Archive

Posts Tagged ‘Futbol’

Działaczu, rzuć palenie

Jak się nazywa najwyższa liga w polskiej piłce nożnej? Nie, nie Ekstraklasa, tylko Bitwa pod Cecorą, oczywiście. Tak, jak Primera división to w rzeczywistości Trafalgar, a Ligue 1 to nic innego, jak Waterloo. Przynajmniej w świecie, gdzie za nazywanie rozgrywek odpowiadaliby Argentyńczycy.

W piątek, nad La Platą ruszają rozgrywki tamtejszej ligi, która od tego roku będzie się oficjalnie nazywać Crucero General Belgrano Primera División. A Crucero General Belgrano, to nic innego, jak krążownik “Generał Belgrano” – okręt zatopiony w groteskowej wojnie z Wielką Brytanią, której 30. rocznicę Buenos Aires będzie z pompą obchodzić w kwietniu.

Stadion w ArgentynieDzieci, pamiętajcie: wiwatujemy na cześć klęski (Fot. Maciej Okraszewski/Dział Zagraniczny)

Jak Dział Zagraniczny informował już wielokrotnie, futbol w Argentynie przeżywa najgorszy kryzys od kilkudziesięciu lat. Ale zarazem, o czym również szeroko informowano na tych łamach, od 2009 r. palenie marihuany nie jest tam karalne. Co pozwala wysnuć wnioski, że atmosfera na zebraniach tamtejszego Związku Piłki Nożnej musi być prawdziwie zabawowa. A efekty to potwierdzają.

Działacze popalać zaczęli zapewne już wiele lat temu, bo wpadli wówczas na pomysł, że nad La Platą nie mogą obowiązywać normalne zasady, zgodnie z którymi do niższych lig spadają najsłabsze drużyny zakończonego sezonu. Nie, w Argentynie działa system, w którym zlicza się trzy kolejne lata rozgrywek i dopiero wtedy spuszcza w dół pechowców. Że co? Że to nieuczciwe, bo dzięki temu najbogatsze kluby po słabych dwóch sezonach mogą sobie na trzeci podkupić najlepszych graczy? E. Podaj bonga.

System nie sprawdził się jednak rok temu, a konkretnie sprawę zawaliła najbardziej utytułowana ekipa w kraju River Plate, która położyła trzy kolejne sezony i po raz pierwszy w swojej 110-letniej historii spadła do II ligi. Wtedy w centrali zapewne też poważnie przykurzyli, bo w grudniu Związek ogłosił, że tak w ogóle, to po co rozróżnienie na ligę taką, czy siaką: oni proponują zniesienie dotychczasowych i utworzenie jednego wielkiego turnieju, w którym mogłyby się ze sobą zmierzyć czołowe drużyny z obu pierwszych dywizji. Czytaj: “River spadł. Ale jednak nie”. W internecie rozpętała się jednak taka kampania gniewu, że polska wojna o ACTA to przy niej pikuś, więc władze szybko wycofały się z tego pomysłu.

Nic to! Zioło najwyraźniej wciąż krążyło, to w styczniu Związek zorganizował Superclásico, czyli derby między River a odwiecznym rywalem Boca Juniors. Dodajmy – derby o nic, bo obie ekipy są wciąż w różnych ligach, żaden to puchar, żadne eliminacje. “Przyjacielskie derby”, jak powiedział rzecznik prasowy Związku. Stawka mniej więcej taka, jak w meczu TVNu z reprezentacją Sejmu. Ale kasa za bilety jest, z reklam też spłynęło co trzeba: można palić dalej.

Efekt? Ostatnie posiedzenie władz argentyńskiej piłki wyglądało zapewne tak:
Działacz 1: A może by tak już nie trzymać pozorów i nazwać I ligę po jakiejś klęsce?
Działacz 2: Świetny pomysł. Skocz po kebaba.

BelgranoPierwsza ligo, czas zaadaptować tonący “Belgrano” na logo (Fot. AP)

Nad wojną o Falklandy/Malwiny nie ma się co zbytnio rozwodzić. Jest rok 1982, a w Argentynie pogłębia się kryzys gospodarczy. Więc rządząca nią junta wojskowa wpada na doskonały pomysł, jak odwrócić uwagę opinii publicznej: wypowiedzieć Wielkiej Brytanii wojnę o kilka bezużytecznych skał, które zamieszkuje więcej owiec niż ludzi. Konflikt potrwa 10 tygodni i pochłonie 649 latynoskich żołnierzy. Z czego aż 323 zginie na zatopionym krążowniku “Generał Belgrano”.

No i to cała historia. Mało kogo obchodzi, że “Generał Belgrano” nazywał się wcześniej “USS Phoenix”, a Amerykanie wyeksploatowali go do cna podczas II Wojny Światowej i w 1951 r. sprzedali Argentyńczykom, uznając że do niczego się już więcej nie nadaje, więc zatopiłaby go nawet Margaret Thatcher prowadząca w pojedynkę U-boota.

Tu chodzi o symbol. Kto chociaż raz był na jakimkolwiek meczu w Argentynie, ten wie, że na każdym stadionie wielkie graffiti będzie mu przypominać, że Anglicy ukradli wyspy. Jeden z tych, na których w zeszłym roku rozgrywano Copa América, nazwano wprost “Malvinas Argentinas”. Kibice River i Boca mogą się nienawidzić, ale za przypomnienie, że to sami mieszkańcy Falklandów chcą pozostać Brytyjczykami, zgodnie naplują ci w twarz.

Jak informuje miejscowa prasa, władze postanowiły więc iść za ciosem. Chciałyby ochrzcić pierwszoligowy puchar jako “Gaucho Rivero”, od nazwiska argentyńskiego chłopa, który półtora wieku temu miał wszczynać na Falklandach/Malwinach rebelię przeciwko Brytyjczykom. To, że podobno poszło nie o patriotyczne uniesienia, tylko niezapłaconą dniówkę, jest już najwyraźniej nieistotne.

Dział Zagraniczny ma więc jeszcze kilka pomysłów. Dlaczego by tak nie pozmieniać także innych nazw? Buenos Aires przemianować na “Esto no es Londres”. A z Patagonią w ogóle się nie cackać i trzasnąć po angielsku “Fuck you Thatcher”. Brzmi, jak brzmi, ale jak widać – w Argentynie nic nie jest niemożliwe.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

PS Piłkarscy działacze w Argentynie najwyraźniej palą nie tylko marihuanę. W październiku, wicedyrektor departamentu prasowego River zdenerwował się, że jakiś facet sprzedał mu dom z wysoką wilgotnością. Więc go zadźgał. Ciekawe, którą trybunę po nim nazwą?

Pięć minut z Liverpoolem

Chiny od lat przejmują Amerykę Łacińską kawałek po kawałku. Połowę argentyńskiej pampy zajmują dziś uprawy soi, która w całości trafia później do Państwa Środka. W zamian za dużą pożyczkę, Ekwador będzie im przez następne osiem lat sprzedawał po preferencyjnych cenach ponad połowę wydobywanej u siebie ropy. Na Kostaryce, Pekin kupił obligacje skarbowe za 300 mln dolarów. Do chińskich portów płynie 20 proc. peruwiańskiego eksportu. A ostatnio, Chiny zajęły miejsce Stanów Zjednoczonych jako największy partner handlowy Brazylii, stopniowo zalewając portugalskojęzycznego giganta swoimi tanimi wyrobami: nawet flagi narodowe sprzedawane na ulicznych stoiskach mają obecnie w rogu małą metkę “Made in China”.

Teraz jednak, Pekin zamachnął się na to, co u Latynosów najświętsze – piłkę nożną.

Kaka ucieka przed ChińczykamiKaká jeszcze ucieka przed Chińczykami, ale jak się rozkręcą, to może już niedługo będzie im podawał (Fot. Victor Fraile/Getty)

Corinthians to nie tylko klub sportowy. To małe państwo z prężną gospodarką: drużyna z São Paulo ma kilkadziesiąt milionów kibiców w samej Brazylii, jest warta pół miliarda dolarów, a rocznie zarabia ich ponad 130 mln. Idzie jej tak dobrze, że w zeszłym roku zaszokowała świat, ogłaszając, że jest gotowa zapłacić za Carlosa Téveza 40 mln funtów – takimi sumami szastał do tej pory w zasadzie tylko znany z rozrzutności Real Madryt.

Między innymi dlatego, na poniedziałkowej konferencji prasowej dziennikarze spoglądali po sobie z niedowierzaniem: skoro brazylijskiego giganta stać na wielkie gwiazdy, to czemu ogłasza właśnie kupno średnio uzdolnionego Chińczyka?

Chen Zhizhao ma 23 lata, profesjonalną karierę zaczął w 2007 r. i jak do tej pory trafił do siatki 18 razy. Jest dobrym zawodnikiem, ale akurat w Brazylii bardziej utalentowanych rówieśników jest na pęczki. Z czego w Corinthians doskonale zdają sobie sprawę.

– To nie jest gracz, który będzie rywalizował o miejsce z najlepszymi w klubie – przyznaje w rozmowie z “O Globo” Flávio Pires, który sprowadził zawodnika z Azji. I chwilę później zdradza całą tajemnicę transferu: – Musimi mieć do niego cierpliwość. Jeżeli to [czyli osiągi Zhizhao w drużynie – przyp. DZ] wypali, to nazwa klubu trafi do kraju, który zamieszkuje ponad miliard osób.

No i wszystko jasne. Przez lata, koszykówka była jednym z najpopularniejszych sportów w Chinach, ale to nie znaczy, że mieszkańcy Państwa Środka fascynowali się jakoś szczególnie amerykańską NBA. Wszystko zmieniło się w 2002 r., kiedy Yao Ming został pierwszym w historii zagranicznym zawodnikiem wybranym z numerem 1. w amerykańskim drafcie. Azjaci oszaleli ze szczęścia. Mecze z udziałem Yao co tydzień ściągały przed telewizory 30 mln Chińczyków. W 2007 r., spotkanie, w którym zmierzył się z grającym w przeciwnej drużynie rodakiem Yi Jianlianem, oglądało ich już 100 mln. Chiny szybko stały się drugim największym rynkiem dla NBA poza Stanami Zjednoczonymi, połowa zysków wypracowywanych poza USA pochodzi właśnie stąd, a według danych Goldman Sachs, spółka NBA China jest warta aż 2,3 mld dolarów.

Brazylijczycy najwyraźniej wyciągnęli z tego cenną lekcję. O tym, jak dobrze dzieje się w brazylijskim futbolu – a już w porównaniu do sąsiedniej Argentyny, to wręcz piłkarski raj – Dział Zagraniczny informował już przy okazji zeszłorocznej Copa América. Czasy, kiedy reprezentacja błyszczała, ale kluby na wyścigi sprzedawały swoich najlepszych zawodników do Europy, już minęły. Dziś, to tamtejsze drużyny ściągają z powrotem zawodników ze Starego Kontynentu: zarówno emerytów jak Ronaldo i Ronaldinho, ale też takie marki jak Fabiano, Denilson, czy wspomniany już Tévez (transfer tego ostatniego nie doszedł w końcu do skutku, ale z zupełnie innych powodów, niż brak kasy). Teraz stwierdzili najwyraźniej, że czas rozwinąć skrzydła i sięgnąć po większy rynek zbytu.

Ale jeżeli Latynosom wydaje się, że Chiny to ziemia niczyja, która tylko czeka na wzięcie, to może ich spotkać przykra niespodzianka. Azjaci już od dawna pracują bowiem nad tym, żeby ich kibice mieli dość emocji na własnym boisku.

Conca BrilliantSkoro Eto’o zarabia hajsy w Dagestanie, to ja mogę w Kantonie (Fot. AFP)

Powiedzieć, że Chińczykom idzie w piłkę słabo, to jak stwierdzić, że Jamajka była bobsjelową potęgą. Za życia Mao Zedonga, całkowicie olali Fifę i w ogóle nie grali w żadnych rozgrywkach międzynarodowych. Po jego śmierci, wrócili do rywalizacji, ale ugrali raczej niewiele: na Mundial zakwalifikowali się jak dotąd tylko w 2002 r., gdzie fazie grupowej przerżnęli wszystkie mecze, tracąc łącznie 9 goli i nie strzelając żadnego. Nawet, jeżeli niektórzy z ich zawodników zapowiadają się dobrze i jak Dong Fangzhuo ocierają się o sam Manchester United, to potem szybko okazuje się, że są za słabi nawet na Legię Warszawa i ostatecznie kończą w lidze armeńskiej.

Mówiąc wprost: futbol to nie ping-pong, Chińczycy są w nim beznadziejni. Braki w rodzimej lidze uzupełniają więc zagranicznymi nazwiskami. I to nie byle jakimi.

Przepisy mówią, że każda drużyna w chińskiej lidze może mieć w swoim składzie najwyżej czterech obcokrajowców, z czego jeden musi obowiązkowo być Azjatą. Skoro więc klubu nie mogą iść w ilość, to najwyraźniej postanowiły uderzyć w jakość. Brazylijczyk Obina, który był kiedyś jednym z czołowych zawodników Flamengo, już od roku gra dla Shandong Luneng Taishan. W lipcu, Argentyńczyk Darío Conca, w 2009 r. i 2010 r. wybierany na najlepszego piłkarza ligi brazylijskiej, został kupiony przez Guangzhou Evergrande: jego roczna pensja to 10,4 mln dolarów, co stawia go na piątym miejscu najlepiej opłacanych graczy na świecie. W grudniu, klub Shanghai Shenhua podpisał kontrakt z legendarnym francuskim napastnikiem Nicolasem Anelką, a Zhu Jun kontrowersyjny właściciel drużyny (w 2007 r. wymusił na jej trenerze, żeby wystawił go w towarzyskim meczu z Liverpoolem – kondycji starczyło mu zaledwie na pięć minut gry), ogłosił że następny na jego liście jest Didier Drogba. Tymczasem, nowym trenerem jego ekipy został właśnie Jean Tigana, były szkoleniowiec między innymi Olympique’u Lyon, AS Monaco i Fulham.

Anelka i Chińczycy na ReunioniePrzyjacielski mecz Francja-Chiny sprzed dwóch lat. Europejczycy przegrali 0:1, dzięki czemu Azjaci mogli sobie kupić pamiątki na Reunionie, a Anelka szukać emerytury w Szanghaju (Fot. Charles Platiau/Reuters)

Chińczycy w futbolowych zakupach dopiero raczkują. Ale finansowo sięgają od razu wysoko. Stać ich, co doskonale widać po relacjach z Ameryką Łacińską. W 2010 r. wymiana handlowa z tym kontynentem sięgnęła 183 miliardów dolarów. Od 2005 r. – czyli od czasu, gdy Pekin po raz pierwszy zaczął poważnie traktować latynoskie rynki – instytucje publiczne Państwa Środka zainwestowały tu 75 mld dolarów: to więcej niż łączne wydatki Banku Światowego i Międzyamerykańskiego Banku Rozwoju z tego samego okresu, a trzeba jeszcze doliczyć dodatkowe 60 mld dolarów, które w Ameryce Łacińskiej wydały prywatne chińskie przedsiębiorstwa.

Corinthians, może się wydawać, że kupując Zhizhao i jemu podobnych, otwierają sobie nowy, nieograniczenie wielki rynek zbytu. Ale jeżeli Chińczycy rozsmakują się w futbolu bardziej niż dotychczas, to będą miały dość pieniędzy, żeby przetoczyć się po konkurencji jak walec. A wtedy, niewykluczone, że to kibice z São Paulo będą musieli śledzić transmisje z Szanghaju, a nie na odwrót.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Messi wygrałby ze złamaną nogą

Wczorajszy dzień przejdzie do historii futbolu. Czy dlatego, że Valencia rozgromiła Genk 7 do 0? A może chodzi o fantastyczny pojedynek Barcy z AC Milanem? Albo chociaż, że Borussia co prawda przegrała z Arsenalem, ale przy jej jedynym golu asystował Lewandowski, a na otarcie polskich łez – w bramce Anglików stał Szczęsny? Nic z tych rzeczy. Dzień jest historyczny, bo pierwszy raz w dziejach, mecz wygrało Samoa Amerykańskie – najgorsza reprezentacja świata.

Amerykańskie Samoa graUmiejętności może na dole tabeli, ale stylóweczka na podium (Fot. Football Federation of American Samoa)

Jest kilka powodów, żeby Samoa Amerykańskie uznać za interesujące. Na przykład, że to de facto protektorat USA (stąd “Amerykańskie”, żeby odróżnić od “prawdziwego” Samoa) i że w związku z tym – to najbardziej na południe wysunięte terytorium Stanów. Albo, że astronauci z kilku różnych misji Apollo, wracając na ziemię w kapsułach, tak celowali, żeby zawsze spaść do oceanu właśnie w okolicach tych wysp. Albo chociaż, że z powodu dominacji USA, popularny jest tu football amerykański, a wielu miejscowych chłopaków próbuje się dostać na kontynent i grać dla tamtejszych drużyn, z niezłym skutkiem: archipelag stał się dla NFL tym, czym Dominikana dla baseballu.

Ale to wszystko nic, przy Epickim Fakcie Numer Jeden: Samoa Amerykańskie jest najgorszą reprezentacją piłkarską na świecie.

W rankingu FIFA zajmują smutne, 204. miejsce. Co prawda, ex aequo z Andorą, Montserratem, San Marino i Samoa (tym prawdziwym), ale wszystkie pozostałe drużyny wygrywały w swojej karierze chociaż raz, nawet jeżeli było to tylko towarzyskie spotkanie z Lichtensteinem, jak w przypadku San Marino. Tymczasem Samoa Amerykańskie, od kiedy miejscowy związek piłki nożnej został przyjęty do FIFA w 1994 r., przegrało absolutnie wszystkie spotkania, jakie przyszło im rozegrać. I chociaż ich liczba nie jest imponująca – zaledwie 30 meczy w 17 lat – to już statystyki jak najbardziej. Reprezentanci archipelagu strzelili bowiem łącznie 12 bramek. A dali sobie napstrykać… 229. Mało tego. Samoa Amerykańskie dumnie dzierży tytuł najwyższej porażki w historii rozgrywek międzynarodowych – w 2001 r. przegrało z Australią 31:0.

Jest taki bardzo znany dowcip. Argentyna ma grać mecz przeciw Polsce. Ale gdy latynosi przyjeżdżają na stadion, w szatni okazuje się, że jest tylko jedna koszulka ich reprezentacji. Każą więc grać Messiemu, a całą reszta idzie pić do baru. W przerwie sprawdzają wynik w telewizji, a tam: “Polska:Argentyna 0:1 (34` Messi)”. No i git, piją dalej. Ale godzinę później znowu włączają wyniki, a tam już: “1:1 (83` Lewandowski)”. No więc wpadają do szatni i pytają, co się stało. A na to Messi: “W drugiej połowie dostałem czerwoną kartkę”.

Gdyby Messi grał przeciw reprezentacji Samoa Amerykańskiego, to mógłby w pierwszej minucie równocześnie dostać kartkę i złamać nogę, a i tak wygrałby przewagą trzech goli.

Tak więc, wczorajszy mecz, to prawdziwy szok. Samoa Amerykańskie… wygrało!

Amerykańskie Samoa swietujeDział Zagraniczny przeczuwa, że mecz z Tonga, będzie dla Samoa Amerykańskiego tym, czym dla Polski Wembley – 40 lat wspominania przy każdym kolejnym spotkaniu (Fot. James Montague/The New York Times)

Chłopcy grali przeciw reprezentacji Tonga i pokonali ją 2:1. Jak na dotychczasowe osiągnięcia, można śmiało zaryzykować, że to prawdziwy pogrom.

Sukces odnieśli najprawdopodobniej za sprawą nowego trenera. Thomas Rongen jest Holendrem, w młodości grał dla Ajaxu, a później szybko zajął się prowadzeniem takich drużyn jak D.C. United, z którymi w 1999 r. zdobył puchar Major League Soccer, albo reprezentacji USA do lat 20. Po meczu, Europejczyk stwierdził, że tajemnica tkwi w motywacji, bo zawodnicy byli tak przygnębieni dotychczasowymi porażkami, że do każdego następnego spotkania wychodzili jak na rzeź. Zresztą, trudno się dziwić: w bramca wciąż stoi Nicky Salapu, ten sam, który wpuścił te 31 goli w meczu z Australią. Na jego miejscu, Dział Zagraniczny leczyłby się latami z traumy, a sam widok toczącej się piłki wywoływałby w nim panikę.

W ogóle, im głębiej poszperać, tym reprezentacja Samoa Amerykańskiego okazuje się bardziej fascynująca. Od czterech spotkań, filarem obrony jest bowiem Johnny Saelua. Który należy do Fa’afafine – tradycyjnej na Samoa “trzeciej płci”. To mężczyźni, którzy czują się jednak kobietami i tak są też od dziecka wychowywani przez swoich rodziców. Choć twierdzenie, że są traktowani jak kobiety, jest też trochę nie na miejscu, bowiem w tradycji polinezyjskiej nie ma rozróżnienia takiego, jak chociażby w kręgu europejskim. Fa’afafine mają przypisane inne role społeczne niż kobiety i mężczyźni, są więc traktowani właśnie jako ta “trzecia płeć”. Nie decyduje też ona o ich preferencjach seksualnych – Fa’afafine mogą odbywać stosunki zarówno między sobą, jak i z mężczyznami, i kobietami. Niektórzy nawet się żenią i zakładają rodziny.

Trudno więc dokładnie przełożyć na język polski status społeczny Johnniego Saeluy, ale chyba najbliższe sensu byłoby słowo “transgenderowy”. No więc, Dział Zagraniczny pyta się: czy w jeszcze jakiejkolwiek innej reprezentacji piłkarskiej na świecie znajdziemy kogoś takiego?

No właśnie. Samoa Amerykańskie: jesteś w futbolowym świecie takim ewenementem, że Dział Zagraniczny zrobi wszystko, żeby zdobyć koszulkę twojej reprezentacji.

A tymczasem, dla wszystkich, którzy chcieliby zobaczyć skróty historycznego meczu, le wideło:

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Najdroższe Big Maki świata kupują Téveza

W niedzielę zakończyła się Copa América. Piłkarskie Mistrzostwa Ameryki Południowej zawsze dostarczają prawdziwych emocji – nigdzie indziej futbol nie jest tak religijnie czczony, jak na tym kontynencie. Ale tegoroczna edycja, okazała wyjątkowo pełna niespodzianek. Jeżeli ktoś obstawiał zakłady, opierając się na swoim wieloletnim doświadczeniu i wyczuciu latynoskiej piłki, to musiał nieźle utopić pieniądze.

Nie ma tu sensu rozwodzić się nad całym turniejem, czy Urugwaj wygrał zasłużenie, czy nie, albo jak Wenezueli, gdzie piłka przegrywa z baseballem, udało się dojść aż do półfinału. Za to warto się przyjrzeć kompletnej kompromitacji dwóch czołowych potęg futbolowych świata (o kontynencie nie mówiąc): Argentyny i Brazylii.

Żadna z tych dwóch reprezentacji nie wyszła poza ćwierćfinały. Jedyny taki przypadek w historii Copy miał miejsce w 1939 r. i to dlatego, że… obie ekipy na tamten turniej po prostu nie pojechały. Albicelestes i Canarinhos zawiedli już w swoich pierwszych meczach grupowych, remisując z przeciwnikami, których powinni rozjechać jak walec, a kompletnie zbłaźnili się w ostatnich spotkaniach: ci pierwsi, bo nie potrafili wygrać, mimo, że praktycznie całą połowę grali z przewagą jednego gracza, a ci drudzy, bo w karnych nie strzelili nawet jednej bramki.

Blamaż obu ekip jest dobrym pretekstem, żeby przyjrzeć się, co dzieje się na piłkarskim podwórku dwóch krajów, które eksportują największe na świecie ilości piłkarzy do bogatych klubów Europy. A dzieją się rzeczy zupełnie przeciwstawne.

Argentyński futbol przeżywa najgorszy kryzys w swojej historii. O tym, dlaczego, możecie przeczytać w moim tekście, który dziś na swoich stronach publikuje tygodnik “Polityka”.

Polityka o argentyńskim futbolu

W tym samym czasie, kluby brazylijskie zaczynają niespodziewanie konkurować na rynku z europejskimi. Już nie sprzedają graczy na stary kontynent, teraz ich odkupują. Za rekordowe sumy.

Tuż po tym, jak Carlos Tévez nie strzelił karnego, który decydował o argentyńskim być albo nie być na Copa América, klub Corinthians z Sao Paulo ogłosił, że jest gotowy odkupić napastnika od angielskiego Manchester City za 40 milionów. FUNTÓW! Takie sumy na piłkarzy wydaje tylko znany z rozrzutności Real Madryt.
Tévez nie byłby pierwszą wielką gwiazdą, którą brazylijska liga wyciągnęła z Europy. O ile o transferach Ronaldo i Ronaldinho można by powiedzieć, że był to powrót przebrzmiałych gwiazd (w przypadku tego drugiego, może jednak trochę mniej), to decyzja o zmianie kontynentu przez Fabiano czy Denilsona o czymś świadczy.

To zupełne przeciwieństwo tego, co dzieje się w Argentynie. Tamtejsze kluby, zagranicznych graczy sprowadzają z takich miejsc, jak Kolumbia czy Paragwaj, a rodzime gwiazdy jak najszybciej wyprzedają za ocean. Efekt? W biało-błękitnej koszulce reprezentacji na tegorocznej Copie biegał tylko jeden zawodnik, który na co dzień występuje nad La Platą. Dla porównania: w kadrze Brazylii, znalazło się miejsca dla siedmiu piłkarzy z rodzimej ligi.

Skąd taka różnica? Kasa, misiu. No i korupcyjny burdel w związku piłkarskim, który w pierwszym kraju wciąż ma się doskonale, a w drugim został zwalczony dekadę temu.

Argentyna i BrazyliaArgentyno, weź przykład z sąsiada i posprzątaj na podwórku

“Ekonomia, głupcze” – hasło Billa Clintona w futbolowym świecie okazuje się jak najbardziej prawdziwe.
Brazylia to dziś jedno z najszybciej rozwijających się państw świata, potęga regionalna, a już niedługo – zdaniem wielu analityków – i światowa. Wzrost gospodarczy jest imponujący: w zeszłym roku 7,5 proc. Sao Paulo jest dziesiątym najdroższym miastem na świecie, Rio de Janeiro usadowiło się dwa miejsca dalej. To drugie ma dzielnicę Leblon, gdzie metr kwadratowy kosztuje więcej niż w apartamentach na nowojorskiej Piątej Alei (z widokiem na Central Park). Nigdzie indziej nie ma tak drogich Big Maców! W samym tylko Sao Paulo mieszka 21 miliarderów (dolarowych). To więcej niż w Los Angeles.
Brazylijski cud ekonomiczny ma naturę szkatułową. To znaczy, że wewnątrz dużego wzrostu, dzieje się też mały. Innymi słowy – w przeciwieństwie do sytuacji w innych ubogich państwach, które nagle zaczynają się gwałtownie bogacić, w Brazylii nie puchną portfele tylko tych najbogatszych. Dzięki programom wyrównywania szans, w ciągu kilkunastu lat bieda w tym kraju zmniejszyła się jak nigdzie indziej. Połowa najuboższych zarabia dziś 68 proc. więcej niż przed dekadą, a sama bieda skurczyła się aż o 2/3. Przez nieco ponad dziesięć lat, klasie średniej przybyło ponad 30 mln osób!

Innymi słowy: od kilku lat Brazylijczycy mają coraz więcej kasy. A na coś trzeba ją wydać. Więc wydają – na piłkę.

Sam tylko klub Flamengo z Rio de Janeiro, ma 35 milionów kibiców. 35 milionów! To prawie cała Polska. Botafogo, zdecydowanie mniej popularny rywal z tego samego miasta, to i tak prawie 5 mln zadeklarowanych fanów. Można wymieniać dalej. Ci wszyscy ludzie są gotowi kupować nie tylko bilety na wszystkie mecze, ale też koszulki, szaliki, oficjalne fanziny i całą okolicznościową produkcję, jaka towarzyszy futbolowym emocjom. Coraz częściej decydują się też na zakładanie kablówki z płatnymi kanałami sportowymi, które transmitują spotkania ich drużyn. Więc za możliwość ich pokazywania, stacje telewizyjne odpalają klubom coraz większe miliony.

MaracanaW Rio mecz ligowy wygląda lepiej niż sylwester pod Pałacem Kultury (Fot. Travelpod)

Tyle, jeśli chodzi o pieniądze. A co z chorym systemem?

Jeszcze dekadę temu, brazylijska liga była siedliskiem korupcji, nepotyzmu i wszystkiego najgorszego, co da się wymyślić. System rozgrywek był tak skomplikowany i tak często zmieniany, że mało co można było z niego zrozumieć, poza jednym oczywistym wnioskiem – że zarabiają na tym ludzie związani z Ricardo Teixeirą.
Teixeira stanął na czele Brazylijskiego Związku Piłki Nożnej w 1989 r. i od tamtej pory nie przestał być oskarżany o łapówkarstwo. Miał czerpać dochody z niekorzystnych dla reprezentacji kontraktów ze sponsorami, oszukiwać na podatkach i przyjmować łapówki za sprzedaż praw do retransmisji kolejnych mundiali. Prezes był jednak nietykalny. Być może dlatego, że nie szczędził grosza na kampanie polityczne wpływowych kolegów, a w końcu sam postarał się o mandat w parlamencie (i immunitet).
Zasady gry zmieniły się, kiedy do władzy doszedł Lula. Samego Teixeiry nie mógł co prawda ruszyć (ma zostać na stanowisku do zakończenia Mistrzostw Świata w 2014, które organizuje Brazylia), ale wziął się za całą jego mafijną sitwę.
Reformy sprawiły, że wszystkie duże kluby zaczęły być traktowane jak zwykłe przedsiębiorstwa. Jawne musiały być wybory do ich władz, jawne rachunki. Za korupcję zaczęły grozić surowe kary. Najbardziej skompromitowanych działaczy wyrzucono na pysk, reszcie kazano się zmienić, albo podzielić los kolegów.
Podziałało. Rozgrywki zaczęły być przejrzyste, a kluby rosły w siłę, zamiast kręcić się wokół własnego ogona.

teixeiraKorupcja? Mógłby Pan to przeliterować? (Fot. AP)

Czy to znaczy, że Brazylia – w przeciwieństwie do Argentyny – uzdrowiła swoją piłkę jak za dotknięciem magicznej różdżki? Nie do końca.

Kluby zarabiają coraz większe pieniądze, ale zanim zaczną robić z nich pożytek, muszą spłacić wierzycieli. Drużyny toną w gigantycznych długach sprzed lat, które dopiero zaczynają regulować. Na zakup piłkarzy takich jak Tévez, czy Ronaldinho, po prostu ich nie stać. Ich pensje w rzeczywistości wypłacają prywatni wspólnicy, na ogół wielkie firmy, które w zamian oczekują udziału w zyskach, jakie przynoszą ich inwestycje (kasa ze sprzedaży koszulek, część honorariów z reklam itd).

W lidze wciąż pełno skandali, najpoważniejszy w ostatnich latach, to na pewno przypadek Bruno de Souzy, kapitana Flamengo, który zamordował swoją kochankę (a wcześniej porwał i zmusił do aborcji).

W dodatku, cały brazylijski wzrost gospodarczy może się zawalić jak domek z kart. Latynoskiego giganta często porównuje się do Chin, ale o ile komunistyczne mocarstwo napędza tania produkcja i eksport, o tyle siłą napędową Brazylii jest ogromna konsumpcja. Stąd coraz wyższe ceny, stopy procentowe na poziomie 12 proc., czy potężny real – w ciągu kilku ostatnich lat, umocnił się w stosunku do dolara aż ośmiokrotnie. Gospodarka się po prostu przegrzewa. Rząd robi wszystko, żeby trochę wyhamować, ale jak na razie, niewiele się dzieje.

Prognozy są mieszane. Bańka musi w końcu pęknąć, co do tego zgadzają się wszyscy. Ale nie wiadomo, kiedy to nastąpi. Większość ekonomistów przewiduje, że nie w ciągu najbliższych kilku lat, bo kraj będzie gospodarzem mundialu w 2014 r. i Igrzysk Olimpijskich w 2016 (oraz Pucharu Konfederacji w 2013 i następnej Copa América w 2015, choć te dwie imprezy nie będą miały aż takiego przełożenia na sytuację ekonomiczną), co z pewnością podtrzyma dobrą formę. Pytanie: co potem? Brazylijczycy raczej nie oszczędzają, większość nowej klasy średniej ma na głowie po kilka kredytów, za które kupują mało wartościowe dobra (telewizory, komputery, zestawy kina domowego itd.). Jeżeli przez najbliższe kilka lat, rząd nie zajmie się poważnym rozwiązywaniem tego problemu, to największy kraj kontynentu czekają bardzo, bardzo poważne kłopoty.

A wówczas Corinthians lekką ręką kolejnych 40 baniek nie wywali.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Liga Mistrzów i oliwa do sałatki

Po dłuższej nieobecności, wraca podsumowanie tygodnia. Tradycyjnie, z jednodniową obsuwą.

1. Zbyt dobrzy na trzymanie terminów

A tydzień był spod znaku futbolowych emocji. I nie chodzi o Barcelonę i Manchester, tylko starych znajomych Działu Zagranicznego – TP Mazembe.
Dopiero co w grudniu przyglądaliśmy się, jak ekipa z Konga po raz drugi wygrała Afrykańską Ligę Mistrzów, a potem jak burza przeleciała przez Klubowe Mistrzostwa Świata, zatrzymana dopiero w finale przez Inter Mediolan. Tym razem powtórki nie będzie, bo Kruki właśnie zostały z Ligi Mistrzów wyrzucone. I postanowiły to olać.
A było tak. W drugiej rundzie turnieju, TP Mazembe rozgromiło Simba SC z Tanzanii 6 do 3. Ale drużyna z Dar es Salaam zgłosiła protest, bo w barwach Kongijczyków występował Janvier Besala Bokungu. 22-latek grał już wcześniej w barwach TP Mazembe, ale w 2007 roku został wypożyczony do tunezyjskiego składu Esperance. Na łono macierzy wrócił w tym roku, ale Tanzańczycy znaleźli dowody, że nie miał prawa biegać po boisku z resztą Kruków, bo jego kontrakt z północnoafrykańską ekipą wygasa dopiero w czerwcu. Afrykańska Konfederacja Piłkarska protest uznała za zasadny i zawiesiła ekipę z Lubumbashi.
– Będziemy się odwoływać! – zapewniał wtedy Moise Katumbi, dyrektor drużyny.
W tym tygodniu wydali oświadczenie, w którym piszą, że zatrudnili ekipę prawników, która udowodni, że “Mazembe wyrządzono niesprawiedliwość”. Ale widocznie chcieli przyoszczędzić na całej sprawie i “ekipa prawników” oznacza kuzynów i kolegów kogoś od podejmowania decyzji. Są bowiem tak kompetentni, że zapomnieli złożyć odwołanie. A termin minął.

Co znaczy, że w tym roku antychińskich zamieszek w Lubumbashi nie obejrzymy.

2. Hiszpania-Mongolia

A, właśnie. Chiny, zamieszki itp. W środę w Państwie Środka protestowali Mongolczycy. W Xilinhot na ulice wyszło ponad 2 tys. osób domagających się osądzenia mężczyzny z grupy etnicznej Han (do której należy ok. 90 proc mieszkańców Chin), który 10 maja rozjechał swoim vanem pasterza, a mimo zeznań świadków, nie usłyszał zarzutów.
Mongołowie, których w kraju jest ok. 6 milionów, twierdzą, że dominujący Han od dawna niszczą ich sposób życia. W bogatym w złoża mineralne regionie Mongolii Wewnętrznej od dawna powstaje coraz więcej kopalń, przez co wzrasta zanieczyszczenie, niszczeją lasy i pastwiska, mniej jest opadów. Śmierć pasterza ostatecznie przelała szalę goryczy. Władze, żeby uspokoić nastroje, szybko ogłosiły, że kierowca pojazdu już został zatrzymany i oskarżony o morderstwo.

3. 3…2…1!

Swoją drogą, zawsze jak piszę o Chinach, to myślę o ogniach sztucznych. Nie wiem dlaczego, po prostu taki odruch. No, w każdym razie, gdyby ognie sztuczne wciąż robić metodą chałupniczą, to wiecie, gdzie jest sporo materiału do składania? W Salwadorze. Po miesięcznym śledztwie aresztowano tam właśnie czterech szeregowców i dwóch oficerów, którzy sprzedawali lokalnym gangom uzbrojenie z wojskowych magazynów. Konkretnie granaty. Konkretnie, 1812 granatów. 1812! Można by tym rozświetlić niebo nad całym Sydney w Sylwestra [to kolejna sprawa – mówię Nowy Rok, myślę Sydney].

SydneyA to mógłby być Salwador… (Fot. Daily Sydney)

4. Film od lat 18

Zostając jeszcze w Ameryce Łacińskiej, w Brazylii uczniowie nie pooglądając sobie video na zajęciach z edukajci seksualnej. Ministerstwo Edukacji przygotowało bowiem kilka krótkich filmików, które mają pokazać dzieciom, że jeżeli jesteś chłopcem i podoba ci się inny chłopiec, albo dziewczynką i podoba ci się inna dziewczynka, to nie znaczy, że Bóg już szykuje się, żeby trzasnąć cię piorunem i zesłać na ognie piekielne. O, przepraszam, według ewangelików tak właśnie jest.
Pisałem już kiedyś o prawach gejów w Ameryce Łacińskiej i że kontynent przeżywa właśnie jakąś masową liberalizację. Ale oczywiście nie bez silnych głosów sprzeciwu. Wydawać by się mogło, że na pierwszej linii będzie Kościół Katolicki. I w istocie tak jest, z tym, że hierarchiczna struktura tego wyznania sprawia, że bardziej pijarowo ogarnięci hierarchowie hamują tych bardziej krewkich. Tymczasem wśród ewangelików jest inaczej.
W Brazylii sytuacja jest specyficzna, ponieważ w ostatnich kilkunastu latach, te wyznania poczyniły ogromne postępy w przyciąganiu na swoją stronę nowych członków. Od lat ich szeregi zasila coraz więcej i więcej katolików, w tym prawodawców. W Kongresie mają dość silną ekipę i rząd musi się z nimi liczyć.
W sprawie filmików dla młodzieży podnieśli tak ogromny krzyk, że prezydent Dilma Rousseff nie miała innego wyboru, jak tylko ogłosić, że materiał widziała i jej zdaniem nie jest właściwie zrobiony, żeby trafić do szkół. Więc (mimo sprzeciwu ministrów zdrowia i edukacji), wstrzymuje jego rozpowszechnianie.

Jakich to porażających treści nie obejrzą więc nastolatki? Między innymi takich:

No, szok normalnie.

5. Rasa panów

To jest tak głupie, że nawet nie chce mi się rozwodzić nad tą informacją. Egipt. Zakładają partię nazistowską. Serio. Niejaki Emad Abdel Sattar, były wojskowy, który ogłosił powstanie ugrupowania, twierdzi, że działali jeszcze za Mubaraka, tyle, że w sekrecie. A teraz się ujawniają.

Łoewa. Nigdy nie mogę wyjść z podziwu, kiedy z flagami Trzeciej Rzeszy biegają radośnie Egipcjanie, Mongołowie, Boliwijczycy itd. Dział Zagraniczny chyba założy w Polsce komórkę Czarnych Panter. Tylko oleje część o “czarnych”.

6. Do sałatki

Telegraph donosi, że Kim Dzong Il podczas zeszłotygodniowej wycieczki do Chin, postanowił wyskoczyć na chwilkę ze swojego lukspociągu i uderzyć na zakupy. A konretnie, to szukał “dobrej oliwy do sałatki”, choć zgodnie z tym, co wiadomo o Korei Północnej, powinien raczej szukać ryżu. Wielu, wielu ton ryżu.

Gazeta informuje, że Kochany Przywódca oliwy jednak nie dostał. Dywersja imperialistów.

7. Kuracja

Coś Wam mówi nazwisko Muhammad Nazaruddin? Tak, zagadliście! To skarbnik partii rządzącej Indonezją. Były skarbnik, bo oskarżono go o korupcję. A w zasadzie nie oskarżono, bo dzień przed postawieniem mu zarzutów, minister Nazaruddin nawiał do Singapuru. Jak się domyśla Dział Zagraniczny, z trzema bańkami dolarów w kieszeni, bo tyle miał przyjąć od różnych interesantów. Twierdzi, że pojechał tylko na badania. Dział Zagraniczny zgaduje, że pewnie trochę zajmą.

8. Ajri

No i na koniec, informacja tygodnia. Rastamouse wydaje singiel! “Hot, hot, hot” trafi na półki 26 czerwca. Czekamy.

(nie mogę wkleić fragmentu singla, do odsłuchania pod tym linkiem)

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Prezydent jest w kontakcie

Od razu na wstępie warto zaznaczyć, że podsumowania tygodnia nie będzie w następną niedzielę, ani w jeszcze następną, bo za kilka dni Dział Zagraniczny wyjeżdża – jak nazwa wskazuje – zagranico.

1. Sto lat, sto dziesięć

Zacznijmy od smutnej informacji. Jeszcze w marcu Dział Zagraniczny życzył z okazji 110. urodzin wszystkiego najlepszego Claudeowi Choulesowi, ostatniemu żyjącemu weteranowi I Wojny Światowej.
Niestety, urodziny okazały się ostatnie – w czwartek Choules zmarł. Był bohaterem kilku filmów dokumentalnych, w których mówił, że okropieństwa konfliktów zbrojnych (służył też w II Wojnie Światowej) zrobiły z niego pacyfistę i że jest przeciw gloryfikacji przemocy, dlatego między innymi odmawiał brania udziału w obchodach kolejnych rocznic związanych z wojnami, w których brał udział.
Może nie była to postać wielka, ani wybitna, ale jego postawa na pewno warta jest naśladowania.

Claude ChoulesClaude Choules 1901-2011 (Fot. AP)

2. Ziemia Święta

No to przy okazji konfliktów: wciąż nie wygasa ten na granicy Kambodży i Tajlandii.
O co chodzi? W IX w. Khmerowie zbudowali świątynię Preah Vihear mniej więcej w środku Indochin, które wówczas kontrolowali prawie w pełni. Po latach jednak, ich imperium zaczęło się kurczyć, a władzę na opuszczanych terenach przejmowali nowi władcy i nowe narody. Dziś, po wielu wiekach, trochę trudno dojść do porozumienia kto dokładnie jest spadkobiercą czego. Tak jest też w przypadku Preah Vihear – pretensje do kompleksu zgłaszają zarówno Tajlandia jak i Kambodża. W XX w. było co najmniej kilka prób rozwiązania dysputy, ale niewiele z nich wynikało. W końcu, w 1962 r., Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości uznał, że świątynia należy się jednak Phnom Penh. Sęk w tym, że nie wypowiedział się w sprawie okolicznych ziem, a że są to tereny zalewowe, to Tajlandia uznała, że mapy z początku poprzedniego wieku (na podstawie których zapadł wyrok) nie oddają sytuacji na miejscu i że same budynki to Kambodża może sobie jeszcze wziąć, ale już okolicę bierze Bangkok.
I git, nikt by się sprawą w ogóle nie przejmował, bo powiedzmy sobie wprost: Preah Vihear leży na kompletnym zadupiu. Ale w lipcu 2008 r. Kambodża wystąpiła do UNESCO o wpisanie świątyni na listę Światowego Dziedzictwa Kulturowego. I nagle, w Bangkoku komuś się zagotowało pod czapką. Tajlandia wysłała na miejsce żołnierzy, sąsiad po drugiej stronie granicy zrobił dokładnie to samo, a co się dzieje, kiedy w gorącym klimacie rozlokujecie niedaleko siebie dwa obozy facetów z ciężką bronią, to naprawdę nie powinno być na nikogo wielką tajemnicą.
Więc szybko doszło do pierwszych potyczek, które z pewnymi przerwami powtarzają się do dziś. W sumie zginęło w nich już kilkadziesiąt osób, w tym paru cywilów.
W poniedziałek Kambodża powtórnie pozwała sąsiada do Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości.

Czy panowie w togach zdołają położyć kres konfliktowi? Dział Zagraniczny nie wie, ale radzi, żeby się pośpieszyli – już dzień po złożeniu sprawy, w Preah Vihear do licznika dołączyła kolejna ofiara, żołnierz z Tajlandii.

3. Logroño, bierz przykład z Yorku i się nie wygłupiaj

A przecież da się rozwiązywać spory na spokojnie. Weźmy Hiszpanię i Argentynę. W Europie mają region, który nazywa się La Rioja i produkuje wina od IX w., a w Ameryce Łacińskiej Juan Ramirez de Velazco w 1591 r. założył miasto Todos los Santos de la Nueva Rioja, gdzie… tak, produkuje się wina.
Dopóki podróż z jednego kontynentu na drugi wymagała żagli, szczurów pod pokładem i szkorbutu po dotarciu do celu, to nikt się nie spinał. Ale przyszła globalizacja i procenty z Argentyny zaczęły zdobywać uznanie w Stanach i na Starym Kontynencie. Na co sepleniący wąsacze z Półwyspu Iberyjskiego nie mogli nie zareagować:
– Oddawać trejdmarka! – krzyknęli Hiszpanie i w 1999 r. poszli do sądu.
A ten wydał w tym tygodniu wyrok (12 lat, nawet nie chce mi się tego komentować), w którym odrzucił skargę, ponieważ nie tylko na wszystkich argentyńskich etykietkach jest wyraźnie napisane “La Rioja ARGENTINA”, ale w dodatku przytłaczająca większość winogron używanych w Europie to czarne Tempranillo, a z kolei w produkcji latynoskiej dominują białe Torrontes.

Dział Zagraniczny pił i jedne, i drugie. A, że na winach się tak naprawdę nie zna, to różnicy nie wyczuł. Poza tym, umówmy się, że chyba jednak większość świata – podobnie jak autor tego bloga – kieruje się jedną zasadą: butelka ma nie trzeszczeć więcej niż trzydzieści zeta. I chlup.

4. Bramka ważniejsza od flagi

Jeszcze przy okazji Argentyny dwa newsy.

Po pierwsze, był kiedyś Manuel Belgrano. Który zasłużył się tym, że zaprojektował flagę Argentyny. No i jeszcze kilkoma rzeczami, ale prawda jest taka, że liczy się przede wszystkim sztandar i za to Manuel trafił na 10-pesowe banknoty. Chociaż tyle od rodaków, którzy za życia się na niego wypięli, przez co umierał w nędzy.
Ale okazuje się, że w dzisiejszych czasach walka o niepodległość ojczyzny uległa inflacji. Bo chłopaki z Kościoła Maradony (tak, Ręka Boga ma kilkadziesiąt tysięcy zarejestrowanych wyznawców) rozkręcili na fejsbuku akcję, żeby jednak Manuela zastąpić Diegiem.

Dział Zagraniczny proponuje też, że jak ze stówek poleci Roca, to warto na nie dać Messiego. Dzięki temu oba typy banknotów będzie można fizycznie zmniejszyć o połowę. Ratujmy lasy!

Belgrano pesoTu już niedługo wyznawcy chcieliby widzieć Boskiego Diego

News drugi jest taki, że Policja Federalna założyła sobie oficjalne konto na Twitterze. Warto czytać. Ulubiony wpis Działu Zagranicznego: “Dzieci biorą narkotyki, żeby być w lepszym kontakcie ze społeczeństwem”.

5. Comando Wojtyła

Kto jeszcze bierze, żeby być w lepszym kontakcie? Kończący właśnie karierę prezyden Peru, Alan García. Rzecze bowiem Alan w poniedziałek przy okazji otwierania hydroelektrowni:
– Jego pierwszym cudem [“jego”, czyli Jana Pawła II, a pierwszym po beatyfikacji – przyp. DZ] było usunięcie ze świata wcielenia zła, inkarnacji przestępstwa i nienawiści!
Czytaj: Karol załatwił Osamę.

Alan, jak już bierzesz, to chociaż powiedz co konkretnie. Dział Zagraniczny też chce.

6. Najciemniej pod latarnią

Dział Zagraniczny nie wie, czy Alan García zna się z Sheryl Cwele, ale to możliwe. Kim jest pani Cwele? Szefową siatki, która przemycała duże ilości narkotyków z Ameryki Południowej i Turcji do RPA. Przestępcy wpadli, kiedy dwa lata temu w Sao Paulo aresztowano członkinię grupy, która w torbie między bikini a szortami upchała dodatkowe 10 kilo kokainy. I szybko zaczęła sypać wspólników.
Niby banał, ale sprawa staje się ciekawsza, kiedy uświadomimy sobie, że Sheryl Cwele jest żoną Siyabongi Cwele. Czyli… szefem Agencji Bezpieczeństwa Publicznego, odpowiedzialnej między innymi za walkę z przemytem narkotyków.
Sheryl dostaław piątek 12 lat. Siyabonga trzyma się jednak stołka, nie chce się podać do dymisji i twierdzi, że w ogóle o niczym nie wiedział. Jak dla mnie – Śledczy Roku.

7. A mógłby być świetnym gitarzystą

Policja walcząca z handlarzami narkotyków odniosła też sukces w Brazylii. We wtorek w Santa Catarina zatrzymano mężczyznę podejrzanego o działalność w tej branży, ale facet wykręcał się, podając za własnego brata i pokazując jego dokumenty (ale ze swoim zdjęciem). Na nic to jednak, bo brat miał u każdej dłoni palców pięć. A aresztowany sześć. Serio:

SześciopalczastyTrochę trudne do ukrycia cechy szczególne (Fot. AFP)

Kiedyś w “Wyborczej” był taki tekst o wyłudzeniach ubezpieczeń. Są ludzie, którzy dla kilku tysięcy odrąbują sobie własne palce u rąk, po jednym na parę miesięcy. Dział Zagraniczny widzi potencjał po drugiej stronie oceanu.

8. A podobno od nadmiaru głowa nie boli

And last but not least, Uniwersytet Nowej Południowej Walii (w Australii, znaczy się) przepytał kilka tysięcy mieszkańców kraju w kwestii ich preferencji seksualnych. I wyszło, że wśród chłopców w grupie wiekowej 16-24, tylko 1/3 respondentów chciałaby uprawiać seks częściej niż to się dzieje obecnie. Reszcie styka jak jest, a 12 proc. powiedziało nawet, że woleliby jednak kochać się rzadziej.

Dział Zagraniczny myślał nad interpretacją. Bardzo intensywnie. I przyznaje się do porażki.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Frankfurt 1974

Tomek Michalski, jest Ślązakiem, który jeżeli kiedyś będzie miał córkę i syna, to ją nazwie Polonia, a jego Bytom. Nigdy nie rozmawialiśmy o religii, ale jeżeli Tomek jakąś ma, to stuprocentowo jest nią piłka nożna. W związku z czym wynajduje różne perełki i wczoraj podesłał filmik, który właśnie robi karierę w internecie. I nic dziwnego, bo to krótka forma w mistrzowskim wydaniu. Szkoda słów, sami obejrzyjcie:

Nagranie to oczywiście reklamówka Thai Military Bank, którą agencja Leo Burnett nakręciła w takim stylu, że połączone siły Banderasa, Depardieu, DeVito czy (nomen omen) Beenhakkera mogą im buty czyścić. Ale mimo komercyjnego celu nagrania, cała historia okazuje się być prawdziwa.

Ponad dwieście lat temu, trzy rodziny wyruszyły z sąsiedniej Indonezji szukać szczęścia na północy. Gdy dotarli do zatoki Phang Nga w Tajlandii, rozdzielili się w poszukiwaniu miejsca nadającego się do zamieszkania. Toh Baboo, przywódca wyprawy, pierwszy trafił na wysepkę opływaną przez niezliczone ławice ryb. Natychmiast wdrapał się na górujący nad nią klif i na samym jego szczycie zatknął kolorową flagę, która była znakiem dla towarzyszy, że już mogą zaprzestać poszukiwań. Stąd tego miejsca: Koh Panyee znaczy “Wyspa flagi”.

Szybko okazało się jednak, że lokalne prawo zezwałało na posiadanie ziemi tylko etnicznym Tajom. Emigranci wpadli więc na pomysł, żeby zbudować swoją wioskę na palach umocowanych w płytkich wodach zatoki.

Drużyna, o której opowiada film, powstała w 1986 r., tuż po Mundialu w Meksyku, a jej zawodnicy – co też widzimy na na nagraniu – są dziś dorosłymi mężczyznami. Przed kamerami wystąpiły ich dzieci, a boisko trzeba było specjalnie zrekonstruować na potrzeby nagrania.

KohDział Zagraniczny oddałby i pięć orlików za takie boisko pod domem (Fot. TMB)

Jeżeli będziecie jakoś w Tajlandii i chcielibyście odwiedzić to niesamowite miejsce, to można się tam dostać łodzią z Phuket (a przy okazji opłynąć zatokę Phang Nga i zobaczyć słynną Ko Tapu, gdzie ukrywał się Francisco Scaramanga, który chce zgładzić Jamesa Bonda w “Człowieku ze złotym pistoletem”). Turyści na ogół zatrzymują się w wiosce na dwie-trzy godziny, wystarczająco, żeby się rozejrzeć, zjeść obiad i kupić suweniry.
Ale gdy tylko łodzie z wycieczkami odpłyną, sklepy i bary zamykają się na głucho, a mieszkańcy wracają do normalnego życia. Warto poświęcić dwa dni na jego poznanie: nocleg będzie Was kosztował tylko 300 bhatów (jakieś 25 zeta).
Jeżeli boicie się, że przez ten czas ominie Was coś niesamowicie nieistotnego na Dziale Zagranicznym, to fir not: w wiosce jest nawet internet.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.