Archive

Posts Tagged ‘Demokracja’

Bez prawka, bez mandatu

Arabska Wiosna przetoczyła się przez państwa regionu jak walec. W Tunezji i Egipcie wyniosła do władzy islamistów. W Libii obaliła dyktatora, teraz jej wschód ogłosił autonomię i to zapewne koniec tego państwa w formie, jaką znamy. W Syrii doprowadziła do krwawej wojny domowej. A w Jemenie zmiotła prezydenta i nikt nie wie, jaka przyszłość czeka ten kraj.

Gdzie by nie obrócić głowy, tam spowodowała prawdziwe polityczne trzęsienie ziemi. Za wyjątkiem jednego miejsca, które całkiem otwarcie wrzało już od dawna i gdzie czegoś na kształt Arabskiej Wiosny spodziewano się od co najmniej kilku lat.

Dlaczego więc Algieria nie wybuchła?

KibiceNie, to nie protestujący – to kibice (Fot. EPA)

Po wyjątkowo krwawej wojnie z Francją o wyzwolenie, władzę w kraju przejęli autorytarni wojskowi, którzy przez prawie trzy następne dekady nie chcieli nawet myśleć o jej oddaniu. Ale w 1988 r., po masowych protestach obywateli, rząd postanowił nieco poluzować gorset. Zatwierdzona rok później w referendum nowa konstytucja wprowadzała system wielopartyjny, związki zawodowe, wolność wypowiedzi i zgromadzeń.

Eksperyment z demokracją nie przetrwał nawet trzech lat.

W 1990 r., wybory lokalne miażdżąco wygrał Islamski Front Ocalenia, powiązany z egipskim Bractwem Muzułmańskim. Rok później, zwyciężył też w walce o parlament. Na reakcję byłych przywódców nie trzeba było czekać. Armia zrobiła zamach stanu, wybory zostały unieważnione, partia islamistów zdelegalizowana, konstytucja zawieszona, a wraz z nią – wszystkie dopiero co zdobyte wolności.

Musiało zginąć 200 tys. osób, zanim Abdelaziz Bouteflika, nowy prezydent, zdołał zaprowadzić pokój.

Bouteflika, rządzący krajem od 1999 r., kontynuował tradycję wtrącania przeciwników politycznych do więzień i okaleczania niezależnego sądownictwa. Ale równocześnie ograniczył władzę tajnych służb, pogodził się z islamistami i poszerzył możliwości debaty publicznej – między innymi przywracając częściową wolność prasy. Społeczeństwo obywatelskie poczuło, że pętla na szyi się poluzowała i zaczęło coraz głośniej wyrażać swoje niezadowolenie.

W Algierii jak na dłoni widać było wszystkie elementy, które doprowadziły do wybuchu Arabskiej Wiosny. Coraz młodsze i lepiej wykształcone społeczeństwo. Wysokie bezrobocie. Rosnące koszty życia, szczególnie jedzenia. Wpływy emigracji zarobkowej na postawy tych, którzy zostali w domu, czyli wzrost niezadowolenia z autorytaryzmu. Prasa otwarcie krytykowała władze, obywatele coraz częściej strajkowali, albo zbierali się na demonstracjach. Dział Zagraniczny już w 2008 r. wysłuchiwał na wykładach Uniwersytetu w Granadzie, że wybuch jest tylko kwestią czasu.

A kiedy wreszcie godzina wybiła, Algieria okazała się niewypałem.

Arabska Wiosna w AlgieriiArabska Wiosna w Algierii chwilowo przysiadła (Fot. Sidali Djarboub/AP)

Początek był obiecujący. W styczniu, już po wydarzeniach w Tunezji, ale jeszcze przed Egiptem, Algierczycy wyszli na ulice stolicy protestować przeciw zbyt wysokim cenom jedzenia. W starciach z rządowymi siłami zginęło pięć osób, a osiemset zostało rannych. Pozostałe miasta zawrzały. Ale tylko na chwilę – władze szybko rozbroiły sytuację.

W lutym zniesiono stan wyjątkowy (ten sam, który wprowadzono jeszcze w 1992 r.). W kwietniu zapowiedziano reformę konstytucji i nowe prawo wyborcze. W maju ogłoszono subsydia na mąkę, mleko i cukier. Poza tym, z więzień wypuszczono część islamistów przetrzymywanych tam jeszcze od pamiętnych wyborów, pracownicy budżetówki dostali podwyżkę, a policja polecenie, żeby nie napastować ulicznych sprzedawców, ani… kierowców, którzy nie mają dokumentów.

Poza tym, Bouteflika zapowiedział stworzenie ogólnonarodowego forum, gdzie będą omawiane przyszłe reformy. Do jego zorganizowania wyznaczył dwóch Mohammedów – Touatiego i Ali Boughaziego. Pierwszy to przedstawiciel Berberów, a drugi jest związany z kierownictwem islamistów.

Podziałało. Im więcej mijało czasu, tym Algierczycy byli mniej skłonni do buntowania się. Tym bardziej, że państwowa telewizja pokazywała wydarzenia w sąsiedniej Libii jako terrorystyczną rewolucję i obcą interwencję porównywalną z Irakiem, albo Afganistanem. Rany z własnej wojny domowej jeszcze się nie zagoiły – Algieria wolałaby ich na nowo nie rozdrapywać.

Pytanie: co dalej?

W połowie maja powinny się odbyć wybory parlamentarne. W poprzednich – w 2007 r. – wzięło udział zaledwie 35 proc. uprawnionych, co szczególnie teraz łatwo odczytać jako żółtą kartkę dla rządzących. Władze robią więc wszystko, żeby tym razem było inaczej.

Zgodnie z nowym prawem wyborczym, partie niepowiązane z rządem mogą wreszcie urządzać kongresy i wiece wyborcze. Według przewidywań, w majowych wyborach powinno się zmagać aż 60 ugrupowań. Co nie cieszy jednak wszystkich. Front Sił Socjalistycznych (FFS), główna partia opozycyjna, która zbojkotowała zarówno głosowanie w 2007, jak i 2002 r., uważa że to celowe działanie władzy, która chce rozbić nieprzychylne sobie siły na drobne i słabe grupki.

Rząd robi co może, żeby nowe wybory okazały publiczną akceptacją dla reform, które podejmuje – a taki wizerunek gwarantowałaby wysoka frekwencja. Między innymi dlatego, Ministerstwo Spraw Wewnętrznych od jakiegoś czasu rozsyła SMSy, w których nakłania do głosowania.

W Tunezji, Egipcie i Maroku, elekcje zorganizowane już po zeszłorocznych wydarzeniach, przyniosły zwycięstwo islamistom. Ich koledzy z Algierii liczą teraz na podobny wynik u siebie.

Pytanie więc: czy jeżeli faktycznie odniosą sukces, to wojskowi nie zafundują im powtórki sprzed 20 lat? I czy wówczas obecna wiosna w Algierii nie okaże się jeszcze gorętsza, niż zeszłoroczna u sąsiadów?

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Advertisements

Teleranka nie było

– Niczego nie pragnę bardziej, niż Fidżi z prawdziwie demokratycznym rządem – ogłosił w sobotę Frank Bainimarama. I żeby pokazać, że jest poważnym zawodnikiem, od razu zniósł wprowadzony przed kilku laty stan wojenny.

Teraz Dział Zagraniczny zastanawia się tylko, czy przywódca junty wojskowej przejdzie do historii jako “Szczodry”, czy raczej “Niezdecydowany”, bo odwoływanie wprowadzonych osobiście stanów wyjątkowych to najwyraźniej jego hobby: robił to już dwukrotnie. Może przez następne kilka lat będzie miał jeszcze okazję nabrać w tej dziedzinie większej wprawy, bo “prawdziwie demokratycznego rządu”, ani tym bardziej demokracji, jakoś na horyzoncie Fidżi nie widać.

Frank BainimaramaNie no, chłopaki, tym razem na poważnie! (Fot. Torsten Blackwood/AFP)

Wszystko – jak zwykle – przez Anglików. Można by kiedyś napisać “Historię Oceanii” w wersji objętościowej Twittera: “Słońce, palmy, niezobowiązujący seks. Przyjeżdżają Anglicy. Choroby, masakry, misjonarze mówią, że trzeba zapinać kołnierzyk pod szyję”. W przypadku Fidżi, do stoczenia się kraju w otchłań wojskowej dyktatury doprowadziła bezpośrednio królowa Wiktoria.

Jest tak. W październiku 1874 r., Fidżi zostaje kolonią brytyjską. Seru Epenisa Cakobau, ówczesny władca, dostaje więc wiadomość od Wiktorii: “Sorry, że tak wyszło. Jak będziesz miał chwilę, to wpadnij z dzieciakami do Londynu, napijemy się herbaty”. Rok później, Cakobau ląduje w Europie z liczną świtą, a Anglicy witają ich z pompą: wszyscy synowie króla łapią kiłę. On zam zaraża się odrą i robi to, co na jego miejscu zrobiłby każdy władca zakażony wirusem, na który nikt z mieszkańców jego odizolowanego od świata archipelagu nie wykształcił odporności – wraca do domu i urządza Matkę Wszystkich Imprez. Wkrótce, co trzeci z jego poddanych jest martwy.

No i Brytyjczycy mają problem. Bo przecież nie spłacali długów Cakobau wobec innych krajów Zachodu po to, żeby w zamian dostać niezły spot do plażowania. Chcą kosić hajsy na najbardziej chodliwym towarze tamtych czasów – trzcinie cukrowej. A do pracy na plantacjach potrzebują ludzi. Ściągają więc Hindusów: w ciągu trzech dekad, na wyspy trafia ich kilkadziesiąt tysięcy. Część osiedla się tu na stałe i zakłada własne biznesy. Przyrost naturalny w ich rodzinach jest znacznie wyższy niż u miejscowych. Sto lat później, kiedy Fidżi stanie się znów niepodległe, Hindusów będzie na archipelagu więcej niż rodzimych Fidżyjczyków. A w ich rękach będzie praktycznie cały handel i usługi, w tym turystyka, która stanie się głównym źródłem kasy dla budżetu.

Melanezyjczycy przystępują więc do kontrataku. Przez lata uniemożliwiają doprowadzenie prądu do swoich wsi, wiedząc, że po ciemku nie ma niczego do roboty poza jednym. Na wszelki wypadek niszczą też transporty środków antykoncepcyjnych, jakie wysyła im Światowa Organizacja Zdrowia. Chrześcijańscy misjonarze cieszą się wielką popularnością. Bóg, jak wiadomo, nienawidzi kondomów.

Fidżyjczycy dopinają swego – przez lata proporcje się odwracają. Ale nieznacznie: rdzenna ludność stanowi 51 proc. populacji, a Hindusi aż 45 (reszta to Chińczycy). Trudno więc udawać, że ich nie ma. Zwykła przyzwoitość podpowiadałaby wręcz, że powinni mieć coś do powiedzenia w rządzie.

Ale Melanezyjczycy znajdują na to rozwiązanie, które stanie się ich znakiem firmowym – zamach stanu.

Blokada wojskowaNa Fidżi to brak wojskowych blokad jest odstępstwem od normy, a nie na odwrót (Fot. William West/AFP)

Politykę teoretycznie zdominowała reprezentująca rdzennych mieszkańców Alliance Party, ale w rzeczywistości jej hegemonia była bardzo krucha. Opozycja po raz pierwszy wygrała wybory już w 1977 r., ale Hindusi nie utworzyli własnego gabinetu, w obawie, że reakcja Melanezyjczyków będzie gwałtowna. O tym, że mieli rację, przekonali się już dekadę później. W 1987 r. powstał rząd, w którym premierem był co prawda Fidżyjczyk, ale większością ministerstw mieli pokierować Hindusi. Gabinet nie przetrwał nawet miesiąca.

– Czy macie być od nas bogatsi, tylko dlatego, że jesteście inteligentniejsi? – pułkownik Sitiveni Rabuka przebił Lecha Wałęsę wąsami i sztuką retoryki. Kiedy w maju 1987 r. jego komandosi pod bronią wyprowadzali właśnie obalony rząd z parlamentu, na pytanie czy zamach stanu ma podłoże rasistowskie, nowy przywódca bez oporów wypalił, że tak. A w razie, gdyby komuś umknęło, że taki miał w ogóle miejsce, pół roku później zrobił następny. Elżbieta II dostała telegram “To za grypę”, została zdetronizowana, Fidżi stało się republiką, a konstytucję wyrzucono do kosza.

Rabuka sześć lat porządził jako wojskowy, a potem następne sześć jako premier, którym sam się mianował. W 1999 r. przeżył jednak rozczarowanie, bo w pierwszych od przejęcia władzy wolnych wyborach, rodacy nie okazali należytej wdzięczności i zagłosowali na opozycję. Jej przywódca, Mahendra Chaudhry, został pierwszym w historii archipelagu premierem hinduskiego pochodzenia.

Jak łatwo się domyślić, długo nie porządził.

Dokładnie rok po zaprzysiężeniu Chaudhry, 19 maja 2000 r., do parlamentu wpada uzbrojone komando, a co starsi posłowie muszą robić fejspalm i wypatrywać wąsów Rabuki. Jednak tym razem, pewnie dla urozmaicenia, zamach stanu to mała inicjatywa prywatna. Przewodzi jej biznesmen George Speight, który dopiero co zbankrutował, więc najwyraźniej dochodzi do wniosku, że odkuje się na stanowisku Ojca Narodu.

Na następne osiem tygodni, Fidżi staje się planem zdjęciowym czeskiego filmu – nikt nic nie wie. Speight ogłasza, że zdymisjonował premiera i prezydenta, a nowego szefa rządu powołuje właśnie nowa głowa państwa, którą z kolei wybrał osobiście on sam, Speight właśnie. Trzy tygodnie później, rzutem na taśmę zdąży jeszcze ogłosić amnestię dla siebie samego i kolegów, choć nie bardzo wiadomo, dlaczego dokument podpisuje właśnie on, chociaż oba wcześniej wspomniane stanowiska mają rzekomo piastować inne osoby. Tymczasem jego zalecenia olewają wszyscy politycy, których komando Speighta nie zdołało wziąć na zakładników podczas ataku na parlament, w tym prawowity (według konstytucji, o której Speight mówi, że jest nieważna) prezydent Kamisese Mara. Jednak dość szybko, Mara sam ogłasza, że premier “nie jest w stanie wykonywać swoich obowiązków”, w związku z czym on, prezydent, podejmuje decyzję o zawieszeniu działania parlamentu i skupia całą władzę tylko w swoich rękach. Na całe trzy dni, bo wówczas do akcji wkracza armia. 29 maja, Mara zostaje siłą zabrany na pokład zacumowanego u wybrzeży okrętu, gdzie składa rezygnację (do dziś trwają spory o to, czy dobrowolną, czy wymuszoną).

O szóstej wieczorem, w państwowym radiu, do narodu po raz pierwszy przemawia jego nowy przywódca – Frank Bainimarama. I od razu ogłasza to, co lubi najbardziej: stan wojenny.

RabukaSitiveni Rabuka, człowiek, który zrobił dwa zamachy stanu w ciągu pół roku i wąsy też zapuszczał za dwóch (Fot. LIFE)

Komu się jednak wydaje, że to ta właśnie historia znajduje rozwiązanie w miniony weekend, ten naprawdę o Fidżi nie wie nic.

Żołnierze Bainimaramy wdają się w strzelaniny z prywatnym komandem Speighta aż do lipca. Wówczas obie strony podpisują porozumienie, na mocy którego wojskowe władze ogłaszają, że rebelianci nie będą pociągnięci do odpowiedzialności za zamach stanu, a ci drudzy wypuszczają zakładników. Gdy tylko na wolności znajdzie się ostatni z nich, armia szybko zwija Speighta i prawie cztery setki jego podwładnych. Wszyscy trafiają za kratki, a Frank tłumaczy, że z poprzednimi zapewnianiami o nietykalności tylko ściemniał.

Co prawda, w listopadzie wybucha jeszcze bunt w stołecznych koszarach, ale Bainimarama tłumi go krwawo, a Rabuce – który miał rzekomo inspirować kolejne powstanie – grozi, że jeszcze jeden taki wyskok i zgoli mu wąsy, więc sytuacja się uspokaja na tyle, że już w 2001 r. Frank zrzeka się władzy, zostaje przywrócona konstytucja, odbywają się wolne wybory i na Fidżi wraca demokracja.

Na niecałe pięć lat, kiedy Bainimarama stwierdza, że lepiej jest być jednak szefem. I robi zamach stanu.

Mr. T facepalmNawet Mr T. robi fejspalm, kiedy słyszy w porannym serwisie, że na Fidżi był zamach stanu

W grudniu 2006 r., premier Laisenia Qarase – który dopiero co wygrał kolejne wybory – oraz większość jego ministrów, trafia do aresztu domowego. Oficjalnie dlatego, że przygotowali serię ustaw, które – zdaniem wojskowych – stanowiłyby zagrożenie dla porządku publicznego. Bainimarama szczególnie wściekle reaguje na pomysł utworzenia komisji pojednania i ogłoszenia amnestii dla niektórych z uczestników puczu z początku dekady. Kiedy jednak 6 grudnia Frank pojawia się w telewizji publicznej, zapewnia że już niedługo przywróci demokrację. Fidżi czeka na nią do dziś.

Pierwsze co zrobił Bainimarama, to wprowadził stan wojenny. Pół roku później go zniósł. A jeszcze rok później, wprowadził ponownie.

W styczniu 2007 r. przywrócił na stanowisko prezydenta zwolnionego wcześniej Josefa Iloilo, ale tylko po to, żeby ten mógł mianować Bainimaramę premierem. Kiedy dwa lata później sąd uznał tę nominację – jak i cały zamach stanu – za nielegalną, Iloilo z polecenia Bainimaramy beztrosko wywalił konstytucję do kosza (co na Fidżi jest już najwyraźniej tradycją), a sędziów najzwyczajniej pozwalniał. Rzutem na taśmę, wypowiedzenie dostał też szef Banku Centralnego.

Ograniczono wolność prasy i prawo do zgromadzeń. Zduszono związki zawodowe. Krytycy reżimu zostali albo wyrzuceni z kraju – jak znany historyk Brij Lal – albo trafili za kratki. Tylko w zeszłym tygodniu do aresztu wsadzono grupę działaczy, którzy przygotowywali protest przeciw otwarciu nowej kopalni w głębi największej z wysp archipelagu.

Bainimarama zapowiada, że tym razem Fidżi wychodzi na prostą. W lutym nad nową konstytucją ma nawet zacząć pracować “grupa ponad podziałami”. Wojskowy nie wspomina tylko, że podobne “fora porozumienia narodowego” zwoływał już w 2008 i 2009 r. Laisenia Qarase i Mahendra Chaudhry (którzy w międzyczasie stali się bliskimi sojusznikami) zaproszeń nie dostali. Podobnie jak inni krytycy reżimu. W obradach brali udział tylko poplecznicy Bainimaramy. I faktycznie, dogadywali się świetnie.

Frank zapowiada, że wybory odbędą się najpóźniej w 2014 r. Tego, ile razy zdążdy do tamtej pory ogłosić i odwołać stan wojenny, oraz jak szybko zamierza zorganizować następny zamach stanu, na razie nie zdradził.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Surfer tonie

Protestujący potrzebowali dwóch miesięcy, żeby dotrzeć do stolicy. Prezydentowi, wyrzucenie do kosza projektu, który tak ich zdenerwował, zajęło tylko dwa dni. Evo Morales po raz kolejny w tym roku, musiał pod presją ulicy wycofać się rakiem z własnych planów. Najpopularniejszemu do tej pory przywódcy Boliwii, ziemia zaczyna się trząść pod nogami.

Protest TIPNISPrezydentowi Boliwii strach zaczyna zaglądać w oczy nie tylko w snach (Fot. Dział Zagraniczny)

TIPNIS, czyli El Territorio Indígena y Parque Nacional Isiboro-Secure, leży niecałe 600 km na wschód od La Paz. Ale marsz trwał tyle czasu, bo do rezerwatu nie prowadzi żadna porządna droga. I to właśnie o jej zbudowanie poszło.

Park narodowy zajmuje nieco ponad milion hektarów prawdziwego ekologicznego raju, ale od lat się kurczy. Od trzech dekad, napływowi rolnicy stopniowo przekształcają jego południową część w ziemie uprawne. Szacuje się, że już dziesiąta część miejscowych lasów tropikalnych została zamieniona na plantacje. Kolonizację prowadzą Indianie Ajmara i Keczua, którzy co prawda są dominującymi grupami w Boliwii, ale akurat w TIPNIS nigdy nie było ich za wielu – rdzenną ludnością tych terenów są plemiona Yuracaré i Yuki. Dlatego, kiedy w czerwcu prezydent Evo Morales ogłosił, że udało mu się załatwić w Brazylii pożyczkę na kilkaset milionów dolarów i może wreszcie ruszyć budowa planowanej od wielu lat autostrady, mieszkańcy rezerwatu wpadli w panikę. Droga przebiegałaby bowiem przez sam środek ich terytorium. Yuracaré i Yuki przestraszyli się, że teraz już nic nie powstrzyma obcych przed zalaniem ich – do tej pory trudno dostępnych – okolic i całkowitym ich skolonizowaniem. Więc w sierpniu, kto zdrów, zrobił transparent i ruszył na stolicę.

TIPNIS marszPielgrzymko do Częstochowy, przyjmij, że hardkor zaczyna się dopiero powyżej 3000 m n.p.m. (Fot. Dział Zagraniczny)

Marsz może nie nabrałby takiego rozpędu – w końcu Ajmara i Keczua, którzy najbardziej skorzystaliby na autostradzie, to żelazny elektorat Moralesa – ale mniej więcej w połowie, drogę zastąpiła mu policja. W ruch poszły pały, a w powietrzu unosiło się tyle gazu łzawiącego, że przy dobrych wiatrach płakać powinni nawet mieszkańcy Rio de Janeiro. Służby porządkowe zrobiły po prostu to, co wychodzi im najlepiej – spuściły wszystkim straszliwy łomot. I dały się sfilmować stacjom telewizyjnym.

Gdy pierwsze migawki pojawiły się na ekranach telewizorów, w kraju zawrzało. W geście protestu, do dymisji podała się Cecilia Chacon, Minister Obrony, a chwilę później robotę stracił jej kolega, odpowiedzialny za nadzorowanie policji Minister Spraw Wewnętrznych, Sacha Llorenti. Do mieszkańców TIPNIS szybko przyłączyły się inne grupy, żądające między innymi zaprzestania wydobycia gazu i rupy w Parku Narodowym Aguarague.

Gdy w środę marsz dotarł do La Paz, na ulicach witały go tysiące mieszkańców stolicy. Indianie z rezerwatu zostali przyjęci jak bohaterowie, a Evo Morales nie miał innego wyjścia, jak tylko ogłosić w piątek, że projekt autostrady trafia do kosza.

– To jest rządzenie, poprzez podporządkowywanie się ludowi – powiedział prezydent dziennikarzom.

I trudno się nie oprzeć wrażeniu, że ostatnio to właśnie prezydent jest rządzony, a nie rządzi.

TIPNIS fanfaryWarszawo, ucz się imprezować (Fot. Dział Zagraniczny)

W grudniu Dział Zagraniczny informował, że w Boliwii trwa gasolinazo – tuż po Bożym Narodzeniu, ceny benzyny skoczyły do góry o kilkadziesiąt procent. Paliwo jest w andyjskim kraju wyjątkowo tanie, bo dotowane przez rząd. Ale to też świetny okazja dla przemytników, którzy kupują tanio po tej stronie granicy, a później sprzedają drogo (i nielegalnie) po drugiej. Władze postanowiły z tym skończyć i dopłaty cofnęły, ale wybuchły tak gwałtowne protesty, że już po kilku dniach trzeba było odwołać zmiany.

W lutym, Morales musiał się pośpiesznie ewakuować z górniczego miasta Oruro, gdzie miejscowi najpierw głośno go wybuczeli, a następnie zaczęli demonstrować. Przy pomocy dynamitu (jak już kozaczyć, to na całego!).

W czerwcu rząd chciał dobrze, bo postanowił pomóc biedakom z prowincji w zalegalizowaniu ich samochodów (które często nie tylko nie mają papierów, ale nawet tablic rejestracyjnych). A wyszło jak zawsze. Zraził do siebie związki transportowców i popsuł stosunki z sąsiadami, kiedy wyszło na jaw, jak wiele aut zostało skradzionych na ulicach Chile, Argentyny, czy Brazylii.

No i wreszcie, dwa tygodnie temu Boliwijczycy wybierali w wyborach powszechnych swoich sędziów (taki dziwny system tam obowiązuje). Po przeliczeniu wyników, okazało się, że aż 60 proc. oddanych głosów było nieważnych. I wygląd kart do głosowania nie pozostawiał żadnych wątpliwości, że nie stało się tak przez pomyłkę:

Żółta kartkaTrudno o wyraźniejsze pokazanie żółtej kartki (Fot. Dział Zagraniczny)

Nie wiadomo, czy Evo Morales boi się wody, ale na pewno musi się teraz budzić zlany potem, bo śnią mu się koszmary, że tonie. A dopiero co, surfował na wielkiej fali.

To pierwszy w historii Boliwii przywódca, wywodzący się z zamieszkującej ją indiańskiej większości. Aż do objęcia przez niego fotela prezydenckiego, krajem rządziły białe elity, często mające więcej wspólnego z obcymi państwami, niż własną ojczyzną. Ba! Gonzalo Sánchez de Lozada, głowa państwa w latach 1993-1997 i 2002-2003, mówił lepiej po angielsku niż hiszpańsku (a w tym ostatnim nie potrafił się wyzbyć silnego amerykańskiego akcentu). Jakiekolwiek próby zmian były tłamszone, a protesty niezadowolonych topiono we krwi.

Aż w 2000 r., w Cochabambie doszło do słynnej “wojny o wodę”, o której opowiada między innymi świetny film “También la lluvia” (“Nawet deszcz”), który możemy właśnie oglądać też w polskich kinach:

Gdy po namowach amerykańskiej firmy Bechtel, władze podniosły ceny wody o 200 proc., miarka się przebrała. Na ulicach doszło do prawdziwej wojny, a siła protestów była tak duża, że dawała impuls do kolejnych na następne lata. Ludowe rewolucje obalały kolejnych prezydentów, aż w 2005 r. wyniosły do władzy przywódcę ruchu cocaleros – rolników, zajmujących się uprawą koki – Evo Moralesa.

Indianin nie tylko renegocjował krzywdzące dla Boliwii umowy z koncernami międzynarodowymi, ale także zaczął wspierać najbiedniejszych pieniędzmi z programów socjalnych, wzorowanych na brazylijskim sukcesie Bolsa Familia, ułatwił dostęp do edukacji, zaczął promować prawa kobiet.

Kadencja okazała się pełnym sukcesem. W kolejnych wyborach w 2009 r., Morales zgarnął aż 64 proc. głosów. Wygrał nawet w regionach, które do tej pory były wobec niego silnie opozycyjne. Stał się najpopularniejszym przywódcą w historii kraju.

ŚwiętowaniePo raz pierwszy od przyjazdu Hiszpanów, w Boliwii Indianie rządzą Indianami (Fot. Dział Zagraniczny)

Teraz jednak płaci za to cenę. Boliwia jest niesłychanie bogata w minerały, ale nie jest w stanie ich sama wydobywać – brak jej sprzętu i kadr. Tymczasem zachodnie koncerny, wściekłe za odebranie im przywilejów (np. aż do objęcia rządów przez Moralesa, nie płaciły żadnych podatków od swojej działalności), postanowiły przykręcić śrubę. Wydobywają tylko minimum tego, co by mogły i nie chcą inwestować w następne projekty. Więc rząd nie ma na czym zarabiać.

Morales musi szukać pieniędzy gdzie indziej. Stąd gasolinazo, stąd różne inne próby – np. autostrada, która byłaby wielce pomocna dla handlu wewnątrz samej Boliwii.

Ale najwyraźniej czar prysł. Kilka lat wcześniej, to Morales obalał kolejnych rządzących. Dziś, niewykluczone że i jego samego spotka ten los.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Żaglówki i taksówki

Komisje liczą głosy, międzynarodowi obserwatorzy mówią, że to farsa i pewnie jakaś polska gazeta prędzej czy później poświęci trochę miejsca niedzielnym wyborom na Haiti, ale Dział Zagraniczny przyglądał się w zeszłym tygodniu głosowaniu na innej wyspie, albo raczej wyspach, bo ten kraj jest rozsiany aż na 170.

Tonga to ostatnia monarchia na Pacyfiku, a jej osobliwy król właśnie oddaje władzę. Ale mimo, że to nasi sojusznicy z Afganistanu (mają tam 55 żołnierzy), to polska wiedza powszechna o tym archipelagu jest raczej żadna, dlatego najpierw trochę historii.

Generał Tau’aika ‘Uta’atu i Marszałek Stuart Peach podpisują memorandum o wysłaniu tongijskich żołnierzy do Afganistanu (Fot. Mark Rawlings/Crown Copyright)Generał Tau’aika ‘Uta’atu i Marszałek Stuart Peach podpisują memorandum o wysłaniu tongijskich żołnierzy do Afganistanu (Fot. Mark Rawlings/Crown Copyright)

Dzieje Tonga wyglądają z grubsza tak. Najpierw długo, długo nic, potem przypływają Europejczycy. W tym James Cook, którego akurat nikt nie morduje, więc postanawia nazwać wyspy Szczęśliwymi. Krótko po jego trzeciej wizycie szczęście najwyraźniej się kończy, bo wybucha wojna domowa, która potrwa następne 50 lat. Aż w końcu w 1845 roku wódz o kompletnie dla mnie niewymawialnym imieniu Tāufaʻāhau jednoczy kraj i zakłada monarchię, która przetrwa do dziś.
Dobra atmosfera w kronikach kraju psuje się jeszcze tylko raz. Prawnuk (a zarazem następca) pierwszego króla żeni się bowiem ze swoją ukochaną. Sęk w tym, że wujkowie podsuwali mu inną. No i prawie wybucha wojna. Nowy władca ucina ucina szybko: prosi Wielką Brytanię, żeby zrobiła z nich swój protektorat. Anglicy się zgadzają, a wygranym jest egzotyczna monarchia, bo autorytet Londynu wystarczy, żeby na archipelagu panował spokój, ale jednocześnie Europejczycy mają ważniejsze sprawy na głowie i o tym, że mają jakieś tam Tonga chyba w pewnym momencie w ogóle zapominają. A ostatecznie protektorat zostaje zniesiony w 1970.

Król George Tupou V podczas koronacji (Fot. Getty Images)Król George Tupou V podczas koronacji. Na królu roczny budżet państwa (Fot. Getty Images)

No i tak półtora wieku tongijskiej arystokracji, aż w 2006 roku władcą zostaje George Tupou V i mówi, że czas na demokrację.
Nowy król, dla przyjaciół Siaosi, to chyba najfajniejszy monarcha na świecie. Jego hobby to mundury wojskowe, ale w przeciwieństwie do wielu innych ludzi o nieograniczonej władzy i podobnych zainteresowaniach, nie idą z tym w parze ani tortury, ani masowe egzekucje, ani nawet poczciwa godzina policyjna. Zamiast tego Jego Wysokość lubi sobie popuszczać żaglówki w basenie, pograć na komputerze (dodajmy: ma 62 lata), oraz powozić się po głównej wyspie czarną londyńską taksówką. Tak, wiem, też chcę być jego poddanym.
Król miłość do brytyjskich taksówek nabył na studiach w Oksfordzie, a przy okazji doszedł do wniosku, że ich model konstytucyjny nie jest taki zły. Dalej można być głową państwa, ale najgorsza robota spada na premiera i rząd. Więc krótko po śmierci swojego ojca zapowiedział, że rozumie, że czasy się zmieniły i nadszedł czas na pierwsze demokratyczne wybory, w których obywatele sami wybiorą swoich przedstawicieli. Nie bez znaczenia było pewnie, że ci sami obywatele krótko wcześniej wywołali zamieszki, domagając się takich właśnie wyborów.

Tak czy inaczej, w czwartek się one odbyły. Kilku posłów jeszcze na starych zasadach wybrała spośród siebie arystokracja, ale całą resztę miejsc zgarnęli w głosowaniu poszechnym demokraci, więc pewnie w najbliższym czasie dojdzie do zmian w konstytucji i Tonga zacznie ustrojowo przypominać Wielką Brytanię, a król Siaosi będzie mógł więcej czasu spędzać w swojej taksówce. Czego mu z całego serca życzę!

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Na oficjalne spotkania można jeździć limuzyną, a można też ze stylem (Fot. Getty Images)Na oficjalne spotkania można jeździć limuzyną, a można też ze stylem (Fot. Getty Images)

PS William Mariner był Anglikiem, który mieszkał na Tonga w pierwszych latach XIX wieku i ogromnie przyczynił się do zachowania ustnych przekazów o najdawniejszych dziejach państwa. W swojej relacji z pobytu na wyspach pisze, że w rzeczywistości tubylcy jednak chcieli zabić Cooka, ale podczas imrezy na której gościł nie bardzo mogli się między sobą dogadać. Widać mieszkańcy Hawajów byli bardziej komunikatywni.