Archive

Posts Tagged ‘Chiny’

Gwiezdny pył

Co to takiego: jest w Chinach i widać to z kosmosu? Odpowiedź: zanieczyszczenia.

Dział Zagraniczny mieści się koło warszawskiej Politechniki, ale aż do tego tygodnia w życiu nie słyszał o PM2,5. Pierwsze skojarzenie, to że to jakaś śruba z ikeowskiego zestawu “Zrób sobie kuchnię”. Ale nie. Dzięki Chińczykom wie już, że to pył będący mieszaniną stałych i ciekłych cząstek o średnicy mniejszej niż 2,5 mikrometra. Dlaczego dzięki Chińczykom? Bo to właśnie oni rozpętali na początku roku internetową kampanię oburzenia, pod którą ugiął się rząd w Pekinie: musiał przyznać, że każdy głęboki wdech w Kraju Środka truje jeszcze bardziej, niż do tej pory sądzono.

Smog przesłania Wielki MurGdyby Gagarin poleciał dziś w kosmos, to nad Chinami nie zobaczyłby Wielkiego Muru, tylko właśnie to (Fot. NASA)

Cząsteczki w pyle PM2,5 są tak małe, że bez problemu docierają do górnych dróg oddechowych i mogą przenikać do krwi. Przeszkadzają w oddychaniu, powodują kaszel i katar sienny. Wywołują schorzenia alergiczne i zapalenie spojówek. Zwiększają ryzyko raka płuc. Są powodem powikłań ciążowych, w wyniku których noworodki mogą przyjść na świat z wadami wrodzonymi.

Nikt na świecie nie jest tak zagrożony ich wdychaniem, jak właśnie Chińczycy. Linfen w środku kraju jest zgodnie uznawane za najbardziej zanieczyszczone miasto na świecie. A po ulicach samego tylko Pekinu jeździ prawie 5 mln samochodów. Zanieczyszczenia nad stolicą są wręcz legendarne – przed Igrzyskami Olimpijskimi w 2008 r., wielu obserwatorów zastanawiało się, czy tamtejszy smog nie będzie miał negatywnego wpływu na osiągi sportowców. Podobno widać go nawet z kosmosu, czasami ma zasłaniać słynny Wielki Mur. Więc kiedy w grudniu zanieczyszczenia spowodowały taki spadek widoczności, że trzeba było uziemić kilkaset lotów, internauci powiedzieli wreszcie: dość.

Na blogach i forach internetowych rozpętała się zaciekła kampania. Autorzy nawoływali rodaków, żeby powstrzymali się od tradycyjnego kupowania kilogramów fajerwerków na chiński Nowy Rok (świętowany 23 stycznia) – w trakcie poprzedniego, tylko w Pekinie odpalono ich 58 ton – bo po pierwsze, strasznie zanieczyszczają powietrze, a po drugie, zaoszczędzone w ten sposób pieniądze można by wydać na zakup urządzeń monitorujących zanieczyszczenia. Ich wysokie koszta były dla części urzędników wymówką, dlaczego władze publikują jedynie dane dotyczące o wiele mniej groźnych pyłów PM10, a te o stężeniu PM2,5 przemilczają. Presja okazała się tak silna, że Partia nie miała innego wyboru, niż tylko zgodzić się na żądania: na początku stycznia zapowiedziano więc, że do końca miesiąca pomiary PM2,5 będą ogólnodostępne.

I faktycznie. Wiadomości o stężeniu opublikowano. Tyle, że nikt w nie nie wierzy.

Smog w ChinachNie, to nie te latające góry z “Avatara” (Fot. AFP)

Władze opublikowały dane dotyczące wyłącznie Pekinu i jeszcze kilku wybranych miast, a resztę kraju pominęły wymownym milczeniem. Co więcej, według oficjalnych komunikatów, zanieczyszczenia są minimalne, a stężenie PM2,5 nie przekracza 0,015 miligramów na metr sześcienny powietrza. Sęk w tym, że żadne pomiary prowadzone przez niezależne ośrodki tego nie potwierdzają. Od kilku lat własne badania powietrza prowadzi (a wyniki publikuje na Twitterze) ambasada Stanów Zjednoczonych. W latach 2010-2011, na 1,5 tys. prób, taki wynik otrzymała zaledwie… 18 razy.

Własne pomiary, na zlecenie tygodnika “The Economist”, przeprowadziła też grupa naukowców z Uniwersytetu Yale. Ich wyniki są obezwładniające. Według zaleceń Światowej Organizacji Zdrowia, pył PM2,5 stanowi zagrożenie dla zdrowia, gdy jego stężenie w powietrzu przekracza 10 mikrogramów na metr sześcienny. Według badaczy z Yale, żadna z chińskich prowincji nie mieści się w tym limicie. Tam, gdzie mieszka najwięcej ludzi, stężenie przekracza 30 mikrogramów, a w Szantungu i Henanie sięga nawet 50.

Władze chyba jednak niewiele sobie z tego robią.

Szacuje się, że w Pekinie aż 70 proc. PM2,5 to produkt rur wydechowych, głównie tirów. Żeby polepszyć sytuację, rząd już w 2005 r. klepnął prawo, które zobowiązywałoby producentów ciężarówek do instalowania w nich silników przyjaźniejszych środowisku. Nowe zasady miały wejść w życie w styczniu 2011 r. Ale zamrożono je jeszcze na rok. Tylko po to, żeby w zeszłym miesiącu ogłosić, że przesunięto jednak termin na lipiec 2013.

Wszystko dlatego, że nowe silniki wymagałyby paliwa wyższej jakości, z niższą zawartością siarki. Państwowe firmy teoretycznie mogłyby takie produkować. Ale nie chcą. A najwyraźniej mają silniejsze lobby, niż chiński minister środowiska, więc rząd ugiął się pod ich presją.

Przed laty, Tiziano Terzani – włoski korespondent niemieckiego “Spiegela” na Dalekim Wschodzie – pisał, Chińczyk może posiadać na własność tylko drelich, zegarek i rower. Teraz dostał też samochód. A w bonusie, potencjalnego raka z każdym kolejnym oddechem.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Pięć minut z Liverpoolem

Chiny od lat przejmują Amerykę Łacińską kawałek po kawałku. Połowę argentyńskiej pampy zajmują dziś uprawy soi, która w całości trafia później do Państwa Środka. W zamian za dużą pożyczkę, Ekwador będzie im przez następne osiem lat sprzedawał po preferencyjnych cenach ponad połowę wydobywanej u siebie ropy. Na Kostaryce, Pekin kupił obligacje skarbowe za 300 mln dolarów. Do chińskich portów płynie 20 proc. peruwiańskiego eksportu. A ostatnio, Chiny zajęły miejsce Stanów Zjednoczonych jako największy partner handlowy Brazylii, stopniowo zalewając portugalskojęzycznego giganta swoimi tanimi wyrobami: nawet flagi narodowe sprzedawane na ulicznych stoiskach mają obecnie w rogu małą metkę “Made in China”.

Teraz jednak, Pekin zamachnął się na to, co u Latynosów najświętsze – piłkę nożną.

Kaka ucieka przed ChińczykamiKaká jeszcze ucieka przed Chińczykami, ale jak się rozkręcą, to może już niedługo będzie im podawał (Fot. Victor Fraile/Getty)

Corinthians to nie tylko klub sportowy. To małe państwo z prężną gospodarką: drużyna z São Paulo ma kilkadziesiąt milionów kibiców w samej Brazylii, jest warta pół miliarda dolarów, a rocznie zarabia ich ponad 130 mln. Idzie jej tak dobrze, że w zeszłym roku zaszokowała świat, ogłaszając, że jest gotowa zapłacić za Carlosa Téveza 40 mln funtów – takimi sumami szastał do tej pory w zasadzie tylko znany z rozrzutności Real Madryt.

Między innymi dlatego, na poniedziałkowej konferencji prasowej dziennikarze spoglądali po sobie z niedowierzaniem: skoro brazylijskiego giganta stać na wielkie gwiazdy, to czemu ogłasza właśnie kupno średnio uzdolnionego Chińczyka?

Chen Zhizhao ma 23 lata, profesjonalną karierę zaczął w 2007 r. i jak do tej pory trafił do siatki 18 razy. Jest dobrym zawodnikiem, ale akurat w Brazylii bardziej utalentowanych rówieśników jest na pęczki. Z czego w Corinthians doskonale zdają sobie sprawę.

– To nie jest gracz, który będzie rywalizował o miejsce z najlepszymi w klubie – przyznaje w rozmowie z “O Globo” Flávio Pires, który sprowadził zawodnika z Azji. I chwilę później zdradza całą tajemnicę transferu: – Musimi mieć do niego cierpliwość. Jeżeli to [czyli osiągi Zhizhao w drużynie – przyp. DZ] wypali, to nazwa klubu trafi do kraju, który zamieszkuje ponad miliard osób.

No i wszystko jasne. Przez lata, koszykówka była jednym z najpopularniejszych sportów w Chinach, ale to nie znaczy, że mieszkańcy Państwa Środka fascynowali się jakoś szczególnie amerykańską NBA. Wszystko zmieniło się w 2002 r., kiedy Yao Ming został pierwszym w historii zagranicznym zawodnikiem wybranym z numerem 1. w amerykańskim drafcie. Azjaci oszaleli ze szczęścia. Mecze z udziałem Yao co tydzień ściągały przed telewizory 30 mln Chińczyków. W 2007 r., spotkanie, w którym zmierzył się z grającym w przeciwnej drużynie rodakiem Yi Jianlianem, oglądało ich już 100 mln. Chiny szybko stały się drugim największym rynkiem dla NBA poza Stanami Zjednoczonymi, połowa zysków wypracowywanych poza USA pochodzi właśnie stąd, a według danych Goldman Sachs, spółka NBA China jest warta aż 2,3 mld dolarów.

Brazylijczycy najwyraźniej wyciągnęli z tego cenną lekcję. O tym, jak dobrze dzieje się w brazylijskim futbolu – a już w porównaniu do sąsiedniej Argentyny, to wręcz piłkarski raj – Dział Zagraniczny informował już przy okazji zeszłorocznej Copa América. Czasy, kiedy reprezentacja błyszczała, ale kluby na wyścigi sprzedawały swoich najlepszych zawodników do Europy, już minęły. Dziś, to tamtejsze drużyny ściągają z powrotem zawodników ze Starego Kontynentu: zarówno emerytów jak Ronaldo i Ronaldinho, ale też takie marki jak Fabiano, Denilson, czy wspomniany już Tévez (transfer tego ostatniego nie doszedł w końcu do skutku, ale z zupełnie innych powodów, niż brak kasy). Teraz stwierdzili najwyraźniej, że czas rozwinąć skrzydła i sięgnąć po większy rynek zbytu.

Ale jeżeli Latynosom wydaje się, że Chiny to ziemia niczyja, która tylko czeka na wzięcie, to może ich spotkać przykra niespodzianka. Azjaci już od dawna pracują bowiem nad tym, żeby ich kibice mieli dość emocji na własnym boisku.

Conca BrilliantSkoro Eto’o zarabia hajsy w Dagestanie, to ja mogę w Kantonie (Fot. AFP)

Powiedzieć, że Chińczykom idzie w piłkę słabo, to jak stwierdzić, że Jamajka była bobsjelową potęgą. Za życia Mao Zedonga, całkowicie olali Fifę i w ogóle nie grali w żadnych rozgrywkach międzynarodowych. Po jego śmierci, wrócili do rywalizacji, ale ugrali raczej niewiele: na Mundial zakwalifikowali się jak dotąd tylko w 2002 r., gdzie fazie grupowej przerżnęli wszystkie mecze, tracąc łącznie 9 goli i nie strzelając żadnego. Nawet, jeżeli niektórzy z ich zawodników zapowiadają się dobrze i jak Dong Fangzhuo ocierają się o sam Manchester United, to potem szybko okazuje się, że są za słabi nawet na Legię Warszawa i ostatecznie kończą w lidze armeńskiej.

Mówiąc wprost: futbol to nie ping-pong, Chińczycy są w nim beznadziejni. Braki w rodzimej lidze uzupełniają więc zagranicznymi nazwiskami. I to nie byle jakimi.

Przepisy mówią, że każda drużyna w chińskiej lidze może mieć w swoim składzie najwyżej czterech obcokrajowców, z czego jeden musi obowiązkowo być Azjatą. Skoro więc klubu nie mogą iść w ilość, to najwyraźniej postanowiły uderzyć w jakość. Brazylijczyk Obina, który był kiedyś jednym z czołowych zawodników Flamengo, już od roku gra dla Shandong Luneng Taishan. W lipcu, Argentyńczyk Darío Conca, w 2009 r. i 2010 r. wybierany na najlepszego piłkarza ligi brazylijskiej, został kupiony przez Guangzhou Evergrande: jego roczna pensja to 10,4 mln dolarów, co stawia go na piątym miejscu najlepiej opłacanych graczy na świecie. W grudniu, klub Shanghai Shenhua podpisał kontrakt z legendarnym francuskim napastnikiem Nicolasem Anelką, a Zhu Jun kontrowersyjny właściciel drużyny (w 2007 r. wymusił na jej trenerze, żeby wystawił go w towarzyskim meczu z Liverpoolem – kondycji starczyło mu zaledwie na pięć minut gry), ogłosił że następny na jego liście jest Didier Drogba. Tymczasem, nowym trenerem jego ekipy został właśnie Jean Tigana, były szkoleniowiec między innymi Olympique’u Lyon, AS Monaco i Fulham.

Anelka i Chińczycy na ReunioniePrzyjacielski mecz Francja-Chiny sprzed dwóch lat. Europejczycy przegrali 0:1, dzięki czemu Azjaci mogli sobie kupić pamiątki na Reunionie, a Anelka szukać emerytury w Szanghaju (Fot. Charles Platiau/Reuters)

Chińczycy w futbolowych zakupach dopiero raczkują. Ale finansowo sięgają od razu wysoko. Stać ich, co doskonale widać po relacjach z Ameryką Łacińską. W 2010 r. wymiana handlowa z tym kontynentem sięgnęła 183 miliardów dolarów. Od 2005 r. – czyli od czasu, gdy Pekin po raz pierwszy zaczął poważnie traktować latynoskie rynki – instytucje publiczne Państwa Środka zainwestowały tu 75 mld dolarów: to więcej niż łączne wydatki Banku Światowego i Międzyamerykańskiego Banku Rozwoju z tego samego okresu, a trzeba jeszcze doliczyć dodatkowe 60 mld dolarów, które w Ameryce Łacińskiej wydały prywatne chińskie przedsiębiorstwa.

Corinthians, może się wydawać, że kupując Zhizhao i jemu podobnych, otwierają sobie nowy, nieograniczenie wielki rynek zbytu. Ale jeżeli Chińczycy rozsmakują się w futbolu bardziej niż dotychczas, to będą miały dość pieniędzy, żeby przetoczyć się po konkurencji jak walec. A wtedy, niewykluczone, że to kibice z São Paulo będą musieli śledzić transmisje z Szanghaju, a nie na odwrót.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Kobra kąsa Chińczyków

– Aresztujemy każdego, kogo złapiemy z siekierą, maczetą, albo inną bronią – ogłosił w poniedziałek Francis Kabonde, szef policji w Zambii. Mundurowi wyciągnęli lekcję z poprzednich wyborów i przed wtorkowym głosowaniem postanowili dmuchać na zimne. Nie pomogło: już dzień później, na górniczej północy kraju doszło do zamieszek. Którymi bardziej od samych Zambijczyków, przejęli się zapewne Chińczycy.

Ponad 1000 miejsc do obsadzenia we władzach lokalnych. 150 etatów posła do zgarnięcia. I ten najważniejszy fotel – prezydencki. O który zmagała się dziesiątka kandydatów. Ale tak naprawdę, liczyło się tylko dwóch starców.

Zambia wyboryPolski wyborco, doceń, że nie masz takich kolejek do swojej komisji, gdzieś w żłobku na Bałutach (Fot. Geoffrey Machayi/AP)

Rupiah Banda, znany po prostu jako RB i Michael Sata, powszechnie nazywany King Cobra, przyszli na świat w tym samym, 1937 r. i obaj od dawna ocierali się o najwyższe stanowisko w kraju.

Banda przez lata służył w dyplomacji i wytrwale piął się po szczeblach partyjnej kariery. W 2006 r. został mianowany wiceprezydentem, a gdy dwa lata później urzędująca wówczas głowa państwa – Levy Mwanawasa – zmarła nagle na zawał, przejął stery i kilka miesięcy później zwyciężył w wyborach. Co ulica przyjęła zamieszkami, nie wierząc w oficjalny wynik. Banda pokonał zaledwie o włos (różnica niecałych 35 tys. głosów) ze swoim konkurentem, któremu wygraną wróżyły wcześniej wszystkie sondaże. Z King Cobrą.

Michael Sata przygotowywał się do nowej roli przez całe życie. Do szerszej świadomości przebił się po raz pierwszy w 1985 r., kiedy został burmistrzem Lusaki. Okazał się sprawnym administratorem, budował mosty, drogi, usprawniał komunikację. Z takimi osiągnięciami, bez problemu dostał się do parlamentu, gdzie powierzono mu funkcje rządowe. Szefował resortowi pracy, potem zdrowia, a w 1995 r. został ministrem bez teki i według większości analityków, trzecim najważniejszym człowiekiem w państwie, zaraz po prezydencie i wiceprezydencie. Ambitnie liczył, że w 2001 r. to właśnie on zostanie namaszczony jako kandydat partii rządzącej na prezydenta. Kiedy jednak zaszczyt spotkał nie jego, a Mwanawasę, Sata obraził się, zabrał zabawki i założył opozycyjne ugrupowanie. Z którym przegrał w 2006 r. i dwa lata później.

We wtorek udało mu się wreszcie pokonać złą passę. Dziś rano ogłoszono oficjalne wyniki i wiadomo już, że to Sata wprowadzi się teraz do Pałacu Prezydenckiego. Co musi pewnie strasznie martwić Chińczyków.

Chińczyk w kopalni w ZambiiWykop mi tu basen, ale żeby miał hydromasaż (Fot. Per-Anders Pettersson/Getty Images)

Na pierwszy rzut oka, zwycięstwo polityka niechętnego Pekinowi, jest dziś w Zambii kompletnie bez sensu. Ale świetnie pokazuje skomplikowane relacje azjatyckiego giganta z afrykańskim kontynentem.

Kiedy w 1964 r. Zambia uzyskiwała niepodległość od Wielkiej Brytanii (wtedy jeszcze jako Rodezja Północna), była jak na miejscowe warunki stosunkowo zamożna i miała szansę jeszcze bardziej się wzbogacić. Ale fatalne zarządzanie gospodarką, w połączeniu z korupcją, źle przeprowadzoną nacjonalizacją i spadającymi cenami miedzi (która jest głównym towarem eksportowym w kraju; w okresie międzywojennym był on wręcz jego największym producentem na świecie), sprowadziło dawną gwiazdę do roli pariasa. Długi rosły, a kasy nie było. Jeszcze dekadę temu, Zambia zaliczała się do najbiedniejszych państw na świecie. I wtedy pojawili się Chińczycy.

Rozwijające się w niesamowitym tempie Państwo Środka, porzebuje ogromnych ilości minerałów. Które najłatwiej zdobyć właśnie w Afryce, więc Chińczycy postanowili machnąć ręką na pośredników i zaangażować się bezpośrednio w ich wydobycie. Zambia jest tego idealnym przykładem. Pekin inwestuje tu ogromne sumy w górnictwo, wydobywana jest nie tylko miedź, ale też kobalt i nikiel. Wymiana handlowa skoczyła z niecałych 100 mln dolarów w 2000 r. do prawie 3 mld w roku ubiegłym. Ba! Lusaka ma od niedawna pierwszą na kontynencie filię Bank of China, która obsługuje na miejscu transakcje w juanach.

I wydawać by się mogło, że kraj tylko na tym korzysta. Od pięciu lat ma roczny wzrost 6 proc., a w tym prawdopodobnie przekroczy 7 proc. No więc, skoro jest tak świetnie, to czemu jest tak źle? I dlaczego w wyborach wygrywa kandydat, który zapowiada gruntowną przebudowę relacji z Chinami?

King CobraKing Cobra węży się nie boi, w trawie siedzi (Fot. Elias Mbao/Africa Review)

Sytuacja w Zambii przypomina trochę tę z Peru. Tam też wielu analityków nie mogło się nadziwić, jak to się stało, że chociaż krajowa gospodarka jest rozpędzona jak Usain Bolt, to większość wyborców pokazuje swój sprzeciw, wybierając populistę. A dzieje się tak, bo liczby na papierze, a rzeczywistość na miejscu, nie zawsze idą w parze.

Zambia rozwija się fantastycznie, ale jako gospodarka narodowa. Przeciętni obywatele jak na razie w ogóle z tego nie korzystają. Dwie trzecie z nich wciąż zarabia mniej niż 2 dolary na dzień. Wielu twierdzi wręcz, że Chińczycy ich “okradają”. Nie tylko załatwiają sobie tanie minerały (praca w kopalniach jest źle opłacana, a warunki opłakane), ale jeszcze zalewają kraj tanią elektroniką, tekstyliami, które wypierają lokalną produkcję, a nawet całkowicie zmonopolizowali miejscowy rynek drobiu.

Sata zyskał przydomek King Cobra, ze względu na swoją retorykę, w której “kąsa” przeciwników. I chociaż w obecnej kampanii nieco stonował swoją anty-chińską retorykę, to aż do jej rozpoczęcia przekonywał, że po dojściu do władzy, całkowicie zmieni zasady współpracy. Oraz, że tylko w nim nadzieja, bo Banda i jego rząd siedzą Pekinowi w kieszeni (faktycznie, partia rządząca ma problemy z wyjaśniem, skąd wzięła tak duże fundusze na kampanię).

Najwyraźniej jego rodacy uwierzyli w te słowa i postanowili pokazać Chińczykom żółtą kartkę. Na wybory zarejestrowało się niemal o milion osób więcej niż poprzednio (co daje w sumie 5,2 mln wyborców – rekord w historii kraju), głównie młodych i albo bezrobotnych, albo zasuwających za grosze w kopalniach. Sata wygrał przekonująco. Być może jego triumf będzie początkiem szerszej zmiany na kontynencie, gdzie coraz częściej słychać głosy, że Pekin za często robi tu co chce.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

N jak Niepodległość

To zawsze ciekawe, kiedy państwo o potencjale ludnościowym Częstochowy wywołuje poruszenie w światowych kręgach dyplomatycznych. A już szczególnie, kiedy wychodzi z tego komedia pomyłek. Albo groteska. W weekend był wielki finał takiego ciągnącego się od początku miesiąca serialu. W roli głównej: Vanuatu. Partnerują: Abchazja, Gruzja, ONZ i Rosja. Speszal apirens baj: Nauru. Rzućmy okiem na skrót fabuły.

Odcinek pierwszy, 31 maja.
Szczęśliwa Abchazja obwieszcza światu, że ma nowego adoratora. Do elitarnego grona (Rosja, Nikaragua, Wenezuela, Nauru) uznającego jej niepodległość niespodziewanie dołącza Vanuatu.
– Wzmocnimy nasze przyjazne stosunki! – oznajmia debiutant na kaukaskiej scenie.
O romansie natychmiast informują media rosyjskie, za nimi New York Times, a za nim już nawet portale wędkarskie w Paragwaju.
Fanfary, rozwiane na wietrze włosy i szklące się oczy. Ale sielanka nie trwa długo.

Odcinek drugi, 3 czerwca.
– To zniesławienie naszego kraju! Brak szacunku! – grzmi Donald Kalpokas, ambasador Vanuatu przy Organizacji Narodów Zjednoczonych. Może zagrzmieć powinien raczej ten z Abchazji, Gruzji albo chociaż Rosji. Ale nie zagrzmi. Bo nie istnieje – Vanuatu ma ambasady tylko w Nowym Jorku (przy ONZcie właśnie), Brukseli (przedstawicielstwo przy Unii Europejskiej), w Pekinie i… Rabacie (oraz konsulat w Paryżu, bo niegdyś Francja na spółkę z Wielką Brytanią zrobiły z pacyficznego kraju swoją kolonię).
Więc grzmi Donald i ciągnie, że dzwonił do domu, a tam wszyscy zaprzeczają uznaniu niepodległości, a jeśli chodzi o kontakty dyplomatyczne w tym regionie, to utrzymują je z Gruzją.
– Mamy na to papier! – ogłasza jeszcze tego samego dnia Maksym Gundźia, Minister Spraw Zagranicznych Abchazji, dodając, że oba kraje negocjowały sprawę od trzech miesięcy i stosowne dokumenty zostały wysłane do Suchumi pocztą lotniczą.
– My tam niczego nie widzieliśmy – informuje Ministerstwo Spraw Zagranicznych Gruzji.

DonaldDo Działu Zagranicznego bardziej trafia styl Donalda z Vanuatu niż Donalda z Trójmiasta (Fot. British Friends of Vanuatu)

Odcinek trzeci, 10 czerwca.
Alfred Carlot, Minister Spraw Zagranicznych Vanuatu wypuszcza wideo:

Dla tych, którzy nie zrozumieli, bo najwyraźniej mikrofon na wizji jest dla ściemy, a wszystko nagrywano przez laptopa, Dział Zagraniczny wyjaśnia: tak, uznają Abchazję.
– Przepraszam za długie milczenie, ale byłem w Seulu – tłumaczy się Carlot, a później dorzuca jeszcze – Studiowałem na Akademii Dyplomatycznej w Moskwie.
Powodów nagłej aktywności swojego kraju na Kaukazie nie tłumaczy, rzuca tylko hasło, że “polityka zagraniczna Vanuatu ma na celu wyplenić kolonializm z powierzchni ziemi”. Na potęgę Posępnego Czerepu!!!
– Nie tykam tego, bo on jest ministrem – komentuje z Nowego Jorku Donald Kalpokas, bez oceniania koszuli szefa.

Odcinek czwarty, 16 czerwca.
Vanuatu ma swój profil na Facebook’u, a tam 207 przyjaciół (czyli mniej niż Dział Zagraniczny). Jednym z tych, którzy Lubią To, jest Gruzja. Ale jakoś nie propsuje wpisu z 16 czerwca, kiedy Vanuatu zamieszcza oficjalny komunikat o uznaniu niepodległości Abchazji. Cytując szeroko dane zaczerpnięte z BBC.
Mało kto jednak zwraca na to uwagę, bo jeszcze tego dnia Sąd Najwyższy stwierdza, że urzędujący premier Sato Kilman został wybrany na to stanowisko niezgodnie z konstytucją i od grudnia de facto rządził nielegalnie. Kilman natychmiast zostaje odsunięty od sterów i władzę przejmuje jego poprzednik – Edward Natapei.

Edward z VanuatuDział Zagraniczny wciąż woli styl Donalda od Edwarda. Donald na premiera! (Fot. AP)

Wielki Finał, 19 czerwca.
Natapei mianuje sześciu nowych ministrów. I anuluje uznanie Abchazji. Napisy końcowe, w tle leci “Maciek, ja tylko żartowałem”.
W tym samym czasie, w Las Vegas trwa rozdanie nagród Emmy. “Studiowałem w Moskwie” nie zdobywa jednak żadnej statuetki. Triumfuje “Moda na sukces”.

Moda na sukcesW przyszłym roku na tej scenie widzimy Vanuatu. Całe. I tak będzie mniejszy tłok (Fot. Eric Jamison/AP)

A o co w tym wszystkim chodziło? Jak zwykle – o pieniądze.
Kraje Pacyfiku może i są miniaturowe, ale ich głos na Zgromadzeniu Ogólnym ONZ ma taką samą wagę jak każdego innego członka. Więc wyspiarskie państewka od lat znane są z handlowania swoją przychylnością, szczególnie w stosunkach z Chinami i Tajwanem. Ten drugi opłaca cały szereg rządów, które są gotowe z całą stanowczością gardłować, że Tajpej to prawdziwe Chiny, a nie jakiś tam Pekin.
Vanuatu pojawia się i w tym sporze, a jakże. W listopadzie 2004 r. uznało Tajwan, a już miesiąc później premier został odwołany ze stanowiska, a jego następca anulował tamtą decyzję i wybrał ofertę komunistów.
Nauru – sąsiad z Pacyfiku, a zarazem jedno z czterech państw, które uznaje Abchazję – miało jeszcze większe wachnięcia: najpierw przez lata trzymało z Tajpej, żeby w 2002 r. zerwać stosunki i przybić piąteczkę z Pekinem, ale niecałe trzy lata później stwierdziło, że to pomyłka i wróciło na stare śmieci.

Niewykluczone więc, że po następnej zmianie warty u sterów Vanuatu, czeka nas kaukaska powtórka z rozrywki. Może producenci pozyskają do drugiego sezonu nowe gwiazdy – gorący flirt z Somalilandem, Abchazja we łzach?

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Toalety i debaty

Najnowsze podsumowanie tygodnia zaczniemy od przyjrzenia się trzem poruszanym już wcześniej na tym blogu sprawom.

1. Uspokójcie się, przecież mianowałem się na tego ministra!

Po pierwsze, Burkina Faso. W połowie kwietnia Dział Zagraniczny informował, że na ulice stolicy Ouagadougou wyległy tłumy protestujących przeciw podwyżkom, a już dzień później swoje niezadowolenie z opóźnień w wypłacaniu żołdu postanowili pokazać żołnierze z prezydenckiej straży przybocznej. I trochę postrzelali w powietrze. Półtora miesiąca później i sytuacja jest daleka od spokojnej.
Do wojskowych ze stolicy przyłączyli się bowiem koledzy z garnizonów w innych miastach, a równolegle protesty zorganizowali cywile, między innymi studenci i nauczyciele. Rządzący już od 24 lat prezydent Blaise Compaoré próbował załagodzić sytuację, proponując podwyżki, dymisjonując rząd i mianując nowych ministrów, w tym… siebie – na Ministra Obrony.
Jednak to wszystko na nic, bo zbuntowani żołnierze nie chcieli iść na żaden kompromis. Najmocniej poczuli się ci skoszarowani w położonym ok. 350 km na zachód od stolicy Bobo-Dioulasso. Sytuacja w tym mieście przyśpieszyła w ciągu kilku ostatnich dni. Najpierw, w środę, wojskowi splądrowali tam sklepy i kramy na targu. Więc w czwartek kupcy, w proteście, że rząd nie jest w stanie zapewnić im spokoju, zdemolowali między innymi siedzibę burmistrza, urząd celny, oraz biura krajowego przedsiębiorstwa energetycznego. Wobec czego władze wprowadziły w Bobo-Dioulasso godzinę policyjną. Efekt? Zbuntowani żołnierze jeszcze raz zrabowali handlarzy, których i tak wyczyścili z towaru dwa dni wcześniej.
Blaise Compaoré najwyraźniej stracił cierpliwość, bo na miejsce wysłał wierne sobie elitarne jednostki, które wzięły koszary szturmem. Zginęło 6 zbuntowanych wojskowych i jedna przypadkowo postrzelona dziewczynka, ponad 30 osób zostało rannych. Na tym się jednak prawdopodobnie nie skończy, bo sytuacja w kraju jest napięta.
Dział Zagraniczny będzie się jej przyglądał.

2. Obcokrajowiec w Obcokrajowni Wewnętrznej

Po drugie, Mongolia. Konkretnie Mongolia Wewnętrzna, czyli region w północnych Chinach. W zeszłym tygodniu Dział Zagraniczny podawał, że tamtejsza mongolska mniejszość (w samej prowincji stanowią tylko 20 proc. ludności, w całym kraju to zaledwie promil), sprowokowana przez zabójstwo dwóch swoich pobratymców, wyszła na ulice lokalnej stolicy protestować przeciw dyskryminacji. W tym tygodniu protesty rozszerzyły się ponoć na inne miasta w okolicy, ale trudno to potwierdzić, bo władze szybko wprowadziły blokadę informacyjną. Dziennikarzom udało się tylko dotrzeć do informacji od osób na miejscu, że ponoć zgromadzenia są rozpędzane przez siły porządkowe, kampus uniwersytecki zamknięto i wprowadzono tymczasowy stan wyjątkowy.
Tymczasem Pekin raz twierdzi, że w Mongolii Wewnętrznej nic się nie dzieje i wiadomości o protestach to tylko plotki, a za chwilę przyznaje, że coś jednak jest na rzeczy.
– Problemy wywołują obcokrajowcy – stwierdziła rzeczniczka Ministerstwa Spraw Zagranicznych, ale, jak zauważa BBC, nie powiedziała, o jakich dokładnie obcokrajowców chodzi.

Dział Zagraniczny zgaduje: o Mongołów?

MongołowieObcokrajowcy wywołują problemy w Xilinhot (Fot. Reuters)

3. W przerwie zapraszamy do bufetu na zimne przekąski

Po trzecie, Sri Lanka. Na początku maja, Dział Zagraniczny opisywał zarzuty, jakie pojawiają się wobec władz wyspy. W skrócie: że dwa lata wcześniej, rozprawiając się ostatecznie z Tamilskimi Tygrysami, wojsko siekało wszystkich równo, nie bacząc na cywilów i miały miejsce zbrodnie przeciw ludzkości. Na końcu znalazła się też informacja, że rząd (który oczywiście odrzuca wszystkie oskarżenia), na 30 maja zaplanował konferencję “Pokonać Terroryzm: Doświadczenie Sri Lanki”, w której udział zapowiedziały delegacje z 30 krajów, w tym Turcji, Izraela, Czadu czy Zimbabwe.
No więc, konferencja się odbyła. A dwa dni później, w siedzibie Rady Praw Człowieka ONZ w Genewie przedstawiono dowody śledztwa, które potwierdza łamanie praw człowieka. Pokazano między innymi nagrany przez samych żołnierzy film, na którym mordują cywilów.

“Pokonać Terroryzm: Doświadczenie Sri Lanki”. Uczcie się, Czadzie i Zimbabwe.

4. Pan na tronie

O właśnie, Zimbabwe. Dział Zagraniczny musiał tę informację sprawdzić z 10 razy, przespać się, znowu sprawdzić, zbadać się alkomatem i sprawdzić jeszcze raz. Ale okazuje się, że władze tego kraju właśnie wysunęły się na dalekie prowadzenie w konkurencji “Represje 2.0 – Absurd i Groteska edition”. A było tak.
Jest 6 maja, Bulawayo, drugie co do wielkości miasto Zimbabwe. Trwają doroczne Międzynarodowe Targi Handlowe. Alois Mabhunu, ubrany po cywilnemu policjant z miejscowego wydziału zabójstw, poci się i przestępuje z nogi na nogę. Poci się i zaciska zęby, ale dłużej nie wytrzyma: musi iść za potrzebą. Rusza do najbliższej toalety, jak burza przepycha się przez kilku stojących przed nią mężczyzn i dopada muszli. Po kilku chwilach, szczęśliwy i odprężony, spuszcza wodę i chce wrócić do pracy. Zamiast tego, trafi do wojskowego aresztu. Bo kibel, a którego skorzystał, był zarezerwowany dla prezydenta Roberta Mugabego.

Noł szit, Mabhunu przesiedział trzy tygodnie w areszcie miejscowych baraków, aż w środę sąd skazał go na bonusowe 10 dni “normalnego” więzienia. Został też zdegradowany. Ale nie wyrzucony – znaj łaskę pana, Alojzy.

Prasa opozycyjna oburza się, że po pierwsze nie miał żadnego adwokata, a po drugie akt oskarżenia nie wskazuje, jakie artykuły kodeksu karnego złamał, korzystając z prezydenckiej toalety.

Dział Zagraniczny też należy do tych mężczyzn, którzy też nerwowo reagują, kiedy ich ziomki najpierw pochłaniają dwa kebaby z ostrym sosem, a potem – z gazetą w ręku – bezceremonialnie zmierzają w stronę toalety. Prezydent Zimbabwe właśnie pokazał, że da się temu przeciwdziałać. Robercie! Piąteczka za innowacyjność!

5. Meanwhile, in Korea…

– Od tej pory, rozpoczniemy praktyczne i ogólne odwetowe działania militarne, żeby za jednym zamachem zetrzeć [z powierzchni ziemi – tak domyśla się DZ] zdrajców! – piszą w oświadczeniu władze Korei Północnej. O jakich zdrajców chodzi? O Koreę Południową, jak zawsze. Ale powód do ostatniego wybuchu gniewu, jest tym razem bardzo konkretny: tarcze strzelnicze.
Pojawiły się bowiem zdjęcia, na których żołnierze armii Południa trenują celność, oddając salwy do zdjęć Kim Ir Sena, Kim Dzong Ila i Kim Dzong Una (który prawdopodobnie obejmie władzę po śmierci swojego ojca). W związku z czym Korea Północna zapowiada, że zmaże zniewagę siłą.

Zdjęcia Kimów na tarczachTrochę to niesprawiedliwe, że w najmłodszego tak łatwo trafić (Fot. Park Jung-Ho/AP)

Nikt nie wie, co by zrobiła, gdyby komandosi z Południa zamiast do zdjęć strzelać, używaliby ich jako papieru toaletowego. A, nie, poprawka: Robert Mugabe wie.

6. Doświadczonego w używaniu sznura, zatrudnię od zaraz

Zaprzyjaźniona z Działem Zagranicznym graficzka, znalazła wczoraj w gazecie ogłoszenie o treści: “Ochrona mężczyzn. Kobiety do lat 40 zatrudnię”. I jeszcze kilka podobnych kwiatków, czasem z rzetelnym: “Doświadczenie w branży nie jest wymagane”. Poeci krótkiej formy mogliby się teraz popisać w Indiach, gdzie właśnie poszukuje się kandydata na dość nietypowe stanowisko. Na kata.
Okazuje się, że na subkontynencie od 2004 r. nie wykonano żadnego wyroku śmierci. Aż tu nagle zdarzyły się (czy raczej – mają się zdarzyć) dwie egzekucje. Prośby o łaskę Devindera Pala Singh Bhullara (skazanego za planowanie ataków terrorystycznych) i Mahendry Nath Dasa (pospolitego mordercy) zostały odrzucone, więc obu rychło powinien spotkać smutny koniec. Ale sprawa się odwleka, bo… na etacie już dawno nie ma kata. Więc teraz władze gorączkowo jakiegoś szukają.

Egzekucja ma się odbyć przez powieszenie. Podobno kandydat musi się wykazać doświadczeniem w tej dziedzinie. Dział Zagraniczny usilnie się zastanawia: gdzie odbywa się staż w takiej profesji?! W Arabii Saudyjskiej? Chinach? USA?

7. Słowik na uwięzi

Tymczasem jedno z więzień w Kolumbii już niedługo będzie miało trochę muzycznej rozrywki. W Wenezueli został bowiem pojmany (i ma zostać wydany sąsiadowi) jeden z bardziej charakterystycznych członków lewackiej partyzantki FARC: Guillermo Enrique Torres Cueter vel Julian Conrado. Szerzej znany jako “Śpiewak”. Torres dorobił się tej ksywy, bo na plecach oprócz karabinu, nosił też gitarę. Z której korzystał przy każdej okazji. Przypisuje mu się autorstwo ponad stu piosenek sławiących kolegów z dżungli i ich walkę. W roku 2000, gdy doszło do krótkotrwałego rozejmu między rządem a partyzantką, to właśnie jego wytypowano, żeby zaśpiewał przed otwarciem pierwszej rundy negocjacji.

Tu na jednym z występów:

8. Konrad Wallenrod

No i na sam koniec, trochę rozrywki. Ten tydzień upłynął Działowi Zagranicznemu pod znakiem narkotyków – a to na promocji książki “Wojny Narkotykowe” w łódzkim klubie Krytyki Politycznej, a to w Programie III Polskiego Radia, objaśniając najnowszy raport Światowej Komisja ds. Polityki Narkotykowej. Więc trzymajmy się tego wątku i narkotykami zakończmy też niedzielę.

W sierpniu 2009 r., Trybunał Konstytucyjny Argentyny stwierdził, że pociąganie do odpowiedzialności karnej dorosłych osób palących marihuanę jest sprzeczne z tamtejszą ustawą zasadniczą. Co stwarza pewien problem, bo orzeczenie Trybunału nie oznacza wcale legalizacji marihuany, nie pozwala tylko, by za skręta w kieszeni ładować kogoś za kratki. Więc jakiegoś czasu w kraju trwa ożywiona debata, czy nie skończyć z tą farsą i po prostu nie zalegalizować trawy. I “ożywiona” była też wtorkowa wymiana zdań w programie dyskusyjnym kanału C5N. W rolach głównych Sebastián Basalo (redaktor naczelny magazynu “THC” i działacz kampanii na rzecz legalizacji) oraz Claudio Izaguirre (z Argentyńskiego Stowarzyszenia Przeciw Narkotykom). Łoczyt (jeżeli ktoś zna hiszpański, to niech ogląda całość, jeżeli nie, to może od razu przewinąć do mniej więcej drugiej minuty):

Señor Izaguirre, w imieniu wszystkich znajomych Argentyńczyków, którzy popierają legalizację miękkich narkotyków, Dział Zagraniczny składa ogromne podziękowania za fantastyczny PR! Oby tak dalej!

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Liga Mistrzów i oliwa do sałatki

Po dłuższej nieobecności, wraca podsumowanie tygodnia. Tradycyjnie, z jednodniową obsuwą.

1. Zbyt dobrzy na trzymanie terminów

A tydzień był spod znaku futbolowych emocji. I nie chodzi o Barcelonę i Manchester, tylko starych znajomych Działu Zagranicznego – TP Mazembe.
Dopiero co w grudniu przyglądaliśmy się, jak ekipa z Konga po raz drugi wygrała Afrykańską Ligę Mistrzów, a potem jak burza przeleciała przez Klubowe Mistrzostwa Świata, zatrzymana dopiero w finale przez Inter Mediolan. Tym razem powtórki nie będzie, bo Kruki właśnie zostały z Ligi Mistrzów wyrzucone. I postanowiły to olać.
A było tak. W drugiej rundzie turnieju, TP Mazembe rozgromiło Simba SC z Tanzanii 6 do 3. Ale drużyna z Dar es Salaam zgłosiła protest, bo w barwach Kongijczyków występował Janvier Besala Bokungu. 22-latek grał już wcześniej w barwach TP Mazembe, ale w 2007 roku został wypożyczony do tunezyjskiego składu Esperance. Na łono macierzy wrócił w tym roku, ale Tanzańczycy znaleźli dowody, że nie miał prawa biegać po boisku z resztą Kruków, bo jego kontrakt z północnoafrykańską ekipą wygasa dopiero w czerwcu. Afrykańska Konfederacja Piłkarska protest uznała za zasadny i zawiesiła ekipę z Lubumbashi.
– Będziemy się odwoływać! – zapewniał wtedy Moise Katumbi, dyrektor drużyny.
W tym tygodniu wydali oświadczenie, w którym piszą, że zatrudnili ekipę prawników, która udowodni, że “Mazembe wyrządzono niesprawiedliwość”. Ale widocznie chcieli przyoszczędzić na całej sprawie i “ekipa prawników” oznacza kuzynów i kolegów kogoś od podejmowania decyzji. Są bowiem tak kompetentni, że zapomnieli złożyć odwołanie. A termin minął.

Co znaczy, że w tym roku antychińskich zamieszek w Lubumbashi nie obejrzymy.

2. Hiszpania-Mongolia

A, właśnie. Chiny, zamieszki itp. W środę w Państwie Środka protestowali Mongolczycy. W Xilinhot na ulice wyszło ponad 2 tys. osób domagających się osądzenia mężczyzny z grupy etnicznej Han (do której należy ok. 90 proc mieszkańców Chin), który 10 maja rozjechał swoim vanem pasterza, a mimo zeznań świadków, nie usłyszał zarzutów.
Mongołowie, których w kraju jest ok. 6 milionów, twierdzą, że dominujący Han od dawna niszczą ich sposób życia. W bogatym w złoża mineralne regionie Mongolii Wewnętrznej od dawna powstaje coraz więcej kopalń, przez co wzrasta zanieczyszczenie, niszczeją lasy i pastwiska, mniej jest opadów. Śmierć pasterza ostatecznie przelała szalę goryczy. Władze, żeby uspokoić nastroje, szybko ogłosiły, że kierowca pojazdu już został zatrzymany i oskarżony o morderstwo.

3. 3…2…1!

Swoją drogą, zawsze jak piszę o Chinach, to myślę o ogniach sztucznych. Nie wiem dlaczego, po prostu taki odruch. No, w każdym razie, gdyby ognie sztuczne wciąż robić metodą chałupniczą, to wiecie, gdzie jest sporo materiału do składania? W Salwadorze. Po miesięcznym śledztwie aresztowano tam właśnie czterech szeregowców i dwóch oficerów, którzy sprzedawali lokalnym gangom uzbrojenie z wojskowych magazynów. Konkretnie granaty. Konkretnie, 1812 granatów. 1812! Można by tym rozświetlić niebo nad całym Sydney w Sylwestra [to kolejna sprawa – mówię Nowy Rok, myślę Sydney].

SydneyA to mógłby być Salwador… (Fot. Daily Sydney)

4. Film od lat 18

Zostając jeszcze w Ameryce Łacińskiej, w Brazylii uczniowie nie pooglądając sobie video na zajęciach z edukajci seksualnej. Ministerstwo Edukacji przygotowało bowiem kilka krótkich filmików, które mają pokazać dzieciom, że jeżeli jesteś chłopcem i podoba ci się inny chłopiec, albo dziewczynką i podoba ci się inna dziewczynka, to nie znaczy, że Bóg już szykuje się, żeby trzasnąć cię piorunem i zesłać na ognie piekielne. O, przepraszam, według ewangelików tak właśnie jest.
Pisałem już kiedyś o prawach gejów w Ameryce Łacińskiej i że kontynent przeżywa właśnie jakąś masową liberalizację. Ale oczywiście nie bez silnych głosów sprzeciwu. Wydawać by się mogło, że na pierwszej linii będzie Kościół Katolicki. I w istocie tak jest, z tym, że hierarchiczna struktura tego wyznania sprawia, że bardziej pijarowo ogarnięci hierarchowie hamują tych bardziej krewkich. Tymczasem wśród ewangelików jest inaczej.
W Brazylii sytuacja jest specyficzna, ponieważ w ostatnich kilkunastu latach, te wyznania poczyniły ogromne postępy w przyciąganiu na swoją stronę nowych członków. Od lat ich szeregi zasila coraz więcej i więcej katolików, w tym prawodawców. W Kongresie mają dość silną ekipę i rząd musi się z nimi liczyć.
W sprawie filmików dla młodzieży podnieśli tak ogromny krzyk, że prezydent Dilma Rousseff nie miała innego wyboru, jak tylko ogłosić, że materiał widziała i jej zdaniem nie jest właściwie zrobiony, żeby trafić do szkół. Więc (mimo sprzeciwu ministrów zdrowia i edukacji), wstrzymuje jego rozpowszechnianie.

Jakich to porażających treści nie obejrzą więc nastolatki? Między innymi takich:

No, szok normalnie.

5. Rasa panów

To jest tak głupie, że nawet nie chce mi się rozwodzić nad tą informacją. Egipt. Zakładają partię nazistowską. Serio. Niejaki Emad Abdel Sattar, były wojskowy, który ogłosił powstanie ugrupowania, twierdzi, że działali jeszcze za Mubaraka, tyle, że w sekrecie. A teraz się ujawniają.

Łoewa. Nigdy nie mogę wyjść z podziwu, kiedy z flagami Trzeciej Rzeszy biegają radośnie Egipcjanie, Mongołowie, Boliwijczycy itd. Dział Zagraniczny chyba założy w Polsce komórkę Czarnych Panter. Tylko oleje część o “czarnych”.

6. Do sałatki

Telegraph donosi, że Kim Dzong Il podczas zeszłotygodniowej wycieczki do Chin, postanowił wyskoczyć na chwilkę ze swojego lukspociągu i uderzyć na zakupy. A konretnie, to szukał “dobrej oliwy do sałatki”, choć zgodnie z tym, co wiadomo o Korei Północnej, powinien raczej szukać ryżu. Wielu, wielu ton ryżu.

Gazeta informuje, że Kochany Przywódca oliwy jednak nie dostał. Dywersja imperialistów.

7. Kuracja

Coś Wam mówi nazwisko Muhammad Nazaruddin? Tak, zagadliście! To skarbnik partii rządzącej Indonezją. Były skarbnik, bo oskarżono go o korupcję. A w zasadzie nie oskarżono, bo dzień przed postawieniem mu zarzutów, minister Nazaruddin nawiał do Singapuru. Jak się domyśla Dział Zagraniczny, z trzema bańkami dolarów w kieszeni, bo tyle miał przyjąć od różnych interesantów. Twierdzi, że pojechał tylko na badania. Dział Zagraniczny zgaduje, że pewnie trochę zajmą.

8. Ajri

No i na koniec, informacja tygodnia. Rastamouse wydaje singiel! “Hot, hot, hot” trafi na półki 26 czerwca. Czekamy.

(nie mogę wkleić fragmentu singla, do odsłuchania pod tym linkiem)

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Władza niejedno ma oblicze

Podsumowanie tygodnia po raz kolejny z opóźnieniem. To staje się taką normą, że chyba Dział Zagraniczny powinien się zacząć tłumaczyć, jeżeli akurat wyrobi się na termin.

1. Bohater kreskówki trzyma się mocno

Zaczynamy oczywiście od Wybrzeża Kości Słoniowej, które przyciąga uwagę Działu Zagranicznego od listopada. A w kraju dzieją się cuda, bo mimo, że rebelianci popierający Alassane Ouattarę wkroczyli do Abidżanu już tydzień temu, to Laurent Gbagbo schował się w bunkrze i wciąż się nie poddaje.
Poważnie, zaczynam wierzyć, że były prezydent to nie żywa osoba, tylko postać z kreskówki. Świat odmawia uznania go za głowę pańswa, Gbagbo nawet nie zwraca na to uwagi. Wprowadzają sankcje na kakao, Gbagbo prycha z politowaniem. Ofensywa rebeliantów toczy się z północy jak walec, który rozjedzie wszystko co ma na drodze, Gbagbo tylko prasuje spodnie na impreze. Philippe Mangou – szef jego sztabu – ucieka i szuka schronienia w domu ambasadora RPA, Gbagbo ziewa ze znudzeniem (generał po kilku dniach wrócił skruszony). Wreszcie jego rezydencję ostrzeliwują nawet Francuzi z ONZ, Gbagbo martwi się tym, że mu tynki lecą na biurko.
Właśnie, wbrew temu, co pisałem tydzień temu, nawet żołnierze z misji stabilizacyjnej (sic!) włączyli się do imprezy, bo jeden z nich najwyraźniej przeczytał rezolucję, w której stało, że mają “bronić cywilów”. No to obronili: wysłali kilka helikopterów, które ostrzelały siedzibę Laurenta.
Ale Gbagbo nie tylko się nie ugina, ale jeszcze kontratakuje. Lojalni mu żołnierze (szacuje się, że ma jeszcze ok. tysiąca ludzi pod bronią) przetrzymali atak rebeliantów i przeszli do kontrofensywy, atakując nawet hotel, który przez miesiące był siedzibą Ouattary. Tymczasem obrokrajowcy są ewakuowani przez Francuzów, a reszta mieszkańców Abidżanu, która nie ma w kieszeni paszportu Unii Europejskiej, ucieka na własną rękę.
W zeszłym tygodniu Dział Zagraniczny był pewny, że to ostatnie dni walk na Wybrzeżu, ale jakoś o tym nie napisał. Okazuje się, że słusznie. Dlatego teraz też nie będziemy niczego prorokować, bo chociaż wygląda na końcówkę ruchawki, to jeszcze skończy się na tym, że pod koniec maja będziemy pisać: “Rebelianci nacierają. Gbagbo siedzi w bunkrze i świetnie się bawi”.

2. Manifestantów nie ma (bo siedzą w więzieniu)

Świetnie bawi się też najwyraźniej Mswati III, król Swazilandu, ostatniej afrykańskiej monarchii absolutnej. Co prawda miesiąc temu miał w kraju manifestacje niezadowolonych obywateli, a na Facebooku młodzież nawołuje do zebrania się we wtorek (czyli jutro) i obalenia go w stylu egipsko-tunezyjskim, ale rząd się tym nie przejmuje.
– Słyszmy więcej o powstaniu za granicą, niż w ojczyźnie – ogłosił Lutfo Dlamini, Minister Spraw Zagranicznych.
Szybko okazało się czemu: otóż od tygodnia policja wyciąga z domów resztki aktywistów, którzy pozostali w kraju (reszta opozycji jest na emigracji w RPA – w Swazilandzie partie polityczne są nielegalne od 1973 r.) i wrzuca ich do więzień, gdzie są bici. Najwyraźniej minister Dlamini nie nadstawia ucha pod celą.

Protesty w SwazilandzieTo zdaniem ministra nigdy nie miało miejsca (Fot. Mantoe Phakathi/IPS)

3. Syzyfowe prace

A skoro już o Facebooku i protestującej młodzieży, to przeciwko rządowi występują studenci w Chartumie. Od końca stycznia urządzają pikiety na uniwersytecie i marsze przez środek miasta, a raczej próby marszów, bo zanim przejdą pół kilometra, są bezlitośnie bici przez policję. Ostatnio próbowali w poniedziałek, dzięki czemu miejscowe służby porządkowe mogły sobie przećwiczyć wariant “Euro 2012”. Po tych kilku tygodniach patrzenia na zmagania studentów z policją, trudno nie zacytować klasyka: “Szacun za podjęcie walki”.

4. Wojsko troszczy się o konstytucję

Ale są też i dobre wiadomości z regionu i to mimo, że w doniesieniach przewija się “junta wojskowa”. Przy całkowitej olewce ze strony mediów, do Nigru wróciła w zeszłym tygodniu demokracja.
W lutym 2010 r. wojsko zrobiło zamach stanu, bo prezydent Mamadou Tandja chciał się pobawić w Laurenta Gbagbo i porządzić trzecią kadencję, chociaż konstytucja wyraźnie tego zabraniała. Kiedy armia przejęła stery, zapowiadając, że “za jakiś czas przeprowadzi nowe wybory”, wszyscy postawili na afrykańskim państwie kreskę, podejrzewając, że skończy się jak zawsze, czyli na wieloletnich rządach mundurowych. Tymczasem szef szefów, generał Salou Djibo wyciął wszystkim numer i naprawdę zorganizował głosowanie. W którym – coś bardziej nieprzewidywalnego niż wygrana Polski na mundialu – nie brał udziału.
Marcowe wybory ostatecznie wygrał wieloletni przywódca opozycji Mahamadou Issoufou, a w czwartek armia przekazała mu pełnię władzy.

W piątek (dzień wolny od pracy) impreza trwała w całym kraju. Dział Zagraniczny przyłączył się na odległość.

5. Dopóki śmierć nas nie rozłączy

Jeszcze tylko szybki update innej sprawy rozbijającej się o konstytucję i wybory prezydenckie: sąd w Gwatemali wstrzymał sprawę rozwodową małżeństwa Colomów.
Do sędziów rozpatrujących wniosek rozwodowy, wpłynęło kilka zawiadomień o możliwym popełnieniu przestępstwa (czyli złamaniu konstytucji właśnie). W związku z czym małżeństwo będzie trwać, dopóki nie zostaną one rozpatrzone. A znając gwatemalską rychliwość w sądach, do tego czasu może być już po wyborach. I drugiej Evicie.

UPDATE Z GODZINY PO NAPISANIU TEGO POSTA: Nie sprawdziłem najnowszych depesz. Okazuje się, że Sandra Colom właśnie dostała rozwód. Nie wiadomo jednak, czy Trybunał Konstytucyjny zezwoli jej na start w wyborach.

6. Chase those crazy baldheads out of town

Dobre wiadomości również z Jamajki. Kraj, który w Polsce kojarzy się głównie z plażami, drinkami i Bobem Marleyem (albo zespołem UB40 branym za Wailersów), w rzeczywistości był jednym z najniebezpieczniejszych miejsc na ziemi, zajmując zawsze miejsce na podium w statystykach morderstw na 100 tys. obywateli. A teraz to ostatnie wydaje się zmieniać.
Według rządowych statystyk, w pierwszym kwartale tego roku, liczba zabójstw spadła aż o 44 proc. (a w Kingston nawet o 60) w stosunku do roku poprzedniego. Władze twierdzą, że to dzięki setkom policjantów posłanych do walki z wszechmocnymi gangami, rządzącymi do tej pory slumsami (“inwazja” zaczęła się od obławy na Christophera Dudusa Coke’a – najbardziej dona na wyspie – w maju zeszłego roku; akcja była bardzo krwawa, zginęło w niej ponad 70 osób, wiele zostało rannych, Coke ostatecznie został pojmany i wysłany do USA, gdzie ma proces za przemyt narkotyków i zlecanie morderstw).
Jednak na dobrych wieściach kładzie się pewien cień. Podobne akcje organizuje od jakiegoś czasu Brazylia. Jednak tam, choć do faveli wchodzi najpierw BOPE (czyli elitarna jednostka, której zadaniem jest po prostu jak najszybciej wykończyć bandytów), to potem ich miejsce zajmują funkcjonariusze z Unidade de Polícia Pacificadora (w wolnym tłumaczeniu: Policyjny Oddział Pacyfikujący). Bardziej niż tradycyjnymi zadaniami, zajmują się oni odbudową zaufania mieszkańców do państwa i mają ku trmu solidne przygotowanie – przechodzą trening z psychologii, animacji społecznej itp. Tymczasem policjanci patrolujący teraz slumsy Kingston, to członkowie oddziałów szturmowych, nie mają żadnego przygotowania do sytuacji w jakiej się znaleźli. Przez co organizacje praw człowieka oskarżają ich o torturowanie podejrzanych i przeprowadzanie samosądów. Według ich statystyk, w 2010 r. ofiarą zbyt krewkich stróżów prawa, padło ponad 400 osób.

Mimo wszystko, Dział Zagraniczny ma nadzieję, że w slumsach Kingston za jakiś czas “One Love” nie będzie już tylko pustym hasłem.

Policja na JamajceCzy twój dzielnicowy też odwiedza cię z kolegami? (Fot. Reuters)

7. Otwieram lodówkę, a tam Kate

A na sam koniec, wiadomość z okolicy. Barbuda.
Jak wiadomo, książę Wiliam za chwilę się żeni. Dział Zagraniczny już go nienawidzi, bo której gazety nie otworzy, tam suknia Kate, porcelana z Kate, dziewczyny, które chcą być jak Kate, ulubione ciasteczka Kate, blablabla. Ale mieszkańcy Karaibów wiedzą, że nie ma to jak dobra reklama, a ślub stulecia (no bo przecież…) będzie darmową reklamą dla wszystkiego, co się z nim wiąże. A, że młoda para wciąż nie zdecydowała, gdzie wybiera się w podróż poślubną, to władze Barbudy postanowiły jedną z plaż nazwać… imieniem Księżnej Diany. Nie wiadomo, czy na pewno przekona to nowożeńców, ale prasa już podaje, że “rodzina Middleton jest w trakcie negocjacji z Lighthouse Bay Resort”. Więc nawet, jak nic z tego nie wyjdzie, to media exposure jest.
Kołobrzeg, Władysławowo, Ustka – do roboty! Dział Zagraniczny proponuje od razu całe wybrzeże ponazywać imionami rodziny królewskiej. Jest ich sporo, więc starczy dla wszystkich. A Trójmiasto w ogóle przemianujmy na “Kate uwielbia jeździć konno”.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

PS A, byłbym zapomniał. Obraz Zhanga Xiaoganga poszedł w tym tygodniu pod młotek w Sotheby’s i wyciągnął 6 mln funtów, stając się najdroższym chińskim dziełem sztuki współczesnej. Czyli: inwestujcie w Azji!

PS2 Polak jednak nie będzie rządził Peru. Do drugiej tury przeszli Humala i Fujimori. Będzie ciekawa dogrywka.