Archive

Posts Tagged ‘Japonia’

Atomowe laptopy

Ponad setka policjantów z oddziałów szturmowych, przechwycona dokumentacja, zatrzymany sprzęt i plomby na drzwiach. A kilka dni wcześniej – głośne aresztowanie szefa firmy. Sporo szumu, jak na zagubione w centrum Tokio, niewielkie biuro handlujące komputerami. I mało adekwatne do popełnionej zbrodni: złoczyńcom zarzuca się nielegalny eksport 100 laptopów.

O co tyle szumu, wyjaśnia się po sprawdzeniu komu towar sprzedano. Ale dużo ciekawsze jest: kto protestuje?

PachinkoZarabiamy miliard na hazardzie, więc możemy sobie pozwolić na kilka laptopów (Fot. David Monniaux/Wikipedia)

Lee Soon-Gi jak na razie oskarżony jest tylko o nielegalny eksport wspomnianej setki laptopów. Ale według nieoficjalnych informacji, jego firma Popura-Tec zdołała od 2008 r. przemycić za granicę prawie tysiąc komputerów i ekranów LCD. Cały sprzęt miał trafić do Korei Północnej.

Zgodnie z prawem z 1949 r., wszyscy handlarze są zobowiązani uzyskać zgodę japońskiego rządu przed sprzedażą zaawansowanych technologicznie towarów do krajów uznawanych za utrudniające utrzymanie bezpieczeństwa na arenie międzynarodowej. Jak łatwo się domyśleć, Koreę Północna jest w Tokio na samym szczycie takiego rankingu, ale w jej przypadku nie trzeba władz nawet pytać o zdanie: te w 2006 r. nałożyły embargo na eksport dóbr luksusowych do sąsiada, a już trzy lata później – po przeprowadzanych przez Phenian próbach nuklearnych – zakazały w ogóle jakiegokolwiek handlu z tym państwem.

W 2009 r., Lee miał się spotykać w Phenianie z przedstawicielami rządowej agencji, która jest podejrzewana o przeprowadzanie cyberataków na japońskie cele. Używany miałby w nich być dostarczany przez Popura-Tec sprzęt. Ale, jak donoszą lokalne media, w swoich działaniach Lee kierował się nie tylko chęcią zysku. Choć urodzony w Japonii, to etniczny Koreańczyk. Wychowany przez organizację, która teraz protestuje przeciw jego zatrzymaniu, a na co dzień jest kuriozalną maszyną propagandową Phenianiu w Kraju Kwitnącej Wiśni.

Masked RangerUważaj, porządny Japończyku, bo pod każdą maską i kamieniem może się czaić niecny Koreańczyk. Z północy! (Fot. Maciej Okraszewski/Dział Zagraniczny)

W grudniu, oprawione w ramki portrery Kim Dzong Una zawisły obok podobizn jego ojca i dziadka nie tylko w Korei Północnej. Ozdobiły też japońskie klasy w ponad 60 przedszkolach, podstawówkach, liceach, a nawet na jednym uniwersytecie. To wszystko placówki prowadzone przez Chongryon – Ogólne Zrzeszenie Koreańskich Rezydentów w Japonii. Dodajmy: północnokoreańskich. Których są setki tysięcy.

W 1910 r., Japonia anektowała Koreę. Nowi władcy szybko zaczęli konfiskować duże połacie ziemi, więc pozbawieni jej koreańscy chłopi zaczęli masowo emigrować na wyspy w poszukiwaniu pracy i lepszego życia. Dwie dekady później, dla wielu ich rodaków przeprowadzka okazała się przymusowa: w czasie II Wojny Światowej, na roboty w Japonii wywieziono ponad 600 tys. osób. Gdy cesarz kapitulował przed Amerykanami, na wyspach mieszkało już 2,5 mln Koreańczyków.

Po wojnie większość wróciła do domu, ale prawie 700 tys. zostało w Japonii. Gdy na półwyspie powstały dwa niezależne państwa, trzeba było się opowiedzieć po którejś ze stron. Co czwarty mieszkaniec diaspory wybrał Koreę Północną. I tak powstało Chongryon.

Zrzeszenie to państwo w państwie. W finansowanych przez ojczyznę szkołach, dzieci chłoną ideologię dżucze i propagandę Phenianiu. Na lekcje chodzą w tradycyjnych strojach, a wśród zajęć mają między innymi taniec synchroniczny – namiastkę bombastycznych parad z Korei Północnej. Na absolwentów czekają posady w prowadzonych przez Chongryon firmach, między innymi banku, czy kilku gazetach. A przede wszystkim w salonach pachinko.

To jaskinie hazardu, które powinny być już dawno wpisane na jakąś listę japońskiego dziedzictwa narodowego. Wypełniają je maszyny przypominające postawione na sztorc stoły do flippera, przez które z łoskotem przewalają się metalowe kulki – nawet najmniejszy salon słychać z kilkudziesięciu metrów. Japończycy kochają tę grę i przepuszczają na nią ogromne pieniądze, które trafiają później do kasy Chongryon. Szacuje się, że Zrzeszenie kontroluje co trzecią maszynę na wyspach, na czym może zarabiać nawet miliard dolarów rocznie. Duża część dewiz jest później przemycana do Korei Północnej na pokładzie Mangyongbong-92, należącego do Chongryon promu, który co dwa tygodnie kursuje między oboma państwami.

Ponieważ Korea Północna nie ma w Japonii żadnej ambasady, to właśnie główna siedziba Zrzeszenia funkcjonuje jako jej de facto placówka dyplomatyczna. A gospodarze już wielokrotnie próbowali wywierać presję na sąsiada, uderzając właśnie w Chongryon. Jego szkołom odmówiono dofinansowania, jakim cieszą się chociażby placówki mniejszości chińskiej. Mangyongbong-92 kilkakrotnie dostawał już zakaz wpływania do japońskich portów. A we wrześniu 2003 r., władze zajęły kilka należących do Zrzeszenia nieruchomości. Pretekstem były niezapłacone podatki, ale komentatorzy zgodnie oceniali, że chodziło o pogrożenie Phenianowi, który nie chciał się wycofać ze swojego programu nuklearnego.

Wtorkowa akcja w biurze Popura-Tec mogła mieć takie samo podłoże. Firma należała do Zrzeszenia, a Chongryon głośno protestował przeciw zatrzymaniu Lee.

Tymczasem, dziś rano Korea Północna ogłosiła, że zawiesza część swojego programu nuklearnego. Sukces Tokio? Raczej nie. W zamian Phenian dostanie pomoc żywnościową od Stanów Zjednoczonych.

Trudno o lepsze podsumowanie kraju, który jest w stanie zbudować bombę atomową, a nie potrafi wykarmić własnych obywateli. Wychowankowie Zrzeszenia też zdają się to powoli dostrzegać. Od lat, średnia wieku jego członków cały czas się zwiększa, a młodzi wybierają inny model życia. W wywiadzie dla “The Japan Times”, część z nich przyznawała, że chociaż podobało im się na wycieczce do ojczyzny, to nie chcieliby tam jednak mieszkać. A ci, którzy dali się skusić, wracają rozczarowani. Yumiko Chiba była jeszcze dzieckiem, kiedy jej rodzina – skuszona propagandą Zrzeszenia – postanowiła przeprowadzić się do Korei Północnej w 1968 r. Po latach kobieta trafiła do obozu koncentracyjnego, gdzie była torturowana. Udało jej się uciec do Japonii w 2003 r. Pięć lat później, pozwała Chongryon na 11 mln jenów za oszustwo.

Zrzeszenie wydaje się powoli odchodzić do przeszłości.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Wieloryb na Wigilię

Co to: ma płetwy i jadasz to w grudniu? Karp, oczywiście. No, chyba że jesteś Japończykiem. Wtedy to wieloryb. I w tym roku możesz go konsumować dzięki… pieniądzom na odbudowę zniszczeń po marcowym trzęsieniu ziemi, które wywołało tsunami i katastrofę w elektrowni jądrowej w Fukushimie. Smacznego!

Wielorybnictwo a la JaponiaHo! Ho! Ho! Wesołych świąt po japońsku! (Fot. Australian Customs Service)

Wielorybnictwo w Japonii to żadna nowość. Wyspiarze polują na te ogromne ssaki od kilkuset lat i jak do tej pory nic nie zdołało ich od tej real-life inscenizacji Moby Dicka odciągnąć. Wojna, nie wojna, konkurencja ze strony Aristotelisa “A, wytępię sobie wszystkie wieloryby w okolicach Peru” Onasisa, reality show o grupie rozhisteryzowanych hipisów – Japończycy wszystko traktowali zgodnie ze swoją odwieczną zasadą: “Jeżeli to nie Godzilla, to nie ma co przerywać herbaty”. Nawet kiedy Międzynarodowa Komisja Wielorybnictwa wprowadziła moratorium na jego komercyjne prowadzenie, Tokio wciąż wysyłało swoją flotę na połów, oficjalnie tłumacząc go celami naukowymi. A to, że po “badaniach” mięso trafiało na sprzedaż i do restauracji? Hej, chleb jest święty i nie wolno go wyrzucać, a w Japonii jest najwyraźniej ostro nasączony tranem.

Co ciekawe, jak pokazują badania Gallupa, przytłaczająca większość Japończyków nie jada wielorybiego mięsa wcale, albo robi to tylko przy wyjątkowych okazjach. W zasadzie jedyna grupa respondentów, która uznaje je za przysmak, to mężczyźni w wieku 40-59 lat, co komentatorzy tłumaczą sentymentem: tuż po wojnie było ono bowiem często podawane w szkolnych stołówkach i osobom starszym kojarzy się z dzieciństwem.

Skąd więc ten pęd do polowań na wieloryby (a przy okazji też delfiny)? Są dwie wersje.

Pierwsza mówi, że to zemsta za to, że to właśnie para złożona z wieloryba i delfina pilotowała bombowiec, z którego zrzucono bombę atomową na Hiroszimę (a Japończycy do dziś nie wiedzą, że w rzeczywistości za sterami siedzieli krowa i kurczak):

Według drugiej, to po prostu zwykły klientelizm. Jeżeli ktoś uważa, że polska scena polityczna jest zabetonowana, to w takim razie ta japońska jest prawdziwym bunkrem. Przeciwatomowym. U władzy pozostają wciąż ci sami ludzie, a nawet rodziny. Żeby jednak móc się utrzymać na powierzchni, muszą dbać o swoją bazę i tamtejsze struktury – gigantyczne inwestycje w infrastrukturę itp. to nic innego jak pompowanie pieniędzy w zaprzyjaźnione firmy i potencjalnych wyborców.

Nie inaczej jest z przemysłem wielorybnicznym, który już od wielu lat nie jest dochodowy i wciąż funkcjonuje tylko dzięki potężnym zastrzykom rządowych pieniędzy. Co roku w budżecie przeznacza się na ten cel ok. 6 mln dolarów, a od 1988 r. z wydano ich w sumie aż 150 mln. Politycy dobrze wiedzą, że dzięki temu mogą potem przy urnach liczyć na tysiące wdzięcznych głosów: wokół niewielkich kiedyś portów rybackich, przez lata powyrastały przetwórnie, stocznie i fabryki, a wraz z nimi duże miasta, takie jak chociażby Ayukawa, gdzie mieszka prawie 200 tys. osób. Dlatego też, finansowa pomoc dla tych ośrodków nie budzi w Kraju Kwitnącej Wiśni wielkiego oburzenia społecznego.

Ale ostatni zastrzyk pieniędzy już jak najbardziej.

Po marcowej katastrofie, rząd ustanowił fundusz na odbudowę zniszczeń, którego budżet to 500 mld jenów (równowartość mniej więcej 6,5 mld dolarów). Teraz okazało się, że 2,30 mld jenów (ok. 29 mln dolarów) z tej puli zostało przekazane właśnie przemysłowi wielorybniczemu. Rząd tłumaczył się co prawda, że jedna ze zburzonych miejscowości była właśnie tego typu portem rybackim, ale szybko okazało się, że nie ma to żadnego przełożenia na wspomnianą sumę. Gdy na początku grudnia, japońska flota wielorybnicza wyszła z portu w Shimonoseki w południowo-zachodniej części Honsiu, największej z wysp tworzących Japonię (trzęsienie ziemi, które wywołało niszczycielskie tsunami, znajdowało się na przeciwległym jej krańcu), w oczy najbardziej rzucała się szczególnie towarzysząca jej jednostka: “Shonan Maru 2”, były kuter przerobiony na pływającą twierdzę, wypełnioną uzbrojonymi po zęby ochroniarzami.

Wszystko dlatego, że w zeszłym roku hałaśliwe działania ekologów z organizacji Sea Shepherd pokrzyżowały wielorybnikom plany jak nigdy dotąd. Flota musiała zawrócić do portu miesiąc wcześniej niż zwykle (sezon trwa z reguł do kwietnia), a w jej ładowniach zalegała zaledwie piąta część tego, co chcieli złowić. Teraz “Shonan Maru 2” ma zadbać o to, by żadna motorówka, albo inna jednostka ekologów, nie mogła się nawet zbliżyć do miejsca połowów. I to właśnie na jego uzbrojenie poszło te 29 mln dolarów.

Takim groteskowym wykorzystaniem funduszy na odbudowę oburzeni są sami Japończycy. Wiele organizacji wysłało do premiera Yoshihiko Nody wspólny list otwarty, w którym protestują przeciwko marnotrawieniu funduszy publicznych.

Wielorybnicy żeglują więc w kierunku Antarktyki, a Dział Zagraniczny wciąż nie może wyjść ze zdumienia: 29 mln dolarów na uzbrojenie kutra? To co? Załadowali mu tam torpedy i wiosną będzie polował na Czerwony Październik?

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

PS Dział Zagraniczny bierze urlop świąteczny. Następnym razem będziemy nieinteresować polskiego czytelnika dopiero w nowym roku. Dlatego wszystkim niezainteresowanym już teraz życzymy smacznego karpia (albo wieloryba, zależy gdzie jesteście).

Wołomin grał w innej lidze

Wielkie katastrofy to medale o dwóch stronach. Z jednej jest tragedia tych, którzy tracą w nich rodziny, albo dobytek całego życia. A z drugiej radość tych, którzy będą odbudowywać zniszczone przez nie tereny. Bo wygranie przetargu na takie działania, oznacza z reguły umowy opiewające na dziesiątki milionów. Nie inaczej jest w Japonii. Gdzie, jak się okazuje, wszystkie zlecenia zgarniają organizacje, których szefowie są wydziarani od stóp do głów. I czasem brakuje im kilku palców.

Yakuza bez palcaJeżeli zdrowy na umyśle typ sam odcina sobie palce, to wyraźny sygnał, żeby nie śmiać się z jego koszuli (Fot. Reuters)

Jak donoszą media, Yakuza dosłownie zmonopolizowała odbudowę zniszczonych w marcowym trzęsieniu ziemi terenów. Publiczne zlecenia płyną do nich szerokim strumieniem, a gangsterzy zajmują się wszystkim, od oczyszczania resztek kanalizacji, przez wywóz ton gruzu, aż po budowę nowych domów, szkół, szpitali i innych budynków użyteczności publicznej. Ba! Sprzątają nawet materiały radioaktywne z okolic Fukushimy.

Dlaczego władze przymykają na to oko i pozwalają się bogacić przestępcom? Może dlatego, że kiedy doszło do katastrofy, gangsterzy byli już na miejscu i działali, zanim Naoto Kan zdążył powiedzieć: “Kurde, czuję dymisję”.

Już kilka godzin po pierwszych wstrząsach, do prefektur Fukushima i Ibaraki zaczęły zjeżdżać nieoznakowane ciężarówki z tablicami rejestracyjnymi z Kobe i Tokio. Mężczyźni ubrani w długie, szczelnie zakrywające ciało koszule, zaczęli z nich wyładowywać prowiant, wodę, koce, namioty, latarki, ładowarki do telefonów. Montowali nawet przenośne toalety. Chociaż nie chcieli rozmawiać z mediami i zachowywali się wyjątkowo dyskretnie, szybko wyszło na jaw, że to członkowie Sumiyoshi-kai i Inagawa-kai, odpowiednio drugiej i trzeciej najpotężniejszej gałęzi Yakuzy.

Zdaniem Jake’a Adelsteina, który przez lata pracował w Japonii jako dziennikarz śledczy, przez co poznał tamtejszy świat przestępczości zorganizowanej lepiej od jakiegokolwiek innego obcokrajowca (już po wyjeździe z kraju napisał książkę o tych doświadczeniach – “Tokyo Vice: An American Reporter on the Police Beat in Japan”), tylko w ciągu pierwszych krytycznych momentów po katastrofie, Yakuza wpompowała w dotknięte nią tereny ponad pół miliona dolarów. Wysłała nawet na miejsce swoje “patrole”, które miały dopilnować, by nie dochodziło do szabru.

Nie jest to zresztą pierwszy przypadek, kiedy japońscy przestępcy okazują się skuteczności w działce pomocy humanitarnej, niż miejscowy rząd. Gdy w 1995 r. straszliwe – do dziś zresztą wyjątkowo traumatyczne dla Japończyków – trzęsienie zniszczyło Kobe, pracownicy rządowi okazali się ślamazarni i mało efektywni. Na szczęście, dużo wcześniej przed nimi, na miejscu pojawiała się Yakuza, która skutecznie niosła pierwszą pomoc tym, którzy przeżyli.

Yakuza kąpielHigiena osobista to podstawa prawdziwej gangsterki (Fot. Gideon Mendel/Corbis)

Gdyby ktoś chciał podziękować gangsterom za ich pomoc, to nie będzie miał z tym większych problemów. Yakuza to jedna z najdziwniejszych grup przestępczości zorganizowanej na świecie. Chociaż żyje z nielegalnej działalności, to wiadomo o niej więcej, niż o Thomasie Pynchonie. Dzieli się na kilkanaście dużych grup, a ich nazwy, strefy wpływów i symbole są powszechnie znane. Ba! Mają własne budynki, na których widnieją ich herby, więc trudno się pomylić. Można do nich zadzwonić, można wysłać faks. Samych bandytów, których jest w kraju od 80 do 100 tys., też trudno pomylić z kimkolwiek innym. Ich słynne dziary to małe dzieła sztuki, ale w łaźniach błyskawicznie zdradzają tożsamość ich nosicieli.

Chociaż w 1992 r. wprowadzono restrykcyjne, “antygangowe” prawo, to jego skutki są niewielkie. Przestępcy są widoczni w przestrzeni publicznej, pokazują się na świętach publicznych, twarze ich szefów są powszechnie znane. Chcecie wiedzieć, jak wygląda przywódca Yamaguchi-gumi, najpotężniejszej odnogi Yakuzy? Proszę bardzo:

TsukasaCzłowiek, przy którym Pershing to żart (Fot. Getty)

A tu in motion, wypuszczony z więzienia po odsiedzeniu wyroku:

Chociaż wydawać by się mogło, że wiemy o niej wszystko, co się da, to jednak sama Yakuza o swojej działalności dobroczynnej wypowiadać się nie chce i zaskakująco milczy o powodach niesienia pomocy.

Manabu Miyazaki, japoński pisarz, który bardzo obszernie opisuje w swoich książkach przestępczy półświatek (i ma ku temu naprawdę mocne podstawy: jego ojciec był jednym z przywódców Yakuzy w Kioto), twierdzi, że ta dobroczynność jest absolutnie szczera i spontaniczna. Gangsterzy, rekrutujący się często z najbardziej pogardzanych grup społecznych (np. z kasty burakumin, skupiającej ludzi z zawodów tradycjnie kojarzonych ze śmiercią, takich jak rzeźnicy, grabarze itp.), po prostu wiedzą, co to znaczy być zdanym tylko na siebie i zdaniem Miyazakiego, chcą ulżyć w cierpieniach pokrzywdzonych przez los. Wydawać by się to mogło ckliwym pierdzeniem faceta, który jest bezpośrednio powiązany z tymi, o których się wypowiada, ale co ciekawe, takie samo zdanie mają także ci, którym z wytatuowanymi przestępcami jest zupełnie nie po drodze. Atsushi Mizoguchi, inny pisarz specjalizujący się w tematyce Yakuzy, który jest wobec niej tak krytyczny, że przeżył już dwa zamachy na siebie, także twierdzi, że to nie żaden PR, tylko dobra wola.

Piar, poczucie solidarności, czy miękkie serce, nieważne. Jak widać, miesiące po katastrofie, Yakuza potrafi jeszcze dodatkowo zarobić na swojej dobroczynności. Być może jednak w tym konkretnym wypadku, zwyczajnie jej się to należy. Jeżeli twoja organizacja jest sprawniejsza, niż ta państwowa i skutecznie ratuje ludziom życie, to mały bonus ci się chyba należy.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

PS Dział Zagraniczny uważa też, że jak już się coś w życiu robi, to trzeba to robić z klasą. Bo potem to o tobie będą robić git filmy oglądane na całym świecie, a Wołomin pokaże najwyżej Ryszard Cebula w “Superwizjerze”:

PS2 Dokumentowaniem codziennego życia Yakuzy, zajmuje się od dawna związany z magazynem “Burn” fotoreporter Anton Kusters. Dział Zagraniczny BARDZO poleca jego stronę internetową!

Opozycja nieparlamentarna

Naoto Kan jest premierem Japonii dopiero od czerwca, ale już dwukrotnie musiał zmieniać skład rządu, żeby ugrać choć trochę poparcia, które w sondażach nie przekracza 30 proc. Jednak praca w parlamencie jest dla niego odpoczynkiem od prawdziwej opozycji: tej w domu.

Nobuko Kan ma 65 lat, śliczny uśmiech i zwyczaj walenia prawdy prosto w oczy. Nawet tej najbardziej bolesnej. Niecały miesiąc po tym, jak jej mąż został szefem rządu, wydała książkę pod wiele mówiącym tytułem “Co do diaska zmieni się w Japonii, teraz kiedy zostałeś premierem?”, w której otwarcie wytyka błędy i słabości charakteru swojej drugiej połowy. A w zeszłym tygodniu bezceremonialnie wypaliła na konferencji prasowej, że gdyby mogła od nowa decydować o swoim życiu, to na pewno by za niego nie wyszła. Jednak to, co dla wielu byłoby zapowiedzią rozwodu, dla państwa Kan jest codziennością. Pierwsza para nie robi tajemnicy z tego, że drą koty kilka razy w tygodniu. I że tylko wzmacnia to ich związek.

NobukoW tym domu nie rządzi samuraj (Fot. Charles Dharapak/AP)

Poznali się pod koniec lat 60. Nobuko po zdaniu matury przeniosła się na studia z Okayamy do Tokio i zamieszkała w domu rodzciców Naoto: swojego kuzyna. Między młodymi szybko wybuchło uczucie, którego bliscy nie chcieli zaakceptować ze względu na ich pokrewieństwo. Kochanków w niczym to nie zraziło i gdy tylko przyszły polityk skończył studia, od razu zalegalizowali związek.

Potem on zostaje biurokratą (przez lata pracował w urzędzie patentowym), a ona skupia się na rodzinie (mają dwóch synów) i mogłaby to być historia o facecie, który trzyma się stołka i przynosi kasę do domu, gdzie pokornie czeka na niego żona. Ale nie jest.
Naoto zaczyna działać w organizacjach pozarządowych, pracuje dla Fusae Ichikawy, nestorki japońskiego feminizmu i posłanki. Wreszcie, w 1980 r., sam dostaje się do parlamentu z list lewicy. Cały ten czas stoi za nim Nobuko, która w domu nie szczędzi mu krytyki za działania, które uważa za błędne. I dzięki której Naoto zdobędzie ogromny rozgłos.

Jest rok 1996. Rządzącej partii brakuje głosów w parlamencie, potrzebują kogoś do koalicji. Pada na ugrupowanie Kana, który w nagrodę bierze tekę Ministra Zdrowia. I dowiaduje się, że władze przez lata wyciszały wielką aferę, w której prawie 2 tys. chorych na hemofilię Japończyków zaraziło się wirusem HIV używając skażonych dożylnych leków z brakującymi elementami krwi. Polityk zwierza się żonie, która reaguje w typowy dla siebie sposób.
– Strasznie na niego wtedy krzyczałam – wspomina po latach – Powiedziałam mu, że jeżeli nie potrafi nic z tym zrobić, to lepiej, żeby przestał być parlamentarzystą.
Następnego dnia Naoto robi coś, co wcześniej było w Japonii nie do pomyślenia. Występuje w telewizji, publicznie ogłasza odpowiedzialność rządu za zakażenia i przeprasza jego ofiary. W ciągu kilkunastu godzin staje się jednym z najbardziej rozpoznawalnych ludzi w kraju.

Kan zaczyna robić karierę, która w końcu przyniesie stołek premiera, ale jego największym atutem pozostaje wygadana żona. W kolejnych kampaniach wyborczych tak skutecznie zjednuje sobie sympatię elektoratu, że dziennikarze przezywają ją “japońską Hillary Clinton”. Znana ze świetnego gustu i zamiłowania do pięknych kimon, dba o wygląd męża, który podobno nie ma pojęcia o tym, jak się elegancko ubierać. Dzięki niej zdobywa tytuł Najlepiej Ubranego Człowieka Roku.
W domu rozmawiają prawie wyłącznie o polityce, a sam premier mówi, że jego najsilniejszą opozycją jest własna żona. Ona dopowiada, że dzięki temu, że jest dla niego taka ostra, łatwiej sobie radzi z krytyką w parlamencie.
Kiedy w zeszłym roku debiutowała w roli pierwszej damy na szczycie G8 w Kanadzie, podobno bardzo wyczekiwała spotkania z innymi żonami światowych przywódców. Nie kryła potem rozczarowania, że “rozmowy nie wyszły poza bezpieczny obszar zwierząt, gotowania i tego co robią w święta”. Jej praktyczność jest wręcz legendarna: gdy Naoto został premierem i mieli się przeprowadzić do rządowej rezydencji, spakowała tylko letnie ubrania, tłumacząc, że jej mąż nie ma zdolności przywódczych i przed zimą straci posadę.

Być może to jej wyjątkowy krytycyzm i dystans do rzeczywistości sprawiły, że małżeństwo bez szwanku przeszło przez największy kryzys w ich życiu. W 1998 roku media rzuciły się na plotkę, że Naoto – wówczas szef opozycji – ma romans z prezenterką telewizyjną. Kan wszystkiemu zaprzeczył, a sprawa ostatecznie okazała się nieprawdą. Ale najbardziej zaskakujący był spokój jego żony, który po latach wspominał w wywiadzie.
– Ty idioto – miała mu powiedzieć w pierwszej rozmowie po wybuchu afery – Masz zwyczaj być nieuważnym.

To pokazuje, dlaczego premier zachowuje idealny spokój wobec ostatnich zachowań żony. Wypowiedź o tym, że w powtórnym życiu już by go nie poślubiła, Nobuko po chwili rozbroiła wyjaśnieniem, że to nie z jego powodu. Po prostu chciałaby spróbować czegoś nowego. A co do książki (która z miejsca stała się bestsellerem), analitycy podkreślają, że tylko pozornie wytyka błędy Kana, a w rzeczywistości portretuje go jako bardzo ludzkiego i robi mu świetny PR.
– Boję się ją przeczytać – powiedział niedawno szef rządu. Z szerokim uśmiechem na twarzy.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

PS Niekonwencjonalne żony to chyba specjalność japońskich premierów. Towarzyszka życia poprzedniego, pani Miyuki Hatoyama, to z zawodu aktorka, autorka popularnych książek o gotowaniu i gość licznych programów śniadaniowych. W których lubi sobie od czasu do czasu rzucić sensacją, że jej dobrym ziomkiem jest Tom Cruise. Czy racze był: w poprzednim życiu, jako Japończyk. Zdaniem byłej pani premierowej, w obecnym wcieleniu Tom by ją na pewno rozpoznał i tak w ogóle, to ona jest gotowa zagrać z nim w filmie. Z innych ciekawych opowieści, na uwagę zasługuje ta, jak to ciało pani Hatoyamy sobie smacznie spało, a w tym samym czasie dusza poleciała trójkątnym statkiem kosmicznym na Wenus. Jak jest na drugiej od Słońca planecie? Aktorka mówi: zielono.
Gdyby Dział Zagraniczny miał wybierać, to chciałby spędzić życie z Nobuko. Ale na imprezie trzymałby się blisko Miyuki, bo zdecydowanie wie, na którym talerzu są fajniejsze grzyby.

Categories: Uncategorized Tags:

Kolejny tydzień za nami

1. Koniec marzeń i chińskie koszmary w Lubumbashi

Dział Zagraniczny czekał na sensację, ale niestety było tak, jak obstawiali bukmacherzy: w finale Klubowych Mistrzostw Świata (w piłkę, oczywiście) Inter Mediolan rozbił 3:0 Tout Puissant Mazembe.

Założony przez Benedyktynów w 1939 roku zespół z Lubumbashi (Demokratyczna Republika Konga) zdążył wcześniej narobić kibicom sporo nadziei. Najpierw drugi raz z rzędu obronił tytuł w Afrykańskiej Lidze Mistrzów. To dało im prawo do ponownego startu w Klubowych Mistrzostw Świata, na których zaledwie rok wcześniej doznali sromotnych upokorzeń, więc nikt się po nich za wiele nie spodziewał. Ale niespodziewanie dla wszystkich Kruki – jak fani nazywają drużynę – najpierw w ćwierćfinale pokonały meksykańską Pachucę 1:0, a w półfinale rozjechały brazylijski Internacional 2:0 i stały się pierwszą w historii afrykańską ekipą, która doszła do finału zawodów.

No i piękna historia skończyła się właśnie zawodem dla kibiców z Lubumbashi, którzy szybko znaleźli winnego: sędziego z Japonii. Z tym, że w mieście Japończyków nie ma, jest za to mnóstwo Chińczyków, więc fani uznali, że wszystko jedno i ruszyli plądrować sklepy i bary Azjatów. Ostatnie doniesienia są takie, że policja strzela.

Futbol: uniwersalna wspólnota uczuć!

 

2. Jamajczycy w ogóle się nie odzywają

Wikileaks ujawnia kolejne amerykańskie depesze. Tym razem o tym, pracownicy kubańskiego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych skarżą się kolegom (?) ze Stanów, że mimo ich wielu próśb, Jamajka kompletnie olewa sobie walkę z przemytem narkotyków. Kuba skarży, że na dwustronnych spotkaniach przedstawiciele południowego sąsiada “tylko siedzą i w ogóle się nie odzywają”. Dział Zagraniczny domyśla się dlaczego.

Wikileaks pewnie też, dowiadujemy się od nich bowiem, że Jamajka jest największym na Karaibach źródłem  marihuany przemycanej do USA. Dzięki Ci, Julianie Assange, bez Ciebie świat nawet by nie podejrzewał.

JamajkaMoże na Kubie negocjowali z tym panem? (Fot. JamaicaMax)

3. Makowiec na święta

Zostajemy przy narkotykach. ONZ ogłosiło, że w porównaniu z rokiem ubiegłym, uprawa makówek, z których uzyskuje się opium, wzrosła w Indochinach o 22 proc. Największy wzrost notuje Laos, gdzie 2010 przyniósł o 58 proc. więcej upraw.

Święta za pasem, turyści znowu zaleją Tajlandię i Wietnam, raczej olewając Laos. Dział Zagraniczny zawsze uważał, że mniej popularne państwa są bardziej interesujące. Cieszy, że ONZ jest tego samego zdania.

 

4. Ferst kys

Władze miejskie Tokio przegłosowały uchwałę, nakłądającą kary finansowe na wydawców mang, którzy nie przyhamują z niecenzuralnymi treściami, głównie scenami gwałtów na nieletnich. Wydawcy protestują. Wschodnia Ojima zapewne też. Dział Zagraniczny po prostu dzieli się filmikiem:

5. Choinką w partyzanta

Elitarne jednostki kolumbijskich komandosów, przy wsparciu helikopterów Black Hawk (te, co spadają w Somalii), wdarły się wgłąb kontrolowanego przez partyzantów z FARC regionu Macarena i przeprowadziły błyskotliwą akcję udekorowania 25-metrowej choinki. Serio. Rząd tak bardzo wierzy, że lampki i hasła “Zdemobilizujcie się, na Gwiazdkę wszystko jest możliwe” mogą skutecznie osłabić wroga, że ciągu kilku dni wojsko ubierze jeszcze 9 innych drzew w opanowanych przez marksistów okolicach.

Dział Zagraniczny wierzy za to, że ktoś odpowiedzialny za tę decyzję pewnie niedawno wizytował Laos.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.