Archive

Posts Tagged ‘Irak’

Akademicy wracają z ferii

Przed Wigilią, z Iraku wyjechał ostatni amerykański żołnierz. I pewnie nieprędko tam wróci. Ale pod natłokiem medialnych analiz przemówienia Obamy i migawek z honorowego zwijania flagi USA w bagdadzkiej bazie Victory, mało kto zauważył, że wielki comeback nad Eufrat i Tygrys szykuje inna owiana tam niesławą armia. Nasi starzy znajomi – najemnicy z Blackwater.

Blackwater

Dział Zagraniczny pisał już o Blackwater dość wyczerpująco, ale nie zaszkodzi przypomnieć kilku faktów.

Tę największą na świecie armię najemników założył Erik Prince, człowiek, którego najlepiej podsumowuje to, że zrezygnował z odbywanego w młodości stażu w Białym Domu, bo oburzało go, że członkowie administracji prezydenta Busha (tego starego) spotykają się tam z przedstawicielami tak nikczemnych środowisk jak homoseksualiści i ekolodzy. Po latach, już za czasów Busha juniora, jego firma dostała kontrakty w Afganistanie i Iraku, gdzie szybko dała się poznać z najlepszej strony. Specjalność: kradzież broni, przemyt tejże, pranie brudnych pieniędzy, korzystanie z nieletnich prostytutek i imprezy z taką ilością kokainy, że zakłopotany byłby nawet Pablo Escobar.

Ale popisowym numerem chłopaków z Blackwater było mordowanie cywilów. Najlepiej na oczach świadków, żeby później nikt nie mógł powiedzieć, że to lipa. A to raz, na oczach amerykańskich żołnierzy, najemnicy Prince’a ostrzelali sobie jakiś samochód, zabijając wszystkich w środku, a to innym razem sprzedali kulę w łeb kierowcy karetki. Czemu? A czemu nie? Szczyt osiągnęli w 2007 r., kiedy na bagdadzkim placu Nisour położyli trupem 17 osób. Szlachta się bawi, na koszta nie baczy.

Niestety, ułańskiej fantazji Prince’a i kolegów najwyraźniej nie podzielał nikt poza nimi. Ich zbrodnie skrupulatnie odnotowała w specjalnym raporcie armia USA, rząd Iraku cofnął im licencję na działalność na terenie jego kraju, a krewni licznych ofiar ruszyli do sądów z pozwami. Żeby oczyścić trochę powietrze, w 2009 r. Blackwater zmieniło nazwę na Xe, a już rok później Prince sprzedał firmę i przeprowadził się do Zjednoczonych Emiratów Arabskich, żeby według własnych słów: “Utrudnić szakalom dobranie się do moich pieniędzy”.

Erik PrinceErik Prince opowiada, co robił w weekend (Fot. Mark Wilson/Getty Images)

Ale starego psa nie uczy się nowych sztuczek. Prince pozostał w zawodzie: za pieniądze arabskich szejków uzbraja armię Puntlandu, samozwańczego państwa na północy Somalii a zarazem siedziby tamtejszych piratów. Tymczasem Xe kupili bliscy przyjaciele jego rodziny, którzy cały ubiegły rok spędzili na mozolnym odbudowywaniu marki. Nie szczędząc przy tym grosza na nowych sojuszników. W ostatnich miesiącach, zatrudnienie w firmie znaleźli między innymi były prokurator generalny John Ashcroft, dawny prawnik Billa Clintona Jack Quinn, oraz Suzanne Folsom, która przez lata pracy w AIG wyrobiła sobie kontakty na wagę złota.

I tak, na Gwiazdkę stał się cud. Xe zmieniło nazwę na Academi. I chce wrócić do Iraku.

Wycofanie się amerykańskich wojsk z Iraku, przywitali z ulgą wszyscy, za wyjątkiem pracujących tam dyplomatów. Którzy wpadli w panikę, bo w takich przypadkach, jak np. wjechanie konwoju na minę, pod nieobecność żołnierzy sprawną ewakuację drogą powietrzną są w stanie przeprowadzić tylko doświadczeni i dobrze wyposażeni najemnicy. Doskonale zdaje sobie z tego sprawę Departament Stanu, który dla ochrony swoich pracowników w Iraku już zatrudnia 5 tys. kontraktorów, a na dwa miesiące przed wycofaniem się armii, ogłosił, że poszukuje prywatnej firmy, która jest w stanie zapewnić właśnie ratownictwo drogą lotniczą. Nad Tygrysem i Eufratem znowu można zarabiać.

Blackwater aka Xe vel Academi nie chce zostawać z tyłu. Ted Wright, nowy szef firmy, zapowiada w rozmowie z magazynem “Wired”, że jej głównym celem jest znowu robić interesy nad Zatoką Perską. A wątpliwości, że iracki rząd może jednak mieć zastrzeżenia co do powrotu specjalistów od radosnego pociągania za spust w zatłoczonych miejscach, Wright rozwiewa zapewnieniami, że korporacja zapozna swoich pracowników z “nowym kodeksem postępowania”, a podstawą jej działalności będą od tej pory “odpowiedzialność i przejrzystość”.

Jak to na akademików przystało.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Advertisements

Armia na każdą kieszeń

Jakiś czas temu, pewien magazyn zamówił u mnie tekst o najemnikach. Materiał dostarczyłem szybko, ale właśnie wtedy zatrzęsło Japonią i artykuł trafił do poczekalni. A teraz dowiedziałem się, że koncepcja się zmieniła i nie pójdzie już w ogóle.
Ponieważ o najemnikach zdążyły już od tamtej pory napisać między innymi “Przekrój” i “Wyborcza”, to nie ma sensu, żebym oferował tekst innym redakcjom i wrzucam go tu w lekko okrojonej wersji. Endżoj.

Najemnicy w LibiiMężczyzna oskarżony przez libijskich rebeliantów o bycie najemnikiem (Fot. Goran Tomasevic/Reuters)

Muammar Kaddafi zwalcza rewolucję w Libii, zatrudniając setki najemników. Nie jest to jego wybryk, z ich usług korzystają państwa na całym świecie, a zawód kojarzący się z książkami od historii, jest dziś dochodowy jak nigdy

Cios. Czarnoskóry mężczyzna łapie się za głowę, twarz wykrzywia mu ból. Ludzie kłębią się dookoła, krzyczą, popychają. Są wściekli. – Kto ci rozkazał?! – wołają – Kto?! Kaddafi?! Ofiara jest skołowana, wodzi dookoła pustym wzrokiem. – Oficerowie… – mamrocze niewyraźnie i wyciera rozbity nos. Chwilę później pięść znowu ląduje na jego twarzy, przewraca się, najbliżej stojący zaczynają go kopać. – Już dość! Nie bijcie go! – słychać wołanie. Filmik się urywa. Następne wideo: zakrwawiony Afrykanin w mundurze i wojskowych butach, leży na ziemi i błaga o litość. Kilku Arabów zasłania go własnymi ciałami, inni próbują uspokoić tłum, który chce go zlinczować. Po minucie nagranie się kończy. Nie wiadomo, co stało się z mężczyzną, ale inny materiał jest bardziej szokujący – biały jeep, na masce leżą dwa sine, czarne ciała. Gapie robią zdjęcia komórkami.
To tylko trzy z kilkudziesięciu kręconych telefonami filmików, jakie każdego dnia wrzucają do internetu Libijczycy próbujący obalić dyktaturę Muammara Kaddafiego. Mają potwierdzać podawane przez światowe media informacje, że pułkownik wysłał przeciw własnemu narodowi ściągniętych z Afryki Zachodniej najemników. To hasło może się czytelnikom kojarzyć ze średniowieczem. Nic bardziej mylnego. W dzisiejszych czasach najemnictwo nie tylko ma się świetnie. Jest nawet jednym z najbardziej dochodowych biznesów na świecie.

Armię wynajmę od zaraz
Kaddafi nie musiał szukać długo, żeby znaleźć chętnych do walki w swojej obronie. Przez lata wspierał finansowo partyzantów z Czadu, Sudanu czy Nigru, od których mógł teraz zażądać spłaty długów. Ale wygląda na to, że w panice sięgnął po każdego, kto chciał zarobić – Al-Dżazira podaje, że w Nigerii i Gwinei pojawiły się oferty po 2 tys. dolarów zapłaty dla tych, którzy zdecydują się tłumić rewolucję w Libii.
Afryka to prawdziwy supermarket, w którym każdy z odpowiednio głęboką kieszenią może wybierać takich najemników, jakich tylko zapragnie. Krwawe konflikty w Liberii, Kongu, Rwandzie czy Sudanie, pozostawiły po sobie zastępy weteranów, którzy tylko czekają na oferty.
Kiedy w 1991 r. Zjednoczony Front Rewolucyjny rozpoczynał mającą potrwać 11 lat wojnę domową w Sierra Leone, 80 proc. jego członków pochodziło z krajów sąsiednich, a opłacano ich nielegalnie wydobywanymi diamentami. 7 lat temu Mark Thatcher, syn Margaret, byłej premier Wielkiej Brytanii, sfinansował wyprawę niemal setki byłych żołnierzy z RPA, którzy mieli obalić przywódcę bogatej w ropę Gwinei Równikowej. Do tego grona dołączył ostatnio Laurent Gbagbo, dotychczasowy prezydent Wybrzeża Kości Słoniowej, który nie chce się pogodzić z przegraną w listopadowych wyborach, więc do pomocy sprowadził sobie byłych partyzantów z Liberii.
Jednak większość współczesnych najemników operuje nie tylko w Afryce, a ich pracodawcami nie są wcale egzotyczni dyktatorzy. W rzeczywistości, największym z nich są Stany Zjednoczone.
Od kilkunastu lat branżą rządzą prywatne kompanie wojskowe. Działają jak dawni kondotierzy, którzy w czasach renesansu wynajmowali całe armie włoskim miastom-państwom i walczyli o ich sprawę za sowite wynagrodzenie. Nowocześni kontraktorzy to nastawione na zysk korporacje, które klientom oferują pełny zakres usług: od wojskowego treningu, przez analizy, wsparcie operacyjne, strategiczne planowanie aż po działania militarne.
Kompanie w niczym nie ustępują armiom z prawdziwego zdarzenia. Swoich pracowników rekrutują spośród byłych żołnierzy sił specjalnych i policjantów z elitarnych jednostek antyterrorystycznych. Ich szeregi zasilają między innymi dawni wojskowi z amerykańskich Navy SEALs, nepalscy Ghurkowie (chluba armii brytyjskiej) czy emerytowani oficerowie polskiego GROM-u (dwóch z nich, pracując dla jednej z tych organizacji, zginęło w 2004 r. w Iraku). Korporacje kuszą ich fantastycznymi zarobkami. W firmach ze Stanów Zjednoczonych, personel tej narodowości na niektórych kontraktach dostaje nawet po okrągły tysiąc dolarów wypłaty dziennie. Pracownicy z innych krajów na aż takie luksusy liczyć nie mogą, ale i tak ich pensje kilkakrotnie przewyższają państwowy żołd.
Dawniej do tego biznesu trafiało się przez znajomości, już po odejściu z czynnej służby. Teraz popyt jest tak duży, że kompanie szukają nowych członków nawet podczas trwających misji, np. w Afganistanie działa kilkanaście punktów werbunkowych, w tym jeden nieopodal polskiej bazy wojskowej Gardez.
Z usług najemników korzystają praktycznie wszyscy działający w strefach zagrożenia. Przedsiębiorstwa wydobywające ropę i diamenty, organizacje pozarządowe, dziennikarze, nawet ONZ wynajmowało ich do ochrony swoich konwojów humanitarnych. Najbardziej lukratywne są jednak kontrakty rządowe. W latach 90. firmy tego typu tłumiły bunty między innymi w Sierra Leone, Angoli czy na Papui-Nowej Gwinei, licząc sobie za to grube miliony. Żaden kraj nie był jednak tak hojny jak Stany Zjednoczone, które od 2001 r. miały przeznaczyć na ich kontrakty ok. 100 mld dolarów.
W Iraku ich personel był drugim pod względem liczebności kontyngentem zbrojnym po Amerykanach, ale już w Afganistanie prześcignęli USA dwa lata temu. Kompanie zajmują się praktycznie wszystkim: od prowadzenia i zaopatrywania stołówek, przez stróżowanie w bazach wojskowych, szkolenia dla żołnierzy, i konwojowanie ładunków (jedna z nich wspomagała między innymi transport rosomaków dla polskiej armii w Afganistanie trzy lata temu). Przede wszystkim zajmują się jednak ochroną zagranicznych oficjeli.
Ich popularność bierze się stąd, że są tańsi niż tradycyjne wojsko i absolutnie skuteczni: w Iraku nigdy nie zginął żaden z ochranianych przez kompanie dyplomatów (jedna z nich w 2007 r. uratowała życie polskiemu ambasadorowi Edwardowi Pietrzykowi, na którego przeprowadzono zamach przy użyciu samochodu-pułapki).

Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością
– Złodzieje za dnia, terroryści nocą – tak o działających w Afganistanie prywatnych kompaniach wojskowych wyraził Hamid Karzaj, prezydent kraju.
Blackwater (po fali skandali zmieniła nazwę na Xe, żeby odciąć się od starego wizerunku), do niedawna największa i najbardziej znana z korporacji, co prawda z wszystkich powierzonych jej zadań wywiązywała się celująco, ale przy okazji miała prać brudne pieniądze i przemycać broń. Jej najemnicy tylko w latach 2005-2007 wdali się w prawie 200 strzelanin, a późniejsze śledztwo pokazało, że 80 proc. z nich sami zaczęli. Najgłośniejsza była ta z 16 września 2007 r., kiedy w centrum Bagdadu zabili 17 cywilów, w tym lekarkę i jej dziecko. Żołnierzy innego potentata branży, DynCorp, oskarżano, że w Bośni brali udział w fałszerstwach dokumentów i stręczycielstwie. Sandline International, założona przez skompromitowanych weteranów apartheidu z RPA, łamała embargo ONZ na dostawy uzbrojenia do Sierra Leone. Wiele firm bez cienia skrupułów uczy też wyrafinowanych technik wojskowych klientów, których reputacja jest co najmniej wątpliwa (np. Saracen International szkoli od zeszłego roku siły zbrojne Puntlandu, nieuznawanego przez żadne państwo na świecie rządu w północnej Somalii, który odłączył się od reszty kraju podczas wojny domowej). Problem w tym, że nie bardzo wiadomo kto miałby ich za to wszystko pociągać do odpowiedzialności..
Większość kompanii to byty niemal wirtualne. Na ogół składają się z wielu spółek-córek, zarejestrowanych w egzotycznych krajach i powiązanych ze sobą na tyle niejasno, że trudno dojść która jest tak naprawdę za co odpowiedzialna. Na etatach pracuje w nich garstka osób, a najemników zatrudniają u siebie czasowo, tylko na czas wykonania umowy z klientem, po czym wypuszczają ich z powrotem na rynek. W ten sposób jeden weteran może w ciągu roku wziąć udział w kilku misjach bojowych na dwóch zupełnie różnych kontynentach, pracując dla różnych korporacji. W takich przypadkach nie wiadomo kto kogo i gdzie miałby sądzić. W dodatku ostatnie lata mogą najemników jeszcze utwierdzać w przekonaniu, że są bezkarni.
Paul Bremer, który przez rok po amerykańskiej inwazji na Irak pełnił funkcję jego cywilnego administratora, tuż przed odejściem z urzędu wydał dekret, który de facto dawał najemnikom z USA immunitet.i wyłączał ich spod lokalnej jurysdykcji. Kiedy po słynnej masakrze w centrum stolicy, rząd w Bagdadzie odebrał firmie Blackwater licencję na działanie kraju, ta nic sobie z tego nie robiła. Sprawców strzelaniny szybko wywieziono do Stanów pod pretekstem, że będą tam sądzeni za swoje czyny, a już na miejscu sprawę od razu umorzono. W zeszłym roku założyciel Blackwater, Erik Prince, sprzedał swoją korporację i uciekł przed licznymi pozwami cywilnymi do Zjednoczonych Emiratów Arabskich. – To utrudni szakalom dorwanie moich pieniędzy – powiedział niedawno w wywiadzie dla „Men’s Journal”.
W przypadku najemników Kaddafiego, sprawa wydaje się jednak prostsza. Chociaż prawdziwą międzynarodową zbieraniną – doniesienia mówią o czarnoskórych żołnierzach mówiących zarówno po angielsku, jak i francusku, oraz Białorusinach, Ukraincach i kilku Włochach – to dopóki wydarzenia w Libii pozostają wewnętrzną sprawą tego kraju, są po prostu prywatnymi osobami nielegalnie używającymi przemocy. Prościej mówiąc: przestępcami i jako tacy mogą być później skazani przez zwykły sąd. Oczywiści tylko pod warunkiem, że próbę sił wygra opozycja, a nie dyktator. Bo zwycięzców się nie sądzi.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

PS Warto jeszcze dodać, że choć libijski dyktator faktycznie sprowadził sporo czarnoskórych najemników z Afryki Zachodniej, to najprawdopodobniej większość z pojmanych przez rebeliantów mężczyzn to w rzeczywistości biedni imigranci, którzy do Libii przybyli w poszukiwaniu pracy, albo żeby dostać się z niej do Europy. Pisze o tym między innymi Mariusz Zawadzki w dzisiejszej “Świątecznej” w tekście “Robotnicy wojny”. Dobry artykuł, polecam.

Sandra robi botoks

Upływający tydzien spokojnie możemy zaklasyfikować jako mocno penitencjarny.

1. Świstak zaraz nie będzie miał w co zawijać

Wiadomość tygodnia, to oczywiście powrót wojny domowej na Wybrzeże Kości Słoniowej. Co prawda jeszcze nie oficjalnie, ale wszystko na to wskazuje.
Podłoże jest dokładnie wyjaśnione we wpisie z 12 grudnia, ale przypomnijmy szybko, że poprzedni konflikt wybuchł w 2002 r. i de facto podzielił kraj na dwie połowy: kontrolowaną przez rebeliantów północ i rządowe południe. W 2007 obie strony podpisały zawieszenie broni i wszystko miało pójść w niepamięć w listopadzie zeszłego roku, podczas wyborów prezydenckich. Z tym, że rządzący do tej pory Laurent Gbagbo obraził się na wyniki, powiedział, że nie uzna swojej przegranej i zamknął się w budynkach rządowych. Tymczasem uznawany przez resztę świata za nową głowę państwa Alassane Ouattara też nie wychodzi ze swojej siedziby, którą jest obstawiony przez błękitne hełmy luksusowy hotel. W kraju pat, czasem jakieś ruchawki na ulicach, są zabici i ranni.
Partyzanci z północy najwyraźniej nie wytrzymali już ciśnienia i w nocy z czwartku na piątek zajęli miasto Zouan-Hounien przy granicy z Liberią. Z której na pomoc Gbagbo ciągną ponoć wzywani przez niego najemnicy. Według statystyk UNHCR, z kraju ucieka już ok. 5 tys. osób dziennie. Nowa wojna wisi w powietrzu.
Tymczasem ceny kakao osiągnęły najwyższy poziom od 32 lat (przypomnijmy, że 1/3 nasion na świecie jest produkowana właśnie na Wybrzeżu Kości Słoniowej, a Unia Europejska nałożyła na nie embargo, licząc, że zmusi Gbagbo do oddania władzy). Innymi słowy: ruszajcie do sklepów po czekoladę, bo Dział Zagraniczny przewiduje smutną Wielkanoc.

2. Prison botoks

W grudniu Dział Zagraniczny zajmował się też tym, że kartele narkotykowe w Meksyku się feminizują, a najsłynniejszą kobietą-narco jest tam Sandra Ávila Beltrán. Znana jako Królowa Pacyfiku.
Królowa siedzi teraz w stołecznym więzieniu i czeka, jak potoczą się jej losy, a na rozprawach ewidentnie nie chce wypaść źle, bo dwa tygodnie temu przez media przetoczyła się wiadomość, że władze aresztu pozwoliły pewnemu doktorowi odwiedzić Sandrę za kratkami i strzelić jej kilka zastrzyków z botoksu. Co – jak łatwo się domyślić – nie należy do tej samej grupy praw więźnia, co np. prysznic.
Naczelnika zakładu oczywiście zwolniono, ale w ten piątek zdołał się poskarżyć, że nieniesłusznie, bo botoks był nie dla Królowej, tylko dla niego samego. Chciał chłopak dobrze wyglądać na spacerniaku. Sandra całą sprawę komentuje tak:

Sandra robi botoksJaki botoks? Fot. EFE

3. Tenis, mąka, sznaucery

Skoro już Meksyk, to odnotujmy, że w poprzedni weekend zaczął się w Acapulco Mexican Open. Miejscowi gangsterzy postanowili uczcić turniej tenisa, mordując 13 osób i podpalając pięć samochodów. Nie wiadomo, czy wcześniej robili sobie zastrzyki z botoksu.

Rzutem na taśmę, przelećmy sobie jeszcze jeden z ulubionych tematów Działu Zagranicznego: przestępczość w Ameryce Centralnej. W poprzednią niedzielę, w Gwatemali komuś nie spodobało się, że klub piłkarski Xinabajul (z miasta Huehuetenango) ma kiepskie wyniki, w związku z czym zastrzelił jego prezesa (w listopadzie to samo spotkało szefa klubu Malacateco). We wtorek, w stolicy kraju tłum zlinczował czterech mężczyzn podejrzanych o kradzież… mąki (w zeszłym roku kolektywna sprawiedliwość ulicy zakatowała w sumie 39 osób). A tego samego dnia, w sąsiednim Hondurasie, inni złodzieje zastrzelili ewangelickiego pastora, bo nie chciał im oddać… swoich dwóch sznaucerów. Dział Zagraniczny doszukał się tylko, ze oba skradzione psy to szczeniaki, nie wiadomo czy miniaturki, czy olbrzymy.

4. No tak, no, zabił, ale ma kartę “Wychodzisz z więzienia”

Informowaliśmy już w dwóch podsumowaniach tygodnia, o sytuacji Amerykanina w Pakistanie, który zastrzelił dwóch mężczyzn na ulicy, twierdząc że w samoobronie. Ten tydzien przyniósł już pewne informacje, że Raymond Davis co prawda członkiem CIA nie był, ale działał “na zlecenie” agencji. Czytaj: był płatnym mordercą. Stany mają jednak taką twardą zasadę, że nie porzucają swoich ludzi w potrzebie, w związku z czym dowodzą, że zabójca czy nie, to przed strzelaniną został wpisany na listę pracowników ambasady i immunitet ma. Więc, Pakistanie, przestań szlochać i wypuść Raymonda.
Dział Zagraniczny nie wgłębia się w sprawę jakoś szczególnie, ale pierwsze co przychodzi do głowy to: Waszyngtonie, bardzo git z twojej strony, że nie porzucasz ziomka w potrzebia, szkoda że równocześnie dajesz wszystkim prawdziwym pracownikom ambasady w Islamabadzie jasny sygnał “Chłopaki, czas bardzo szybko zmienić siedzibę firmy”.

5. Łaska pańska

Zajrzyjmy szybko do sąsiada. W Afganistanie na wolność wyszedł właśnie Sayed Mussa. Mężczyzna trafił do więzienia w maju zeszłego roku, po tym jak lokalna telewizja pokazała nagrania, na których widać modlących się Afgańczyków, którzy zmienili wiarę na chrześcijaństwo. Większość szybko się ukryła, ale Sayed wpadł.
W kraju teoretycznie panuje wolność wyznania, ale prozelityzm (czyli właśnie zmiana wiary, czytaj: przede wszystkim z islamu na jakąkolwiek inną) jest surowo zabroniony. Mussie groziła nawet kara śmierci. Po 9 miesiącach odsiadki i licznych międzynarodowych naciskach, mężczyzna został wypuszczony z aresztu, a prokuratura umorzyła dochodzenia. Formalnie z braku wystarczających dowodów, nieoficjalnie podobno pod warunkiem, że Sayed wróci do dawnego wyznania.
W więzieniu wciąż przebywa inny mężczyzna, zatrzymany pod tymi samymi zarzutami.

6. Kto butem wojuje, od buta ginie

Jeszcze kraje muzułmańskie. Czytelnicy Działu Zagranicznego być może kojarzą kim jest Muntazer al-Zaidi, ale jeżeli nie, to wyjaśniamy, że to ten były dziennikarz z Iraku, który wsławił się ciśnięciem buta w stronę ówczesnego prezydenta USA, George’a W. Bush. Przypomnijmy:

Al-Zaidi został wówczas na krótko aresztowany. W tym tygodniu powtórnie trafił do paki, za publiczne nawoływanie do rebelii w stylu egipskim. Na razie nie wiadomo jeszcze, ile czasu spędzi za kratkami.
W ramach ciekawostki, przypomnijmy tylko, co przez ostatnie lata działo się z facetem, który zapoczątkował prawdziwą falę rzucania butami w nielubianych polityków (ofiarami, oprócz Busha, padli też między innymi Wen Jiabao, Dominique Strauss-Kahn, Palaniappan Chidambaram, oraz Mahmud Ahmadineżad). Otóż w grudniu 2009, Al-Zaidi sam stał się celem takiego ataku: swoim obuwiem cisnął weń na konferencji prasowej inny dziennikarz, który oskarżył Muntazera o wybielanie dyktatury Saddama Husajna. Zaidi od jakiegoś czasu mieszkał w Bejrucie, gdzie pisywał felietony do miejscowej gazety. Emigracja mu się najwyraźniej znudziła, ale jak widać, powrót do domu w jego przypadku oznaczał powrót na więzienną pryczę.
Ciekawe, czy w bagdadzkim areszcie robią botoks?

7. Kevin Costner wraca do gry!

Wyspy Marshalla zalało. Konkretnie Majuro, stolicę, którą zamieszkuje ponad połowa z wszystkich 55 tys. mieszkańców archipelagu.
Wyspy Marshalla są znane z dwóch rzeczy. Pierwsza jest taka, że drugie największe skupisko ich mieszkańców – wyspa Ebeye – jest powszechnie uważana za najgorszy slums na Pacyfiku. A druga to fakt, że najwyższe wzniesienie w kraju to niecałe 3 metry nad poziomem morza. A według oceanologów, poziom wód na świecie będzie się przez następne lata podnosił. W związku z czym rząd Wysp Marshalla ogłosił właśnie, że wybuduje wokół stolicy wielki mur, który powstrzyma zalania.
Dział Zagraniczny mówi: Waterworld!

KevinNiektórzy w młodości wierzyli w Jezusa, Dział Zagraniczny wierzył w Kevina Costnera

8. Czyli nie macie kasy?

I to podsumowanie tygodnia zakończmy radosnym, morskim właśnie akcentem. Na Sri Lankę wrócili właśnie rybacy, których kuter zaginął na Oceanie Indyskim na początku miesiąca. Marynarze wyjaśnili, że po prostu napadli ich piraci, którzy dokonali abordażu, zabijając dwóch rybaków i uprowadzili łódź do Somalii. I dopiero wtedy postanowili pogadać ze swoimi ofiarami. Według tych drugich, dialog wyglądał z grubsza tak:
– Jesteście z Iranu?
– Nie, ze Sri Lanki.
– A, czyli nie macie kasy? No to sorry, nasza pomyłka. Możecie wracać do domu.
Dział Zagraniczny nie posiada się z radości, że są jeszcze na świecie piraci, którzy wykazują empatię.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

PS W ramach tygodniowego bonusa, video ze spotkania piłkarskich reprezentacji do lat 20 w meczu Ekwador-Chile. Komentarz po hiszpańsku, ale wystarczy się przyglądać:

Szakale i humanitaryzm

04 stycznia we wpisie “Psy wojny” (a jeszcze wcześniej, choć tylko zarysowując sprawę, 05 grudnia we wpisie “Johnny Depp bez pudru”) Dział Zagraniczny informował o bardzo tajemniczej działalności najemników w Somalii, w którą zamieszani są były wysokiej rangi dyplomata z USA i emerytowany superagent CIA. Okazuje się, że sprawą zajął się też inny tytuł: The New York Times.
Wnioski są dwa. Po pierwsze, redaktorzy zza oceanu zaczynają dzień od lektury tego bloga. Po drugie, skoro biorą się za to w Stanach, to zaraz stanie się to super interesujące dla polskiego czytelnika i Dział Zagraniczny będzie musiał przestać o tym pisać.
Tymczasem korzystajmy z tego, co opublikował NYT, bo jego dziennikarze jak zwykle odwalili pełną profeskę i odkryli wszyskie tajemnice. Które mieszczą się w trzech słowach: Zjednoczone Emiraty Arabskie. No i może jeszcze w bonusie: Blackwater.

Więc tak, tym tajemniczym “państwem muzułmańskim”, które sponsoruje działalność Saracen International w Rogu Afryki są Zjednoczone Emiraty Arabskie. Zdaniem informatorów NYT, Abu Zabi sfinansowało prowadzone przez firmę szkolenie sił antypirackich i jej uzbrojenie, bo działalność somalijskich korsarzy coraz bardziej zagraża interesom arabskiego państewka. Szejkowie nie pozwalają sobie na nieprzewidziane straty.
Dużo ciekawszy jest za to poufny raport Unii Afrykańskiej z 12 stycznia, do którego dotarli amerykańscy dziennikarze. Wynika bowiem z niego, że inicjatorem całej akcji, jej pierwszym sponsorem i pośrednikiem pomiędzy Saracen a Emiratami jest nie kto inny jak sam Erik Prince.

Prince to były komandos Navy SEALs, z którymi był na misiach między innymi na Haiti i w Bośni. Do historii przeszedł jednak dopiero po zakończeniu służby, kiedy w 1997 roku założył niesławne Blackwater, prywatne przedsiębiorstwo wojskowe, a de facto armię najemników. Firma zbiła fortunę na kontraktach z rządem USA po jego inwazji na Afganistan, a później Irak. W Zatoce Perskiej prywatni kontraktorzy stanowili drugi po armii Stanów Zjednoczonych największy kontyngent wojskowy (20 tys. pracowników pełniących służbę zbrojną i kolejne 109 tys. świadczących usługi cywilne – np. zaopatrzenie i wyżywienie – na rzecz zachodniej koalicji). 1/3 wydatków na działania wojenne w Iraku trafiła do tego rodzaju przedsiębiorstw, a Blackwater była największym beneficjentem spośród tych stricte militarnych.

Erik PrinceTak, Zbyszek, który w twojej firmie naprawia komputery, w wolnych chwilach dowodzi największą armią najemników na świecie (Fot. Gerry Brome/AP)

Prince od dawna próbował znaleźć nowe rynki zbytu dla swojej działalności i najwyraźniej pogrążona w wojnie domowej od 20 lat Somalia wydała mu się idealna. Zdaniem informatora New York Timesa, już wiosną 2005 roku miał wystąpienie w kwaterze głównej CIA, której proponował, żeby oparła swoje działania paramilitarne na jego kadrze pracowniczej, a w 2008 chciał sobie zapewnić kontrakty na ochronę u przedsiębiorstw, których statki często przepływają w okolicach Somalii i są narażone na ataki tamtejszych piratów. W tym celu przerobił nawet dawny okręt oceanograficzny na jednostkę bojową wyposażoną w działka i samolot bezzałogowy.
Oczywiście sam Prince patrzy na to zupełnie inaczej.
– Dobrze wiadomo, że pan Prince od dawna chce pomóc Somalii w zwalczeniu piractwa – mówił gazecie Mark Corallo, jego rzecznik prasowy – Jest przede wszystkim zaangażowany w starania humanitarne.

Przypomnimy zatem jakie to starania humanitarne były powodem zmiany nazwy firmy z Blackwater na Xe. Pracownicy Erika Prince’a w Afganistanie nie zwracali jeszcze na siebie tak ogromnej uwagi mediów, ale już w Iraku ich działania wywoływały skandal za skandalem, w sprawie wielu toczyły się śledztwa. Zarzuty o nie płacenie podatków, pranie brudnych pieniędzy, przemyt broni, wykorzystywanie nieletnich prostytutek czy wreszcie niszczenie dowodów swojej działalności to mały pikuś. Oburzenie międzynarodowej opinii publicznej brało się z tego, że najemnicy z Blackwater mieli zwyczaj strzelać do każdego, kto wzbudził ich jakiekolwiek wątpliwości.
W raportach ujawnionych swego czasu przez Wikileaks roi się od takich meldunków jak ten z 14 maja 2005, kiedy patrol amerykańskich żołnierzy melduje, że był świadkiem jak pracownicy Blackwater ostrzelali cywilny samochód, zabijając prowadzącego go mężczyznę, a jego żonę i córkę raniąc. 2 maja 2006 pracownicy firmy zastrzelili kierowcę karetki. Ale największa i najbardziej znana zbrodnia najemników Prince’a miała miejsce 16 września 2007 roku, kiedy rozpętali małe piekło na bagdadzkim placu Nisour i położyli trupem 17 cywilów.
Starania humanitarne, nie ma co.

Oczywiście tym, którzy pociągali za spust włos z głowy nie spadł, wywieziono ich z kraju, a amerykańskie władze przyznały im immunitet w zamian za złożenie zeznań. Rząd Iraku odebrał firmie licencję na działalność na terenie jego państwa, a ona sama po fali krytycznych artykułów na swój temat zmieniła nazwę z Blackwater na Xe Services. Wreszcie, w grudniu zeszłego roku, Prince miał już dość użerania się z kolejnymi pozwami, które płynęły na adres swojej korporacji i sprzedał ją grupie inwestycyjnej USTC.
Ostatnio przeprowadził się do Zjednoczonych Emiratów Arabskich.
– To utrudni szakalom dobranie się do moich pieniędzy – mówił w listopadowym wywiadzie dla “Men’s Journal”.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

PS Rodzice Prince’e byli bardzo wysoko ulokowani w politycznym towarzystwie. Jednym z ich znajomych był między innymi George Bush (senior), który w 1990 wziął młodego Erika na stażystę do Białego Domu. W jednym z nielicznych późniejszych wywiadów Prince wspominał:
– Widziałem wiele rzeczy, z którymi się nie zgadzałem: zapraszanie przedstawicieli homoseksualistów, porozumienie budżetowe, Clean Air Act [prawo z 1990 roku o kontroli zanieczyszczeń w powietrzu, miało między innymi położyć kres groźnym w tamtym czasie kwaśnym deszczom], tego typu regulacje.

Szakale, normalnie.

Plecak to nie bank

Po sympatycznym pierwszym tygodniu roku, wszystko wróciło do normy: na świecie znowu jest niefajnie.

1. Alchemik i ajatollahowie

Trudno nie zacząć od informacji, która sprawia, że pół Facebooka wchodzi na fanpejdża rządu Iranu i klika “I like”. Ajatollahowie zbanowali twórczość Paulo Coelho. Całą, bez wyjątku. Tym samym czytelnikom od Tebryzu do Zahedanu miłościwie oszczędzono takich perełek jak: “Czasami zło przychodzi pod maską dobra, lecz jego prawdziwym celem jest szerzenie zła”, albo “Wszystkie twoje myśli i odczucia mogą przyczynić się do twojego rozwoju”.
Na tym niestety kończy się schadenfreude, bo okazuje się, że zakaz ma uderzyć nie tyle w patrona wakacyjnych miłości na koloniach we Fromborku, co w jego lokalnego wydawcę. Arash Hejazi był bowiem jednym z mężczyzn, którzy w czerwcu 2009 roku próbowali bezskutecznie reanimować Nedę Agha-Soltan, zastrzeloną przez tajną milicję podczas zamieszek po sfałszowanych wyborach prezydenckich. Zamieszczone na Youtube nagranie jej śmierci szybko stało się symbolem tamtych wydarzeń, a Hejazi (na filmie to ten w białej koszulce) wielokrotnie wypowiadał się później w opozycyjnych i zachodnich mediach przeciw reżimowi w Teheranie. Ostatni zakaz ma być tylko częścią represji, które rząd stosuje wobec niepokornego wydawcy.
Coelho na swoim blogu apeluje do rządu Brazylii o działanie w tej sprawie. Dział Zagraniczny po raz pierwszy w życiu go popiera.

2. Znikające setki

W okolice Iranu (a konkretnie do Turcji, Kuwejtu i Kataru) miała jakoś w najbliższych dniach wpaść z wizytą Cristina Fernandez, prezydent Argentyny. W podróż zabierze pewnie tylko krakersy i wodę, bo na więcej jej nie stać, po tym jak została okradziona. Serio, to tak głupia historia, że Dział Zagraniczny musiał sprawdzić w kilku źródłach czy to czasem nie jakiś lokalny prima aprilis.
W skrócie było tak, że pracownik jej kancelarii podjął dokładnie 68 tys. dolarów i 17 tys. euro w Departamencie Skarbu, wypchał sobie nimi plecak i pojechał do domu. Według jego zeznań, kilka skrzyżowań od mieszkania napadło go trzech zamaskowanych mężczyzn na motorach i zrabowało forsę.
Moc. Rzecz działa się w uwielbianej przez artystów i studentów dzielnicy Palermo. Która przez cały poprzedni rok była na czołówkach lokalnych gazet z powodu dramatycznej fali napadów z bronią w ręku. Dział Zagraniczny ma radę dla pani prezydent: Cristino, zatrudniaj chłopaków, którzy czytają prasę.

Zostańmy jeszcze na chwilkę przy kasie i Palermo. W środku dzielnicy jest niewielki park poświęcony Conquista del Desierto, militarnej kampanii z końca XIX w., dzięki której Argentyna zapewniła sobie kontrolę nad Patagonią. I w której dowodcą był Julio Argentino Roca, późniejszy prezydent republiki. Julio do tej pory miał w kraju swoje ulice, place, pomniki, trafił też na 100-pesowy banknot. Ale niedługo może z niego zniknąć.
Podbój południa był bowiem takim lokanym holocaustem na małą skalę. Wszystkich indian, którzy stawiali jakikolwiek opór, wycięto, a resztę wzięto w niewolę i zadbano, żeby nie mogli się rozmnażać. W rezultacie dziś Patagonię zamieszkuje zaledwie garstka rdzennych mieszkańców, reszta to potomkowie imigrantów z Europy.
Coraz więcej Argentyńczyków zaczyna więc dochodzić do wniosku, że 10-metrowe pomniki ku czci Julia są może lekko passé. Tucumán i Santa Cruz już zmieniły nazwy ulic wcześniej noszące jego imię, takie same plany są rozpatrywane w Mendozie, Rosario i Buenos Aires. Podobno niedługo do parlamenty ma wpłynąć wniosek o usunięcie byłego prezydenta z banknotów.
Dział Zagraniczny znowu radzi: na kolejną podróż zagraniczną wyciągnąć tylko nieaktualne setki i wymieniać już na miejscu.

PesoTo już niedługo będzie item kolekcjonerski

3. Łuski

W poniedziałek straż straż Jamajki ostrzelała kuter rybacki z Hondurasu, który rzekomo kłusował na ich wodach terytrialnych. Zginął kapitan jednostki. Kilka godzin wcześniej w identycznej sytuacji, iracki kuter na swoich wodach zaatakowały siły kuwejckie. Tylko, że w Zatoce Perskiej rybacy odpowiedzieli ogniem. Trzech jest rannych, czterech “zaginionych”, nie żyje też funkcjonariusz z Kuwejtu.
Panowie, może przed otwarciem ognia warto podpłynąć i zagadać?

4. Teresa Orlowsky w hidżabie

Zostajemy w regionie i spoglądamy na nasz ulubiony Somaliland. Gdzie pewien Niemiec kręcił sobie amatorskie porno. Ale niestety wpadł. I zgodnie z surowym islamskim prawem, został skazany na cztery lata odsiadki (po której zostanie deportowany i dostanie urzędowy zakaz powrotu do kraju nad Zatoką Adeńską) oraz 10 tys. dolarów grzywny. Dla 72-latka jest jednak pewnie jakaś nadzieja, bo jak wiemy ze sprawy najemników z Saracen International, dla okazujących hojność rząd w Hargejsie ma w rękawie ułaskawienia.
Na które jednak nie mogą liczyć występujące w filmach miejscowe dziewczyny, również skazane. Rok i 900 dolarów grzywny każda. Gunter, okaż solidarność koleżankom z planu.

5. Polowanie po brazylijsku

No i last but not least, skandal dyplomatyczny w Brazylii. Skandal z paszportami dyplomatycznymi, konkretnie. Wyszło bowiem na jaw, że w ostatnich dniach swojego urzędowania, prezydent Lula da Silva (magiczne 87 proc. poparcia na koniec drugiej kadencji: Białorusio, a jednak można bez dodatkowych kart do głosowania), sprezentował swoim dwóm synom takie właśnie dokumenty.
Prawo mówi, że paszporty dyplomatyczne przysługują prezydenckim dzieciom do 21 roku życia, chyba że studiują – wtedy granica zostaje podniesiona do 24. Rzecz w tym, że Luiz Claudio ma lat 25, a Marcos Claudio 39. Wykorzystano więc artykuł, który mówi, że papiery można dać w zasadzie każdemy, pod warunkiem, że “służy to interesom państwa”.
Nie wiadomo, czy prawo do wjazdu prezydenckich pociech na teren USA bez wizy faktycznie przysłuży się Brazylii, ale cała sprawa inspiruje Dział Zagraniczny. Bronku, 40 milionów paszportów dyplomatycznych i nie będziesz musiał już publicznie gadać o bezpiecznych kobietach podczas polowania.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.