Archive

Posts Tagged ‘Jamajka’

Prysznic w Kopenhadze

Żołnierze od rana uwijają się jak w ukropie. Przeszukują dom po domu, biją podejrzanych, ładują setki z nich do ciężarówek wiozących ich do naprędce przygotowanych obozów. Do wieczora, wojskowi zdążą zastrzelić kilkadziesiąt osób, większość z bliskiej odległości. Zbyt bliskiej, jak na “wymianę ognia podczas walki”. Mundurowi czują się jednak bezkarni: myślą, że nikt im nie patrzy na ręce, bo na miejscu nie ma żadnych dziennikarzy, zostali odcięci od dzielnicy ścisłym kordonem bezpieczeństwa. Nie wiedzą tylko jednego – że nad ich głowami od samego początku akcji krąży samolot szpiegowski P-3 Orion. I że bardzo dokładnie dokumentuje wszystkie ich ruchy.

Chociaż od szturmu na Tivoli Gardens, slumsu w zachodnim Kingston, stolicy Jamajki, minęło już ponad półtora roku, to wciąż mało wiemy o jego szczegółach, a sama akcja wzbudza ogromne emocje, bo splatają się w niej wątki naprawdę sensacyjne: narkotyki, przemoc, korupcja, zbrodnie przeciw ludzkości i wielka polityka.

Żołnierz w TivoliTego w katalogach turystycznych jakoś nie pokazują (Fot. Rodrigo Abd/AP)

O świcie 24 maja 2010 r., do Tivoli Gardens weszło 500 żołnierzy. Gdy słońce zachodziło za horyzont, tylko jeden z nich był martwy, ale liczba ofiar wśród lokalnych mieszkańców była znacznie większa: 73 zabitych, ponad tysiąc pobitych i przymusowo wywiezionych na przesłuchania. Armia nie mogła jednak ogłosić sukcesu, bo nie osiągnęła zamierzonego celu. Jedyny poszukiwany w tym całym zamieszaniu – Christopher Coke, znany bardziej jako “Dudus” – wymknął się obławie i nikt nie miał pojęcia, gdzie się ukrywa. Wielu podejrzewało za to, że cynk o akcji sprzedał mu nie kto inny, a sam premier karaibskiej wyspy.

Jako dziecko, Dudus miał niezłe perspektywy na wpasowanie się w rolę porządnego obywatela. Był podobno bardzo zdolnym uczniem, a chodził nie do byle jakiej szkoły, bo elitarnego prywatnego liceum, gdzie swoje pociechy posyłali czołowi politycy i najbardziej prominentni biznesmeni na wyspie. Ale rodzice Coke’a nie mieli problemów z opłacaniem mu czesnego, bo jego ojciec był przywódcą największego i najbrutalniejszego gangu na Jamajce. Co bardzo szybko wróciło do Dudusa jak bumerang.

Stary Lester Lloyd Coke wybił się w przestępczym półswiatku Jamajki w latach 70., kiedy złą sławę zyskał dowodzona przez niego banda Shower Posse, zwana tak, bo dosłownie robiła swoim przeciwnikom prysznic z kul. Dekadę później, Coke wykorzystał swoje kontakty wśród bardzo aktywnej karaibskiej diaspory w Stanach Zjednoczonych i przeniósł się na ich wschodnie wybrzeże. Gang szybko podporządkował sobie części Nowego Jorku, New Jersey, Filadelfii i Florydy. Pieniądze z handlu narkotykami i bronią zaczęły płynąć szerokim strumieniem do willi w Miami, gdzie osiadł Lester, ale żaden sposób nie zahamowało to brutalności przestępców. Stary Coke został aresztowany w 1987 r. i deportowany na Jamajkę, gdzie pięć lat później zginął w tajemniczych okolicznościach, zaledwie kilka godzin po tym, jak zamordowano jego starszego syna. Młodszy Dudus nie miał innego wyjścia, jak tylko w wieku 22 lat porzucić marzenia o normalnym życiu i przejąć bandycki interes rodziny.

Dorastanie wśród elity i solidna edukacja pozostawiły jednak trwały ślad, a Christopher wniósł do przestępczego półświatka nowy sznyt. Żarliwy wegetarianin, przez znajomych określany jako cichy i wycofany, starał się zawsze trzymać w cieniu. Zamknął się w swojej willi w Tivoli Gardens i stamtąd zarządzał swoim imperium, znacznie odmieniając jego oblicze. Pod jego przywództwem Shower Posse się stonowało, pokazowe egzekucje przeciwników odeszły do przeszłości. Dudus wyniósł też cenną wiedzę z lekcji historii: strachem można szybko wymusić posłuszeństwo, ale żeby zyskać trwałe poparcie, trzeba okazać szczodrość. I tej Coke nigdy nie żałował: opłacał czesne szkolne dzieciom ze swojej dzielnicy, dawał pieniądze na leczenie starych, a gdy było już za późno, łożył na ich pogrzeby. Pomagał znaleźć pracę, urządzał publiczne imprezy z darmowym jedzeniem. Przy pomocy uzbrojonych bandziorów, całkowicie wytępił drobne kradzieże na swoim terenie. Ci sami przestępcy gorliwie pilnowali, żeby – zgodnie z jego zaleceniem – niepełnoletni nie szwędali się po Tivoli Gardens po zmroku. Ulica go kochała. Ale ważniejszych sojuszników miał o wiele, wiele wyżej: na szczycie rządu.

Golding w TivoliBruce Golding, premier Jamajki, a wolnych chwilach najlepszy ziomek Dudusa (Fot. Ramon Espinosa/AP)

Dudus nie był takim aniołkiem, za jakiego chciał uchodzić. W okrucieństwie prześcigał najbrutalniejszych psychopatów – dobrze znana jest historia, jak to pociął piłą mechaniczną podwładnego, którego podejrzewał o nielojalność. A całą swoją działalność dobroczynną finansował z przestępczego biznesu, który rozwijał jak dobry biznesmen – Shower Posse pompowało coraz więcej narkotyków w amerykańskie wschodnie wybrzeże, a od kilku lat wyrastało też na czołowy gang w Toronto. Coke mógł być jednak pewien, że dopóki siedzi na Jamajce, jego pozycja jest niezagrożona. Miejscowi politycy byli gotowi go chronić, bo dostarczał im najbardziej pożądany z możliwych towarów – głosy wyborców.

Od uzyskania niepodległości w 1962 r., na Jamajce rozwijała się przedziwna symbioza polityki i przestępczości zorganizowanej. Po władzę sięgały na przemian dwa ugrupowania – Jamajska Partia Pracy (JLP) i Ludowa Partia Narodowa (PNP) – które dla zdobycia przewagi, nie cofały się przed żadnymi rozwiązaniami. Działacze obu stron zaczęli uzbrajać bandy przestępców, którzy w zamian za broń i przymykanie oka na ich działalność, zobowiązywały się rozbijać wiece przeciwników, a innych przymuszać na głosowanie na swoich patronów. System polityczny wykorzenił się jeszcze bardziej, kiedy zaczęto budować osiedla z mieszkaniami socjalnymi – politycy wpadli bowiem na pomysł, że skupienie w jednym miejscu bandytów i tłumów podatnych na zastraszenie wyborców, ułatwi zdobywanie mandatów parlamentarnych. W całym kraju zbudowano ponad 20 takich osiedli: w zależności od tego, która partia patronowała budowie konkretnego z nich, lokale przyznawano jej zwolennikom. I, oczywiście, zblatowanym z nią gangom. Przestępcy przejmowali całkowitą kontrolę nad terenem, do środka nie zapuszczały się żadne służby miejskie, a nowy typ dzielnic szybko zaczęto określać jako “garnizony”. Przemoc była tam na porządku dziennym, ale ze szczególną mocną wybuchała zawsze podczas wyborów – apogeum osiągnęła w roku 1980, kiedy walki o głosy pochłonęły ponad 800 ofiar.

Shower Posse było od samego początku związane z JLP. Oni napędzali im wyborców, a partia dbała o dobre samopoczucie “swoich” gangsterów”. Gdy starego Coke’a aresztowano w Miami i deportowano na Jamajkę, ojciec Dudusa nie zdążył nawet zagrzać miejsca w celi, bo został uniewinniony (co jego zwolennicy zebrani przed budynkiem sądu uczcili głośną kanonadą). Jego syn cieszył się nawet większymi względami, bo posłem z okręgu wyborczego Zachodnie Kingston (w którym o wyniku zawsze decydowały głosy z Tivoli Gardens) był nie kto inny, jak Bruce Golding. Czyli szef rządu.

Waszyngton, wiedząc że na proces Coke’a na Jamajce nie ma co liczyć, domagał się jego ekstradycji już od sierpnia 2009 r. Premier Golding opóźniał tę decyzję, jak tylko mógł, a za jego namową, prawnikiem Dudusa został Tom Tavares-Finson, wpływowy senator z jego własnej partii (a prywatnie były mąż Cindy Breakspeare, byłej Miss Świata, długoletniej kochanki Boba Marleya i matki ich syna – Damiana). Gdy wreszcie wojsko wkroczyło do Tivoli Gardens, przywódca Shower Posse zapadł się pod ziemię, a w mediach zaczęły się spekulacje, że to właśnie szef rządu ostrzegł go wcześniej i namówił do ucieczki z miasta. Plotki nasiliły się jeszcze bardziej, kiedy wyszło na jaw, że JLP zapłaciła 400 tys. dolarów znanej firmie lobbyngowej z Waszyngtonu, która miała przekonywać amerykańskie władze, żeby jednak zrezygnowały ze ścigania Coke’a.

DudusCzytelniku, jeżeli kiedyś kupiłeś skręta we Flatbush, to zasiliłeś kieszeń właśnie tego pana (Fot. AP)

Dudusa złapano ostatecznie w czerwcu 2010 r. podczas rutynowej kontroli samochodowej na prowincji – najgroźniejszy przestępca w kraju próbował się maskować, przebierając za kobietę. Został wydany Stanom, gdzie przyznał się do stawianych mu zarzutów. Golding, skompromitowany całą sytuacją, trzymał się stołka tak długo, jak to było możliwe, ale w zeszłym miesiącu złożył w końcu rezygnację i zapowiedział, że nie będzie już kandydować w nadchodzących wyborach.

Do tej pory jednak, wciąż nie wyjaśniono, co dokładnie działo się w Tivoli Gardens tamtego majowego dnia i w jaki sposób zginęło tych kilkadziesiąt ofiar. Wielu świadków twierdzi, że zabici nie mieli nic wspólnego z gangami, a żołnierze dokonywali na nich najnormalniejszych w świecie egzekucji. Nie ma na to jednak żadnych dowodów – dziennikarze zostali wpuszczeni do slumsu dopiero po zakończeniu akcji, nie mogli więc dokumentować jej przebiegu. Zrobili to jednak z nich Amerykanie.

P-3 Orion latał nad Tivoli Gardens przez cały dzień. Miejscowy fotoreporter, nudząc się na wojskowej blokadzie, dostrzegł samolot i sfotografował z braku lepszego zajęcia. Do zdjęć dotarł później Mattathias Schwartz, reporter magazynu “New Yorker”, który przygotowywał materiał o historii Coke’a. Dziennikarz skorzystał z Ustawy o Swobodnym Dostępie do Informacji i uzyskał od rządu potwierdzenie swoich podejrzeń: “Wszystkie zajścia zostały zarejestrowane”.

Na tym jednak kończy się wiedza reportera i – jak na razie – opinii publicznej. Nagrania nie zostały ujawnione i nie wiadomo, czy kiedykolwiek ujrzą światło dzienne. Byłoby to nie na rękę politykom na wyspie, ale także Waszyngtonowi. To właśnie za namową USA, Jamajska Partia Pracy (wbrew nazwie, będąca ugrupowaniem prawicowym) zaczęła budowę “garnizonów”, które miałyby jej zapewnić stałą przewagę nad lewicową Ludową Partią Narodową, w owym czasie coraz bliżej flirtującą z Kubą Fidela Castro. Dokumenty, do których dotarł Schwartz, sugerują także, że amerykańscy agenci byli również obecni w Tivoli Gardens podczas wojskowego szturmu, czemu jednak rząd zdecydowanie zaprzecza.

Ujawnieniem nagrań nie jest więc zainteresowana żadna ze stron, bo wbrew pozorom – jak do tej pory wszyscy wyszli na całym zamieszaniu na plus. Stany schwytały groźnego przestępcę. Dudus wyszedł z zawieruchy cało, a mógł podzielić los swojego ojca (który został przed śmiercią ponownie aresztowany, bo USA domagało się także jego ekstradycji, a zginął w tajemniczym pożarze w celi, co prawdopodobnie miało go powstrzymać przed obciążeniem zeznaniami swoich politycznych protektorów). I nawet JLP zachowała status quo: choć Golding musiał ustąpić, to jednak wcześniej robił wszystko, żeby tylko ochronić Coke’a. Shower Posse nie zapomni tego ani jemu, ani jego partyjnym kolegom, a w nadchodzących wyborach Tivoli Gardens – jak zwykle – murem zagłosuje na kandydata prawicy.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Advertisements

Michael Jackson dla ubogich

– Wolałbym pojechać w trasę po Iraku, niż Gujanie – ogłosił Vybz Kartel. Zdaje się, że decyzja należała jednak właśnie do Gujany, bo dzień wcześniej rzecznik prasowy National Communications Network, państwowego organu zarządzającego wszystkimi mediami publicznymi, oświadczył, że zabroniła ona puszczania przebojów gwiazdy dancehallu.

Władze zachowały się jak obrażone dziecko, bo retorsje wprowadziły za to, że muzyk w ostatniej chwili wystawił je do wiatru (zresztą już drugi raz z rzędu) i nie pojawił się na organizowanym przez nich festiwalu Jam Zone Summer Break. Ale oficjalnie podały, że jego piosenki, w których gloryfikuje przemoc i bandytów, mają zły wpływ na młodzież, a on sam jest dla nich negatywnym wzorcem i sprowadza swoich fanów na złą drogę.

Awanturze z uwagę przyglądają się działacze społeczni i lekarze w ojczyźnie wokalisty, Jamajce. Bo tutaj Kartel też znalazł się w ogniu krytyki za to, jak na fanów działają jego piosenki. I to nie te o strzelaniu do ludzi, tylko te, w których śpiewa co zrobić, żeby podobać się dziewczynom.

KartelVybz Kartel i jego dziary z Białołęki (Fot. Ports Bishop/New York Times)

Przytłaczająca większość z prawie trzech milionów Jamajczyków, to potomkowie niewolników z Afryki. Na wsi, na ulicach miast, boiskach krykietowych, bieżniach, dyskotekach, na scenie: gdzie nie spojrzeć, tam dominuje hebanowy kolor skóry. Ale nie w mediach. Reklamy luksusowych perfum, drogich samochodów, prywatnych szkół wyższych, nawet relacje z imprez charytatywnych nie pozostawiają złudzenia – elita na wyspie ma kolor czekolady mlecznej. I to takiej, w której jest dużo więcej mleka, niż kakao.

Wniosek prosty. Chcesz dwa oczka w górę w społecznej hierarchii? Majkel Dżekson już kiedyś przetarł szlak. A że nie zarabiasz milionów na prawach autorskich do piosenek Beatlesów, to żaden problem – trzaśnij sobie kurację na ubogiego Jacko. Przy użyciu detergentów i rtęci.

Hitem w slumsach Kingston są kremy wybielające. Tamtejsza młodzież, szczególnie dziewczyny, wierzy, że dzięki nim skóra się rozjaśni i nabierze atrakcyjnego blasku. Problem w tym, że maść jest na ogół naładowana absurdalną ilością hydrochinonu, związku chemicznego używanego między innymi do wywoływania filmów fotograficznych. Stosowany przez doświadczonych lekarzy, może być pomocny w zwalczaniu niektórych schorzeń skórnych. Jednak jego nadmierne ilości prowadzą do ochronozy, mającej dokładnie odwrotny skutek od tego, co chcą osiągnąć ubodzy Jamajczycy – polimery kwasu homogentyzonowego zaczynają się odkładać w tkankach, z czasem zabarwiając skórę na czarno.

OchronozaPani demonstruje, dlaczego nie powinno się używać kosmetyków z przymiotnikami “Mega”, “Ultra” i “Mutant” na etykietach

Powtarzające się przypadki oszpeceń sprawiły, że Unia Europejska (a także wiele innych państw, np. Japonia i Australia) zabroniła na swoim terenie sprzedaży kosmetyków zawierających hydrochinon. Jamajka jak do tej pory nie zdecydowała się na taki krok, więc nasączone nim kremy płyną na wyspę szerokim strumieniem. Co gorsza, na ogół są to fatalnej jakości podróbki z Afryki Zachodniej.

Być może władze nie zajmują się maściami wybielającymi, bo muszą się zmagać z jeszcze poważniejszym syfem. Wieść gminna w slumsach niesie, że nie trzeba wcale wydawać kasy na drogie kosmetyki, a całą sprawę da się załatwić domowymi sposobami. Najpopularniejsze to kuracja przy użyciu “cake soap” – silnego detergentu sprzedawanego w postaci mydła, którego na wsi używa się do wybielania plam na białych koszulach i bieliźnie. Inny chałupniczy krem zawiera między innymi duże ilości pasty do zębów, oraz curry. Ale ponieważ zamiast rozjaśniać, w istocie zabarwia skórę na żółto (no coś takiego!), wielu naiwnych decyduje się na użycie absolutnie nielegalnych maści, które zrobione są między innymi z rtęci. Ta blokuje co prawda produkcję melaniny, ale jest też niesamowicie toksyczna. Młodzież chce sobie rozjaśnić skórę, a kończy ze śmiertelnymi nowotworami.

W ciągu ostatnich kilku lat, przypadki wybielania skóry rozmnożyły się tak bardzo, że alarm podniósł Związek Dermatologów Jamajki. Wspólnie z Ministerstwem Zdrowia przeprowadzili w 2007 r. wielką akcję społeczną, która miała obnażyć tragiczne efekty uboczne takich kuracji. Od tamtej pory nadano już setki audycji radiowych i telewizyjnych, rozwieszano plakaty i billboardy, przeprowadzono pogadanki chyba we wszystkich szkołach na wyspie. Ale, jak ze smutkiem przyznają lekarze, skutek jest mizerny. Nastolatki nie bardzo chcą słuchać porad lekarzy. Za to chłoną słowa swoich idoli, wokalistów. W tym Kartela, który bez żenady opowiada o tym, jakie to wybielanie skóry jest super.

Vybz przed i poPrzyszła gwiazda irackiej sceny przed wybielaniem i po

– To jak opalanie się przez białych – przekonuje w wywiadach. I dodaje, że przecież laski na to lecą. O czym zresztą śpiewa w jednym ze swoich hitów, “Look pon we” (“Di girl dem love off mi brown cute face/Di girl dem love off mi bleach out face”):

Groteskowo robi się już w momencie, kiedy Kartel głosi, że jaśniejsza skóra jest bardziej spoko, bo… lepiej widać na niej tatuaże. Ale prawdziwy skandal wywołał, kiedy został zaproszony jako jeden z panelistów na zorganizowaną przez University of West Indies dyskusję o pigmentacji skóry. Uzbrojony w prezentację PowerPointa, przekonywał do swojego zdania, powołując się między innymi na cytat ze słynnej mowy Hajle Selassiego, wygłoszonej przez cesarza Etiopii przed Zgromadzeniem Ogólnym ONZ w 1963 r., a później rozsławionej w piosence “War” Wailersów. Przytoczmy w oryginale: “Until the color of a man’s skin is of no more significance than the colour of his eye”.

Jedno z najważniejszych antyrasistowskich przemówień XX w. jako motywacja dla wybielania skóry? Touché, panie Kartel. Trzeba mieć łeb, żeby na to wpaść.

Nie wszyscy muzycy podzielają entuzjazm kolegi. Bounty Killer, dawny mentor Kartela i największa gwiazda rodzimego dancehallu, otwarcie krytykuje jego postawę.
– Jak możesz być wzorem dla czarnych, kiedy wybielasz swoją skórę? – mówił w jednym z wywiadów.
Inni nagrywają piosenki, w których wyśmiewają ten pęd do zmiany pigmentu. Lokalnym hitem na nowo stał się przebój sprzed prawie dwóch dekad – “Dem a Bleach” Nardo Ranksa:

Tymczasem, w tydzień po rozpętaniu awantury, Gujana jednak wycofała zakaz grania jego piosenek. Być może władze liczą, że niezwykle u nich popularny wokalista w końcu pojawi się na którejś z organizowanych przez nie imprez. Do trzech razy sztuka. Sam Vybz już przyznał, że z chęcią by u sąsiadów zagrał. Niewątpliwie kłując w oczy swoją bladością.

Jakie czasy, taki Michael Jackson.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Cthulhu planuje najbliższe wakacje na Karaibach

Znowu dzień opóźnienia. Ale co mówić – wyścigi się zaczęły na Służewcu.

1. Początek sezonu

W Afryce już chyba na dobre rozpoczął się sezon zamachów stanu. Po nieudanych próbach w Demokratycznej Republice Konga i na Madagaskarze, przyszedł czas na Burkina Faso.
Ruchawka zaczęła się już w czwartek, kiedy na ulice Ouagadougou wyległy tłumy, jakich stolica nie widziała od lat. Tysiące ludzi protestowało przeciw rosnącym kosztom życia, bo konflikt w sąsiednim Wybrzeżu Kości Słoniowej spowodował, że w kraju mocno podskoczyły ceny cukru, oleju do smażenia, mleka w proszku itd. Na cywilnym proteście pewnie by się skończyło, ale na nieszczęście dla głowy państwa, adrenalina przelała się do jego pałacu. I za broń chwycili żołnierze z jego straży przybocznej, którzy gwałtownie postanowili dać do zrozumienia, że nie podobają im się opóźnienia w wypłatach żołdu. Strzelanina rozpoczęła się tuż po zachodzie słońca, a bunt szybko rozprzestrzenił się na inne wojskowe baraki. Prezydent Blaise Compaore musiał salwować się ucieczką.
Jakby tego było mało, w sobotę – kiedy wojskowi już się uspokoili – stolicę spustoszyli lokalni kupcy. Z dymem poszła siedziba partii rządowej, zdemolowane zostały też budynki parlamentu, ministerstwa handlu i jeszcze kilka innych. Manifestanci wykrzykiwali, że żołnierze złupili ich kramy, ograbili ich z oszczędzności życia, że biją i gwałcą, a rząd nic sobie z tego nie robi (faktycznie, żeby nie sięgać daleko – w marcu grupa wojskowych też podniosła krótkotrwały bunt i z bronią w ręku odbiła z więzienia kolegów, odsiadujących tam kary za gwałty, a władze po prostu przymknęły oko na cały incydent).
Campaore do niedzieli odzyskał kontrolę, mianował nowych szefów armii i gwardii przybocznej, a w kraju zapanował spokój. Pytanie tylko na jak długo. Prezydent zdobył władzę w 1987 r. w zamachu stanu, ale przez ostatnie lata wyrósł na regionalnego rozjemcę. Aktywnie mediował pomiędzy zwaśnionymi stronami na Wybrzeżu Kości Słoniowej, w zeszłym roku pomógł wynegocjować przekazanie władzy cywilom przez juntę wojskową w Gwinei, wcześniej załagodził też konflikt w Togo. Niewykluczone, że jeżeli sytuacja w Burkina Faso się nie poprawi, to niedługo sam będzie potrzebował pomocy jakiegoś kolegi z sąsiedztwa.

2. Jesteśmy twierdzą

A tymczasem, po drugiej stronie kontynentu temperatura też nie spada. W Swazilandzie (mimo zapewnień ministra, że do niczego nie dojdzie) tłumy wyszły na ulice w 38. rocznicę delegalizacji wszystkich partii politycznych. Policja odpowiedziała armatkami wodnymi, gazem łzawiącym, gumowymi kulami i starym dobrym obijaniem pałą po plecach. Aresztowano przywódców związków zawodowych, działaczy opozycji demokratycznej i relacjonujących wydarzenia dziennikarzy. A kilku polityków z sąsiedniej RPA, którzy głośno wyrazili swoje oburzenie wydarzeniami po drugiej stronie granicy, dostało bana na wjazd do Swazilandu. Co ulubieniec Działu Zagranicznego, minister Lutfo Dlamini, skomentował jak na siebie przystało: “Nic mi o tym nie wiadomo”.

Swoją drogą, oficjalna dewiza Swazilandu brzmi: “Jesteśmy twierdzą”. Ehe.

Swaziland protestujeTwierdza od środka (Fot. AP)

3. Szacunek za podjęcie walki

Marsze przeciw wysokim cenom odbyły się też w Ugandzie, mimo że – uwaga, suspens – władze ich zakazały. W skrócie było tak: Kizza Besigye (który w lutym przegrał wybory prezydenckie z rapującym Yowerim Musevenim) stanął sobie na czele tłumu i ruszył dumnie do przodu, tylko po to, żeby 10 minut później zostać zblokowanym przez policję i stać na środku wielkiego rowu pod palącym słońcem. Kiedy wreszcie po kilku godzinach, stróżom prawa wydawało się, że manifestanci są zmęczeni i kordon poluzowano, ci ruszyli w dalszą trasę. Więc kilometr dalej dostali gazem łzawiącym i gumowymi kulami. Jedna z nich uszkodziła dłoń Besigye, który natychmiast po wydarzeniach został hospitalizowany, a w tym czasie kilku jego kolegów, w tym nowo wybrany burmistrz Kampali, zostało na parę godzin wsadzonych z kratki.

W Polsce działają triady, tzn. porozumienia nabojek różnych zaprzyjaźnionych klubów z północy, centrum i południa. Na przykład zgoda Arki z Lechem i Cracovią, albo Lechii ze Śląskiem i Wisłą. Dział Zagraniczny zastanawia się, czy podobną zawiążą Campaore, Museveni i Mswati III.

4. Peja nosi brodę

Zupełnie inaczej radzi sobie inny ulubiony rząd Działu Zagranicznego. Władze Somalii (przynajmniej te oficjalnie uznawane na świecie, czyli de facto kontrolujące tylko stolicę) po tym, jak same sobie przedłużyły kadencję, postanowiły ogłuchnąć na krytykę. W Nairobi odbyło się spotkanie z inicjatywy ONZtu, którego uczestnicy powiedzieli rządowi w Mogadiszu: “Chłopaki, nie wygłupiajcie się”. Na co ci drudzy, olawszy wcześniej wysłanie jakiegokolwiek przedstawiciela do Kenii, odpowiedzieli w oficjalnym komunikacie: “To spotkanie nie realizuje potrzeb Somalijczyków”.

+20 za konsekwencję.

Tymczasem przeciwnicy rządu numer jeden, czyli islamistyczne bojówki Al-Shabab, też walnęli stylóweczkę. Walczący w ich oddziałach Omar Hammami, urodzony i wychowany w Stanach, miał rzekomo zginąć w marcu. Ale żyje. Co postanowił ogłosić światu w jedny właściwy religijnym fanatykom sposób. Nagrywając gorącego rapa. Fragment tego militarystycznego bałnsu:

“There’s nothing as sweet as the taste of a tank shell
But it could be compared to being where the mortar fell”.

Dla zainteresowanych, całość do odsłuchania tutaj.

Dział Zagraniczny widzi co najmniej kilka możliwych duetów na polskiej scenie.

5. Dział Zagraniczny chce być członkiem tej komisji

Jak już o muzyce mowa, to dwie dobre wiadomości z Jamajki.

Po pierwsze, będzie remake “The Harder They Come”. Legendarny film z 1972 r., w którym po raz pierwszy na szeroką skalę pojawiło się reggae, w roli głównej wystąpił Jimmy Cliff, a na ścieżce dzwiękowej znaleźli się między innymi Desmond Dekker czy Toots and the Maytals, powróci w odświeżonej formie za sprawą Trudie Styler (producentki między innymi “Snatch” czy “Lock Stock and Two Smoking Barrels”), oraz Justine Henzell, córki zmarłego w 2006 r. Perriego Henzella, scenarzysty i reżysera oryginału.
Dział Zagraniczny nie może się doczekać.

Druga dobra informacja, to że gabinet Bruce’a Goldinga zastanawia się nad wprowadzeniem w życie postulatów z raportu Narodowej Komisji do spraw Ganji. Serio, tak się nazywało to grono (złożone z socjologów, prawników, lekarzy i innych tęgich głów dobranych na miejscowych wyszych uczelniach) w 2001 r., kiedy ówczesny rząd zlecił mu badania nad ewentualną legalizacją marihuany. Komisja powiedziała “irie!”, ale władze jakoś się do propozycji nie zapaliły (tak, wiem, nic nie poradzę, takie mam poczucie humoru, bliscy już narzekają). Teraz jednak parlamentarzyści wydają się sprawie przychylniejsi.

Gdyby Jamajka pośpieszyła się z legalizacją, to Dział Zagraniczny podejrzewa, że premiera “The Harder They Come” będzie najwspanialszym seansem w historii kina.

6. A teraz, drogie dzieci, opowiem Wam bajkę

A pierwszym, który wyrwał się przed szereg i postanowił skorzystać na rozluźnieniu kagańca na Jamajce, został ajatollach Mohammad Saeedi. Podczas niedawnej transmisji w irańskiej telewizji, postanowił podzielić się z widzami anegdotką o narodzinach Aliego Chameneiego, kolegi po fachu i faktycznego przywódcy Iranu.
– Tuż przed opuszczeniem ciałą swej matki, ajatollach rzekł “Ya Ali!”, na co położna odpowiedziała “Niech Ali otoczy Cię swoją opieką” – rzucił do kamer Saeedi, a Dział Zagraniczny od razu wiedział, że następne wakacje na Karaibach spędzą razem.

7. Lepsza połowa

A w ogóle, o co chodzi z tymi żonami? Dział Zagraniczny śledzi walkę Sandry Colom o fotel prezydencki po swoim mężu, a w tym tygodniu takie same plany ogłosiły Pierwsza Dama Dominikany, pani Margarita Cedeño, oraz koleżanka po fachu z Ghany, pani Nana Konadu Agyeman-Rawlings (choć trzeba przyznać, że pan Rawlings, na imię Jerry, jest na emeryturze od 2001 r.; na drugiej emeryturze, bo władzę brał w zamachach stanu dwukrotnie).

To może pomysł dla Mswatiego III? Żeby uspokoić Swaziland, może oddać władzę swojej żonie. W końcu ma ich 18, więc szerokie pole do popisu.

8. Czemu interpretują

Skandal na Niue. Jak widać, Barbuda nie jest jedynym wyspiarskim państewkiem, które postanowiło skapitalizować na ślubie Kate i Williama. Kraj na Pacyfiku wypuścił serię znaczków pocztowych z młodą parą. Sęk w tym, że znaczki są podwójne. To znaczy, na tym po lewej jest Kate. A na tym po prawej William. A przez sam środek idzie perforacja.
– Ludzie uważają, ze znaczki sugerują, że para w przyszłości się rozejdzie. Nie wiem, czemu tak to interpretują – powiedział premier Toke Talagi.

Znaczek slubnyZnaczki można zamówić w Nowej Zelandii za 5.80 NZD (Fot. AP)

9. Koon end Frends

A na koniec: Atlantyk. A konkretnie, jego część na północ od wybrzeży Gujany i Surinamu.
Brazylijczycy odkryli tam bowiem… ogromne wiry wodne. Oba mają po 400 km średnicy. Generalnie nie chce mi się o tym pisać, możecie sobie o nich poczytać tu i tu. W skrócie można tylko podsumować, że naukowcy nie do końca wiedzą, skąd te wiry się wzięły.

A Dział Zagraniczny wie: Cthulhu! Coon and Friends strajk bek, unikajcie koncertów Bibera.

No. ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Władza niejedno ma oblicze

Podsumowanie tygodnia po raz kolejny z opóźnieniem. To staje się taką normą, że chyba Dział Zagraniczny powinien się zacząć tłumaczyć, jeżeli akurat wyrobi się na termin.

1. Bohater kreskówki trzyma się mocno

Zaczynamy oczywiście od Wybrzeża Kości Słoniowej, które przyciąga uwagę Działu Zagranicznego od listopada. A w kraju dzieją się cuda, bo mimo, że rebelianci popierający Alassane Ouattarę wkroczyli do Abidżanu już tydzień temu, to Laurent Gbagbo schował się w bunkrze i wciąż się nie poddaje.
Poważnie, zaczynam wierzyć, że były prezydent to nie żywa osoba, tylko postać z kreskówki. Świat odmawia uznania go za głowę pańswa, Gbagbo nawet nie zwraca na to uwagi. Wprowadzają sankcje na kakao, Gbagbo prycha z politowaniem. Ofensywa rebeliantów toczy się z północy jak walec, który rozjedzie wszystko co ma na drodze, Gbagbo tylko prasuje spodnie na impreze. Philippe Mangou – szef jego sztabu – ucieka i szuka schronienia w domu ambasadora RPA, Gbagbo ziewa ze znudzeniem (generał po kilku dniach wrócił skruszony). Wreszcie jego rezydencję ostrzeliwują nawet Francuzi z ONZ, Gbagbo martwi się tym, że mu tynki lecą na biurko.
Właśnie, wbrew temu, co pisałem tydzień temu, nawet żołnierze z misji stabilizacyjnej (sic!) włączyli się do imprezy, bo jeden z nich najwyraźniej przeczytał rezolucję, w której stało, że mają “bronić cywilów”. No to obronili: wysłali kilka helikopterów, które ostrzelały siedzibę Laurenta.
Ale Gbagbo nie tylko się nie ugina, ale jeszcze kontratakuje. Lojalni mu żołnierze (szacuje się, że ma jeszcze ok. tysiąca ludzi pod bronią) przetrzymali atak rebeliantów i przeszli do kontrofensywy, atakując nawet hotel, który przez miesiące był siedzibą Ouattary. Tymczasem obrokrajowcy są ewakuowani przez Francuzów, a reszta mieszkańców Abidżanu, która nie ma w kieszeni paszportu Unii Europejskiej, ucieka na własną rękę.
W zeszłym tygodniu Dział Zagraniczny był pewny, że to ostatnie dni walk na Wybrzeżu, ale jakoś o tym nie napisał. Okazuje się, że słusznie. Dlatego teraz też nie będziemy niczego prorokować, bo chociaż wygląda na końcówkę ruchawki, to jeszcze skończy się na tym, że pod koniec maja będziemy pisać: “Rebelianci nacierają. Gbagbo siedzi w bunkrze i świetnie się bawi”.

2. Manifestantów nie ma (bo siedzą w więzieniu)

Świetnie bawi się też najwyraźniej Mswati III, król Swazilandu, ostatniej afrykańskiej monarchii absolutnej. Co prawda miesiąc temu miał w kraju manifestacje niezadowolonych obywateli, a na Facebooku młodzież nawołuje do zebrania się we wtorek (czyli jutro) i obalenia go w stylu egipsko-tunezyjskim, ale rząd się tym nie przejmuje.
– Słyszmy więcej o powstaniu za granicą, niż w ojczyźnie – ogłosił Lutfo Dlamini, Minister Spraw Zagranicznych.
Szybko okazało się czemu: otóż od tygodnia policja wyciąga z domów resztki aktywistów, którzy pozostali w kraju (reszta opozycji jest na emigracji w RPA – w Swazilandzie partie polityczne są nielegalne od 1973 r.) i wrzuca ich do więzień, gdzie są bici. Najwyraźniej minister Dlamini nie nadstawia ucha pod celą.

Protesty w SwazilandzieTo zdaniem ministra nigdy nie miało miejsca (Fot. Mantoe Phakathi/IPS)

3. Syzyfowe prace

A skoro już o Facebooku i protestującej młodzieży, to przeciwko rządowi występują studenci w Chartumie. Od końca stycznia urządzają pikiety na uniwersytecie i marsze przez środek miasta, a raczej próby marszów, bo zanim przejdą pół kilometra, są bezlitośnie bici przez policję. Ostatnio próbowali w poniedziałek, dzięki czemu miejscowe służby porządkowe mogły sobie przećwiczyć wariant “Euro 2012”. Po tych kilku tygodniach patrzenia na zmagania studentów z policją, trudno nie zacytować klasyka: “Szacun za podjęcie walki”.

4. Wojsko troszczy się o konstytucję

Ale są też i dobre wiadomości z regionu i to mimo, że w doniesieniach przewija się “junta wojskowa”. Przy całkowitej olewce ze strony mediów, do Nigru wróciła w zeszłym tygodniu demokracja.
W lutym 2010 r. wojsko zrobiło zamach stanu, bo prezydent Mamadou Tandja chciał się pobawić w Laurenta Gbagbo i porządzić trzecią kadencję, chociaż konstytucja wyraźnie tego zabraniała. Kiedy armia przejęła stery, zapowiadając, że “za jakiś czas przeprowadzi nowe wybory”, wszyscy postawili na afrykańskim państwie kreskę, podejrzewając, że skończy się jak zawsze, czyli na wieloletnich rządach mundurowych. Tymczasem szef szefów, generał Salou Djibo wyciął wszystkim numer i naprawdę zorganizował głosowanie. W którym – coś bardziej nieprzewidywalnego niż wygrana Polski na mundialu – nie brał udziału.
Marcowe wybory ostatecznie wygrał wieloletni przywódca opozycji Mahamadou Issoufou, a w czwartek armia przekazała mu pełnię władzy.

W piątek (dzień wolny od pracy) impreza trwała w całym kraju. Dział Zagraniczny przyłączył się na odległość.

5. Dopóki śmierć nas nie rozłączy

Jeszcze tylko szybki update innej sprawy rozbijającej się o konstytucję i wybory prezydenckie: sąd w Gwatemali wstrzymał sprawę rozwodową małżeństwa Colomów.
Do sędziów rozpatrujących wniosek rozwodowy, wpłynęło kilka zawiadomień o możliwym popełnieniu przestępstwa (czyli złamaniu konstytucji właśnie). W związku z czym małżeństwo będzie trwać, dopóki nie zostaną one rozpatrzone. A znając gwatemalską rychliwość w sądach, do tego czasu może być już po wyborach. I drugiej Evicie.

UPDATE Z GODZINY PO NAPISANIU TEGO POSTA: Nie sprawdziłem najnowszych depesz. Okazuje się, że Sandra Colom właśnie dostała rozwód. Nie wiadomo jednak, czy Trybunał Konstytucyjny zezwoli jej na start w wyborach.

6. Chase those crazy baldheads out of town

Dobre wiadomości również z Jamajki. Kraj, który w Polsce kojarzy się głównie z plażami, drinkami i Bobem Marleyem (albo zespołem UB40 branym za Wailersów), w rzeczywistości był jednym z najniebezpieczniejszych miejsc na ziemi, zajmując zawsze miejsce na podium w statystykach morderstw na 100 tys. obywateli. A teraz to ostatnie wydaje się zmieniać.
Według rządowych statystyk, w pierwszym kwartale tego roku, liczba zabójstw spadła aż o 44 proc. (a w Kingston nawet o 60) w stosunku do roku poprzedniego. Władze twierdzą, że to dzięki setkom policjantów posłanych do walki z wszechmocnymi gangami, rządzącymi do tej pory slumsami (“inwazja” zaczęła się od obławy na Christophera Dudusa Coke’a – najbardziej dona na wyspie – w maju zeszłego roku; akcja była bardzo krwawa, zginęło w niej ponad 70 osób, wiele zostało rannych, Coke ostatecznie został pojmany i wysłany do USA, gdzie ma proces za przemyt narkotyków i zlecanie morderstw).
Jednak na dobrych wieściach kładzie się pewien cień. Podobne akcje organizuje od jakiegoś czasu Brazylia. Jednak tam, choć do faveli wchodzi najpierw BOPE (czyli elitarna jednostka, której zadaniem jest po prostu jak najszybciej wykończyć bandytów), to potem ich miejsce zajmują funkcjonariusze z Unidade de Polícia Pacificadora (w wolnym tłumaczeniu: Policyjny Oddział Pacyfikujący). Bardziej niż tradycyjnymi zadaniami, zajmują się oni odbudową zaufania mieszkańców do państwa i mają ku trmu solidne przygotowanie – przechodzą trening z psychologii, animacji społecznej itp. Tymczasem policjanci patrolujący teraz slumsy Kingston, to członkowie oddziałów szturmowych, nie mają żadnego przygotowania do sytuacji w jakiej się znaleźli. Przez co organizacje praw człowieka oskarżają ich o torturowanie podejrzanych i przeprowadzanie samosądów. Według ich statystyk, w 2010 r. ofiarą zbyt krewkich stróżów prawa, padło ponad 400 osób.

Mimo wszystko, Dział Zagraniczny ma nadzieję, że w slumsach Kingston za jakiś czas “One Love” nie będzie już tylko pustym hasłem.

Policja na JamajceCzy twój dzielnicowy też odwiedza cię z kolegami? (Fot. Reuters)

7. Otwieram lodówkę, a tam Kate

A na sam koniec, wiadomość z okolicy. Barbuda.
Jak wiadomo, książę Wiliam za chwilę się żeni. Dział Zagraniczny już go nienawidzi, bo której gazety nie otworzy, tam suknia Kate, porcelana z Kate, dziewczyny, które chcą być jak Kate, ulubione ciasteczka Kate, blablabla. Ale mieszkańcy Karaibów wiedzą, że nie ma to jak dobra reklama, a ślub stulecia (no bo przecież…) będzie darmową reklamą dla wszystkiego, co się z nim wiąże. A, że młoda para wciąż nie zdecydowała, gdzie wybiera się w podróż poślubną, to władze Barbudy postanowiły jedną z plaż nazwać… imieniem Księżnej Diany. Nie wiadomo, czy na pewno przekona to nowożeńców, ale prasa już podaje, że “rodzina Middleton jest w trakcie negocjacji z Lighthouse Bay Resort”. Więc nawet, jak nic z tego nie wyjdzie, to media exposure jest.
Kołobrzeg, Władysławowo, Ustka – do roboty! Dział Zagraniczny proponuje od razu całe wybrzeże ponazywać imionami rodziny królewskiej. Jest ich sporo, więc starczy dla wszystkich. A Trójmiasto w ogóle przemianujmy na “Kate uwielbia jeździć konno”.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

PS A, byłbym zapomniał. Obraz Zhanga Xiaoganga poszedł w tym tygodniu pod młotek w Sotheby’s i wyciągnął 6 mln funtów, stając się najdroższym chińskim dziełem sztuki współczesnej. Czyli: inwestujcie w Azji!

PS2 Polak jednak nie będzie rządził Peru. Do drugiej tury przeszli Humala i Fujimori. Będzie ciekawa dogrywka.

Argentyńskie telenowele i Rastamysz

W tym tygodniu sporo wydarzeń miało coś wspólnego z opisywanymi już wcześniej w Dziale Zagranicznym historiami. Poświęćmy im trochę uwagi.

1. Twoja czekolada jest z przemytu

Dział Zagraniczny uwielbia czekoladę, więc zacznijmy od Wybrzeża Kości Słoniowej, gdzie od listopada zmieniło się niewiele. Gbagbo wciąż jest nieuznawany przez nikogo, ale nie chce się pogodzić z faktami. Ouattara jest dla reszty świata legalnym prezydentem, ale wciąż nie wychodzi z chronionego przez Błękitne Hełmy hotelu. Na ulicach ścierają się zwolennicy jednego i drugiego, jest już prawie 300 ofiar śmiertelnych, a ponad 80 tys. osób to uchodźcy wewnętrzni. No i oczywiście kakao osiąga ogromne ceny na rynku, bo świat wpadł na pomysł, że Laurenta zmusi do rezygnacji embargo na eksport tego owocu. Efekt? Szmugiel na ogromną skalę.
Tymczasem we wtorek, w siedzibie Ministerstwa Skarbu wybuchł gwałtowny pożar. Zanim strażacy opanowali sytuację, ogień zdążył strawić większość dokumentów i baz danych z państwowymi przychodzami i rozchodami. Dobry ruch, jeżeli chce się na uchodźctwie żyć z klasą.

2. Wielkanoc wciąż niespokojna

Na początku grudnia Dział Zagraniczny informował o zamieszkach na Wyspie Wielkanocnej, gdzie część mieszkańców chce ograniczenia liczby turystów odwiedzających co roku ich ojczyznę, a niektórzy dodatkowo żądają od Chile niepodległości.
Taktyka okupacji wciąż trwa i po tym, jak usunięto ich z lotniska i budynków rządowych, grupa protestujących zajęła jeden z luksusowych hoteli. Po wielu tygodniach negocjacji, siłom porządkowym skończyła się cierpliwość, więc policja przeprowadziła szturm na ośrodek i po prostu wyniosła aktywistów.
Ale wbrew pozorom, zbuntowani mieszkańcy odnieśli małe zwycięstwo. Podczas rozprawy sędzia Nora Bahamondes zawiesiła zarzuty o zajęcie cudzej własności, uzasadniając, że najpierw należy ustalić czy ziemia rzeczywiście należy do dewelopera, czy też faktycznie do miejscowej rodziny (która twierdzi, że ich przodkowie zostali jej pozbawieni podstępem).
Sprawę rozpatrzy Sąd Najwyższy.

3. Wybuch w mateczniku

Również w grudniu, nasz korespondent w La Paz opisywał sytuację na ulicach Boliwii po tym, jak rząd ogłosił, że przestanie dopłacać do benzyny, przez co z dnia na dzień jej cena skoczyła o blisko 80 proc. Chociaż władze bardzo szybko wycofały się z tego pomysłu, było to o tyle ciekawe, że to pierwszy przypadek, kiedy przeciw Evo Moralesowi wystąpili nie przedstawiciele opozycji z bogatego wschodu kraju, tylko jego najwierniejsi zwolennicy – biedota z Altiplano. Wtedy prezydent sprawnie rozbroił sytuację: podwyżki ogłoszono, kiedy był z wizytą w Wenezueli, a kiedy stało się jasne, że ulica tego nie zaakceptuje, wrócił i natychmiast je anulował.
Jednak w tym tygodniu musiał stanąć twarzą w twarz z problemami. Podczas przemówienia w rodzinnym Oruro, miejscowi górnicy najbierw głośno go wybuczeli, a chwilę później zaczęli demonstrację w typowy dla siebie sposób: odpalili dynamit. Morales pośpiesznie opuścił miasto. Tymczasem do protestów doszło też w La Paz, Cochabambie i Santa Cruz. Na szczęście dla rządu, fatalna pogoda szybko rozgoniła manifestantów.
Niezadowolenie bierze się z tego, że ceny transportu (a w Boliwii jest on całkowicie prywatny, więc władze niewiele mogą na tym polu zdziałać) wciąż rosną, a w zaopatrzeniu pojawiają się braki (zaczyna np. brakować cukru). I chociaż wynika to w dużej mierze z sytuacji globalnej (żywność drożeje na całym świecie), to dla Moralesa jest to na pewno poważny sygnał, że z reguł miłość ludu jest odwrotnie proporcjonalna do ceny mięsa.

Boliwia protestBoliwijska forma demokracji bezpośredniej (Fot. Juan Karita/AP)

4. Tragedii ciąg dalszy

Dział Zagraniczny podawał dwa tygodnie temu informację o pechowym skrzyżowaniu w Lahore, gdzie pewien Amerykanin najpierw zastrzelił dwóch mężczyzn, a chwilę później jego rodak – pracownik konsulatu – w tym samym miejscu przejechał jeszcze jednego.
Okazuje się, że sprawa jest dużo bardziej skomplikowana, niż się z początku wydawała. Strzelec nazywa się Raymond Davies i od samego początku twierdzi, że działał w samoobronie. Tymczasem świadkowie zeznają, że to on pierwszy zaatakował mężczyzn i zastrzelił ich z zimną krwią. Amerykański konsulat przekonuje, że Davies jest ich pracownikiem i chroni go immunitet, tymczasem jego zatrudnienia nie potwierdzają żadne oficjalne dokumenty. Stany chcą załagodzić sytuację, oferując rodzinie ofiar wysokie odszkodowania, jednak wydaje się, że nic z tego nie będzie: sprawa stała się zbyt głośna, ulicami przetaczają się wściekłe demonstracje żądające kary śmierci dla sprawcy. W dodatku od poniedziałku sprawa ma jeszcze tragiczniejsze oblicze: żona jednego z zastrzelonych powiedziała, że nie wierzy w sprawiedliwość i popełniła samobójstwo.

5. Argentyńska telenowela

Skoro jesteśmy przy tragicznych losach żon, to spójrzmy na chwilę na Argentynę. W ciągu ostatnich dwóch tygodni cztery kobiety zostały tam zamordowane w ten sam bestialski sposób – ich partnerzy oblali je wódką i podpalili. A żeby było bardziej groteskowo, to wszyscy sprawcy tłumaczą się tak samo: “No, oblała się sama, pijąc z butelki, a potem próbowała zapalić papierosa”. Fantastyczna wyobraźnia, Dział Zagraniczny wróży panom wielką przyszłość w pisaniu scenariuszy do telenowel.

A, no i przy okazji. Czytelnicy Działu Zagranicznego oczywiście kojarzą Cristinę Fernández de Kirchner, prezydent Argentyny i żonę Néstora Kirchner, który w październiku zmarł na zawał. Mąż był głową państwa przed Cristiną, planowali się wymieniać urzędem co kadencja i z tego oraz innych powodów (np. prawniczego wykształcenia obojga i pochodzenia z mało ważnego stanu) nazywano ich często latynoskimi Clintonami.
No więc właśnie się okazało, że Néstor miał z Billem więcej wspólnego, niż się wszystkim wydawało: z sekretarką przez lata łączyło go zdecydowanie więcej niż urzędowa papeteria. Elizabeth Miriam Quiroga zostałą kochanką Kirchnera jeszcze w latach 90., kiedy był gubernatorem prowincji Santa Cruz, a kiedy został prezydentem, porzuciła wszystko i podążyła za nim do Buenos Aires, gdzie dał jej pracę w swojej administracji, żeby mogli być blisko siebie.
Ale Néstor zmarł i Cristina rywalkę zwolniła. Co ta ostatnia przyjęła z klasą, o wszyskim opowiadając w gazetach.

Natalio Oreiro: nowe wyzwanie.

6. Halo? Tu Ziemia

Skoro już o przywódcach mowa, to podczas piątkowych modłów w Teheranie, ajatollach Chamanei, faktyczny szef Iranu, rzucił:
– Ten wybuch, który widzimy u narodu egipskiego to właściwa odpowiedź na wielką zdradę, którą zdradziecki dyktator popełnił wobec swojego ludu!
Ali? Serio? Wychodzisz czasem z domu?

7. Grzegorz Lato i Rastamysz

And last but not least, w zeszłą niedzielę obchodziliśmy 66. rocznicę urodzin Boba Marleya. W związku z czym Olivia Grange, Minister Młodzieży, Sportu i Kultury na wyspie, zapewniła że osobiście poprowadzi starania o uznanie piosenkarza za bohatera narodowego. Tak, dokładnie, nie ma tu pomyłki: Tuff Gong może i symbolem jest, ale tylko w powszechnej świadomości, a oficjalnie nie. To ostatnie ma miejsce dopiero, kiedy rząd przyzna mu Order Bohatera Narodowego, którym do tej pory uhonorowano dopiero siedem osób. Wymieńmy je sobie: Queen Nanny, Samuel Sharpe, Marcus Garvey, Paul Bogle, George William Gordon, Alexander Bustamante i Norman Manley.
Czy komuś te nazwiska coś mówią? Działowi Zagranicznemu akurat tak, ale z pełną świadomością że jest w mniejszości. Karaibka wyspa ma chyba tę samą przypadłość co Polska: nad Wisłą wszyskim się wydaje, że świat kojarzy nas z Papieża (ale tego prawdziwego), ewentualnie Lecha Wałęsy, a potem człowiek trafia do Tanzanii albo Argentyny i wszyscy pytają tylko, czy Grzegorz Lato jeszcze żyje.
Jamajko, ogarnij się.

A już na kawę po deserze też karaibka popkultura. BBC na swoim kanale dziecięcym CBeebies nadaje bajkę, której głównym bohaterem jest… Rastamysz. Gryzoń uczy dzieci szacunku i miłości do bliźniego, czasem złapie jakiegoś przestępcę, a na codzień jeździ na desce i gra w kapeli reggae. Sami zobaczcie:

Oczywiście mnóstwo widzów wysłało do stacji listy protestacyjne, że utwierdza krzywdzący stereotyp mieszkańca Karaibów (choć serial jest oparty na bardzo popularnych właśnie na Jamajce ilustrowanych książeczkach dla dzieci).
Ciekawe jak zareagują na plany jednego z synów Marleya. Ziggy ogłosił właśnie, że w kwietniu wyda 48-stronicowy komiks z przygodami sperbohatera z innej planety. Imię herosa? MarijuanaMan.

MarijuanamanTwój czas minął, Clarku Kencie

Nie wiadomo, czy kosmita będzie tak silny jak Superman. Ale bankowo mniej spięty.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Stephen Wilce to fajny gość

Podsumowanie tygodnia w poniedziałek, zamiast w niedzielę. Obsuwa wynika z powodów różnych, nad którymi nie będziemy się rozwodzić. Dział Zagraniczny przeprasza wszystkich czytelników, oraz osoby, które w różnych sprawach pisały maile, a jeszcze nie dostały odpowiedzi. W ciągu godziny mogą się ich spodziewać.
Jeszcze raz sorry.

1. Bez olinklusiw nie ma korespondencji

Na Wybrzeżu Kości Słoniowej Laurent wciąż mówi, że nie odda zabawek i jest pat. Tymczasem trochę dalej na południowy-wschód, a konkretnie w Gabonie, lokalny polityk postanowił powtórzyć scenariusz. We wtorek André Obame ogłosił, że wybory z 2009 roku zostały sfałszowane, tak naprawdę wygrał je on, a nie urzędujący prezydent Ali Bongo (syn rządzącego krajem przez 42 lata Omara Bongo, z którym sam Obame przez lata blisko współpracował). Następnie mianował rząd i 19 ministrów, a dzień później wszyscy stawili się przed miejscową siedzibą ONZ, gdzie zażądali ochrony.
Pewnym rozczarowaniem dla samozwańczego prawowitego przywódcy może być to, że o ile na Wybrzeżu Kości Słoniowej Unia Afrykańska twardo stoi po stronie opozycjonisty/prezydenta Alassane Ouattary, o tyle w Gabonie przesłanie tej samej organizacji dla André można z grubsza streścić jako “Weź się nie wygłupiaj”.

Obame zawsze twierdził, że wybory wygrał, ale do tej pory nie afiszował się z tym na szeroką skalę. Podobno do wtorkowej akcji zachęciły go wydarzenia w Tunezji. A jeżeli o państwach arabskich mowa, to Dział Zagraniczny pragnie poinformować czytelników, że oprócz wspomnianego kraju Magrebu i Egiptu, który nie schodzi z czołówek, demonstracje odbywają się też w Jemenie, Libanie (chociaż tam z trochę innego powodu), a od wczoraj też w Chartumie. Na nieszczęście dla tych krajów, biura podróży nie wysyłają tam samolotów pełnych turystów z Radomia. Więc nie zobaczymy relacji w “Faktach”.

2. Literatura to sztuka

Był sobie kiedyś taki argentyński autor jak Jorge Luis Borges, który jest uznawany za jednego z najwybitniejszych latynoskich pisarzy w historii. Borges zmarł w 1986 roku, ale na jego nieszczęście chilijski kolega po piórze – Eduardo Labarca – mimo 72 lat żyje nadal. I wpadł na genialny pomysł, że wypromuje swoją najnowszą książkę, dając na okładkę zdjęcie, na którym obiskuje grób Borgesa. Argentyński Minister Kultury mówi, że to profanacja. Sam Labarca, że sztuka.
Sąsiedzi Działu Zagranicznego co weekend uprawiają sztukę na jego klatce schodowej.

3. John Candy

Nowa Zelandia ma coś, co nazywa się Defence Technology Agency i z grubsza jest agencją, która doradza rządowi w sprawach lotnictwa wojskowego (np. w sprawie misji w Afganistanie), szeroko pojętego szpiegostwa i obrony. Acha, no i do niedawna miała też szefa, który żyje we własnym świecie. Dosłownie.
Stephen Wilce stracił stanowisko po pięciu latach dowodzenia 80-osobową ekipą i przeglądaniu ściśle tajnych materiałów. Przełożeni zwolnili go we wrześniu ubiegłego roku, kiedy lokalna telewizja ujawniła, że kłamał w swoim CV, między innymi twierdząc, że przez lata służył w brytyjskiej armii jako komandos. A w piątek komisja śledcza wydała raport ze śledztwa, które ujawniło kolejne fantazje Wilce’a.
Sympatyczny pan z wąsem według własnych opowiadań działał też w MI5, MI6, zaprojektował system naprowadzania rakiet Polaris, był bardzo popularnym gitarzystą folkowym, oczywiście w przerwach pomiędzy zawodowym graniem w rugby a wożeniem księcia Andrzeja helikopterem.
Dział Zagraniczny rozumie, że liczba zajęć przytłoczyła tego, kto dawał Stephenowi posadę, ale chyba jednak były sygnały, żeby lekko wątpić w jego życiorys? Na przykład kiedy twierdził, że w 1988 roku reprezentował Wielką Brytanię na Zimowej Olimpiadzie w Calgary, gdzie ścigał się na bobslejach z Jamajczykami. Tak, tymi z “Reggae na lodzie”.

John CandyPodpowiedź dla rządu Nowej Zelandii: drugi od prawej pan, to nie Stephen Wilce

4. Ital irie culcha

A właśnie, Jamajka. Dział Zagraniczny informował już o tym, że Kuba stworzyła własną Wikipedię. Sąsiedzi z drugiej wyspy nie chcieli być gorsi i właśnie ruszyła Jamaicapedia. Z tym, że ma niewiele wspólnego ze słynnym pierwowzorem, to raczej portal z filmikami, które mają prezentować kulturę tego kraju. Są więc nagrania z wizyty Hajle Sellasiego w 1966 roku, wywiad z Usainem Boltem i dużo o reggae. Na razie nic o mordowaniu gejów i lesbijek. Znając Jamajkę, już niedługo.

5. Chiński Tom Cruise

Wszystko wskazuje na to, że Chińczycy nadali w telewizji materiał ze swoich ćwiczeń wojskowych, w którym użyli fragmentów z filmu “Top Gun”. Nawet nie chce mi się tego opisywać, wszystko jest wyjaśnione pod tym linkiem, a na zachętę screenshot:

Top GunTom Cruise lata dla chwały ChRL

6. Pewchowe skrzyżowanie

Inna kuriozalna wiadomość tego tygodnia, to że do więzienia w Pakistanie trafił pewien Amerykanin, bo zastrzelił motocyklistę w Lahore. On sam twierdzi, że bronił się przed napadem, a bandyta pierwszy groził mu bronią, ale cała sytuacja jest bardziej tragiczna niż groteskowa. Do momentu, kiedy na miejsce zdarzenia dociera auto z amerykańskiego konsulatu i uderza dwóch gapiów, z których jeden umiera.
Nawet nie wiem, jak to skomentować

7. Gorzej niż na derbach w Krakowie

Podsumowanie tygodnia zakończymy kolejną tragikomedią. W Nigerii jest miasto Jos, które od lat jest targane konfliktami pomiędzy chrześcijanami a muzułmanami. Szczególnie krwawy był rok 2008, a tylko w zamieszkach z zeszłego miesiąca zginęło ok. 200 osób.
Tymczasem w czwartek w pobliskim Tafawa Balewa starcia pociągnęły za sobą 4 ofiary śmiertelne, a ponad 50 domów spłonęło. Co wywołało krawe walki? Spór dwóch chłopaków o niespłacony dług bilardowy.
Kilka lat temu Dział Zagraniczny spędził parę miesięcy w Tanzanii. Akurat na samym początku rząd zabronił gry w bilard przed godziną 16, bo z jego powodu za dużo dzieci szło na wagary, a dorosli nie przychodzili do pracy. Nigerio: rozważ.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Plecak to nie bank

Po sympatycznym pierwszym tygodniu roku, wszystko wróciło do normy: na świecie znowu jest niefajnie.

1. Alchemik i ajatollahowie

Trudno nie zacząć od informacji, która sprawia, że pół Facebooka wchodzi na fanpejdża rządu Iranu i klika “I like”. Ajatollahowie zbanowali twórczość Paulo Coelho. Całą, bez wyjątku. Tym samym czytelnikom od Tebryzu do Zahedanu miłościwie oszczędzono takich perełek jak: “Czasami zło przychodzi pod maską dobra, lecz jego prawdziwym celem jest szerzenie zła”, albo “Wszystkie twoje myśli i odczucia mogą przyczynić się do twojego rozwoju”.
Na tym niestety kończy się schadenfreude, bo okazuje się, że zakaz ma uderzyć nie tyle w patrona wakacyjnych miłości na koloniach we Fromborku, co w jego lokalnego wydawcę. Arash Hejazi był bowiem jednym z mężczyzn, którzy w czerwcu 2009 roku próbowali bezskutecznie reanimować Nedę Agha-Soltan, zastrzeloną przez tajną milicję podczas zamieszek po sfałszowanych wyborach prezydenckich. Zamieszczone na Youtube nagranie jej śmierci szybko stało się symbolem tamtych wydarzeń, a Hejazi (na filmie to ten w białej koszulce) wielokrotnie wypowiadał się później w opozycyjnych i zachodnich mediach przeciw reżimowi w Teheranie. Ostatni zakaz ma być tylko częścią represji, które rząd stosuje wobec niepokornego wydawcy.
Coelho na swoim blogu apeluje do rządu Brazylii o działanie w tej sprawie. Dział Zagraniczny po raz pierwszy w życiu go popiera.

2. Znikające setki

W okolice Iranu (a konkretnie do Turcji, Kuwejtu i Kataru) miała jakoś w najbliższych dniach wpaść z wizytą Cristina Fernandez, prezydent Argentyny. W podróż zabierze pewnie tylko krakersy i wodę, bo na więcej jej nie stać, po tym jak została okradziona. Serio, to tak głupia historia, że Dział Zagraniczny musiał sprawdzić w kilku źródłach czy to czasem nie jakiś lokalny prima aprilis.
W skrócie było tak, że pracownik jej kancelarii podjął dokładnie 68 tys. dolarów i 17 tys. euro w Departamencie Skarbu, wypchał sobie nimi plecak i pojechał do domu. Według jego zeznań, kilka skrzyżowań od mieszkania napadło go trzech zamaskowanych mężczyzn na motorach i zrabowało forsę.
Moc. Rzecz działa się w uwielbianej przez artystów i studentów dzielnicy Palermo. Która przez cały poprzedni rok była na czołówkach lokalnych gazet z powodu dramatycznej fali napadów z bronią w ręku. Dział Zagraniczny ma radę dla pani prezydent: Cristino, zatrudniaj chłopaków, którzy czytają prasę.

Zostańmy jeszcze na chwilkę przy kasie i Palermo. W środku dzielnicy jest niewielki park poświęcony Conquista del Desierto, militarnej kampanii z końca XIX w., dzięki której Argentyna zapewniła sobie kontrolę nad Patagonią. I w której dowodcą był Julio Argentino Roca, późniejszy prezydent republiki. Julio do tej pory miał w kraju swoje ulice, place, pomniki, trafił też na 100-pesowy banknot. Ale niedługo może z niego zniknąć.
Podbój południa był bowiem takim lokanym holocaustem na małą skalę. Wszystkich indian, którzy stawiali jakikolwiek opór, wycięto, a resztę wzięto w niewolę i zadbano, żeby nie mogli się rozmnażać. W rezultacie dziś Patagonię zamieszkuje zaledwie garstka rdzennych mieszkańców, reszta to potomkowie imigrantów z Europy.
Coraz więcej Argentyńczyków zaczyna więc dochodzić do wniosku, że 10-metrowe pomniki ku czci Julia są może lekko passé. Tucumán i Santa Cruz już zmieniły nazwy ulic wcześniej noszące jego imię, takie same plany są rozpatrywane w Mendozie, Rosario i Buenos Aires. Podobno niedługo do parlamenty ma wpłynąć wniosek o usunięcie byłego prezydenta z banknotów.
Dział Zagraniczny znowu radzi: na kolejną podróż zagraniczną wyciągnąć tylko nieaktualne setki i wymieniać już na miejscu.

PesoTo już niedługo będzie item kolekcjonerski

3. Łuski

W poniedziałek straż straż Jamajki ostrzelała kuter rybacki z Hondurasu, który rzekomo kłusował na ich wodach terytrialnych. Zginął kapitan jednostki. Kilka godzin wcześniej w identycznej sytuacji, iracki kuter na swoich wodach zaatakowały siły kuwejckie. Tylko, że w Zatoce Perskiej rybacy odpowiedzieli ogniem. Trzech jest rannych, czterech “zaginionych”, nie żyje też funkcjonariusz z Kuwejtu.
Panowie, może przed otwarciem ognia warto podpłynąć i zagadać?

4. Teresa Orlowsky w hidżabie

Zostajemy w regionie i spoglądamy na nasz ulubiony Somaliland. Gdzie pewien Niemiec kręcił sobie amatorskie porno. Ale niestety wpadł. I zgodnie z surowym islamskim prawem, został skazany na cztery lata odsiadki (po której zostanie deportowany i dostanie urzędowy zakaz powrotu do kraju nad Zatoką Adeńską) oraz 10 tys. dolarów grzywny. Dla 72-latka jest jednak pewnie jakaś nadzieja, bo jak wiemy ze sprawy najemników z Saracen International, dla okazujących hojność rząd w Hargejsie ma w rękawie ułaskawienia.
Na które jednak nie mogą liczyć występujące w filmach miejscowe dziewczyny, również skazane. Rok i 900 dolarów grzywny każda. Gunter, okaż solidarność koleżankom z planu.

5. Polowanie po brazylijsku

No i last but not least, skandal dyplomatyczny w Brazylii. Skandal z paszportami dyplomatycznymi, konkretnie. Wyszło bowiem na jaw, że w ostatnich dniach swojego urzędowania, prezydent Lula da Silva (magiczne 87 proc. poparcia na koniec drugiej kadencji: Białorusio, a jednak można bez dodatkowych kart do głosowania), sprezentował swoim dwóm synom takie właśnie dokumenty.
Prawo mówi, że paszporty dyplomatyczne przysługują prezydenckim dzieciom do 21 roku życia, chyba że studiują – wtedy granica zostaje podniesiona do 24. Rzecz w tym, że Luiz Claudio ma lat 25, a Marcos Claudio 39. Wykorzystano więc artykuł, który mówi, że papiery można dać w zasadzie każdemy, pod warunkiem, że “służy to interesom państwa”.
Nie wiadomo, czy prawo do wjazdu prezydenckich pociech na teren USA bez wizy faktycznie przysłuży się Brazylii, ale cała sprawa inspiruje Dział Zagraniczny. Bronku, 40 milionów paszportów dyplomatycznych i nie będziesz musiał już publicznie gadać o bezpiecznych kobietach podczas polowania.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.