Archive

Posts Tagged ‘Dyktatura’

Teleranka nie było

– Niczego nie pragnę bardziej, niż Fidżi z prawdziwie demokratycznym rządem – ogłosił w sobotę Frank Bainimarama. I żeby pokazać, że jest poważnym zawodnikiem, od razu zniósł wprowadzony przed kilku laty stan wojenny.

Teraz Dział Zagraniczny zastanawia się tylko, czy przywódca junty wojskowej przejdzie do historii jako “Szczodry”, czy raczej “Niezdecydowany”, bo odwoływanie wprowadzonych osobiście stanów wyjątkowych to najwyraźniej jego hobby: robił to już dwukrotnie. Może przez następne kilka lat będzie miał jeszcze okazję nabrać w tej dziedzinie większej wprawy, bo “prawdziwie demokratycznego rządu”, ani tym bardziej demokracji, jakoś na horyzoncie Fidżi nie widać.

Frank BainimaramaNie no, chłopaki, tym razem na poważnie! (Fot. Torsten Blackwood/AFP)

Wszystko – jak zwykle – przez Anglików. Można by kiedyś napisać “Historię Oceanii” w wersji objętościowej Twittera: “Słońce, palmy, niezobowiązujący seks. Przyjeżdżają Anglicy. Choroby, masakry, misjonarze mówią, że trzeba zapinać kołnierzyk pod szyję”. W przypadku Fidżi, do stoczenia się kraju w otchłań wojskowej dyktatury doprowadziła bezpośrednio królowa Wiktoria.

Jest tak. W październiku 1874 r., Fidżi zostaje kolonią brytyjską. Seru Epenisa Cakobau, ówczesny władca, dostaje więc wiadomość od Wiktorii: “Sorry, że tak wyszło. Jak będziesz miał chwilę, to wpadnij z dzieciakami do Londynu, napijemy się herbaty”. Rok później, Cakobau ląduje w Europie z liczną świtą, a Anglicy witają ich z pompą: wszyscy synowie króla łapią kiłę. On zam zaraża się odrą i robi to, co na jego miejscu zrobiłby każdy władca zakażony wirusem, na który nikt z mieszkańców jego odizolowanego od świata archipelagu nie wykształcił odporności – wraca do domu i urządza Matkę Wszystkich Imprez. Wkrótce, co trzeci z jego poddanych jest martwy.

No i Brytyjczycy mają problem. Bo przecież nie spłacali długów Cakobau wobec innych krajów Zachodu po to, żeby w zamian dostać niezły spot do plażowania. Chcą kosić hajsy na najbardziej chodliwym towarze tamtych czasów – trzcinie cukrowej. A do pracy na plantacjach potrzebują ludzi. Ściągają więc Hindusów: w ciągu trzech dekad, na wyspy trafia ich kilkadziesiąt tysięcy. Część osiedla się tu na stałe i zakłada własne biznesy. Przyrost naturalny w ich rodzinach jest znacznie wyższy niż u miejscowych. Sto lat później, kiedy Fidżi stanie się znów niepodległe, Hindusów będzie na archipelagu więcej niż rodzimych Fidżyjczyków. A w ich rękach będzie praktycznie cały handel i usługi, w tym turystyka, która stanie się głównym źródłem kasy dla budżetu.

Melanezyjczycy przystępują więc do kontrataku. Przez lata uniemożliwiają doprowadzenie prądu do swoich wsi, wiedząc, że po ciemku nie ma niczego do roboty poza jednym. Na wszelki wypadek niszczą też transporty środków antykoncepcyjnych, jakie wysyła im Światowa Organizacja Zdrowia. Chrześcijańscy misjonarze cieszą się wielką popularnością. Bóg, jak wiadomo, nienawidzi kondomów.

Fidżyjczycy dopinają swego – przez lata proporcje się odwracają. Ale nieznacznie: rdzenna ludność stanowi 51 proc. populacji, a Hindusi aż 45 (reszta to Chińczycy). Trudno więc udawać, że ich nie ma. Zwykła przyzwoitość podpowiadałaby wręcz, że powinni mieć coś do powiedzenia w rządzie.

Ale Melanezyjczycy znajdują na to rozwiązanie, które stanie się ich znakiem firmowym – zamach stanu.

Blokada wojskowaNa Fidżi to brak wojskowych blokad jest odstępstwem od normy, a nie na odwrót (Fot. William West/AFP)

Politykę teoretycznie zdominowała reprezentująca rdzennych mieszkańców Alliance Party, ale w rzeczywistości jej hegemonia była bardzo krucha. Opozycja po raz pierwszy wygrała wybory już w 1977 r., ale Hindusi nie utworzyli własnego gabinetu, w obawie, że reakcja Melanezyjczyków będzie gwałtowna. O tym, że mieli rację, przekonali się już dekadę później. W 1987 r. powstał rząd, w którym premierem był co prawda Fidżyjczyk, ale większością ministerstw mieli pokierować Hindusi. Gabinet nie przetrwał nawet miesiąca.

– Czy macie być od nas bogatsi, tylko dlatego, że jesteście inteligentniejsi? – pułkownik Sitiveni Rabuka przebił Lecha Wałęsę wąsami i sztuką retoryki. Kiedy w maju 1987 r. jego komandosi pod bronią wyprowadzali właśnie obalony rząd z parlamentu, na pytanie czy zamach stanu ma podłoże rasistowskie, nowy przywódca bez oporów wypalił, że tak. A w razie, gdyby komuś umknęło, że taki miał w ogóle miejsce, pół roku później zrobił następny. Elżbieta II dostała telegram “To za grypę”, została zdetronizowana, Fidżi stało się republiką, a konstytucję wyrzucono do kosza.

Rabuka sześć lat porządził jako wojskowy, a potem następne sześć jako premier, którym sam się mianował. W 1999 r. przeżył jednak rozczarowanie, bo w pierwszych od przejęcia władzy wolnych wyborach, rodacy nie okazali należytej wdzięczności i zagłosowali na opozycję. Jej przywódca, Mahendra Chaudhry, został pierwszym w historii archipelagu premierem hinduskiego pochodzenia.

Jak łatwo się domyślić, długo nie porządził.

Dokładnie rok po zaprzysiężeniu Chaudhry, 19 maja 2000 r., do parlamentu wpada uzbrojone komando, a co starsi posłowie muszą robić fejspalm i wypatrywać wąsów Rabuki. Jednak tym razem, pewnie dla urozmaicenia, zamach stanu to mała inicjatywa prywatna. Przewodzi jej biznesmen George Speight, który dopiero co zbankrutował, więc najwyraźniej dochodzi do wniosku, że odkuje się na stanowisku Ojca Narodu.

Na następne osiem tygodni, Fidżi staje się planem zdjęciowym czeskiego filmu – nikt nic nie wie. Speight ogłasza, że zdymisjonował premiera i prezydenta, a nowego szefa rządu powołuje właśnie nowa głowa państwa, którą z kolei wybrał osobiście on sam, Speight właśnie. Trzy tygodnie później, rzutem na taśmę zdąży jeszcze ogłosić amnestię dla siebie samego i kolegów, choć nie bardzo wiadomo, dlaczego dokument podpisuje właśnie on, chociaż oba wcześniej wspomniane stanowiska mają rzekomo piastować inne osoby. Tymczasem jego zalecenia olewają wszyscy politycy, których komando Speighta nie zdołało wziąć na zakładników podczas ataku na parlament, w tym prawowity (według konstytucji, o której Speight mówi, że jest nieważna) prezydent Kamisese Mara. Jednak dość szybko, Mara sam ogłasza, że premier “nie jest w stanie wykonywać swoich obowiązków”, w związku z czym on, prezydent, podejmuje decyzję o zawieszeniu działania parlamentu i skupia całą władzę tylko w swoich rękach. Na całe trzy dni, bo wówczas do akcji wkracza armia. 29 maja, Mara zostaje siłą zabrany na pokład zacumowanego u wybrzeży okrętu, gdzie składa rezygnację (do dziś trwają spory o to, czy dobrowolną, czy wymuszoną).

O szóstej wieczorem, w państwowym radiu, do narodu po raz pierwszy przemawia jego nowy przywódca – Frank Bainimarama. I od razu ogłasza to, co lubi najbardziej: stan wojenny.

RabukaSitiveni Rabuka, człowiek, który zrobił dwa zamachy stanu w ciągu pół roku i wąsy też zapuszczał za dwóch (Fot. LIFE)

Komu się jednak wydaje, że to ta właśnie historia znajduje rozwiązanie w miniony weekend, ten naprawdę o Fidżi nie wie nic.

Żołnierze Bainimaramy wdają się w strzelaniny z prywatnym komandem Speighta aż do lipca. Wówczas obie strony podpisują porozumienie, na mocy którego wojskowe władze ogłaszają, że rebelianci nie będą pociągnięci do odpowiedzialności za zamach stanu, a ci drudzy wypuszczają zakładników. Gdy tylko na wolności znajdzie się ostatni z nich, armia szybko zwija Speighta i prawie cztery setki jego podwładnych. Wszyscy trafiają za kratki, a Frank tłumaczy, że z poprzednimi zapewnianiami o nietykalności tylko ściemniał.

Co prawda, w listopadzie wybucha jeszcze bunt w stołecznych koszarach, ale Bainimarama tłumi go krwawo, a Rabuce – który miał rzekomo inspirować kolejne powstanie – grozi, że jeszcze jeden taki wyskok i zgoli mu wąsy, więc sytuacja się uspokaja na tyle, że już w 2001 r. Frank zrzeka się władzy, zostaje przywrócona konstytucja, odbywają się wolne wybory i na Fidżi wraca demokracja.

Na niecałe pięć lat, kiedy Bainimarama stwierdza, że lepiej jest być jednak szefem. I robi zamach stanu.

Mr. T facepalmNawet Mr T. robi fejspalm, kiedy słyszy w porannym serwisie, że na Fidżi był zamach stanu

W grudniu 2006 r., premier Laisenia Qarase – który dopiero co wygrał kolejne wybory – oraz większość jego ministrów, trafia do aresztu domowego. Oficjalnie dlatego, że przygotowali serię ustaw, które – zdaniem wojskowych – stanowiłyby zagrożenie dla porządku publicznego. Bainimarama szczególnie wściekle reaguje na pomysł utworzenia komisji pojednania i ogłoszenia amnestii dla niektórych z uczestników puczu z początku dekady. Kiedy jednak 6 grudnia Frank pojawia się w telewizji publicznej, zapewnia że już niedługo przywróci demokrację. Fidżi czeka na nią do dziś.

Pierwsze co zrobił Bainimarama, to wprowadził stan wojenny. Pół roku później go zniósł. A jeszcze rok później, wprowadził ponownie.

W styczniu 2007 r. przywrócił na stanowisko prezydenta zwolnionego wcześniej Josefa Iloilo, ale tylko po to, żeby ten mógł mianować Bainimaramę premierem. Kiedy dwa lata później sąd uznał tę nominację – jak i cały zamach stanu – za nielegalną, Iloilo z polecenia Bainimaramy beztrosko wywalił konstytucję do kosza (co na Fidżi jest już najwyraźniej tradycją), a sędziów najzwyczajniej pozwalniał. Rzutem na taśmę, wypowiedzenie dostał też szef Banku Centralnego.

Ograniczono wolność prasy i prawo do zgromadzeń. Zduszono związki zawodowe. Krytycy reżimu zostali albo wyrzuceni z kraju – jak znany historyk Brij Lal – albo trafili za kratki. Tylko w zeszłym tygodniu do aresztu wsadzono grupę działaczy, którzy przygotowywali protest przeciw otwarciu nowej kopalni w głębi największej z wysp archipelagu.

Bainimarama zapowiada, że tym razem Fidżi wychodzi na prostą. W lutym nad nową konstytucją ma nawet zacząć pracować “grupa ponad podziałami”. Wojskowy nie wspomina tylko, że podobne “fora porozumienia narodowego” zwoływał już w 2008 i 2009 r. Laisenia Qarase i Mahendra Chaudhry (którzy w międzyczasie stali się bliskimi sojusznikami) zaproszeń nie dostali. Podobnie jak inni krytycy reżimu. W obradach brali udział tylko poplecznicy Bainimaramy. I faktycznie, dogadywali się świetnie.

Frank zapowiada, że wybory odbędą się najpóźniej w 2014 r. Tego, ile razy zdążdy do tamtej pory ogłosić i odwołać stan wojenny, oraz jak szybko zamierza zorganizować następny zamach stanu, na razie nie zdradził.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Advertisements

Banan leczy AIDS

Czego by nie mówić o Muammarze Kaddafim, to nie da się ukryć, że miał styl i osobowość. Był jedynym w swoim rodzaju połączeniem Karla Lagerfelda z Freddim Mercurym i Hegemonem z “Kajka i Kokosza”. Beatą Kozidrak świata dyktatorów, po prostu. Dlatego, od jego śmierci w październiku Dział Zagraniczny zastanawiał się, kto może zająć miejsce dziwacznego Berbera? Kim Dzong Il – za sztywny. Hugo Chavez – zbyt prosty. Than Shwe – zbyt skryty. Łukaszenka – nie no, to beznadziejny przypadek, nie nadawałby się, nawet gdyby zaczął biegać po Mińsku w pasiastych getrach i swetrze z cekinami.

Odpowiedź nasuwała się więc sama i ostatecznie potwierdził ją ostatni wywiad dla BBC. Nowym Kaddafim jest Yahya Jammeh, prezydent Gambii.

Kaddafi daje radyStarszy kolega tłumaczy Jammehowi, że ciemne okulary to w klubie podstawa (Fot. AFP)

Kaddafi miał 27 lat, kiedy obalił króla Idrisa I i stanął na czele wojskowego rządu Libii. Jammeh był zaledwie dwa lata starszy, gdy przeprowadził pucz w 1994 r. i zaczął przewodzić tamtejszej juncie. Choć na Berbera mówiono popularnie “pułkownik”, w chwili rewolucji miał dopiero stopień porucznika – tak samo jak Gambijczyk. Początkowo obaj ubierali się tylko w mundury, a jedyną ekstrawagancją były ciemne okulary a la Tom Selleck, ale z czasem porzucili je na rzecz luźniejszych ciuchów, choć trzeba przyznać, że Jammeh pozostał wierny nieskazitelnej bieli, podczas gdy jego starszy kolega miał nieco odważniejszy gust.

Gambia zerwała stosunki dyplomatyczne z Libią tuż po rewolucji Kaddafiego. Jammeh wznowił je trzy miesiące po zdobyciu władzy. I zaczął się szybko uczyć.

Przede wszystkim, Jammeh nie jest po prostu Yahyają Jammehem. Nie jest także prezydentem Jammehem, ani nawet Kochanym Przywódcą Jammehem. Oficjalnie to Jego Ekscelencja Szejk Profesor Alhaji Doktor Yahya Abdul-Azziz Jemus Junkung Jammeh. O czym gambijska prasa przypomina przy każdej możliwej okazji.

Profesor Doktor Szejk (habilitowany) kazał sobie w stolicy Bandżulu wybudować łuk triumfalny, pod którym jednak może przejeżdżać tylko on sam. Być może czerpie z niego magiczną siłę, bo że takową posiada – ogłasza co i rusz. Jammeh potrafi leczyć złamania dotykiem. Osobiście opracował też (jak to Doktor) ziołowe leki na astmę, nadciśnienie i bezpłodność (ale tylko u kobiet). Jako największym sukcesem jest bez wątpienia wynalezienie kuracji bananami, która całkowicie niszczy AIDS, co oznajmił światu w 2007 r. (a gdy ten zarzucał mu, że to bzdura, bronił się mówiąc, że aby terapia była skuteczna, należy absolutnie przestać przyjmować leki antyretrowirusowe). Dwa lata później, postanowił też zwalczyć czarną magię: w rozsianych po kraju wioskach wyłapano ponad tysiąc osób oskarżonych o czary i zmuszono do wypicia kolejnego ziołowego koktajlu autorstwa Jego Ekscelencji Inżyniera Medycyny. Według Amnesty International, kilkoro zmarło, a wielu do dziś boryka się z chorymi nerkami i biegunką. To i tak lepiej, niż geje, którym prezydent – według własnych słów – chciałby po prostu ścinać głowy.

Jammeh wręcz tryska pomysłami, jakby tu wydobyć Gambię ze 192. miejsca na liście najbiedniejszych państw świata za pomocą swoich czarodziejskich mocy. Przed kilkoma laty postanowił więc sprawić, by stała się ona państwem produkującym ropę. Ale jak do tej pory, wciąż jej nie odnaleziono. Nikt nie wie dlaczego.

Jego Ekscelencja Szejk Profesor Alhaji Doktor Yahya Abdul-Azziz Jemus Junkung Jammeh uwielbia także kolekcjonować nagrody i tytuły (no coś takiego…). Tylko w zeszłym roku zebrał ich kilka. Najpierw został uhonorowany przez Międzynarodowy Parlament dla Bezpieczeństwa i Pokoju z siedzibą w Palermo (ciekawostka: jego przewodniczący – Vittorio Busa – szczyci się w internecie tytułami Wielkiego Chana Mongolii, Prezydenta Białorusi, prezydenta… Wolnego Miasta Gdańska i arcybiskupa Białegostoku; nie wiadomo co na to ksiądz Ozorowski i detektyw Bednarski). Później dostał jeszcze między innymi tytuł Honorowego Mistrza od Związku Drukarzy i Wydawców Niemiec Północnych i Admirała Wielkiej Floty Stanu Nebraska. Choć ta ostatnia nawet nie istnieje, bo… Nebraska nie ma dostępu do morza. Zresztą, w oficjalnym komunikacie wydanym przez rzecznika prasowego Szejka Profesora, nazwisko gubernatora tego stanu napisano z błędem. Co spotkało również imię prezydenta Stanów Zjednoczonych. Jeżeli to kogoś interesuje, to w tym szczęśliwym dla Gambii 2010 roku, Platynową Nagrodę (?) przyznał Jammehowi niejaki Barrack Obama.

Jammeh i BarrackPo prawej Barrack, po lewej Majchel, a w środku Admirał Wielkiej Floty Stanu Nebraska (Fot. Lawrence Jackson/White House)

Jego Ekscelencję Szejka Profesora Alhaji Doktora Yahya Abdul-Azziza Jemusa Junkunga Jammeha tak to wszystko ucieszyło, że pod koniec 2010 r. postanowił się przebranżowić i z Jego Ekscelencji Szejka Profesora Alhaji Doktora Yahya Abdul-Azziza Jemusa Junkunga Jammeha zostać królem Jammehem. W Gambii ruszyła wówczas kampania zbierania podpisów pod wnioskiem o wprowadzenie monarchii. Podobno było ich więcej niż wystarczająco, ale ostatecznie prezydent (jeszcze) plan porzucił – być może z powodu krytyki Zachodu, a być może, bo przypomniało mu się co spotkało Bokassę.

Porzucać narodu Profesor Szejk Doktor jednak nie zamierza. Kiedyś ogłosił, że będzie rządzić 40 lat. Teraz troszeczkę ten okres wydłużył – konkretnie do miliarda.

W listopadzie, w Gambii odbyły się wybory. O których już wcześniej było wiadomo, że będą tak przekręcone, że Wspólnota Gospodarcza Krajów Afryki Zachodniej olała nawet wysyłanie na miejsce niezależnych obserwatorów. Jammeh zgarnął skromne 72 proc., ale nawet to umiarkowanie mu nie pomogło i wszyscy zgodnie uznali, że wynik jest sfałszowany. Na co niedoszły król postanowił odpowiedzieć w wywiadzie dla BBC, którego fragmenty można obejrzeć pod tym linkiem.

Zdaniem Działu Zagranicznego, najlepszy moment – poza ciągłym mamrotaniem ” boję się tylko Allaha, boję się tylko Allah” – to kiedy Jammeh nie może uwierzyć, że monarchia brytyjska ma rolę wyłącznie ceremonialną. No i, oczywiście, kiedy mówi o Kaddafim.

Gambia była przez lata jednym z najbliższych przyjaciół Libii i beneficjentem płynącej z Trypolisu pomocy finansowej, przybierającej czasem dość dziwne formy: gdy Kaddafi ofiarował państwu traktory, równocześnie dawał Jammehowi stada wielbłądów jako “prywatny” prezent. Szejk Doktor Profesor okazał się jednak niewdzięcznikiem – Gambia jeszcze w kwietniu, jako pierwsze afrykańskie państwo, zerwała kontakty z Trypolisem i uznała władze powstańców za jedynych reprezentantów Libii.

Jammeh wspomina zresztą o tym w wywiadzie. I przekonuje, że los przywódcy nie zależy od tego, jak długo rządzi, tylko co robi. Więc o Admirała Wielkiej Floty Stanu Nebraska możemy się nie martwić. On przecież leczy z AIDS.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Czytaj w kontekście

Mam problem z Kubą.

Problem polega na tym, że z jednej strony wiem, że to autokratyczna dyktatura i chciałbym, żeby bracia Castro wreszcie zluzowali (Fidel, serio, jak się ma 85 lat, to można wnuka na kolanie bujać, a nie decydować o życiu 11 mln osób). Ale z drugiej działa mi na nerwy, kiedy przedstawia się ją w mediach jak jakiś wielki gułag, normalnie Koreę Północną na sterydach. Bo to po prostu nieprawda i mydlenie ludziom oczu.

Sęk w tym, że jak już ktoś próbuje wyprostować kilka błędnych informacji, albo chociaż pokazać bardziej zniuansowany obraz Kuby, to bardzo łatwo przypiąć mu łatkę obrońcy reżimu i zaślepionego lewaka (a sytuacji nie poprawia fakt, że wielu takich użytecznych idiotów naprawdę głośno gardłuje na rzecz braci Castro). Szczególnie w Polsce, gdzie doświadczenia mamy, jakie mamy.

Tak więc z polskich mediów możemy się np. co jakiś czas dowiedzieć jak bardzo gnębiona jest kubańska opozycja, przedstawiana nad Wisłą niemal jak latynoski KOR i Solidarność w jednym. Nie dowiemy się za to, że opozycjonistów jest dosłownie garstka, że są kompletnie zdezorganizowani, że poszczególne grupy są ze sobą skłócone i kopią pod sobą nawzajem dołki, że ich głównym działaniem jest wyciąganie kasy od amerykańskich dyplomatów w Hawanie (o czym ci ostatni pisali w depeszy z kwietnia 2009 r., ujawnionej przed kilkoma miesiącami przez Wikileaks), przez co zostaje im już mało czasu i energii na faktyczne “opozycjonowanie”, ani że większość z nich to starsi państwo w wieku okołoemerytalnym, przez co kompletnie nie mają pojęcia jak trafić do młodzieży, wśród której większym autorytetem cieszą się nawet zespoły muzyczne jak hip hopowe Los Aldeanos czy punkowe Porno Para Ricardo, albo chociaż blogerzy, jak znana i u nas Yoani Sánchez.

Inny gorący temat to więźniowie polityczni, szczególnie, że przez ostatnie kilka miesięcy reżim wielu z nich wypuścił na wolność (zmuszając zarazem do emigracji). Za każdym razem kiedy mury więzienia opuszcza kilku z nich, możemy się dowiedzieć, że osadzonych pozostaje wciąż wielu innych, a ich liczba (jeżeli w ogóle jest podawana) waha się między kilkudziesięcioma, a nawet 340 osobami (taką ilość podaje chociażby portal Solidarni z Kubą, prowadzony przez Instytut Lecha Wałęsy).
No i wszystko spoko, do momentu, kiedy zadamy sobie trud sprawdzenia tych nazwisk. Bo obok osób autentycznie zaangażowanych w demokratyzację życia na Kubie, prawdziwych opozycjonistów, albo ludzi siedzących za jakieś absurdalne sprawy (np. facet, który dostał wyrok, bo przed domem wywiesił krytyczny wobec Fidela transparent), znajdziemy też pięciu mężczyzn, którzy za kraty trafili, bo chcieli uciec z wyspy, a w tym celu postanowili porwać łódkę z francuskimi turystami i przystawiać im noże do gardeł, grożąc śmiercią, jeżeli nie dowiozą ich do USA, pięciu innych, którzy uzbrojeni w karabinyc maszynowe zaatakowali w 1994 r. posterunek policji i zabili jednego funkcjonariusza, albo dwóch kolejnych, którzy w 1997 r. przeprowadzili na wyspie serię zamachów bombowych, w których ranne zostały zupełnie przypadkowe osoby, a śmierć poniósł włoski turysta.
Powiedzmy sobie wprost, że trzeba by bardzo naciągnąć definicję więźnia politycznego, żeby objęła tych panów.

Tak więc naprawdę ciekawe teksty i wartościowe analizy na temat Kuby, trafiają się w polskich mediach dość rzadko. Ale jeżeli ktoś chce znaleźć rzetelne informacje z wyspy, to niekoniecznie musi uczyć się hiszpańskiego, styknie angielski. Media brytyjskie są dość dobrze ogarnięte, czasem można znaleźć coś ciekawego na blogach prowadzonych przez angielskich i amerykańskich latynoamerykanistów, a wbrew pozorom nawet w USA obraz Kuby niekoniecznie będzie odbiegał daleko od prawdy (no chyba, że ktoś czerpie informacje z Fox News itp.).

KongresProszę wstać, pan dyrektor wchodzi do klasy (Fot. AP)

Piszę o tym wszystkim, bo w zeszłym tygodniu miał miejsce VI Kongres Komunistycznej Partii Kuby. Rzecz bardzo ważna, bo poprzedni odbył się w 1997 r., a to na tych spotkaniach partia ustala (albo klepie wcześniejsze ustalenia) w jakim kierunku pójdzie kraj. Kuba przechodzi właśnie wielkie zmiany, wielu analityków spekuluje, że pójdzie chińską drogą, czyli zachowania komunizmu w sferze ideologicznej i wprowadzenia kapitalizmu w gospodarce. Więc można się było spodziewać jakiś przełomowych decyzji, albo deklaracji.
A wyszło średnio, żeby nie powiedzieć rozczarowująco (np. moim zdaniem mianowanie José Ramóna Machado, 80-letniego weterana rewolucji, na fotel następnego w kolejce do władzy, to zupełne nieporozumienie).

W każdym razie, teraz hurtowo zczytuję analizy i trafiłem na depeszę agencji UPI, w której podają takie dane:

“W tej piętnastce [członków Biura Politycznego – przyp. DZ] pojawiają się trzy nowe twarze, ale tylko jedna kobieta. (…) Komitet Centralny składa się ze 115 członków, spośród których 48 to kobiety (41,7 proc.) a 36 to czarni albo mulaci (31 proc.). (…) Całkowita liczba mężczyzn to 67, a tych którzy są biali 79. Jeżeli chodzi o pozycję polityczną, kobiety, czarni i mulaci wciąż wypadają niekorzystnie”.

No niby tak, chociaż jak się spojrzy na inne państwa latynoskie, to widać, że akurat w tej kategorii Kuba nie wypada tak źle. Ale z ciekawości sprawdziłem, jak to wygląda w kraju, skąd jest agencja UPI, czyli w Stanach.
No więc, na 435 członków Izby Reprezentantów, 363 to mężczyźni (czyli 83 proc.), kobiet jest tylko 72. Biali to 362 osoby (czyli znowu 83 proc.), czarnych jest tylko 42 (9 proc.), latynosów zaledwie 24 (5 proc.), a Azjatów 6 (czyli 1 proc.). Jest 1 (słownie: jeden) indianin.

Jeden Barack Obama wiosny nie czyni.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Czekolada to nie ropa

Mijający tydzień był zły. I przy pierwszej informacji ręce opadają, więc w zasadzie na niej moglibyśmy to podsumowanie zakończyć. I tak w sumie robimy.

1. Gorzki smak czekolady

Przegląd tygodnia zaczynamy od sytuacji na Wybrzeżu Kości Słoniowej, której Dział Zagraniczny bacznie się przygląda od fatalnego listopada. A sytuacja jest zła.
Jeszcze w zeszłą niedzielę liczba uchodźców nieznacznie przekraczała pół miliona, a ofiar śmiertelnych konfliktu było nieco ponad 500. Teraz tych pierwszych jest już ponad milion i przybywa, a ilu jest zabitych, tego nie wie nikt.
Wszystko dlatego, że rebeliantom popierającym zwycięzcę ostatnich wyborów, Alassane Ouattarę, skończyła się cierpliwość (albo po prostu poczuli się na tyle mocni), że zaczęli ofensywę na całą skalę. Do Abidżanu dotarli już w czwartek i to właśnie tam toczyły się najcięższe walki. Ale konflikt pociągnął za sobą ogromną liczbę ofiar w całym kraju. W samym tylko Duékoué, położonym blisko zachodniej granicy, pracownicy ONZ naliczyli kilkaset ciał. Według wstępnych szacunków Caritasu, zamordowanych jest nawet tysiąc osób.
Koniec tego koszmaru być może jest bliski, bo od Laurenta Gbagbo, dotychczasowego prezydenta, odwracają się najbliżsi sojusznicy. W czwartek szef sztabu armii zbiegł do domu ambasadora RPA i tam poprosił o azyl polityczny. To było mocne uderzenie w morale wojskowych, którzy do tej pory pozostawali lojalni wobec Gbagbo. Opuściła go już część oddziałów i żandarmeria. Wciąż ma on jednak pod bronią oddziały najemników z Liberii. W chwili pisania tego tekstu, agencje donosiły, że trwają walki o pałac prezydencki, w którym zabunkrował się Gbagbo.

Tymczasem Francuzi rzucili do akcji 300 komandosów, którzy opanowali lotnisko w Abidżanie (dzięki czemu będą możliwe pomoc humanitarna z zewnątrz i ewakuacja obcokrajowców). Tym samym liczba ich żołnierzy na Wybrzeżu Kości Słoniowej sięgnęła 1400.

I w związku z tym, Dział Zagraniczny zastanawia się nad jedną rzeczą. Być może niektórzy z czytelników już słyszeli o tym, co w mediach szybko zaczęto nazywać “Doktryną Obamy”. W poniedziałek prezydent USA uzasadniał działania swojego kraju w Libii. Mówił między innymi:
– Niektóre narody mogą przymykać oko na zbrodnie w innych krajach. Stany Zjednoczone Ameryki są inne. I jako prezydent, odmawiam czekania na obrazy rzeźni i masowych grobów przed podjęciem takiej akcji [zbrojnej – przyp. DZ].
To koresponduje ze słynną “Responsibility to Protect”, którą na takich studiach jak stosunki międzynarodowe wałkuje się bez końca. Przyjęta przez Zgromadzenie Ogólne ONZ w 2005 roku, mówi (w skrócie), że “społeczność międzynarodowa ma obowiązek chronić ludność cywilną, kiedy rząd ich kraju nie jest w stanie tego zrobić, bądź sam jej zagraża”.

Czy Francuzi weszli na Wybrzeże Kości Słoniowej, żeby zapobiec masakrom (coś, na co się nie zdecydowali w 1994 r. w Rwandzie)? Nie, byli tam już od dawna, monitorując zawieszenie broni pomiędzy obiema stronami. Teraz zadbali tylko o to, żeby podstawowe połączenie z zagranicą – lotnisko – nie zostało zerwane.

Czy może zatem społeczność międzynarodowa, szczególnie Stany i Unia Europejska, tak aktywne w Libii, mają zamiar cokolwiek zrobić w tym drugim, mocno “przykrytym” przez inne wydarzenia konflikcie?

Czy czekolada (Wybrzeże Kości Słoniowej jest eksporterem 40 proc. światowych zasobów kakao, z którego robi się ten przysmak), w najlepszym wydaniu tak samo czarna jak ropa, jest równie ważna, jak ta ostatnia?

Nie. Nie jest. I nikt nie kiwnie palcem.

DuekoueW Duékoué doktryny i deklaracje o cywilach, ochronie, powinnościach społeczności międzynarodowej itp. nie obowiązują. Bo nie ma rafinerii. Jest tylko kakao (Fot. AP)

2. Co się wydarzyło, a o czym nie napiszemy

Powinienem jeszcze napisać o różnych śmiesznych i ciekawych wydarzeniach z tego tygodnia.

Np. o tym, że Celso Ovelar, biskup a zarazem burmistrz pewnego miasta w Paragwaju, przyznał się, że jest ojcem małego dziecka (co jest o tyle ciekawe, że prezydent kraju, a zarazem były biskup – musiał się zrzec kościelnych funkcji przed startem w wyborach – też okazał się być ojcem co najmniej jednego bobasa, a dwie inne kobiety zarzucają mu ojcostwo także swoich pociech; mogibyśmy się pośmiać z tego, jakie są związki tronu i ołtarza i zakrystii w tym latynoskim kraju).

Albo np. o tym, że w Tanzanii tłumy walą drzwiami i oknami do Babu (czyli “dziadka”) Ambilikile Mwasapile, który robi “lek na wszystko”. W związku z czym kolejka samochodów przed jego chatą ma w niektóre dni ponad 20 km długości. I zdążyło już umrzeć ponad 50 osób w niej czekających. W związku z czym lokalne władze musiały w okolicę jego wioski wysłać dodatkowe oddziały policji z karnistrami wody pitnej, oraz negocjować z dziadkiem, żeby przyjmował tylko w niektóre dni, bo stwarza za dużo problemów dla całej okolicy.

No i mógłbym tak jeszcze z 15 tematów pociągnąć. Ale mi się nie chce, bo jak zczytuję depesze, to tylko ręce opadają.
W Namibii jest stan wyjątkowy, bo powodzie pozbawiły dachu nad głową 10 tys. osób, zabiły stada bydła, zniszczyły niezebrane plony i rozmyły nieutwardzone drogi.
A w Birmie rozwiązała się wojskowa junta. To znaczy jej szef, Than Shwe, powiedział, że już nie jest szefem armii. Po czym mianował na prezydenta i ministrów w 58-osobowym rządzie, swoich byłych podwładnych i wciąż całkowicie mu podległych generałów. Wszystkich w stanie spoczynku, oczywiście. Dyktatury wojskowej nie ma.

To był bardzo zły tydzień.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Kandelabr Ludwika XV

Rok 1971, na Haiti dogorywa François Duvalier, dyktator wyspy znany jako Papa Doc. Tuż przed śmiercią wyznacza na swojego następcę własnego syna, Jean-Claude’a. 15 lat później wybucha rewolucja i Baby Doc – jak dla odróżnienia mówi się na młodszego Duvaliera – pośpiesznie ucieka z kraju. Wydaje się, że na zawsze.
Aż do niedzieli 16 stycznia. Późną nocą cały świat obiega sensacyjna wiadomość, że były “dożywotni prezydent” niespodziewanie wrócił do ojczyzny. News jest tak mainstreamowy, że podają go nawet polskie media. Ale na tym informacje się kończą. Czytelnik nad Wisłą nie dowie się, dlaczego satrapa postanowił nagle odwiedzić kraj, gdzie pod rządami jego samego, a wcześniej jego ojca, według ostrożnych szacunków zamordowano ok. 50 tys. osób, a kolejne 100 tys. w panice opuściło Haiti. A warto się w te powodu zagłębić, bo to historia jak z kiepskiego filmu. Choć wydarzyłą się naprawdę.

Gdy w 1986 roku Jean-Claude musiał w pośpiechu uciekać przed żądnymi zemsty buntownikami, trafił do dawnego kolonialnego władcy wyspy: Francji. Ale Paryżowi nie bardzo było w smak dawać schronienie komuś z tyloma zbrodniami na rękach i Duvalier usłyszał, że ma tydzień na znalezienie sobie innego gospodarza. Co okazało się bardziej niż trudne. Azylu odmówiły mu kolejno Stany, Szwajcaria, Włochy, Hiszpania i Grecja. Kiedy dyktatora odrzuciły nawet Gabon i Seszele, Francuzi machnęli ręką i Baby Doc mógł zabrać się za to, co zawsze wychodziło mu najlepiej: żyć jak playboy.

Rodzina wynajęła zamek w okolicach Paryża, ale Jean-Claude wolał spędzać czas w pełnej przepychu willi na Lazurowym Wybrzeżu. Gazety nad Sekwaną donosiły jak rozbija się po Riwierze kolejnymi luksusowymi samochodami, szczególnie swoim ulubionym Ferrari Testarossa. Duvalierowie brylowali na przyjęciach, kupowali dzieła sztuki i jadali tylko w najdroższych restauracjach.
Tymczasem kolejne rządy na Haiti upadały szybciej niż powstawały. Ale wszystkie domagały się od Francji i Szwajcarii, żeby zamroziły konta, na których rodzina byłego prezydenta miałą ukrywać skradzione państwu miliony. Pewnego dnia, w ramach sądowego dochodzenia o odzyskanie tych pieniędzy, żandarmi wpadli to domu Duvalierów w poszukiwaniu dowodów. W muszli klozetowej znaleźli na wpół zniszczony notes z wydatkami. Kwoty były powalające. 169 tys. dolarów za nanowszą kolekcję Givenchy. 270 tys. za biżuterię Boucheron. 68,5 tys. za zegar. 10 tys. za dwa dziecięcie siodła kupione w Hermèsie. Rachunków próbowała się pozbyć pani domu – Michèle. I to właśnie jest najbardziej znacząca postać w całej tej historii.

Slub DuvalierowPo lewej prezydent, po prawej budżet (Fot. Getty Images)

Kiedy w 1971 roku Jean-Claude składał przysięgę jako “prezydent na całe życie”, był tylko pociesznym 19-letnim grubaskiem, który interesował się wyłącznie romansami i szybkimi samochodami, a o sprawowaniu władzy nie miał najmniejszego pojęcia. Tę przez lata sprawowała w jego imieniu matka, dopóki na drodze młodego władcy nie stanęła Michèle.
Z domu Bennett, w młodości wyszła za Alixa Pasqueta, którego ojciec jeszcze w 1958 próbował zbrojnie obalić Papę Doca (i za co jego zmaltretowane ciało długo wisiało przed Pałacem Prezydenckim). Małżeństwo przetrwało tylko kilka lat: w 1978 Michèle wzięła rozwód i postanowiła szukać szczęścia po drugiej stronie barykady. Rzuciła się na życie nocne stolicy i w ciągu kilku miesięcy została gwiazdą lokalnej elity. Wciąż otyły Baby Doc z bokobrodami wielkości Pola Mokotowskiego nie mógł się oprzeć olśniewającej mulatce. W maju 1980, synowa martwego rewolucjonisty została Pierwszą Damą.

Małżeństwo zaczęło się z hukiem. Dosłownie. Pokaz ogni sztucznych na ślubie kosztował 100 tys. dolarów. Panna młoda miała na sobie jeszcze droższą suknię ślubną, a włosy czesał jej najlepszy paryski fryzjer, sprowadzony prywatnym odrzutowcem. W parkach i na ulicach wystawiono telewizory, żeby biedota mogła podziwiać uroczystości. Całą ceremonia pochłonęła ponad 3 mln dolarów. A dla nowej pani Duvalier to był dopiero początek.
Matce Baby Doca nie podobała się synowa, więc Michèle nakłoniła męża, żeby wysłał starszą panią na przymusowy urlop za granicę. Prezydent był pod tak wielkim wpływem żony, że liczni współpracownicy wspominali później, jak to na posiedzeniach rządu Jean-Claude siedział cicho w fotelu, a ona wściekle strofowała ministrów.
Michèle nie obchodziła władza polityczna, dla niej liczył się tylko luksus. A w wydatkach nie szła na kompromisy. W Miami wydawała kilkadziesiąt tysięcy dolarów na kwiaty, którymi dekorowała Pałac Prezydencki. Rachunki za jej paryskie zakupy opiewały na miliony. Zamawiała tyle sukienek od Valentino, że trzeba je było przewozić ciężarówkami. Francuskich jubilerów z całym ich asortymentem dostarczano na Haiti prywatnym odrzutowcem, żeby mogła sobie wybrać nową biżuterię na następny dzień. Kiedyś wpadł jej w oko bardzo rzadki kandelabr z czasów Ludwika XV. Wkrótce w domu miała ich tuzin.

Michèle potrzebowała coraz więcej funduszy. I potrafiła o nie zadbać. Je rodzina, na czele z ojcem, krótko po ślubie kontrolowała już większość gospodarki na wyspie. Zyski z eksportu zamiast do budżetu, szły prosto do ich kieszeni, ale to dla Bennettów było za mało. Zaczęli przemycać narkotyki na wielką skalę (brat Michèle dostał za to trzy lata odsiadki w Portoryko) i ciułać nawet drobne grosze ze sprzedaży ciał szkołom medycznym na całym świecie. Jakby tego było mało, powołano specjalny państwowy fundusz na budowę państwowej kolei. Nigdy nie powstała, a zebrane na nią pieniądze przepadły jak kamień w wodę.
Szacuje się, że w chwili, gdy Duvalierowie uciekali z Haiti, mieli na swoich prywatnych kontach około 500 mln dolarów. Jednak Jean-Claude cieszył się luksusem we Francji o wiele krócej, niż mógłby podejrzewać.

Kiedy stało się jasne, że nie wrócą na Karaiby i nazwisko Duvalier przestało być gwarancją zysków, w małżeństwie zaczęło się psuć. Baby Doc już w 1990 r. złożył papiery rozwodowe i to był jego największy błąd w życiu. Michèle znalazła lepszego prawnika i puściła go z torbami.

MicheleMichèle (druga od lewej) w lipcu 2010 wygląda lepiej niż w maju 1980 (Fot. WeHaitians.com)

Jean-Claude początkowo chyba nawet nie zorientował się, że trzeba zacisnąć pasa. Pojednał się z matką i wspólnie (wraz z niewielką służbą) wynajęli willę w Cannes. Ale gdy po paru miesiącach nie zapłacili nawet jednego rachunku, właściciel wyrzucił ich na bruk. Wówczas już tylko we dwójkę, pod fałszywym nazwiskiem “Valere” wynajęli apartament w niewielkim hotelu. Gdy i tam odmówili pokrycia rachunków za kilka miesięcy mieszkania, menadżer wezwał policję i były dyktator wraz z mamą trafili do aresztu. W końcu pieniądze wyłożyła ówczesna dziewczyna Baby Doca, ale Duvalier zrozumiał, że żarty się skończyły. Jeszcze pięć lat przewaletował w paryskim Mariocie, którego właścicielem był jego stary ziomek Mohamed Al Fayed (tak, ojciec tego typa, z którym w samochodzie zginęła Diana), ale w końcu i stamtąd musiał się wynieść.
Ostatnie kilka lat spędził w skromnym dwupokojowym mieszkanku na przedmieściach stolicy, a na jego utrzymanie regularnie zrzucali się dawni przyjeciale.

Co to wszystko ma wspólnego z nagłym powrotem Baby Doca do ojczyzny? Wszystko, bo w rzeczywistości chodzi jak zwykle o pieniądze.
Gdy Jean-Claude uciekał z wyspy, miał w Szwajcarii prywatne konto z około 6 milionami dolarów. Przy rozwodzie Michèle nie dostała do niego prawa, ale Duvalier też nie mógł ruszyć funduszy: kolejne rządy Haiti wnosiły do Szwajcarii o ich zamrożenie i zwrot do państwowej kasy. Baby Doc oczywiście nie odpuszczał, a sprawa toczyła się przez lata i nie posuwała ani trochę do przodu. Aż do stycznia 2010.
Sąd Najwyższy Szwajcarii podjął salomonową decyzję. Z jednej strony nakazał odblokować Duvalierowi konto, ale z drugiej zachęcił szwajcarski rząd do uchwalenie specjalnej ustawy, która pozwoliłaby “ominąć” wyrok i zwrócić pieniądze rządowi Haiti. Dział Zagraniczny zupełnie nie rozumie jak to ma niby działać, ale fakty są takie, że parlament nowe prawo klepnął i kasa ma zostać wysłana na Karaiby 1 lutego.

Jean-Claude decyzję oczywiście zaskarżył i wygląda na to, że cała akcja z powrotem do ojczyzny to z jego strony tylko ogromnie przeszacowany wybieg prawny.
Od jego upadku, Haiti coraz bardziej pogrążało się w chaosie, który w ubiegłym roku osiągnął apogeum: najpierw katastrofalne trzęsienie ziemi, później epidemia cholery, o różnych innych nieszczęściach nie wspominając. W kraju dorastają kolejne pokolenia, które nie pamiętają rządów Duvalierów, a z kolei starcom kojarzą się one z okresem względnej stabilności. W rezultacie kwitnie nostalgia za czasami Baby Doca (który był jednak nieporównywalnie mniej krwawy niż ojciec). Starzy duvalieryści przewijają się przez kolejne rządy, w gabinecie prezydenta Gérarda Latortue’a (2004-2006) było ich absurdalnie wielu. Głośnym zwolennikiem byłego dyktatora jest wokalista Michel “Sweet Micky” Martelly, który według oficjalnych wyników zajął trzecie miejsce w zeszłorocznych wyborach prezydenckich, a którego cała społeczność międzynarodowa stara się jednak przepchnąć do II tury.

Baby Doc po latachCiche wejście tylnymi drzwiami w wykonaniu mistrza dyskrecji (Fot. Getty Images)

Wszystko wskazuje na to, że Baby Docowi wydawało się, że w tym ogólnym chaosie zdoła przylecieć na Haiti, posiedzieć na miejscu kilka dni (miał bilet powrotny na 20 stycznia), a potem udowodnić w Szwajcarii, że skoro bezpiecznie odwiedził ojczyznę i wrócił, to dowód na to, że nikt go tam w rzeczywistości nie ściga i pieniądze z konta mu się należą.
I może nawet by się tak stało, ale Duvalier miał pecha. Gdy na lotnisku witało go ponad 2 tys. zwolenników, sprawa stała się zbyt głośna, żeby ją zignorować. Rząd Haiti błyskawicznie oskarżył go o łamanie praw człowieka i korupcję. Jeszcze nie siedzi, ale nie wolno mu opuszczać kraju.
Baby Doc zagrał va banque. I przegrał. Tym razem ostatecznie.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

PS Na forach forach internetowych haitańskiej diaspory można znaleźć informację, że Michèle Bennett przyjechała na wsypę w zeszłym roku na pogrzeb brata, który zginął w trzęsieniu ziemi. Jeżeli to prawda – Dział Zagraniczny nie znalazł potwierdzenia w żadnych innych źródłach – to jak zwykle okazała się sprytniejsza od swojego byłego męża, nie robiąc rozgłosu wokół swojego krótkiego pobytu.

PS2 Gotowość powrotu na Haiti, wyraził też w ostatnich dniach Jean Bertrand Aristide, były ksiądz i dwukrotny prezydent kraju, który każdą kadencję kończył obalony zbrojnym przewrotem, a w 1994 r. do władzy przywracał go między innymi polski GROM (była to pierwsza zagraniczna misja jednostki).