słońce niedawno zaszło, dookoła tylko szarość pyłu, a w oddali nagle rozlega się wycie, potem następne, a potem już cała ich grupa, to serce podchodzi do gardła.

Chaiten 7Fot. Maciej Okraszewski/Dział Zagraniczny

Ale najbardziej zaskoczyło mnie, jak szybko to miasto podnosiło się z gruzów. Gdy tam przyjechałem, mieszkała w nim niecała setka osób, a wspólnymi siłami zdążyli oczyścić nie tylko własne domy, ale odkopali też główne ulice, placyki, nadbrzeże. Wydostali spoda pyłu nawet autobus, który stał się jednym z symboli katastrofy, gdy fotograf przybyły z wojskowym transportem uwiecznił go w dramatycznym położeniu. A ja, niecały rok później nim jechałem:

Chaiten 8Fot. Maciej Okraszewski/Dział Zagraniczny

Więcej pozytywnych rozczarowań?
W mieście szalały nie tylko bezpańskie psy, ale też zdziczałe konie. Kilka razy przede mną przebieżyło niewielkie stado wierzchowców, a jednego ranka spotkałem całą ich grupę pasącą się nad brzegiem dawnej zatoki. Nie jestem facetem, który się wzrusza na widok konia. Ale było spoko.
Działały turystyczne atrakcje. Chcecie się dostać do wodospadów? Proszę bardzo, Doña Ana zawiezie. Pokąpać się w gorących źródłach pod gołym niebem? Jedziemy! Tańce na dyskotece? Czemu nie?
Doña Ana (no bo kto inny?) ma dyskotekę “Mega”. I bardzo głośno puszcza w niej kumbię. Bardzo głośno. Bardzo. Co sobota odkurza butelki z alkoholem, włącza generator na ropę, daje reflektorem po kafelkach i zaprasza wszystkich, którzy akurat są w mieście. Z żołnierzami na czele – nikt nawet nie pytał mnie co tam robię (mało tego, wozili mnie po okolicy, bo przecież nie mają nic innego do roboty).

Chaiten 9Fot. Maciej Okraszewski/Dział Zagraniczny

Rząd przekonuje, że miejsce nie nadaje się do powórnego zamieszkania. Porponuje w zamian lokalizację nieopodal. I pyta, co to za różnica, że przeniosą się kilkanaście kilometrów.
– Dokładnie, co to za różnica? Skoro to tak niedaleko, to czemu w ogóle chcą nas wyrzucać? – pytała też Doña Ana – Tu urodzili się moi rodzice. Ja się tu urodziłam. I moje dzieci. Tu pochowałam syna. I sama chcę tu umrzeć – mówiła mi twardo.

Chaitén zawsze żyło tylko i wyłącznie z turystów. I od tych turystów zależy, czy przetrwa dalej. Odwiedzali je już wtedy, kiedy byłem tam i ja. W miasteczku nocowała grupa kilku obieżyświatów z Izraela, przy gorących źródłach spotkaliśmy parę polsko-francuską, a do dyskoteki trafił jakiś Japończyk, który nawet nie mówił po hiszpańsku, ale łamanym angielskim wyjaśnił, że nawet nie wiedział, ze tu był jakiś wybuch…

W Chaitén spędziłem kilka fantastycznych dni i wiem, że gdybym mieszkał w Chile, to próbowałbym urwać sobie co roku chociaż tydzień wakacji na odwiedzenie tego miejsca. I bardzo polecam je wszystkim innym. Po pierwsze, to fantastyczna alternatywa dla miejscówek przepełnionych turystami. Po drugie, to od odwiedzin obcych zależy los tych kilkudziesięciu osób, które postanowiły odbudować tam swoje życie. Więc przemyślcie to.

Chaitén czeka.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Na rewolucję dobra spódnica

W pierwszym tygodniu marca, Dział Zagraniczny przyglądał się, jak władza w różnych częściach świata podchodzi do kwestii ubioru.

1. Zamach stanu, albo i nie

Wszyscy patrzą na Libię, a tymczasem na południe od Sahary mijający tydzien przyniósł nam aż dwa zamachy stanu. Albo coś w podobie.

W Demokratycznej Republice Konga atak miał miejsce podczas pisania ostatniego podsumowania tygodnia – w zeszłą niedzielę. Zorganizowana grupa mężczyzn przeprowadziła dwa równoczesne ataki, wdarła się na teren Pałacu Prezydenckiego i na tym się z grubsza skończyło. W ostrej walce zginęło 6 żołnierzy, ale reszta zdołała położyć trupem kilkunastu napastników, a 8 schwytać żywcem. Pewnie pomógł im fakt, że rebelianci byli uzbrojeni w zaledwie kilka karabinów, a cała reszta miała tylko maczety. Zresztą, nawet gdyby zdołali opanować teren przed przybyciem większej liczby sił rządowych, to i tak pożytek byłby z tego niewielki: prezydenta Kabili nie było akurat w domu.
Od zajścia mija już tydzień, a wciąż nie wiadomo, o co tak naprawdę chodziło. Ministerstwo Informacji DRK najpierw twierdziło, że to zamach stanu. W połowie tygodnia się z tego wycofało, nie podając jednak żadnego innego wyjaśnienia. Żadne ugrupowanie w Kongu jak do tej pory nie wzięło odpowiedzialności za wydarzenia z ostatniej niedzieli.
Media spekulują, że być może za wszystkim stoi Jean-Pierre Bemba, rywal Kabili w ostatnich wyborach prezydenckich, obecnie na wakacjach w Europie na koszt Międzynarodowego Trybunału Karnego, w którym jest oskarżony o zbrodnie przeciw ludzkości, których Bemba miał się rzekomo dopuścić na gościnnych występach w Republice Środkowej Afryki. Jednak, zdaniem analityków, gdyby atak naprawdę przeprowadziło jego ugrupowanie Mouvement pour la Liberation du Congo, to na pewni nie przeprowadziłoby go kilkunastu amatorów z maczetami.

Tymczasem w czwartek, z życiem prawie pożegnał się prezydent Madagaskaru, Andry Rajoelina. Gdy wieczorem limuzyna odwoziła go do domu w Antananarivo, stolicy kraju, ktoś zdetonował bombę ukrytą na drodze. Zamachowcy odpalili jednak ładunki w złym momencie, a prezydencki konwój ruszył do ucieczki. Gdy żołnierze pojawili się później na miejscu, żeby zbadać okoliczności ataku, odkryli resztki materiałów wybuchowych i długi na ponad 150 metrów kabel, za pomocą którego nieznani dotąd sprawcy przeprowadzili atak z bezpiecznej odległości.
To nie pierwszy raz, kiedy przywódca Madagaskaru jest atakowany podczas przejażdżki. W grudniu 2009 roku ostrzelano jego samochód, ale jak do tej pory, tożsamość zamachowców nie jest znana.
Andry Rajoelina nie powinien się jednak dziwić, że są w kraju ludzie, którzy za nim nie przepadają. Ten były prezenter radiowy sam obalił urzędującego prezydenta w zamachu stanu ponad 2 lata temu. Marc Ravalomanana zbiegł wówczas za granicę, a przez czwartą największą wyspę świata przetoczyła się fala zamieszek i o mały włos nie doszło do otwartej wojny domowej.
Konflikt jest nierozwiązany do dziś, ale Wspólnota Rozwoju Afryki Południowej (której Magadaskar jest członkiem) wymogła na Rajoelinie, żeby jeszcze w tym roku odbyły się wybory prezydenckie, które miałyby otworzyć drogę do porozumienia. Opozycja sprzeciwia się jednak takim planom, dopóki poprzednia głowa państwa nie dostanie zezwolenia na powrót (obecne władze się na to nie zgadzają).

Dział Zagraniczny będzie obie sprawy śledził.

2. Gansta raparmalent

Tymczasem w Kenii trwa nieco luźniejszy spór polityczny. Gidion Mbuvi ma 35 lat, jest posłem do parlamentu i ma kolorową przeszłość.
Znany bardziej jako Mike Sonko (Sonko to w kiswahili osoba, która ostentacyjnie obnosi się ze swoim bogactwem, coś pomiędzy szpanerem, nowobogackim i burżujem), był wielokrotnie oskarżany o udział w przestępczości zorganizowanej, handel narkotykami, wymuszenia i fałszerstwa dokumentów. Przesiedział nawet dwa miesiące w więzieniu Shimo la Tewa w Mombasie i wyszedł w bardzo niejasnych okolicznościach (media sugerują, że po prostu przekupił władze aresztu). Poza tym wszystkim, Gidion vel Mike, ma jedną pasję: rap. I to w wydaniu na bogato. Lubi się więc pokazywać w wielkich samochodach z jeszcze większymi felgami, nosi ciuchy jakby hurtem sprowadzone z dystrybucji Wielkie Joł, a z domu nie wychodzi bez kolorowej czapki i drogiej biżuterii. Co ostatnio rozzłościło innych posłów.
We wtorek Mbuvi pojawił się w parlamenci ubrany co prawda w elegancki garnitur, ale do tego dorzucił kolczyk z diamentami. Za co wicemarszałek Farah Maalim wyrzucił go z obrad.
– Nigdy w historii tej izby nie widziałem członka parlamentu, który jest mężczyzną i nosi kolczyki. To obraża honor tego budynku i godność innych posłów! – grzmiał polityk.
Tymczasem Sonko się nie przejmuje i mówi, że będzie walczył o zmianę regulaminu.
– Reprezentuję młodzież, która na mnie głosowała i to jest nasz czas. Starcy za długo już rządzą Kenią! – wypalił do kamer.
W lokalnych gazetach można przeczytać głosy poparcia od wielu czytelników. A jeszcze inni dodają, że w znanej z ogromnej korupcji kenijskiej polityce, mówienie o “godności posłów” jest lekkim nadużyciem.

GidionKenijski Palikot wie, co to dobry bałns (Fot. AFP)

3. Tanie loty PeEl

Międzynarodowa Rada Kontroli Narkotyków działająca w ramach ONZ wypuściła w tym tygodniu raport, w którym ubolewa, że do USA trafia heroina w coraz czystszej postaci. Nie no, racja: lepiej, żeby była pół na pół z przemielonymi śmieciami, prawda? Na złość im, narkomanom!
A, no i dowiadujemy się też, że kokaina jest coraz łatwiej dostępna w Chile, Argentynie i Urugwaju. Dział Zagraniczny nic nie sugeruje, ale niedługo warto zacząć planować wakacje.

4. Sto lat. Znaczy, następnych sto

W czwartek Claude Choules obchodził w Australii swoje 110 urodziny. Kim jest pan Choules, że powinno nas to obchodzić? Ostatnim żyjącym weteranem I Wojny Światowej. Tak, pierwszej. Claude uczestniczył w niej jeszcze jako nastolatek: werbownikom podał fałszywą datę urodzenia, żeby móc się zaciągnąć do marynarki. Rzeczywistość wybiła mu jednak z głowy młodzieńcze wyobrażenia o męstwie, bohaterstwie i podobnych pierdołach – według rodziny, okropieństwa jakie widział na wojnie, zrobiły z niego pacyfistę.
Pytany o to, co jest sekretem długiego życia, Choules odpowiedział: “Oddychanie”.
– Jest ślepy i głuchy, ale stajemy bardzo blisko i krzyczymy, to wtedy rozumie – powiedział jeo syn Adrian, lat 76.
Dział Zagraniczny życzyłby panu Choulesowi sto lat, no ale… Zamiast tego, w czwartek się po prostu upiliśmy. Na zdrowie!

5. Zobaczyć, czy lata

– Cały kraj jest przeciw mnie, a to przecież niesprawiedliwe! – zawodzi przed kamerami Luis Moreno.
Faktycznie, pół Panamy zasadza się na piłkarza klubu Deportivo Pereira, bo w meczu z Junior Barranquilla zrobił to:

– Kopnąłem ją tylko, żeby zobaczyć, czy może latać! – tłumaczył się jeszcze sportowiec. Okazało się, że nie mogła: zmarła tego samego dnia, mimo interwencji weterynatrza. Idiocie poza dyskwalifikacją, grozi też trzymiesięczna odsiadka.

6. Spódnice zamiast mundurów

No i skoro zaczęliśmy od niby-zamachów stanu, to skończmy na czymś w podobie. Zobaczmy mianowicie, jak rządząca Birmą junta próbuje się zabezpieczyć na wypadek, gdyby rewolucyjne uniesienie z państw arabskich przeniosło się do Azji.
Otóż generałowie, na czele z kapitanem drużyny Than Shwe, pojawili się w telewizji ubrani w… kobiece spódnice. Czemu? Nikt nie wie na pewno, bo birmańska junta ma taką paranoję, że nigdy żadnych swoich posunięć nie tłumaczy. Ale popularna plotka głosi, że astrologowie przepowiedzieli generałom, że krajem będzie rządzić kobieta. Chodzi oczywiście o Aung San Suu Kyi (jak ktoś nie wie, to niech sobie sprawdzi na Wikipedii). No więc wojskowi postanowili uprzedzić wypadki.
Tak, to może brzmieć jak rojenia po grzybach, ale akurat władze Birmy są znane z takich akcji. Głowny macher Than Shwe tak bardzo ufa temu, co nagadają mu astrologowie, że w przeszłości między innymi zastąpił banknoty o nominałach 100 kiatów, takimi o nominałach 90 kiatów (bo są szczęśliwsze, proca!), oraz przeniósł stolicę z Rangunu do jakiejś dziury w środku dżungli, bo tak ponoć chciały gwiazdy. Mało tego, kiedy w 2007 roku reżim brutalnie zdusił rewolucję, której przewodzili buddyjscy mnisi, szefowie opozycji apelowali do mieszkańców kraju, żeby masowo wysyłali władzom kobiece majtki, bo ponoć generałowie są przekonani, że fizyczny kontakt z nimi pozbawi ich szczęścia.
Dział Zagraniczny podejrzewa, że Than Shwe i koledzy po prostu czytali raport ONZ o taniej kokainie w Urugwaju dużo przed jego oficjalną publikacją i już dawno podbili tam na wakacje.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Sandra robi botoks

Upływający tydzien spokojnie możemy zaklasyfikować jako mocno penitencjarny.

1. Świstak zaraz nie będzie miał w co zawijać

Wiadomość tygodnia, to oczywiście powrót wojny domowej na Wybrzeże Kości Słoniowej. Co prawda jeszcze nie oficjalnie, ale wszystko na to wskazuje.
Podłoże jest dokładnie wyjaśnione we wpisie z 12 grudnia, ale przypomnijmy szybko, że poprzedni konflikt wybuchł w 2002 r. i de facto podzielił kraj na dwie połowy: kontrolowaną przez rebeliantów północ i rządowe południe. W 2007 obie strony podpisały zawieszenie broni i wszystko miało pójść w niepamięć w listopadzie zeszłego roku, podczas wyborów prezydenckich. Z tym, że rządzący do tej pory Laurent Gbagbo obraził się na wyniki, powiedział, że nie uzna swojej przegranej i zamknął się w budynkach rządowych. Tymczasem uznawany przez resztę świata za nową głowę państwa Alassane Ouattara też nie wychodzi ze swojej siedziby, którą jest obstawiony przez błękitne hełmy luksusowy hotel. W kraju pat, czasem jakieś ruchawki na ulicach, są zabici i ranni.
Partyzanci z północy najwyraźniej nie wytrzymali już ciśnienia i w nocy z czwartku na piątek zajęli miasto Zouan-Hounien przy granicy z Liberią. Z której na pomoc Gbagbo ciągną ponoć wzywani przez niego najemnicy. Według statystyk UNHCR, z kraju ucieka już ok. 5 tys. osób dziennie. Nowa wojna wisi w powietrzu.
Tymczasem ceny kakao osiągnęły najwyższy poziom od 32 lat (przypomnijmy, że 1/3 nasion na świecie jest produkowana właśnie na Wybrzeżu Kości Słoniowej, a Unia Europejska nałożyła na nie embargo, licząc, że zmusi Gbagbo do oddania władzy). Innymi słowy: ruszajcie do sklepów po czekoladę, bo Dział Zagraniczny przewiduje smutną Wielkanoc.

2. Prison botoks

W grudniu Dział Zagraniczny zajmował się też tym, że kartele narkotykowe w Meksyku się feminizują, a najsłynniejszą kobietą-narco jest tam Sandra Ávila Beltrán. Znana jako Królowa Pacyfiku.
Królowa siedzi teraz w stołecznym więzieniu i czeka, jak potoczą się jej losy, a na rozprawach ewidentnie nie chce wypaść źle, bo dwa tygodnie temu przez media przetoczyła się wiadomość, że władze aresztu pozwoliły pewnemu doktorowi odwiedzić Sandrę za kratkami i strzelić jej kilka zastrzyków z botoksu. Co – jak łatwo się domyślić – nie należy do tej samej grupy praw więźnia, co np. prysznic.
Naczelnika zakładu oczywiście zwolniono, ale w ten piątek zdołał się poskarżyć, że nieniesłusznie, bo botoks był nie dla Królowej, tylko dla niego samego. Chciał chłopak dobrze wyglądać na spacerniaku. Sandra całą sprawę komentuje tak:

Sandra robi botoksJaki botoks? Fot. EFE

3. Tenis, mąka, sznaucery

Skoro już Meksyk, to odnotujmy, że w poprzedni weekend zaczął się w Acapulco Mexican Open. Miejscowi gangsterzy postanowili uczcić turniej tenisa, mordując 13 osób i podpalając pięć samochodów. Nie wiadomo, czy wcześniej robili sobie zastrzyki z botoksu.

Rzutem na taśmę, przelećmy sobie jeszcze jeden z ulubionych tematów Działu Zagranicznego: przestępczość w Ameryce Centralnej. W poprzednią niedzielę, w Gwatemali komuś nie spodobało się, że klub piłkarski Xinabajul (z miasta Huehuetenango) ma kiepskie wyniki, w związku z czym zastrzelił jego prezesa (w listopadzie to samo spotkało szefa klubu Malacateco). We wtorek, w stolicy kraju tłum zlinczował czterech mężczyzn podejrzanych o kradzież… mąki (w zeszłym roku kolektywna sprawiedliwość ulicy zakatowała w sumie 39 osób). A tego samego dnia, w sąsiednim Hondurasie, inni złodzieje zastrzelili ewangelickiego pastora, bo nie chciał im oddać… swoich dwóch sznaucerów. Dział Zagraniczny doszukał się tylko, ze oba skradzione psy to szczeniaki, nie wiadomo czy miniaturki, czy olbrzymy.

4. No tak, no, zabił, ale ma kartę “Wychodzisz z więzienia”

Informowaliśmy już w dwóch podsumowaniach tygodnia, o sytuacji Amerykanina w Pakistanie, który zastrzelił dwóch mężczyzn na ulicy, twierdząc że w samoobronie. Ten tydzien przyniósł już pewne informacje, że Raymond Davis co prawda członkiem CIA nie był, ale działał “na zlecenie” agencji. Czytaj: był płatnym mordercą. Stany mają jednak taką twardą zasadę, że nie porzucają swoich ludzi w potrzebie, w związku z czym dowodzą, że zabójca czy nie, to przed strzelaniną został wpisany na listę pracowników ambasady i immunitet ma. Więc, Pakistanie, przestań szlochać i wypuść Raymonda.
Dział Zagraniczny nie wgłębia się w sprawę jakoś szczególnie, ale pierwsze co przychodzi do głowy to: Waszyngtonie, bardzo git z twojej strony, że nie porzucasz ziomka w potrzebia, szkoda że równocześnie dajesz wszystkim prawdziwym pracownikom ambasady w Islamabadzie jasny sygnał “Chłopaki, czas bardzo szybko zmienić siedzibę firmy”.

5. Łaska pańska

Zajrzyjmy szybko do sąsiada. W Afganistanie na wolność wyszedł właśnie Sayed Mussa. Mężczyzna trafił do więzienia w maju zeszłego roku, po tym jak lokalna telewizja pokazała nagrania, na których widać modlących się Afgańczyków, którzy zmienili wiarę na chrześcijaństwo. Większość szybko się ukryła, ale Sayed wpadł.
W kraju teoretycznie panuje wolność wyznania, ale prozelityzm (czyli właśnie zmiana wiary, czytaj: przede wszystkim z islamu na jakąkolwiek inną) jest surowo zabroniony. Mussie groziła nawet kara śmierci. Po 9 miesiącach odsiadki i licznych międzynarodowych naciskach, mężczyzna został wypuszczony z aresztu, a prokuratura umorzyła dochodzenia. Formalnie z braku wystarczających dowodów, nieoficjalnie podobno pod warunkiem, że Sayed wróci do dawnego wyznania.
W więzieniu wciąż przebywa inny mężczyzna, zatrzymany pod tymi samymi zarzutami.

6. Kto butem wojuje, od buta ginie

Jeszcze kraje muzułmańskie. Czytelnicy Działu Zagranicznego być może kojarzą kim jest Muntazer al-Zaidi, ale jeżeli nie, to wyjaśniamy, że to ten były dziennikarz z Iraku, który wsławił się ciśnięciem buta w stronę ówczesnego prezydenta USA, George’a W. Bush. Przypomnijmy:

Al-Zaidi został wówczas na krótko aresztowany. W tym tygodniu powtórnie trafił do paki, za publiczne nawoływanie do rebelii w stylu egipskim. Na razie nie wiadomo jeszcze, ile czasu spędzi za kratkami.
W ramach ciekawostki, przypomnijmy tylko, co przez ostatnie lata działo się z facetem, który zapoczątkował prawdziwą falę rzucania butami w nielubianych polityków (ofiarami, oprócz Busha, padli też między innymi Wen Jiabao, Dominique Strauss-Kahn, Palaniappan Chidambaram, oraz Mahmud Ahmadineżad). Otóż w grudniu 2009, Al-Zaidi sam stał się celem takiego ataku: swoim obuwiem cisnął weń na konferencji prasowej inny dziennikarz, który oskarżył Muntazera o wybielanie dyktatury Saddama Husajna. Zaidi od jakiegoś czasu mieszkał w Bejrucie, gdzie pisywał felietony do miejscowej gazety. Emigracja mu się najwyraźniej znudziła, ale jak widać, powrót do domu w jego przypadku oznaczał powrót na więzienną pryczę.
Ciekawe, czy w bagdadzkim areszcie robią botoks?

7. Kevin Costner wraca do gry!

Wyspy Marshalla zalało. Konkretnie Majuro, stolicę, którą zamieszkuje ponad połowa z wszystkich 55 tys. mieszkańców archipelagu.
Wyspy Marshalla są znane z dwóch rzeczy. Pierwsza jest taka, że drugie największe skupisko ich mieszkańców – wyspa Ebeye – jest powszechnie uważana za najgorszy slums na Pacyfiku. A druga to fakt, że najwyższe wzniesienie w kraju to niecałe 3 metry nad poziomem morza. A według oceanologów, poziom wód na świecie będzie się przez następne lata podnosił. W związku z czym rząd Wysp Marshalla ogłosił właśnie, że wybuduje wokół stolicy wielki mur, który powstrzyma zalania.
Dział Zagraniczny mówi: Waterworld!

KevinNiektórzy w młodości wierzyli w Jezusa, Dział Zagraniczny wierzył w Kevina Costnera

8. Czyli nie macie kasy?

I to podsumowanie tygodnia zakończmy radosnym, morskim właśnie akcentem. Na Sri Lankę wrócili właśnie rybacy, których kuter zaginął na Oceanie Indyskim na początku miesiąca. Marynarze wyjaśnili, że po prostu napadli ich piraci, którzy dokonali abordażu, zabijając dwóch rybaków i uprowadzili łódź do Somalii. I dopiero wtedy postanowili pogadać ze swoimi ofiarami. Według tych drugich, dialog wyglądał z grubsza tak:
– Jesteście z Iranu?
– Nie, ze Sri Lanki.
– A, czyli nie macie kasy? No to sorry, nasza pomyłka. Możecie wracać do domu.
Dział Zagraniczny nie posiada się z radości, że są jeszcze na świecie piraci, którzy wykazują empatię.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

PS W ramach tygodniowego bonusa, video ze spotkania piłkarskich reprezentacji do lat 20 w meczu Ekwador-Chile. Komentarz po hiszpańsku, ale wystarczy się przyglądać:

Argentyńskie telenowele i Rastamysz

W tym tygodniu sporo wydarzeń miało coś wspólnego z opisywanymi już wcześniej w Dziale Zagranicznym historiami. Poświęćmy im trochę uwagi.

1. Twoja czekolada jest z przemytu

Dział Zagraniczny uwielbia czekoladę, więc zacznijmy od Wybrzeża Kości Słoniowej, gdzie od listopada zmieniło się niewiele. Gbagbo wciąż jest nieuznawany przez nikogo, ale nie chce się pogodzić z faktami. Ouattara jest dla reszty świata legalnym prezydentem, ale wciąż nie wychodzi z chronionego przez Błękitne Hełmy hotelu. Na ulicach ścierają się zwolennicy jednego i drugiego, jest już prawie 300 ofiar śmiertelnych, a ponad 80 tys. osób to uchodźcy wewnętrzni. No i oczywiście kakao osiąga ogromne ceny na rynku, bo świat wpadł na pomysł, że Laurenta zmusi do rezygnacji embargo na eksport tego owocu. Efekt? Szmugiel na ogromną skalę.
Tymczasem we wtorek, w siedzibie Ministerstwa Skarbu wybuchł gwałtowny pożar. Zanim strażacy opanowali sytuację, ogień zdążył strawić większość dokumentów i baz danych z państwowymi przychodzami i rozchodami. Dobry ruch, jeżeli chce się na uchodźctwie żyć z klasą.

2. Wielkanoc wciąż niespokojna

Na początku grudnia Dział Zagraniczny informował o zamieszkach na Wyspie Wielkanocnej, gdzie część mieszkańców chce ograniczenia liczby turystów odwiedzających co roku ich ojczyznę, a niektórzy dodatkowo żądają od Chile niepodległości.
Taktyka okupacji wciąż trwa i po tym, jak usunięto ich z lotniska i budynków rządowych, grupa protestujących zajęła jeden z luksusowych hoteli. Po wielu tygodniach negocjacji, siłom porządkowym skończyła się cierpliwość, więc policja przeprowadziła szturm na ośrodek i po prostu wyniosła aktywistów.
Ale wbrew pozorom, zbuntowani mieszkańcy odnieśli małe zwycięstwo. Podczas rozprawy sędzia Nora Bahamondes zawiesiła zarzuty o zajęcie cudzej własności, uzasadniając, że najpierw należy ustalić czy ziemia rzeczywiście należy do dewelopera, czy też faktycznie do miejscowej rodziny (która twierdzi, że ich przodkowie zostali jej pozbawieni podstępem).
Sprawę rozpatrzy Sąd Najwyższy.

3. Wybuch w mateczniku

Również w grudniu, nasz korespondent w La Paz opisywał sytuację na ulicach Boliwii po tym, jak rząd ogłosił, że przestanie dopłacać do benzyny, przez co z dnia na dzień jej cena skoczyła o blisko 80 proc. Chociaż władze bardzo szybko wycofały się z tego pomysłu, było to o tyle ciekawe, że to pierwszy przypadek, kiedy przeciw Evo Moralesowi wystąpili nie przedstawiciele opozycji z bogatego wschodu kraju, tylko jego najwierniejsi zwolennicy – biedota z Altiplano. Wtedy prezydent sprawnie rozbroił sytuację: podwyżki ogłoszono, kiedy był z wizytą w Wenezueli, a kiedy stało się jasne, że ulica tego nie zaakceptuje, wrócił i natychmiast je anulował.
Jednak w tym tygodniu musiał stanąć twarzą w twarz z problemami. Podczas przemówienia w rodzinnym Oruro, miejscowi górnicy najbierw głośno go wybuczeli, a chwilę później zaczęli demonstrację w typowy dla siebie sposób: odpalili dynamit. Morales pośpiesznie opuścił miasto. Tymczasem do protestów doszło też w La Paz, Cochabambie i Santa Cruz. Na szczęście dla rządu, fatalna pogoda szybko rozgoniła manifestantów.
Niezadowolenie bierze się z tego, że ceny transportu (a w Boliwii jest on całkowicie prywatny, więc władze niewiele mogą na tym polu zdziałać) wciąż rosną, a w zaopatrzeniu pojawiają się braki (zaczyna np. brakować cukru). I chociaż wynika to w dużej mierze z sytuacji globalnej (żywność drożeje na całym świecie), to dla Moralesa jest to na pewno poważny sygnał, że z reguł miłość ludu jest odwrotnie proporcjonalna do ceny mięsa.

Boliwia protestBoliwijska forma demokracji bezpośredniej (Fot. Juan Karita/AP)

4. Tragedii ciąg dalszy

Dział Zagraniczny podawał dwa tygodnie temu informację o pechowym skrzyżowaniu w Lahore, gdzie pewien Amerykanin najpierw zastrzelił dwóch mężczyzn, a chwilę później jego rodak – pracownik konsulatu – w tym samym miejscu przejechał jeszcze jednego.
Okazuje się, że sprawa jest dużo bardziej skomplikowana, niż się z początku wydawała. Strzelec nazywa się Raymond Davies i od samego początku twierdzi, że działał w samoobronie. Tymczasem świadkowie zeznają, że to on pierwszy zaatakował mężczyzn i zastrzelił ich z zimną krwią. Amerykański konsulat przekonuje, że Davies jest ich pracownikiem i chroni go immunitet, tymczasem jego zatrudnienia nie potwierdzają żadne oficjalne dokumenty. Stany chcą załagodzić sytuację, oferując rodzinie ofiar wysokie odszkodowania, jednak wydaje się, że nic z tego nie będzie: sprawa stała się zbyt głośna, ulicami przetaczają się wściekłe demonstracje żądające kary śmierci dla sprawcy. W dodatku od poniedziałku sprawa ma jeszcze tragiczniejsze oblicze: żona jednego z zastrzelonych powiedziała, że nie wierzy w sprawiedliwość i popełniła samobójstwo.

5. Argentyńska telenowela

Skoro jesteśmy przy tragicznych losach żon, to spójrzmy na chwilę na Argentynę. W ciągu ostatnich dwóch tygodni cztery kobiety zostały tam zamordowane w ten sam bestialski sposób – ich partnerzy oblali je wódką i podpalili. A żeby było bardziej groteskowo, to wszyscy sprawcy tłumaczą się tak samo: “No, oblała się sama, pijąc z butelki, a potem próbowała zapalić papierosa”. Fantastyczna wyobraźnia, Dział Zagraniczny wróży panom wielką przyszłość w pisaniu scenariuszy do telenowel.

A, no i przy okazji. Czytelnicy Działu Zagranicznego oczywiście kojarzą Cristinę Fernández de Kirchner, prezydent Argentyny i żonę Néstora Kirchner, który w październiku zmarł na zawał. Mąż był głową państwa przed Cristiną, planowali się wymieniać urzędem co kadencja i z tego oraz innych powodów (np. prawniczego wykształcenia obojga i pochodzenia z mało ważnego stanu) nazywano ich często latynoskimi Clintonami.
No więc właśnie się okazało, że Néstor miał z Billem więcej wspólnego, niż się wszystkim wydawało: z sekretarką przez lata łączyło go zdecydowanie więcej niż urzędowa papeteria. Elizabeth Miriam Quiroga zostałą kochanką Kirchnera jeszcze w latach 90., kiedy był gubernatorem prowincji Santa Cruz, a kiedy został prezydentem, porzuciła wszystko i podążyła za nim do Buenos Aires, gdzie dał jej pracę w swojej administracji, żeby mogli być blisko siebie.
Ale Néstor zmarł i Cristina rywalkę zwolniła. Co ta ostatnia przyjęła z klasą, o wszyskim opowiadając w gazetach.

Natalio Oreiro: nowe wyzwanie.

6. Halo? Tu Ziemia

Skoro już o przywódcach mowa, to podczas piątkowych modłów w Teheranie, ajatollach Chamanei, faktyczny szef Iranu, rzucił:
– Ten wybuch, który widzimy u narodu egipskiego to właściwa odpowiedź na wielką zdradę, którą zdradziecki dyktator popełnił wobec swojego ludu!
Ali? Serio? Wychodzisz czasem z domu?

7. Grzegorz Lato i Rastamysz

And last but not least, w zeszłą niedzielę obchodziliśmy 66. rocznicę urodzin Boba Marleya. W związku z czym Olivia Grange, Minister Młodzieży, Sportu i Kultury na wyspie, zapewniła że osobiście poprowadzi starania o uznanie piosenkarza za bohatera narodowego. Tak, dokładnie, nie ma tu pomyłki: Tuff Gong może i symbolem jest, ale tylko w powszechnej świadomości, a oficjalnie nie. To ostatnie ma miejsce dopiero, kiedy rząd przyzna mu Order Bohatera Narodowego, którym do tej pory uhonorowano dopiero siedem osób. Wymieńmy je sobie: Queen Nanny, Samuel Sharpe, Marcus Garvey, Paul Bogle, George William Gordon, Alexander Bustamante i Norman Manley.
Czy komuś te nazwiska coś mówią? Działowi Zagranicznemu akurat tak, ale z pełną świadomością że jest w mniejszości. Karaibka wyspa ma chyba tę samą przypadłość co Polska: nad Wisłą wszyskim się wydaje, że świat kojarzy nas z Papieża (ale tego prawdziwego), ewentualnie Lecha Wałęsy, a potem człowiek trafia do Tanzanii albo Argentyny i wszyscy pytają tylko, czy Grzegorz Lato jeszcze żyje.
Jamajko, ogarnij się.

A już na kawę po deserze też karaibka popkultura. BBC na swoim kanale dziecięcym CBeebies nadaje bajkę, której głównym bohaterem jest… Rastamysz. Gryzoń uczy dzieci szacunku i miłości do bliźniego, czasem złapie jakiegoś przestępcę, a na codzień jeździ na desce i gra w kapeli reggae. Sami zobaczcie:

Oczywiście mnóstwo widzów wysłało do stacji listy protestacyjne, że utwierdza krzywdzący stereotyp mieszkańca Karaibów (choć serial jest oparty na bardzo popularnych właśnie na Jamajce ilustrowanych książeczkach dla dzieci).
Ciekawe jak zareagują na plany jednego z synów Marleya. Ziggy ogłosił właśnie, że w kwietniu wyda 48-stronicowy komiks z przygodami sperbohatera z innej planety. Imię herosa? MarijuanaMan.

MarijuanamanTwój czas minął, Clarku Kencie

Nie wiadomo, czy kosmita będzie tak silny jak Superman. Ale bankowo mniej spięty.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.