Archive

Posts Tagged ‘Gwatemala’

Władza niejedno ma oblicze

Podsumowanie tygodnia po raz kolejny z opóźnieniem. To staje się taką normą, że chyba Dział Zagraniczny powinien się zacząć tłumaczyć, jeżeli akurat wyrobi się na termin.

1. Bohater kreskówki trzyma się mocno

Zaczynamy oczywiście od Wybrzeża Kości Słoniowej, które przyciąga uwagę Działu Zagranicznego od listopada. A w kraju dzieją się cuda, bo mimo, że rebelianci popierający Alassane Ouattarę wkroczyli do Abidżanu już tydzień temu, to Laurent Gbagbo schował się w bunkrze i wciąż się nie poddaje.
Poważnie, zaczynam wierzyć, że były prezydent to nie żywa osoba, tylko postać z kreskówki. Świat odmawia uznania go za głowę pańswa, Gbagbo nawet nie zwraca na to uwagi. Wprowadzają sankcje na kakao, Gbagbo prycha z politowaniem. Ofensywa rebeliantów toczy się z północy jak walec, który rozjedzie wszystko co ma na drodze, Gbagbo tylko prasuje spodnie na impreze. Philippe Mangou – szef jego sztabu – ucieka i szuka schronienia w domu ambasadora RPA, Gbagbo ziewa ze znudzeniem (generał po kilku dniach wrócił skruszony). Wreszcie jego rezydencję ostrzeliwują nawet Francuzi z ONZ, Gbagbo martwi się tym, że mu tynki lecą na biurko.
Właśnie, wbrew temu, co pisałem tydzień temu, nawet żołnierze z misji stabilizacyjnej (sic!) włączyli się do imprezy, bo jeden z nich najwyraźniej przeczytał rezolucję, w której stało, że mają “bronić cywilów”. No to obronili: wysłali kilka helikopterów, które ostrzelały siedzibę Laurenta.
Ale Gbagbo nie tylko się nie ugina, ale jeszcze kontratakuje. Lojalni mu żołnierze (szacuje się, że ma jeszcze ok. tysiąca ludzi pod bronią) przetrzymali atak rebeliantów i przeszli do kontrofensywy, atakując nawet hotel, który przez miesiące był siedzibą Ouattary. Tymczasem obrokrajowcy są ewakuowani przez Francuzów, a reszta mieszkańców Abidżanu, która nie ma w kieszeni paszportu Unii Europejskiej, ucieka na własną rękę.
W zeszłym tygodniu Dział Zagraniczny był pewny, że to ostatnie dni walk na Wybrzeżu, ale jakoś o tym nie napisał. Okazuje się, że słusznie. Dlatego teraz też nie będziemy niczego prorokować, bo chociaż wygląda na końcówkę ruchawki, to jeszcze skończy się na tym, że pod koniec maja będziemy pisać: “Rebelianci nacierają. Gbagbo siedzi w bunkrze i świetnie się bawi”.

2. Manifestantów nie ma (bo siedzą w więzieniu)

Świetnie bawi się też najwyraźniej Mswati III, król Swazilandu, ostatniej afrykańskiej monarchii absolutnej. Co prawda miesiąc temu miał w kraju manifestacje niezadowolonych obywateli, a na Facebooku młodzież nawołuje do zebrania się we wtorek (czyli jutro) i obalenia go w stylu egipsko-tunezyjskim, ale rząd się tym nie przejmuje.
– Słyszmy więcej o powstaniu za granicą, niż w ojczyźnie – ogłosił Lutfo Dlamini, Minister Spraw Zagranicznych.
Szybko okazało się czemu: otóż od tygodnia policja wyciąga z domów resztki aktywistów, którzy pozostali w kraju (reszta opozycji jest na emigracji w RPA – w Swazilandzie partie polityczne są nielegalne od 1973 r.) i wrzuca ich do więzień, gdzie są bici. Najwyraźniej minister Dlamini nie nadstawia ucha pod celą.

Protesty w SwazilandzieTo zdaniem ministra nigdy nie miało miejsca (Fot. Mantoe Phakathi/IPS)

3. Syzyfowe prace

A skoro już o Facebooku i protestującej młodzieży, to przeciwko rządowi występują studenci w Chartumie. Od końca stycznia urządzają pikiety na uniwersytecie i marsze przez środek miasta, a raczej próby marszów, bo zanim przejdą pół kilometra, są bezlitośnie bici przez policję. Ostatnio próbowali w poniedziałek, dzięki czemu miejscowe służby porządkowe mogły sobie przećwiczyć wariant “Euro 2012”. Po tych kilku tygodniach patrzenia na zmagania studentów z policją, trudno nie zacytować klasyka: “Szacun za podjęcie walki”.

4. Wojsko troszczy się o konstytucję

Ale są też i dobre wiadomości z regionu i to mimo, że w doniesieniach przewija się “junta wojskowa”. Przy całkowitej olewce ze strony mediów, do Nigru wróciła w zeszłym tygodniu demokracja.
W lutym 2010 r. wojsko zrobiło zamach stanu, bo prezydent Mamadou Tandja chciał się pobawić w Laurenta Gbagbo i porządzić trzecią kadencję, chociaż konstytucja wyraźnie tego zabraniała. Kiedy armia przejęła stery, zapowiadając, że “za jakiś czas przeprowadzi nowe wybory”, wszyscy postawili na afrykańskim państwie kreskę, podejrzewając, że skończy się jak zawsze, czyli na wieloletnich rządach mundurowych. Tymczasem szef szefów, generał Salou Djibo wyciął wszystkim numer i naprawdę zorganizował głosowanie. W którym – coś bardziej nieprzewidywalnego niż wygrana Polski na mundialu – nie brał udziału.
Marcowe wybory ostatecznie wygrał wieloletni przywódca opozycji Mahamadou Issoufou, a w czwartek armia przekazała mu pełnię władzy.

W piątek (dzień wolny od pracy) impreza trwała w całym kraju. Dział Zagraniczny przyłączył się na odległość.

5. Dopóki śmierć nas nie rozłączy

Jeszcze tylko szybki update innej sprawy rozbijającej się o konstytucję i wybory prezydenckie: sąd w Gwatemali wstrzymał sprawę rozwodową małżeństwa Colomów.
Do sędziów rozpatrujących wniosek rozwodowy, wpłynęło kilka zawiadomień o możliwym popełnieniu przestępstwa (czyli złamaniu konstytucji właśnie). W związku z czym małżeństwo będzie trwać, dopóki nie zostaną one rozpatrzone. A znając gwatemalską rychliwość w sądach, do tego czasu może być już po wyborach. I drugiej Evicie.

UPDATE Z GODZINY PO NAPISANIU TEGO POSTA: Nie sprawdziłem najnowszych depesz. Okazuje się, że Sandra Colom właśnie dostała rozwód. Nie wiadomo jednak, czy Trybunał Konstytucyjny zezwoli jej na start w wyborach.

6. Chase those crazy baldheads out of town

Dobre wiadomości również z Jamajki. Kraj, który w Polsce kojarzy się głównie z plażami, drinkami i Bobem Marleyem (albo zespołem UB40 branym za Wailersów), w rzeczywistości był jednym z najniebezpieczniejszych miejsc na ziemi, zajmując zawsze miejsce na podium w statystykach morderstw na 100 tys. obywateli. A teraz to ostatnie wydaje się zmieniać.
Według rządowych statystyk, w pierwszym kwartale tego roku, liczba zabójstw spadła aż o 44 proc. (a w Kingston nawet o 60) w stosunku do roku poprzedniego. Władze twierdzą, że to dzięki setkom policjantów posłanych do walki z wszechmocnymi gangami, rządzącymi do tej pory slumsami (“inwazja” zaczęła się od obławy na Christophera Dudusa Coke’a – najbardziej dona na wyspie – w maju zeszłego roku; akcja była bardzo krwawa, zginęło w niej ponad 70 osób, wiele zostało rannych, Coke ostatecznie został pojmany i wysłany do USA, gdzie ma proces za przemyt narkotyków i zlecanie morderstw).
Jednak na dobrych wieściach kładzie się pewien cień. Podobne akcje organizuje od jakiegoś czasu Brazylia. Jednak tam, choć do faveli wchodzi najpierw BOPE (czyli elitarna jednostka, której zadaniem jest po prostu jak najszybciej wykończyć bandytów), to potem ich miejsce zajmują funkcjonariusze z Unidade de Polícia Pacificadora (w wolnym tłumaczeniu: Policyjny Oddział Pacyfikujący). Bardziej niż tradycyjnymi zadaniami, zajmują się oni odbudową zaufania mieszkańców do państwa i mają ku trmu solidne przygotowanie – przechodzą trening z psychologii, animacji społecznej itp. Tymczasem policjanci patrolujący teraz slumsy Kingston, to członkowie oddziałów szturmowych, nie mają żadnego przygotowania do sytuacji w jakiej się znaleźli. Przez co organizacje praw człowieka oskarżają ich o torturowanie podejrzanych i przeprowadzanie samosądów. Według ich statystyk, w 2010 r. ofiarą zbyt krewkich stróżów prawa, padło ponad 400 osób.

Mimo wszystko, Dział Zagraniczny ma nadzieję, że w slumsach Kingston za jakiś czas “One Love” nie będzie już tylko pustym hasłem.

Policja na JamajceCzy twój dzielnicowy też odwiedza cię z kolegami? (Fot. Reuters)

7. Otwieram lodówkę, a tam Kate

A na sam koniec, wiadomość z okolicy. Barbuda.
Jak wiadomo, książę Wiliam za chwilę się żeni. Dział Zagraniczny już go nienawidzi, bo której gazety nie otworzy, tam suknia Kate, porcelana z Kate, dziewczyny, które chcą być jak Kate, ulubione ciasteczka Kate, blablabla. Ale mieszkańcy Karaibów wiedzą, że nie ma to jak dobra reklama, a ślub stulecia (no bo przecież…) będzie darmową reklamą dla wszystkiego, co się z nim wiąże. A, że młoda para wciąż nie zdecydowała, gdzie wybiera się w podróż poślubną, to władze Barbudy postanowiły jedną z plaż nazwać… imieniem Księżnej Diany. Nie wiadomo, czy na pewno przekona to nowożeńców, ale prasa już podaje, że “rodzina Middleton jest w trakcie negocjacji z Lighthouse Bay Resort”. Więc nawet, jak nic z tego nie wyjdzie, to media exposure jest.
Kołobrzeg, Władysławowo, Ustka – do roboty! Dział Zagraniczny proponuje od razu całe wybrzeże ponazywać imionami rodziny królewskiej. Jest ich sporo, więc starczy dla wszystkich. A Trójmiasto w ogóle przemianujmy na “Kate uwielbia jeździć konno”.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

PS A, byłbym zapomniał. Obraz Zhanga Xiaoganga poszedł w tym tygodniu pod młotek w Sotheby’s i wyciągnął 6 mln funtów, stając się najdroższym chińskim dziełem sztuki współczesnej. Czyli: inwestujcie w Azji!

PS2 Polak jednak nie będzie rządził Peru. Do drugiej tury przeszli Humala i Fujimori. Będzie ciekawa dogrywka.

Konstytucja? Jaka konstytucja?

Podsumowanie tygodnia znowu spóźnione o jeden dzień. Przepraszamy, zapraszamy.

1. No, tata obalił rząd, to teraz sobie wystartuję w wyborach

W zeszłym tygodniu pisaliśmy o tym, że Sandra Torres de Colom, żona prezydenta Gwatemali, chce po jesiennych wyborach zająć miejsce męża. Ale jest drobny szczegół: konstytucja latynoskiego kraju zabrania kandydowania “krewnym do czwartego pokolenia urzędującej głowy państwa”. W związku z czym Sandra przekonuje, że… przecież jest żoną, a nie krewną. Dział Zagraniczny chciał nawet sugerować rozwód, ale prezydent Álvaro Colom stanowczo odrzucił taką możliwość. “Stanowczo” oznacza “na kilka dni” – w tym tygodniu para ogłosiła, że jednak poświęci małżeństwo dla politycznej kariery Sandry.
– Rozwodzę się z mężem, ale biorę ślub z ludem! – ogłosiła (jeszcze) Pierwsza Dama, z trudem hamując łzy.

Dział Zagraniczny się wzrusza. Szczerze. Zwłaszcza, że Sandra jest już trzecią z rzędu panią Colom, a wcześniej brała już jeden rozwód z innym mężczyzną.

ColomowiePo prawej obecny prezydent, po lewej być może przyszły. Madonna już ćwiczy “Nie płacz po mnie, Gwatemalo” (Fot. Moises Castillo/AP)

Przeciwnicy polityczni (eks)małżeństwa Colomów oczywiście podnoszą alarm, że to niedopuszczalne kpiny z prawa. O tym, czy Sandra może ubiegać się o najwyższe stanowisko w państwie, ma ostatecznie rozstrzygnąć Trybunał Konstytucyjny. Ten sam, który już w 1989 r. zabronił startu w wyborach innej Pierwszej Damie: Raquel Blandón (jej mąż, Vinicio Cerezo, był prezydentem w latach 1986-1991). No, ale Raquel wówczas rozwodu nie brała…

Co jeszcze ciekawsze, Sandra nie jest jedyną potencjalną kandydatką w tegorocznych wyborach, której start byłby sprzeczny z konstytucją. Do Pałacu Prezydenckiego chce się wprowadzić też Álvaro Arzú (który był już raz głową państwa, a ustawa zasadnicza Gwatemali zabrania reelekcji), Harold Caballeros (pastor ewangeliczny: prawo nie pozwala na start “kapłanom religijnym”), Zury Ríos, której ojciec rządził jakiś czas jako dyktator po zamachu stanu z 1982 r. (konstytucja odrzuca możliwość kandydowania krewnych osób odpowiedzialnych za przewroty) oraz Eduardo Suger (który urodził się w Szwajcarii, więc nie jest jasne, czy spełnia warunek bycia “Gwatemalczykiem z pochodzenia”).

Patrząc na to wszystko, informacja że Leonel Fernandez – prezydent Dominikany – chce w przyszyłym roku kandydować na trzecią kadencję, mimo że (tak, zgadliście) konstytucja tego zabrania, to mały pikuś.

Dział Zagraniczny przewiduje ciekawą polityczną telenowelę.

2. Samozatrudnienie

Można olewać prawo, żeby zdobyć władzę, a można je też olewać, żeby tej władzy nie stracić. Jak w Somalii.
W kraju, który od 1991 r. jest de facto czarną dziurą na mapie świata, trudno wyłonić rząd w normalny sposób. Dlatego obecny powstał w ramach porozumienia pomiędzy różnymi frakcjami w państwie (czy raczej jego części) i pod czujnym okiem Unii Afrykańskiej, ONZ i USA. Miał działać do sierpnia tego roku. Ale już wiadomo, że będzie istnieć dłużej.
– Potrzebujemy więcej czasu, żeby przywrócić bezpieczeństwo – powiedział w niedzielę Mohamed Mohamud Boon, somalijski Minister do spraw Konstytucji (sic!), ogłaszając, że wraz z kolegami postanowił sobie przedłużyć umowę o pracę jeszcze na rok.
Rząd mógł wziąć przykład z parlamentu (również nie pochodzącego z wyborów), który w lutym zagłosował, że przesuwa sobie koniec kadencji o trzy lata.

Dział Zagraniczny mówi: słusznie! W kraju targanym wojną domową warto dbać o już istniejące etaty. ZUS się sam nie opłaci.

A, no i są też doniesienia, że do Somalii wkroczyły pierwsze oddziały kenijskie, żeby pomóc rządowi z Mogadiszu w walce z islamistami kontrolującymi południe kraju. Nairobi na razie oficjalnie tej informacji nie potwierdza, ale gdyby okazała się prawdą (a wiele na to wskazuje), to byłby pierwszy w historii przypadek interwencji tego państwa w Somalii (w Mogadiszu walczą też żołnierze z Ugandy i Burundi, ale w ramach misji Unii Afrykańskiej).

3. Sezon na zamachy

W ogóle w Afryce jest obecnie bardzo gorąco. Albo tak przynajmniej wygląda. Dział Zagraniczny informował już o bardzo dziwnej próbie zamachu stanu (do dziś nie wiadomo, kto się zamachnął) w Demokratycznej Republice Konga i próbie zabicia przywódcy Madagaskaru.
Tymczasem w zeszłym tygodniu rząd w Senegalu również ogłosił, że pojmał “komando”, które miało rzekomo przygotowywać się do puczu. Szybko też ogłoszono, że rebelianci mają powiązania z opozycją. Która z kolei jeszcze szybciej oskarżyła służby prezydenta Wade o prowokację. I wydaje się, że miała rację: w czwartek aresztowani zostali zwolnieni z braku dowodów.

Szykuje się ciekawa wiosna na południe od Sahary.

4. Za kanapki czapa

Ostatnia w tym tygodniu wiadomość z Afryki będzie dotyczyć innego aresztowanego: Freda. Pawiana z RPA.
Jeżeli ktoś z czytelników miał okazję odwiedzić Kapsztad, a konkretnie Przylądek Dobrej Nadziei, to z pewnością zauważył grasujące małpy, które wymuszają na turystach jedzenie, a czasem po prostu je bezczelnie kradną. Jedna z nich – Fred właśnie – zyskała sobie szczególnie złą reputację. Pawian był coraz bardziej agresywny, demolował samochody, atakował turystów, kilkoro osób poważnie poturbował. Więc został pojmany i czeka go kara śmierci. Serio: chcą go uśpić. Za kanapki.

5. Sprawiedliwość inaczej

Nie wiadomo z kolei za co policja w Brazylii chciała zabić 14-letniego chłopca z Manaus. Na nagraniu, które ujawniły w tym tygodniu media i które wzburzyło cały kraj, widać, jak jeden z policjantów strzela nastolatkowi w klatkę piersiową z odległości dwóch metrów.
Jak się okazuje, sytuacja miała miejsce w sierpniu zeszłego roku, ale nagranie z kamery przemysłowej długo pozostawało nieznane, bo rodzina chłopca bała się zemsty ze strony policji. Wideo wyciekło teraz, bo zarówno nastolatek (który cudem przeżył), jak i wszyscy jego krewni zostali objęci programem ochrony świadków.

Dział Zagraniczny odwiedzał kiedyś swoją własną rodzinę w Brazylii, kiedy w Sao Paulo doszło do ogromnej strzelaniny pomiędzy dwoma ekipami. Po jednej stronie ulicy strzelała policja. A po drugiej ogniem odpowiadała… policja.
Stróże prawa 1 – Zdrowy rozsądek 0.

6. Senat pozwala

Tymczasem w piątek, Senat w Meksyku znowelizował prawo karne, dzięki czemu od tego tygodnia zdrada małżonka już nie jest przestępstwem. Na co sami Meksykanie reagują pytając: “A była?!”.

7. Żona nie dla emeryta

I tym sposobem zataczamy koło, bo skoro podsumowanie zaczęliśmy od małżeństw i kruczków prawnych, to tym samym skończymy.
Kambodża wprowadziła ograniczenia dla zagranicznych mężczyzn, którzy chcieliby się ożenić z miejscowymi dziewczynami. Konkretnie, to zabroniła tego panom, którzy są po pięćdziesiątce. A jakikolwiek młodszy obcokrajowiec musi się teraz w urzędzie wykazać dowodem, że zarabia przynajmniej 2,5 tys. dolarów miesięcznie (czyli kilkakrotnie więcej, niż wynosi średnia pensja w Kambodży). W przeciwnym wypadku, zgody na sakrament nie dostanie.
– To nie wygląda dobrze, kiedy widzi się młodą Kambodżankę ze starszym obcokrajowcem – wypalił bez ogródek rzecznik prasowy rządu.
Co ciekawe, zakaz nie obejmuje starych Kambodżan, którzy chcieliby się ożenić z młodą właścicielką obcego paszportu.

Premier kraju, Hun Sen, ma 60 lat. I jest brzydki. Ale to na marginesie.

Hun SenNie będzie obcokrajowiec kobiet nam łajdaczył! (Fot. EPA)

Generalnie starszy pan nie pierwszy raz pokazuje, że prawa kobiet średnio mu leżą na sercu. W 2007 r. wsławił się publiczną deklaracją, że jego adoptowana córka okazuje się być lesbijką, więc właśnie wykreśla ją z testamentu.

Drogie panie: emigracja. Dział Zagraniczny zaprasza.

No. Ale to polskiego czytelnika nie interesuje.

A na Kristmas dostaniesz gaz łzawiący. Prosto w oko

Nie było ostatnio innych wpisów poza podsumowaniami tygodnia (i jest też jednodniowa obsuwa), bo choroba, praca, to i tamto. Ale dzieje się sporo interesujących rzeczy, które całkowicie przykryły Libia z Japonią, więc w najbliższym czasie postaramy się tu kilka tematów ruszyć.
A tymczasem, zobaczmy co przyniósł tydzień.

1. Skorpion burmistrzem

Informacją numer jeden w świecie Działu Zagranicznego, jest oczywiście powrót Rene Higuity.
Jeżeli jesteś chłopcem, którego dzieciństwo przypadło na połowę lat 90., kiedy Szczęsny bronił nie w Arsenalu, tylko Widzewie, a czarnoskóry Cole w reprezentacji Anglii miał na imię Andy a nie Ashley, to nazwisko Higuita potrafisz napisać szybciej niż własne. A cała reszta może zrozumie po obejrzeniu tego:

Higuita to jeden z najlepszych bramkarzy w historii, a już na pewno najbardziej nieprzewidywalny. Oprócz niestandartowej obrony (słynny “scoprion kick” mogliśmy oglądać także w innych jego meczach), Rene uwielbiał wychodzić daleko poza pole karne, przejmować piłkę i wbiegać z nią na połowę przeciwnika (na Mundialu w 1990 r. cała reprezentacja Kolumbii zapłaciła za to srogą cenę – w meczu z Kamerunem napastnik tej drużyny, Roger Milla, zastopował galopującego Higuitę i bez problemu strzelił do pustej bramki; latynoska ekipa odpadła wtedy z rozgrywek, za co ojczyźnie chciano winowajcę zlinczować). Podczas całej swojej kariery, Rene zdobył w sumie 30 goli, z czego 8 dla reprezentacji (podkreślmy to jeszcze raz dla tych, którzy nie uważali: to bramkarz!).
Sportowiec szybko zyskał sobie przydomek El Loco, czyli Wariat. Nie tylko z powodu dokonań na boisku. W ostatnich latach brał między innymi udział w reality show i został przyłapany na wciąganiu kokainy, ale najgłośniejszy skandal wybuchł w 1993 r., kiedy Higuita był u szczytu popularności. Pablo Escobar (tak, nawet El Patrón załapał się do tej historii) porwał akurat córkę innego barona kolumbijskiego narkobiznesu, Carlosa Moliny. Bramkarz reprezentacji zaangażował się wtedy w jej uwolnienie, a konkretnie po prostu dostarczył kasę od jednego dla drugiego i przy okazji skasował równowartość 64 tys. dolarów prowizji. Za co trafił później do więzienia, bo w Kolumbii czerpanie korzyści materialnych z kidnapingu (lokalnej plagi lat 90.) jest przestępstwem.
– Jestem tylko piłkarzem, nie znam się na prawie karnym! – tłumaczył się wtedy El Loco i ogłosił strajk głodowy. Wypuszczono go po siedmiu miesiącach, ale na Mundial w USA w 1994 r. już nie pojechał.
Higuita w zeszłym roku, w wieku 43 lat, ostatecznie zawiesił rękawice na kołku i zakończył karierę bramkarza. Ale widać na emeryturze mu się nudziło, bo postanowił wrócić do życia publicznego. Tym razem jako polityk. W wywiadzie dla kolumbijskiego dziennika “El Tiempo” zapowiedział, że wystartuje w nadchodzących wyborach na burmistrza w swoim rodzinnym Guarne.
– Potrzeba 4,5 tys. głosów, żeby dostać to stanowisko. Ja zbiorę ich 10 tysięcy! – ogłosił radośnie.

Rene, Dział Zagraniczny już na Ciebie symbolicznie zagłosował. I apeluje: nie poprzestawaj na wyborach lokalnych, startuj na prezydenta! A na vice weź sobie Carlosa Valderramę:

ValderramaCarlos Valderrama wyrządził Działowi Zagranicznemu wielką krzywdę, kiedy w młodości zainspirował go do noszenia przez lata takiej samej fryzury

2. Żona to nie krewna

Jak już jesteśmy przy dziwnych kandydatach i wyborach w Ameryce Łacińskiej, to w Gwatemali wrześniowy start na prezydenta ogłosiła Sandra Torres de Colom. Jest tylko jeden problem: Sandra jest żoną pana Colom. Który jest obecnym gospodarzem w Pałacu Prezydenckim. A lokalna konstytuacja zabrania udziału w wyborach “wszystkim krewnym do czwartego stopnia” urzędującej głowy państwa.
Sandra odrzuca zarzuty krytyków, tłumacząc, że przecież nie jest z mężem spokrewniona.

Dział Zagraniczny miałby na to proste rozwiązanie, ale pan Colom już powiedział, że z panią Colom żadnego rozwodu brać nie będzie. Przewidujemy ciekawą jesień w kraju Majów.

3. Sprawiedliwość jest ślepa (ale potrafi liczyć)

A teraz dalsza część dwóch historii, do których często powracamy w Dziale Zagranicznym.

Po pierwsze, Mark Davies, amerykański płatny zabójca na usługach CIA, który w styczniu w biały dzień zastrzelił dwóch mężczyzn na ulicy w Pakistanie, został wypuszczony z więzienia.
W miejscowym prawie karnym istnieje zapis, że sąd może umorzyć sprawę w o morderstwo na wniosek rodziny ofiary. Na ogół dzieje się tak, gdy winowajca, bądź jego krewni, przekażą jej odpowiednie odszkodowanie. Tak miało stać się i tym razem, a najbliżsi zabitych mężczyzn, którzy jeszcze niedawno odgrażali się, że nie spoczną, dopóki Davies nie odpowie za swoje czyny, odpuścili amerykańskiemu cynglowi za mniej więcej 2 mln dolarów.
Davis z więzienia wyszedł, błyskawicznie zwinęli go pracownicy ambasady USA i nie wiadomo, gdzie obecnie przebywa. Ale co ciekawe, nie wiadomo też, gdzie są rodziny ofiar. Pieniądze odebrali podczas pielgrzymki do Mekki i od tamtej pory przepadli jak kamień w wodę.

Kasyna w Makau?

4. A ty wciąż nie oddałeś władzy? No dobra, to już sobie siedź w tym pałacu…

Druga sprawa, o której wspominaliśmy już w zeszłym tygodniu, to przywództwo na Madagaskarze.
Dwa lata temu, gdy prezenter radiowy André Rajoelina robił zamach stanu, potępiała go cała społeczność międzynarodowa. W tym tygodniu, ta sama ekipa (a konkretnie mediująca w konflikcie Wspólnota Rozwoju Afryki Południowej) najzwyczajniej w świecie uznała go prawowitą głową państwa. O, przepraszam, uznała, że prawowicie sprawuje władzę do czasu zorganizowania następnych wyborów i wszystko to dzieje się w ramach “mapy drogowej”, czyli wspólnego planu, który ma zakończyć kryzys.
Zobaczmy, jak jeszcze działa mapa drogowa. Rajoelina miał np. powołać premiera. No to powołał. Generała Camille Vitala, który poparł jego pucz dwa lata temu i de facto sprawował tę funkcję od tamtego czasu. Na wyspę mieli też wrócić obalony prezydent Marc Ravalomanana i jeszcze kilku innych polityków przebywających na wygnaniu. Ale nie wrócą, bo Rajoelina się na to nie zgodził.

Nowe wybory miałyby się odbyć jakoś pod koniec tego roku. A czy się odbędą, to zobaczymy. Jedno jest pewne: jeśli jesteś mieszkańcem kraju bez ropy, to Dział Zagraniczny doradza mały pucz. Nikogo za granicą to nie ruszy, a ty masz przynajmniej kilka miesięcy dobrej zabawy. I złote krany w łazience, jeżeli jesteś równiachą.

5. Impreza będzie, ale tylko na specjalne zaproszenia

To był też tydzień gwałtownych protestów. I nie, nie chodzi o te w krajach arabskich. Tylko w Swazilandzie i Australii.

W tym państwie, kilkanaście tysięcy osób głośno domagało się dymisji rządu w stolicy Mbabane. Pielęgniarki, nauczyciele, urzędnicy i uczniowie krzyczeli “Nie obcinajcie pensji, obetnijcie rząd!” oraz “Precz z uroczystościami”.
Wszystko z tego powodu, że Swaziland dostał ostro po kieszeni z powodu kryzysu gospodarczego i rząd zapowiedział cięcia w budżetówce oraz mniejsze nakłady na edukację. Równocześnie wydaje miliony na obchody 25-lecia objęcia tronu przez króla Mswatiego III (rocznica wypada 24 kweietnia).
Swaziland to ostatnia monarchia absolutna w Afryce. Partie polityczne są zakazane, rząd tylko administruje, a prawdziwą władzę ma w rękach właśnie monarcha. Mswati III jest w tej roli wyjątkowo beznadziejny. Podczas gdy prawie połowa z jego 1,5 mln poddanych nie ma pracy, a reszta zarabia grosze, on sam lekką ręką wydaje miliony na zachcianki własne i swoich 14 żon, np. kupując sobie luksusowy odrzutowiec (Swaziland nie ma lotniska, które mogłoby obsłużyć taką maszynę, król musi korzystać z uprzejmości RPA). Nie znosi sprzeciwu. Kompletnie olewa walkę z HIV (według różnych statystyk, zarażonych wirusem jest aż 25 proc. mieszkańców). Ogólnie jest fatalnym władcą.
Protestujący zażądali dymisji rządu. Mswati III powiedział po prostu “Meeeh…” i poszedł instalować złote krany.

W Swazilandzie na szczęście obyło się bez przemocy, czego nie można powiedzieć o Australii. W czwartek doszło tam do bitwy między policją, a uciekinierami z pogrążonych w wojnie krajach.
Australia ma bardzo ostrą politykę antyimigracyjną. Z grubsza działa tak: jeżeli jesteś gościem z np. Europy Wschodniej, to możesz sobie żyć i pracować na czarno w kraju kangurów ile chcesz, najważniejsze, żebyś był biały. Ale jeżeli – nie daj boże! – jesteś czarny/brązowy/żółty/wolisz ryż z warzywami od Marmite z tostem wyprodukowanym w fabryce, to masz nieźle w plecy. Większość takich imigrantów to uchodźcy z krajów ogarniętych konfliktami zbrojnymi (Sri Lanka, Irak, Afganistan itd.), którzy w Australii proszą o azyl. Dawna brytyjska kolonia karna przechwytuje ich jeszcze na morzu (samolotem przecież uciekać nie będą, a jedyny facet, który potrafi chodzić pieszo po wodzie, pewnie też by został zatrzymany za semicki wygląd) i odstawia do odizolowanych obozów. Rząd najchętniej w ogóle trzymałby wszystkich tych upierdliwych uchodźców w jakimś innym państwie (negocjacje z Timorem Wschodnim były w tej sprawie bardzo zaawansowane), ale że się nie da, to i tak robi co może: wysyła ich na Christmas Island. Która jest bardziej w Indonezji niż Australii.

Kristmas człowiekuPisz do Św. Mikołaja, jest szybszy niż australijski urząd imigracyjny

Imigranci są tam stłoczeni w prymitywnych warunkach, na decyzję urzędnika czekają długimi miesiącami, nawet i dwa lata. Odmawia im się kontaktu ze światem zewnętrznym, brakuje tłumaczy, nie dopuszcza się do nich mediów i przedstawicieli organizacji pozarządowych.
Więc frustracja rośnie i rośnie, aż w końcu wybuchnie. W tym tygodniu doszło na wyspie do zamieszek, rząd wysłał więc na miejsce policję, która uspokoiła sytuację w typowy dla siebie sposób. Gazem łzawiącym i gumowymi kulami.
– Jak można oczekiwać, że urzędnicy zaakceptują prośby o azyl, skoro dzieją się takie rzeczy? – powiedział w telewizji oburzony Minister Spraw Zagranicznych Kevin Rudd.

No właśnie? Jak można? Po raz kolejny brudasy pokazują, że nie ma ich co dopuszczać do cywilizacji. I jeszcze wstyd przed Indonezją, no.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Sandra robi botoks

Upływający tydzien spokojnie możemy zaklasyfikować jako mocno penitencjarny.

1. Świstak zaraz nie będzie miał w co zawijać

Wiadomość tygodnia, to oczywiście powrót wojny domowej na Wybrzeże Kości Słoniowej. Co prawda jeszcze nie oficjalnie, ale wszystko na to wskazuje.
Podłoże jest dokładnie wyjaśnione we wpisie z 12 grudnia, ale przypomnijmy szybko, że poprzedni konflikt wybuchł w 2002 r. i de facto podzielił kraj na dwie połowy: kontrolowaną przez rebeliantów północ i rządowe południe. W 2007 obie strony podpisały zawieszenie broni i wszystko miało pójść w niepamięć w listopadzie zeszłego roku, podczas wyborów prezydenckich. Z tym, że rządzący do tej pory Laurent Gbagbo obraził się na wyniki, powiedział, że nie uzna swojej przegranej i zamknął się w budynkach rządowych. Tymczasem uznawany przez resztę świata za nową głowę państwa Alassane Ouattara też nie wychodzi ze swojej siedziby, którą jest obstawiony przez błękitne hełmy luksusowy hotel. W kraju pat, czasem jakieś ruchawki na ulicach, są zabici i ranni.
Partyzanci z północy najwyraźniej nie wytrzymali już ciśnienia i w nocy z czwartku na piątek zajęli miasto Zouan-Hounien przy granicy z Liberią. Z której na pomoc Gbagbo ciągną ponoć wzywani przez niego najemnicy. Według statystyk UNHCR, z kraju ucieka już ok. 5 tys. osób dziennie. Nowa wojna wisi w powietrzu.
Tymczasem ceny kakao osiągnęły najwyższy poziom od 32 lat (przypomnijmy, że 1/3 nasion na świecie jest produkowana właśnie na Wybrzeżu Kości Słoniowej, a Unia Europejska nałożyła na nie embargo, licząc, że zmusi Gbagbo do oddania władzy). Innymi słowy: ruszajcie do sklepów po czekoladę, bo Dział Zagraniczny przewiduje smutną Wielkanoc.

2. Prison botoks

W grudniu Dział Zagraniczny zajmował się też tym, że kartele narkotykowe w Meksyku się feminizują, a najsłynniejszą kobietą-narco jest tam Sandra Ávila Beltrán. Znana jako Królowa Pacyfiku.
Królowa siedzi teraz w stołecznym więzieniu i czeka, jak potoczą się jej losy, a na rozprawach ewidentnie nie chce wypaść źle, bo dwa tygodnie temu przez media przetoczyła się wiadomość, że władze aresztu pozwoliły pewnemu doktorowi odwiedzić Sandrę za kratkami i strzelić jej kilka zastrzyków z botoksu. Co – jak łatwo się domyślić – nie należy do tej samej grupy praw więźnia, co np. prysznic.
Naczelnika zakładu oczywiście zwolniono, ale w ten piątek zdołał się poskarżyć, że nieniesłusznie, bo botoks był nie dla Królowej, tylko dla niego samego. Chciał chłopak dobrze wyglądać na spacerniaku. Sandra całą sprawę komentuje tak:

Sandra robi botoksJaki botoks? Fot. EFE

3. Tenis, mąka, sznaucery

Skoro już Meksyk, to odnotujmy, że w poprzedni weekend zaczął się w Acapulco Mexican Open. Miejscowi gangsterzy postanowili uczcić turniej tenisa, mordując 13 osób i podpalając pięć samochodów. Nie wiadomo, czy wcześniej robili sobie zastrzyki z botoksu.

Rzutem na taśmę, przelećmy sobie jeszcze jeden z ulubionych tematów Działu Zagranicznego: przestępczość w Ameryce Centralnej. W poprzednią niedzielę, w Gwatemali komuś nie spodobało się, że klub piłkarski Xinabajul (z miasta Huehuetenango) ma kiepskie wyniki, w związku z czym zastrzelił jego prezesa (w listopadzie to samo spotkało szefa klubu Malacateco). We wtorek, w stolicy kraju tłum zlinczował czterech mężczyzn podejrzanych o kradzież… mąki (w zeszłym roku kolektywna sprawiedliwość ulicy zakatowała w sumie 39 osób). A tego samego dnia, w sąsiednim Hondurasie, inni złodzieje zastrzelili ewangelickiego pastora, bo nie chciał im oddać… swoich dwóch sznaucerów. Dział Zagraniczny doszukał się tylko, ze oba skradzione psy to szczeniaki, nie wiadomo czy miniaturki, czy olbrzymy.

4. No tak, no, zabił, ale ma kartę “Wychodzisz z więzienia”

Informowaliśmy już w dwóch podsumowaniach tygodnia, o sytuacji Amerykanina w Pakistanie, który zastrzelił dwóch mężczyzn na ulicy, twierdząc że w samoobronie. Ten tydzien przyniósł już pewne informacje, że Raymond Davis co prawda członkiem CIA nie był, ale działał “na zlecenie” agencji. Czytaj: był płatnym mordercą. Stany mają jednak taką twardą zasadę, że nie porzucają swoich ludzi w potrzebie, w związku z czym dowodzą, że zabójca czy nie, to przed strzelaniną został wpisany na listę pracowników ambasady i immunitet ma. Więc, Pakistanie, przestań szlochać i wypuść Raymonda.
Dział Zagraniczny nie wgłębia się w sprawę jakoś szczególnie, ale pierwsze co przychodzi do głowy to: Waszyngtonie, bardzo git z twojej strony, że nie porzucasz ziomka w potrzebia, szkoda że równocześnie dajesz wszystkim prawdziwym pracownikom ambasady w Islamabadzie jasny sygnał “Chłopaki, czas bardzo szybko zmienić siedzibę firmy”.

5. Łaska pańska

Zajrzyjmy szybko do sąsiada. W Afganistanie na wolność wyszedł właśnie Sayed Mussa. Mężczyzna trafił do więzienia w maju zeszłego roku, po tym jak lokalna telewizja pokazała nagrania, na których widać modlących się Afgańczyków, którzy zmienili wiarę na chrześcijaństwo. Większość szybko się ukryła, ale Sayed wpadł.
W kraju teoretycznie panuje wolność wyznania, ale prozelityzm (czyli właśnie zmiana wiary, czytaj: przede wszystkim z islamu na jakąkolwiek inną) jest surowo zabroniony. Mussie groziła nawet kara śmierci. Po 9 miesiącach odsiadki i licznych międzynarodowych naciskach, mężczyzna został wypuszczony z aresztu, a prokuratura umorzyła dochodzenia. Formalnie z braku wystarczających dowodów, nieoficjalnie podobno pod warunkiem, że Sayed wróci do dawnego wyznania.
W więzieniu wciąż przebywa inny mężczyzna, zatrzymany pod tymi samymi zarzutami.

6. Kto butem wojuje, od buta ginie

Jeszcze kraje muzułmańskie. Czytelnicy Działu Zagranicznego być może kojarzą kim jest Muntazer al-Zaidi, ale jeżeli nie, to wyjaśniamy, że to ten były dziennikarz z Iraku, który wsławił się ciśnięciem buta w stronę ówczesnego prezydenta USA, George’a W. Bush. Przypomnijmy:

Al-Zaidi został wówczas na krótko aresztowany. W tym tygodniu powtórnie trafił do paki, za publiczne nawoływanie do rebelii w stylu egipskim. Na razie nie wiadomo jeszcze, ile czasu spędzi za kratkami.
W ramach ciekawostki, przypomnijmy tylko, co przez ostatnie lata działo się z facetem, który zapoczątkował prawdziwą falę rzucania butami w nielubianych polityków (ofiarami, oprócz Busha, padli też między innymi Wen Jiabao, Dominique Strauss-Kahn, Palaniappan Chidambaram, oraz Mahmud Ahmadineżad). Otóż w grudniu 2009, Al-Zaidi sam stał się celem takiego ataku: swoim obuwiem cisnął weń na konferencji prasowej inny dziennikarz, który oskarżył Muntazera o wybielanie dyktatury Saddama Husajna. Zaidi od jakiegoś czasu mieszkał w Bejrucie, gdzie pisywał felietony do miejscowej gazety. Emigracja mu się najwyraźniej znudziła, ale jak widać, powrót do domu w jego przypadku oznaczał powrót na więzienną pryczę.
Ciekawe, czy w bagdadzkim areszcie robią botoks?

7. Kevin Costner wraca do gry!

Wyspy Marshalla zalało. Konkretnie Majuro, stolicę, którą zamieszkuje ponad połowa z wszystkich 55 tys. mieszkańców archipelagu.
Wyspy Marshalla są znane z dwóch rzeczy. Pierwsza jest taka, że drugie największe skupisko ich mieszkańców – wyspa Ebeye – jest powszechnie uważana za najgorszy slums na Pacyfiku. A druga to fakt, że najwyższe wzniesienie w kraju to niecałe 3 metry nad poziomem morza. A według oceanologów, poziom wód na świecie będzie się przez następne lata podnosił. W związku z czym rząd Wysp Marshalla ogłosił właśnie, że wybuduje wokół stolicy wielki mur, który powstrzyma zalania.
Dział Zagraniczny mówi: Waterworld!

KevinNiektórzy w młodości wierzyli w Jezusa, Dział Zagraniczny wierzył w Kevina Costnera

8. Czyli nie macie kasy?

I to podsumowanie tygodnia zakończmy radosnym, morskim właśnie akcentem. Na Sri Lankę wrócili właśnie rybacy, których kuter zaginął na Oceanie Indyskim na początku miesiąca. Marynarze wyjaśnili, że po prostu napadli ich piraci, którzy dokonali abordażu, zabijając dwóch rybaków i uprowadzili łódź do Somalii. I dopiero wtedy postanowili pogadać ze swoimi ofiarami. Według tych drugich, dialog wyglądał z grubsza tak:
– Jesteście z Iranu?
– Nie, ze Sri Lanki.
– A, czyli nie macie kasy? No to sorry, nasza pomyłka. Możecie wracać do domu.
Dział Zagraniczny nie posiada się z radości, że są jeszcze na świecie piraci, którzy wykazują empatię.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

PS W ramach tygodniowego bonusa, video ze spotkania piłkarskich reprezentacji do lat 20 w meczu Ekwador-Chile. Komentarz po hiszpańsku, ale wystarczy się przyglądać:

Babylon by Bus

Już kilka razy poruszaliśmy w Dziale Zagranicznym problem autobusów: jeżeli mieszkasz w niespokojnym kraju, to chodź piechotą, bo pierwsze za co tłum bierze się podczas zamieszek, to podpalanie właśnie autobusów. Ale jest takie miejsce, gdzie nie trzeba nawet małej demonstracji, żeby transport publiczny poszedł na złom razem ze swoimi pasażerami.

Ameryka Środkowa i Karaiby to najniebezpieczniejsze miejsce na ziemi. W pierwszej dziesiątce rankingu państw z największą liczbą morderstw na 100 tys. obywateli, aż 8 to reprezentanci tego regionu. Statystycznie na Jamajce czy w Belize łatwiej paść od kuli bandyty niż w Iraku czy Afganistanie. A śmierć pod ostrzałem jest najbardziej prawdopodobna, gdy bierzesz autobus z pracy do domu.

Wystarczy przejrzeć najnowsze wiadomości. Dziś rano nieznani sprawcy ostrzelali minibusik w Hondurasie, zabijając osiem osób. Wczoraj w Georgetown, stolicy Gujany, ktoś odpalił granat na przystanku autobusowym: jedna ofiara śmiertelna, dziewiętnaście rannych. Do rachunku można jeszcze dorzucić sześć osób, które w poniedziałek rozerwała bomba podłożona pod autobus w Gwatemali.

Autobus po atakuGwatemalski autobus po wybuchu (Fot. Rodrigo Abd/AP)

W tym ostatnim kraju jest zresztą najgorzej. To panoszące się po kraju Maras (brutalne uliczne gangi wywodzące się z latynoskich dzielnic Los Angeles, ale obecnie siejące postrach w Ameryce Środkowej) stoją za prawie wszystkimi brutalnymi morderstwami. Wymuszają na kierowcach autobusów wysokie haracze, które nazywają “podatkiem drogowym”. Jeżeli chcesz dowieźć pasażerów swojego Ikarusa do celu żywych, to nie ma bata: musisz bulić. Dla tych, którzy się stawiają, albo po prostu nie wyrabiają z opłatami, gangi nie mają litości: w 2010 roku z zimną krwią zastrzelili prawie 200 pracowników transportu.

Pasażerowie czasem nie wytrzymują i tłumom na ulicach zdarza się zlinczować gangsterów, w których przechodnie rozpoznają zabójców. Ale, jak widać, nie powstrzymuje to pozostałych od dalszego siania terroru na drogach.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.