Archive

Posts Tagged ‘Homofobia’

No biggie

– To nie jest akt polityczny – nieczęsto członek rządu musi dorzucać takie zdanie zaraz po oświadczeniu, że jego partnerka spodziewa się dziecka. No, chyba, że w parlamencie aktywnie wspiera legalizację małżeństw tej samej płci, a sama jest lesbijką. Tak jak w przypadku Minister Finansów Australii: Penny Wong.

Penny i  SophieMinister Finansów po prawej, matka jej dziecka po lewej (Fot. Adeleide Now)

Penny Wong jest pierwszą posłanką w kraju, która otwarcie przyznała się do homoseksualizmu i to już przed laty. Już na swoje pierwsze zaprzysiężenie – w 2002 r. – zaprosiła życiową partnerkę Sophie Allouache, tę samą, która ma teraz urodzić ich potomka.
Kobiety skorzystały z pomocy wieloletniego przyjaciela, który zgodził się zostać dawcą spermy, wykorzystanej do zapłodnienia Sophie Allouache metodą in vitro. Dziecko ma przyjść na świat dopiero w grudniu, ale minister Wong postanowiła publicznie zawiadomić o ciąży swojej partnerki, żeby ubiec spekulacje prasy.
– Ja jestem osobą publiczną, ale ona nie – powiedziała w zeszłotygodniowym wywiadzie dla “Sydney Morning Herald” – Chciałabym wyraźnie zaznaczyć granicę pomiędzy moją działalnością polityczną, a prywatną.

Minister Finansów mogła się też pewnie obawiać, że jej sytuacja stanie się pretekstem do walki politycznej we wciąż jednak nieco konserwatywnej Australii. Jeżeli faktycznie się o to niepokoiła, to zupełnie niepotrzebnie: burza nie była nawet tą w szklance wody. W istocie, w ogóle nie było żadnej – Penny Wong pogratulowała zarówno Julia Gillard, premier z Australijskiej Partii Pracy (ale przeciwna legalizacji małżeństw tej samej płci), jak i Julie Bishop, przewodnicząca prawicowej opozycji. Jej oświadczenie nie wywołało też większej sensacji w prasie.

Być może wszystko odbyło się bez większego zgiełku, bo w Australii przedmiotem sporu jest dziś kilka innych spraw, które dla jej mieszkańców wydają się być o wiele bardziej kontrowersyjne.

AzylanciKto, jakiej płci i komu rodzi dziecko, to dziś najmniejsze zmartwienie Australijczyków (Fot. AP)

Julia Gillard jest między młotem a kowadłem. Chociaż władzę objęła dopiero rok temu, to w sondażach spada coraz niżej i niżej, i musi się użerać z protestami, które mogą doprowadzić do wcześniejszych wyborów. Wszystko przez niepopularny pakiet reform, który jednak pani premier musi przeforsować, bo inaczej na pewno pożegna się z władzą przed końcem kadencji.

Wszystko przez wyniki wyborów z sierpnia zeszłego roku. Chociaż Australijska Partia Pracy zdobyła najwięcej głosów spośród wszystkich ugrupowań (38 proc.), to nie wystarczyło jej mandatów poselskich do stworzenia samodzielnego rządu. Negocjacje trwały kilkanaście dni i ostatecznie Julia Gillard zapewniła sobie poparcie Zielonych, oraz trzech posłów niezależnych. Ci, chociaż formalnie nie weszli do koalicji (powstał rząd mniejszościowy), zobowiązali się popierać panią premier w głosowaniach. Pod warunkiem, że spełni ich postulaty.

Zieloni wymogli na Gillard wprowadzenie możliwie jak największych podatków na przedsiębiorstwa produkujące dwutlenek węgla. Ogłoszona w zeszłym miesiącu reforma (miałaby wejść w życie od 2012 r.) uczyniłaby ten kraj najdroższym na świecie krajem dla biznesów emitujących gazy cieplarniane. Co sprawia niemały problem, bo państwo-kontynent zarabia głównie na tego typu firmach. Jeżeli dodać do tego jeszcze plany wprowadzenia 30-procentowego podatku dochodowego na kopalnie rudy żelaza i węgla, to oświadczenie Ministra Kopalnictwa, Normana Moore’a, że Australia Zachodnia (której Moore jest reprezentantem) wystąpi z federacji (czytaj: dokona secesji), nie wydają się oderwanymi od rzeczywistości majaczeniami politycznego wariata.

Dziś, podczas pierwszej wiosennej sesji parlamentu, przed jego budynkiem odbyła się demonstracja przeciwko planowanym zmianom. A tego samego dnia, z różnych punktów Australii wyruszyły konwoje ciężarówek, które mają się spotkać w Canberze na wiecu domagającym się przyśpieszonych wyborów. Protest zorganizowali wielcy hodowcy bydła, związki kierowców i właściciele różnych biznesów z miast górniczych, którzy twierdzą, że rząd został przez Zielonych “wzięty na zakładnika”.

Akcję (ale prawną) przeciw gabinetowi Gillard zapowiedziały też międzynarodowe koncerny tytoniowe. Rząd chce bowiem, żeby od połowy przyszłego drastycznie zmienił się wygląd paczek papierosów. Od pierwszego lipca, wszystkie miałyby mieć jednolity kolor, a nazwy marek byłyby na nich pisane taką samą, niewielką czcionką. Zamiast znaków firmowych, miałyby je ozdabiać zdjęcia pokazujące, co nałóg powoduje u palaczy, np. zniszczone zęby, płuca itd.

FajkiOd przyszłego roku, jakość paczki zgodna z jakością produktu

Wielkie kontrowersje (tak prawne, jak i wśród opinii publicznej) wzbudza też jeszcze jedna sprawa, w której Penny Wong jest postacią symboliczną. Minister Finansów jest bowiem nie tylko pierwszą otwarcie lesbijską posłanką, lecz także pierwszym członkiem parlamentu, który urodził się w Azji. Wong przyszła bowiem na świat w ojczyźnie swojego ojca, Malezji, a z tym krajem Australia podpisała niedawno umowę, która wywołuje sporo napięcia.

Dział Zagraniczny opisywał już, jak Canberra traktuje osoby, starające się uzyskać w Australii azyl. W zeszłym roku było ich 6,5 tys., w tym władze spodziewają się ich równie wielu. Choć dla tak ogromnego i potrzebującego rąk do pracy kraju, nie są to zatrważające liczby, to chodzi o narodowość imigrantów – większość z nich pochodzi ze Sri Lanki, Wietnamu, Afganistanu i Iraku. Była brytyjska kolonia pozostaje wciąż głęboko rasistowska (wystarczy wspomnieć, że dopiero przed kilkoma laty rząd zdecydował się przeprosić za wieloletnią politykę odbierania Aborygenom dzieci, których jedno z rodziców mogło być białe i ich przymusowej “europeizacji”) i nie chce się bardziej zabarwić.
Władze najchętniej trzymałyby uciekinierów jak najdalej od swoich granic i to bez względu na orientację polityczną rządu. Prawicowa ekipa Johna Howarda otwierała obozy na Papui-Nowej Gwinei i Nauru, a lewicowa głośno ją wówczas krytykowała i po dojściu do władzy zlikwidowała, tylko po to, żeby w tym roku podpisać identyczną umowę właśnie z Malezją. Chwilowo zablokował ją Sąd Najwyższy, który ma badać jej legalność.
Opinia publiczna jest w tej sprawie podzielona, ale chociaż część Australijczyków publicznie potępia takie rozwiązanie, to w prywatnych rozmowach po cichu przyznaje, że je popiera. W kraju dość regularnie dochodzi do ataków na osoby o nieeuropejskim wyglądzie.

Nic dziwnego, że przy tych wszystkich kontrowersjach, wyznanie minister-lesbijki o tym, że spodziewa się dziecka, nie wzbudza gorących emocji. Chociaż małżeństwa osób tej samej płci są wciąż zabronione (na podstawie specjalnej ustawy z 2004 r.), a rząd nie uznaje zawartych przez ich obywateli w krajach, gdzie jest to legalne, to już przed laty praktycznie zrównano z nimi w prawach związki cywilne. Ich akceptacja w sondażach od dawna nie spada poniżej 60 proc.

Dzieje się tak między innymi dlatego, że Australia ogromnie się laicyzuje. Chociaż ponad połowa jej mieszkańców wciąż określa się jako chrześcijanie (głównym wyznaniem jest katolicyzm), to im niższa grupa wiekowa, tym mniej jest takich deklaracji. Tylko 1/3 nastolatków uważa się za wierzących. Zresztą, starsi deklarują wiarę też bardziej na pokaz – w nabożeństwach uczestniczy dziś w sumie nie więcej niż 16 proc. ludności. Biorąc pod uwagę, że inne niż chrześcijaństwo wyznanie, deklaruje nieco ponad 5 proc. mieszkańców, widać tym wyraźniej, że Australia staje się Republiką Czeską Oceanii – państwem bezwyznaniowym.

Nic dziwnego, że Minister Finansów może odważnie deklarować swoją orientację i działać na rzecz legalizacji małżeństw homoseksualnych. Australijska Partia Pracy ma nad tym postulatem debatować w grudniu – dokładnie wtedy, kiedy na świat przyjdzie dziecko Penny Wong i jej partnerki.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Liga Mistrzów i oliwa do sałatki

Po dłuższej nieobecności, wraca podsumowanie tygodnia. Tradycyjnie, z jednodniową obsuwą.

1. Zbyt dobrzy na trzymanie terminów

A tydzień był spod znaku futbolowych emocji. I nie chodzi o Barcelonę i Manchester, tylko starych znajomych Działu Zagranicznego – TP Mazembe.
Dopiero co w grudniu przyglądaliśmy się, jak ekipa z Konga po raz drugi wygrała Afrykańską Ligę Mistrzów, a potem jak burza przeleciała przez Klubowe Mistrzostwa Świata, zatrzymana dopiero w finale przez Inter Mediolan. Tym razem powtórki nie będzie, bo Kruki właśnie zostały z Ligi Mistrzów wyrzucone. I postanowiły to olać.
A było tak. W drugiej rundzie turnieju, TP Mazembe rozgromiło Simba SC z Tanzanii 6 do 3. Ale drużyna z Dar es Salaam zgłosiła protest, bo w barwach Kongijczyków występował Janvier Besala Bokungu. 22-latek grał już wcześniej w barwach TP Mazembe, ale w 2007 roku został wypożyczony do tunezyjskiego składu Esperance. Na łono macierzy wrócił w tym roku, ale Tanzańczycy znaleźli dowody, że nie miał prawa biegać po boisku z resztą Kruków, bo jego kontrakt z północnoafrykańską ekipą wygasa dopiero w czerwcu. Afrykańska Konfederacja Piłkarska protest uznała za zasadny i zawiesiła ekipę z Lubumbashi.
– Będziemy się odwoływać! – zapewniał wtedy Moise Katumbi, dyrektor drużyny.
W tym tygodniu wydali oświadczenie, w którym piszą, że zatrudnili ekipę prawników, która udowodni, że “Mazembe wyrządzono niesprawiedliwość”. Ale widocznie chcieli przyoszczędzić na całej sprawie i “ekipa prawników” oznacza kuzynów i kolegów kogoś od podejmowania decyzji. Są bowiem tak kompetentni, że zapomnieli złożyć odwołanie. A termin minął.

Co znaczy, że w tym roku antychińskich zamieszek w Lubumbashi nie obejrzymy.

2. Hiszpania-Mongolia

A, właśnie. Chiny, zamieszki itp. W środę w Państwie Środka protestowali Mongolczycy. W Xilinhot na ulice wyszło ponad 2 tys. osób domagających się osądzenia mężczyzny z grupy etnicznej Han (do której należy ok. 90 proc mieszkańców Chin), który 10 maja rozjechał swoim vanem pasterza, a mimo zeznań świadków, nie usłyszał zarzutów.
Mongołowie, których w kraju jest ok. 6 milionów, twierdzą, że dominujący Han od dawna niszczą ich sposób życia. W bogatym w złoża mineralne regionie Mongolii Wewnętrznej od dawna powstaje coraz więcej kopalń, przez co wzrasta zanieczyszczenie, niszczeją lasy i pastwiska, mniej jest opadów. Śmierć pasterza ostatecznie przelała szalę goryczy. Władze, żeby uspokoić nastroje, szybko ogłosiły, że kierowca pojazdu już został zatrzymany i oskarżony o morderstwo.

3. 3…2…1!

Swoją drogą, zawsze jak piszę o Chinach, to myślę o ogniach sztucznych. Nie wiem dlaczego, po prostu taki odruch. No, w każdym razie, gdyby ognie sztuczne wciąż robić metodą chałupniczą, to wiecie, gdzie jest sporo materiału do składania? W Salwadorze. Po miesięcznym śledztwie aresztowano tam właśnie czterech szeregowców i dwóch oficerów, którzy sprzedawali lokalnym gangom uzbrojenie z wojskowych magazynów. Konkretnie granaty. Konkretnie, 1812 granatów. 1812! Można by tym rozświetlić niebo nad całym Sydney w Sylwestra [to kolejna sprawa – mówię Nowy Rok, myślę Sydney].

SydneyA to mógłby być Salwador… (Fot. Daily Sydney)

4. Film od lat 18

Zostając jeszcze w Ameryce Łacińskiej, w Brazylii uczniowie nie pooglądając sobie video na zajęciach z edukajci seksualnej. Ministerstwo Edukacji przygotowało bowiem kilka krótkich filmików, które mają pokazać dzieciom, że jeżeli jesteś chłopcem i podoba ci się inny chłopiec, albo dziewczynką i podoba ci się inna dziewczynka, to nie znaczy, że Bóg już szykuje się, żeby trzasnąć cię piorunem i zesłać na ognie piekielne. O, przepraszam, według ewangelików tak właśnie jest.
Pisałem już kiedyś o prawach gejów w Ameryce Łacińskiej i że kontynent przeżywa właśnie jakąś masową liberalizację. Ale oczywiście nie bez silnych głosów sprzeciwu. Wydawać by się mogło, że na pierwszej linii będzie Kościół Katolicki. I w istocie tak jest, z tym, że hierarchiczna struktura tego wyznania sprawia, że bardziej pijarowo ogarnięci hierarchowie hamują tych bardziej krewkich. Tymczasem wśród ewangelików jest inaczej.
W Brazylii sytuacja jest specyficzna, ponieważ w ostatnich kilkunastu latach, te wyznania poczyniły ogromne postępy w przyciąganiu na swoją stronę nowych członków. Od lat ich szeregi zasila coraz więcej i więcej katolików, w tym prawodawców. W Kongresie mają dość silną ekipę i rząd musi się z nimi liczyć.
W sprawie filmików dla młodzieży podnieśli tak ogromny krzyk, że prezydent Dilma Rousseff nie miała innego wyboru, jak tylko ogłosić, że materiał widziała i jej zdaniem nie jest właściwie zrobiony, żeby trafić do szkół. Więc (mimo sprzeciwu ministrów zdrowia i edukacji), wstrzymuje jego rozpowszechnianie.

Jakich to porażających treści nie obejrzą więc nastolatki? Między innymi takich:

No, szok normalnie.

5. Rasa panów

To jest tak głupie, że nawet nie chce mi się rozwodzić nad tą informacją. Egipt. Zakładają partię nazistowską. Serio. Niejaki Emad Abdel Sattar, były wojskowy, który ogłosił powstanie ugrupowania, twierdzi, że działali jeszcze za Mubaraka, tyle, że w sekrecie. A teraz się ujawniają.

Łoewa. Nigdy nie mogę wyjść z podziwu, kiedy z flagami Trzeciej Rzeszy biegają radośnie Egipcjanie, Mongołowie, Boliwijczycy itd. Dział Zagraniczny chyba założy w Polsce komórkę Czarnych Panter. Tylko oleje część o “czarnych”.

6. Do sałatki

Telegraph donosi, że Kim Dzong Il podczas zeszłotygodniowej wycieczki do Chin, postanowił wyskoczyć na chwilkę ze swojego lukspociągu i uderzyć na zakupy. A konretnie, to szukał “dobrej oliwy do sałatki”, choć zgodnie z tym, co wiadomo o Korei Północnej, powinien raczej szukać ryżu. Wielu, wielu ton ryżu.

Gazeta informuje, że Kochany Przywódca oliwy jednak nie dostał. Dywersja imperialistów.

7. Kuracja

Coś Wam mówi nazwisko Muhammad Nazaruddin? Tak, zagadliście! To skarbnik partii rządzącej Indonezją. Były skarbnik, bo oskarżono go o korupcję. A w zasadzie nie oskarżono, bo dzień przed postawieniem mu zarzutów, minister Nazaruddin nawiał do Singapuru. Jak się domyśla Dział Zagraniczny, z trzema bańkami dolarów w kieszeni, bo tyle miał przyjąć od różnych interesantów. Twierdzi, że pojechał tylko na badania. Dział Zagraniczny zgaduje, że pewnie trochę zajmą.

8. Ajri

No i na koniec, informacja tygodnia. Rastamouse wydaje singiel! “Hot, hot, hot” trafi na półki 26 czerwca. Czekamy.

(nie mogę wkleić fragmentu singla, do odsłuchania pod tym linkiem)

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Punkt widzenia zależy od punktu gwałcenia

W czwartek w programie Newsnight BBC nadało reportaż o gwałtach w Kongu (można go obejrzeć tu: http://news.bbc.co.uk/2/hi/programmes/newsnight/9232689.stm). W sumie nic nowego, już od dawna wiadomo, że Północne Kivu jest światową stolicą gwałtów, w materiale BBC podają, że codziennie ofiarą takiej przemocy pada średnio 25 osób. Jednak mniej więcej w trzeciej minucie filmu zaczyna się krótki, ale bardzo interesujący fragment: o swoim traumatycznym przeżyciu opowiada bowiem mężczyzna.

O tym, że w Kongu gwałci się coraz więcej mężczyzn po raz pierwszy czytałem rok temu w reportażu New York Times’a. (http://www.nytimes.com/2009/08/05/world/africa/05congo.html) Dziennikarz cytuje tam pracownika medycznego, który mówi, że takich przypadków jest coraz więcej, ale trudno dokładnie powiedzieć ile, bo nikt się do tego nie przyzna, ani nie zgłosi po pomoc, chyba że jest w naprawdę fatalnym stanie. Dzieje się tak, bo w całej Afryce Subsaharyjskiej uprzedzenia wobec homoseksualizmu są tak ogromne, że nawet bezbronne ofiary gwałtów są uznawane za “zbrukane” i często stają się wyrzutkami w oczach najbliższych (mężczyzna w programie Newsnight opowiada, że wstydzi się go własna żona).
Znalazłem wtedy (po lekturze NYT) wypowiedź Mutumby Janviera, prawnika, który jako pierwszy zaczął nagłaśniać co się dzieje. I mówi on, że męskie ofiary to Pigmeje. To kazało mi wówczas myśleć, że chodzi o głownie o prześladowania rasowe: Pigmeje spotykają się ze strzasznym rasizmem, a często po prostu przemocą ze strony sąsiadów (polecam poszukać materiałów na własną rękę). Jednak w Newsnight podają, że do dziś w Kivu zgwałcono aż 24 proc. wszystkich mężczyzn (chociaż nie mówią skąd te dane). Jeżeli to prawda, to niemożliwe, żeby byli to tylko Pigmeje: po prostu nie ma ich tam aż tylu.

Fot.  Jehad Nga dla The New York Times

No i tu zaczynają mi się nasuwać pytania. A konkretnie pytania o to, jak gwałciciele traktują siebie samych. To znaczy, gwałt na mężczyźnie jest oczywiście najwyższą formą poniżenia w Kongu i nie tylko. Zgwałcony mężczyzna jest “zbrukany”, “splamiony” czy co tam jeszcze i spada na niego wielki wstyd. Ale co w takim razie z samymi gwałcicielami? Czy oni dokonując takiego gwałtu nie powinni się czasem automatycznie zaliczać do tej samej kategorii co zgwałcony? Logicznie tak, ale pewnie ci, którzy to robią, mają taki sam pokręcony sposób myślenia, jak wielu długoletnich więźniów na całym świecie: ktoś cię gwałci, to “pedalstwo”, ty kogoś gwałcisz – nie ma o czym mówić.
Chciałbym kiedyś przeczytać badania jakiś psychologów w tym temacie.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.