Archive

Posts Tagged ‘Kokaina’

Prezydent jest w kontakcie

Od razu na wstępie warto zaznaczyć, że podsumowania tygodnia nie będzie w następną niedzielę, ani w jeszcze następną, bo za kilka dni Dział Zagraniczny wyjeżdża – jak nazwa wskazuje – zagranico.

1. Sto lat, sto dziesięć

Zacznijmy od smutnej informacji. Jeszcze w marcu Dział Zagraniczny życzył z okazji 110. urodzin wszystkiego najlepszego Claudeowi Choulesowi, ostatniemu żyjącemu weteranowi I Wojny Światowej.
Niestety, urodziny okazały się ostatnie – w czwartek Choules zmarł. Był bohaterem kilku filmów dokumentalnych, w których mówił, że okropieństwa konfliktów zbrojnych (służył też w II Wojnie Światowej) zrobiły z niego pacyfistę i że jest przeciw gloryfikacji przemocy, dlatego między innymi odmawiał brania udziału w obchodach kolejnych rocznic związanych z wojnami, w których brał udział.
Może nie była to postać wielka, ani wybitna, ale jego postawa na pewno warta jest naśladowania.

Claude ChoulesClaude Choules 1901-2011 (Fot. AP)

2. Ziemia Święta

No to przy okazji konfliktów: wciąż nie wygasa ten na granicy Kambodży i Tajlandii.
O co chodzi? W IX w. Khmerowie zbudowali świątynię Preah Vihear mniej więcej w środku Indochin, które wówczas kontrolowali prawie w pełni. Po latach jednak, ich imperium zaczęło się kurczyć, a władzę na opuszczanych terenach przejmowali nowi władcy i nowe narody. Dziś, po wielu wiekach, trochę trudno dojść do porozumienia kto dokładnie jest spadkobiercą czego. Tak jest też w przypadku Preah Vihear – pretensje do kompleksu zgłaszają zarówno Tajlandia jak i Kambodża. W XX w. było co najmniej kilka prób rozwiązania dysputy, ale niewiele z nich wynikało. W końcu, w 1962 r., Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości uznał, że świątynia należy się jednak Phnom Penh. Sęk w tym, że nie wypowiedział się w sprawie okolicznych ziem, a że są to tereny zalewowe, to Tajlandia uznała, że mapy z początku poprzedniego wieku (na podstawie których zapadł wyrok) nie oddają sytuacji na miejscu i że same budynki to Kambodża może sobie jeszcze wziąć, ale już okolicę bierze Bangkok.
I git, nikt by się sprawą w ogóle nie przejmował, bo powiedzmy sobie wprost: Preah Vihear leży na kompletnym zadupiu. Ale w lipcu 2008 r. Kambodża wystąpiła do UNESCO o wpisanie świątyni na listę Światowego Dziedzictwa Kulturowego. I nagle, w Bangkoku komuś się zagotowało pod czapką. Tajlandia wysłała na miejsce żołnierzy, sąsiad po drugiej stronie granicy zrobił dokładnie to samo, a co się dzieje, kiedy w gorącym klimacie rozlokujecie niedaleko siebie dwa obozy facetów z ciężką bronią, to naprawdę nie powinno być na nikogo wielką tajemnicą.
Więc szybko doszło do pierwszych potyczek, które z pewnymi przerwami powtarzają się do dziś. W sumie zginęło w nich już kilkadziesiąt osób, w tym paru cywilów.
W poniedziałek Kambodża powtórnie pozwała sąsiada do Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości.

Czy panowie w togach zdołają położyć kres konfliktowi? Dział Zagraniczny nie wie, ale radzi, żeby się pośpieszyli – już dzień po złożeniu sprawy, w Preah Vihear do licznika dołączyła kolejna ofiara, żołnierz z Tajlandii.

3. Logroño, bierz przykład z Yorku i się nie wygłupiaj

A przecież da się rozwiązywać spory na spokojnie. Weźmy Hiszpanię i Argentynę. W Europie mają region, który nazywa się La Rioja i produkuje wina od IX w., a w Ameryce Łacińskiej Juan Ramirez de Velazco w 1591 r. założył miasto Todos los Santos de la Nueva Rioja, gdzie… tak, produkuje się wina.
Dopóki podróż z jednego kontynentu na drugi wymagała żagli, szczurów pod pokładem i szkorbutu po dotarciu do celu, to nikt się nie spinał. Ale przyszła globalizacja i procenty z Argentyny zaczęły zdobywać uznanie w Stanach i na Starym Kontynencie. Na co sepleniący wąsacze z Półwyspu Iberyjskiego nie mogli nie zareagować:
– Oddawać trejdmarka! – krzyknęli Hiszpanie i w 1999 r. poszli do sądu.
A ten wydał w tym tygodniu wyrok (12 lat, nawet nie chce mi się tego komentować), w którym odrzucił skargę, ponieważ nie tylko na wszystkich argentyńskich etykietkach jest wyraźnie napisane “La Rioja ARGENTINA”, ale w dodatku przytłaczająca większość winogron używanych w Europie to czarne Tempranillo, a z kolei w produkcji latynoskiej dominują białe Torrontes.

Dział Zagraniczny pił i jedne, i drugie. A, że na winach się tak naprawdę nie zna, to różnicy nie wyczuł. Poza tym, umówmy się, że chyba jednak większość świata – podobnie jak autor tego bloga – kieruje się jedną zasadą: butelka ma nie trzeszczeć więcej niż trzydzieści zeta. I chlup.

4. Bramka ważniejsza od flagi

Jeszcze przy okazji Argentyny dwa newsy.

Po pierwsze, był kiedyś Manuel Belgrano. Który zasłużył się tym, że zaprojektował flagę Argentyny. No i jeszcze kilkoma rzeczami, ale prawda jest taka, że liczy się przede wszystkim sztandar i za to Manuel trafił na 10-pesowe banknoty. Chociaż tyle od rodaków, którzy za życia się na niego wypięli, przez co umierał w nędzy.
Ale okazuje się, że w dzisiejszych czasach walka o niepodległość ojczyzny uległa inflacji. Bo chłopaki z Kościoła Maradony (tak, Ręka Boga ma kilkadziesiąt tysięcy zarejestrowanych wyznawców) rozkręcili na fejsbuku akcję, żeby jednak Manuela zastąpić Diegiem.

Dział Zagraniczny proponuje też, że jak ze stówek poleci Roca, to warto na nie dać Messiego. Dzięki temu oba typy banknotów będzie można fizycznie zmniejszyć o połowę. Ratujmy lasy!

Belgrano pesoTu już niedługo wyznawcy chcieliby widzieć Boskiego Diego

News drugi jest taki, że Policja Federalna założyła sobie oficjalne konto na Twitterze. Warto czytać. Ulubiony wpis Działu Zagranicznego: “Dzieci biorą narkotyki, żeby być w lepszym kontakcie ze społeczeństwem”.

5. Comando Wojtyła

Kto jeszcze bierze, żeby być w lepszym kontakcie? Kończący właśnie karierę prezyden Peru, Alan García. Rzecze bowiem Alan w poniedziałek przy okazji otwierania hydroelektrowni:
– Jego pierwszym cudem [“jego”, czyli Jana Pawła II, a pierwszym po beatyfikacji – przyp. DZ] było usunięcie ze świata wcielenia zła, inkarnacji przestępstwa i nienawiści!
Czytaj: Karol załatwił Osamę.

Alan, jak już bierzesz, to chociaż powiedz co konkretnie. Dział Zagraniczny też chce.

6. Najciemniej pod latarnią

Dział Zagraniczny nie wie, czy Alan García zna się z Sheryl Cwele, ale to możliwe. Kim jest pani Cwele? Szefową siatki, która przemycała duże ilości narkotyków z Ameryki Południowej i Turcji do RPA. Przestępcy wpadli, kiedy dwa lata temu w Sao Paulo aresztowano członkinię grupy, która w torbie między bikini a szortami upchała dodatkowe 10 kilo kokainy. I szybko zaczęła sypać wspólników.
Niby banał, ale sprawa staje się ciekawsza, kiedy uświadomimy sobie, że Sheryl Cwele jest żoną Siyabongi Cwele. Czyli… szefem Agencji Bezpieczeństwa Publicznego, odpowiedzialnej między innymi za walkę z przemytem narkotyków.
Sheryl dostaław piątek 12 lat. Siyabonga trzyma się jednak stołka, nie chce się podać do dymisji i twierdzi, że w ogóle o niczym nie wiedział. Jak dla mnie – Śledczy Roku.

7. A mógłby być świetnym gitarzystą

Policja walcząca z handlarzami narkotyków odniosła też sukces w Brazylii. We wtorek w Santa Catarina zatrzymano mężczyznę podejrzanego o działalność w tej branży, ale facet wykręcał się, podając za własnego brata i pokazując jego dokumenty (ale ze swoim zdjęciem). Na nic to jednak, bo brat miał u każdej dłoni palców pięć. A aresztowany sześć. Serio:

SześciopalczastyTrochę trudne do ukrycia cechy szczególne (Fot. AFP)

Kiedyś w “Wyborczej” był taki tekst o wyłudzeniach ubezpieczeń. Są ludzie, którzy dla kilku tysięcy odrąbują sobie własne palce u rąk, po jednym na parę miesięcy. Dział Zagraniczny widzi potencjał po drugiej stronie oceanu.

8. A podobno od nadmiaru głowa nie boli

And last but not least, Uniwersytet Nowej Południowej Walii (w Australii, znaczy się) przepytał kilka tysięcy mieszkańców kraju w kwestii ich preferencji seksualnych. I wyszło, że wśród chłopców w grupie wiekowej 16-24, tylko 1/3 respondentów chciałaby uprawiać seks częściej niż to się dzieje obecnie. Reszcie styka jak jest, a 12 proc. powiedziało nawet, że woleliby jednak kochać się rzadziej.

Dział Zagraniczny myślał nad interpretacją. Bardzo intensywnie. I przyznaje się do porażki.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Advertisements

Na rewolucję dobra spódnica

W pierwszym tygodniu marca, Dział Zagraniczny przyglądał się, jak władza w różnych częściach świata podchodzi do kwestii ubioru.

1. Zamach stanu, albo i nie

Wszyscy patrzą na Libię, a tymczasem na południe od Sahary mijający tydzien przyniósł nam aż dwa zamachy stanu. Albo coś w podobie.

W Demokratycznej Republice Konga atak miał miejsce podczas pisania ostatniego podsumowania tygodnia – w zeszłą niedzielę. Zorganizowana grupa mężczyzn przeprowadziła dwa równoczesne ataki, wdarła się na teren Pałacu Prezydenckiego i na tym się z grubsza skończyło. W ostrej walce zginęło 6 żołnierzy, ale reszta zdołała położyć trupem kilkunastu napastników, a 8 schwytać żywcem. Pewnie pomógł im fakt, że rebelianci byli uzbrojeni w zaledwie kilka karabinów, a cała reszta miała tylko maczety. Zresztą, nawet gdyby zdołali opanować teren przed przybyciem większej liczby sił rządowych, to i tak pożytek byłby z tego niewielki: prezydenta Kabili nie było akurat w domu.
Od zajścia mija już tydzień, a wciąż nie wiadomo, o co tak naprawdę chodziło. Ministerstwo Informacji DRK najpierw twierdziło, że to zamach stanu. W połowie tygodnia się z tego wycofało, nie podając jednak żadnego innego wyjaśnienia. Żadne ugrupowanie w Kongu jak do tej pory nie wzięło odpowiedzialności za wydarzenia z ostatniej niedzieli.
Media spekulują, że być może za wszystkim stoi Jean-Pierre Bemba, rywal Kabili w ostatnich wyborach prezydenckich, obecnie na wakacjach w Europie na koszt Międzynarodowego Trybunału Karnego, w którym jest oskarżony o zbrodnie przeciw ludzkości, których Bemba miał się rzekomo dopuścić na gościnnych występach w Republice Środkowej Afryki. Jednak, zdaniem analityków, gdyby atak naprawdę przeprowadziło jego ugrupowanie Mouvement pour la Liberation du Congo, to na pewni nie przeprowadziłoby go kilkunastu amatorów z maczetami.

Tymczasem w czwartek, z życiem prawie pożegnał się prezydent Madagaskaru, Andry Rajoelina. Gdy wieczorem limuzyna odwoziła go do domu w Antananarivo, stolicy kraju, ktoś zdetonował bombę ukrytą na drodze. Zamachowcy odpalili jednak ładunki w złym momencie, a prezydencki konwój ruszył do ucieczki. Gdy żołnierze pojawili się później na miejscu, żeby zbadać okoliczności ataku, odkryli resztki materiałów wybuchowych i długi na ponad 150 metrów kabel, za pomocą którego nieznani dotąd sprawcy przeprowadzili atak z bezpiecznej odległości.
To nie pierwszy raz, kiedy przywódca Madagaskaru jest atakowany podczas przejażdżki. W grudniu 2009 roku ostrzelano jego samochód, ale jak do tej pory, tożsamość zamachowców nie jest znana.
Andry Rajoelina nie powinien się jednak dziwić, że są w kraju ludzie, którzy za nim nie przepadają. Ten były prezenter radiowy sam obalił urzędującego prezydenta w zamachu stanu ponad 2 lata temu. Marc Ravalomanana zbiegł wówczas za granicę, a przez czwartą największą wyspę świata przetoczyła się fala zamieszek i o mały włos nie doszło do otwartej wojny domowej.
Konflikt jest nierozwiązany do dziś, ale Wspólnota Rozwoju Afryki Południowej (której Magadaskar jest członkiem) wymogła na Rajoelinie, żeby jeszcze w tym roku odbyły się wybory prezydenckie, które miałyby otworzyć drogę do porozumienia. Opozycja sprzeciwia się jednak takim planom, dopóki poprzednia głowa państwa nie dostanie zezwolenia na powrót (obecne władze się na to nie zgadzają).

Dział Zagraniczny będzie obie sprawy śledził.

2. Gansta raparmalent

Tymczasem w Kenii trwa nieco luźniejszy spór polityczny. Gidion Mbuvi ma 35 lat, jest posłem do parlamentu i ma kolorową przeszłość.
Znany bardziej jako Mike Sonko (Sonko to w kiswahili osoba, która ostentacyjnie obnosi się ze swoim bogactwem, coś pomiędzy szpanerem, nowobogackim i burżujem), był wielokrotnie oskarżany o udział w przestępczości zorganizowanej, handel narkotykami, wymuszenia i fałszerstwa dokumentów. Przesiedział nawet dwa miesiące w więzieniu Shimo la Tewa w Mombasie i wyszedł w bardzo niejasnych okolicznościach (media sugerują, że po prostu przekupił władze aresztu). Poza tym wszystkim, Gidion vel Mike, ma jedną pasję: rap. I to w wydaniu na bogato. Lubi się więc pokazywać w wielkich samochodach z jeszcze większymi felgami, nosi ciuchy jakby hurtem sprowadzone z dystrybucji Wielkie Joł, a z domu nie wychodzi bez kolorowej czapki i drogiej biżuterii. Co ostatnio rozzłościło innych posłów.
We wtorek Mbuvi pojawił się w parlamenci ubrany co prawda w elegancki garnitur, ale do tego dorzucił kolczyk z diamentami. Za co wicemarszałek Farah Maalim wyrzucił go z obrad.
– Nigdy w historii tej izby nie widziałem członka parlamentu, który jest mężczyzną i nosi kolczyki. To obraża honor tego budynku i godność innych posłów! – grzmiał polityk.
Tymczasem Sonko się nie przejmuje i mówi, że będzie walczył o zmianę regulaminu.
– Reprezentuję młodzież, która na mnie głosowała i to jest nasz czas. Starcy za długo już rządzą Kenią! – wypalił do kamer.
W lokalnych gazetach można przeczytać głosy poparcia od wielu czytelników. A jeszcze inni dodają, że w znanej z ogromnej korupcji kenijskiej polityce, mówienie o “godności posłów” jest lekkim nadużyciem.

GidionKenijski Palikot wie, co to dobry bałns (Fot. AFP)

3. Tanie loty PeEl

Międzynarodowa Rada Kontroli Narkotyków działająca w ramach ONZ wypuściła w tym tygodniu raport, w którym ubolewa, że do USA trafia heroina w coraz czystszej postaci. Nie no, racja: lepiej, żeby była pół na pół z przemielonymi śmieciami, prawda? Na złość im, narkomanom!
A, no i dowiadujemy się też, że kokaina jest coraz łatwiej dostępna w Chile, Argentynie i Urugwaju. Dział Zagraniczny nic nie sugeruje, ale niedługo warto zacząć planować wakacje.

4. Sto lat. Znaczy, następnych sto

W czwartek Claude Choules obchodził w Australii swoje 110 urodziny. Kim jest pan Choules, że powinno nas to obchodzić? Ostatnim żyjącym weteranem I Wojny Światowej. Tak, pierwszej. Claude uczestniczył w niej jeszcze jako nastolatek: werbownikom podał fałszywą datę urodzenia, żeby móc się zaciągnąć do marynarki. Rzeczywistość wybiła mu jednak z głowy młodzieńcze wyobrażenia o męstwie, bohaterstwie i podobnych pierdołach – według rodziny, okropieństwa jakie widział na wojnie, zrobiły z niego pacyfistę.
Pytany o to, co jest sekretem długiego życia, Choules odpowiedział: “Oddychanie”.
– Jest ślepy i głuchy, ale stajemy bardzo blisko i krzyczymy, to wtedy rozumie – powiedział jeo syn Adrian, lat 76.
Dział Zagraniczny życzyłby panu Choulesowi sto lat, no ale… Zamiast tego, w czwartek się po prostu upiliśmy. Na zdrowie!

5. Zobaczyć, czy lata

– Cały kraj jest przeciw mnie, a to przecież niesprawiedliwe! – zawodzi przed kamerami Luis Moreno.
Faktycznie, pół Panamy zasadza się na piłkarza klubu Deportivo Pereira, bo w meczu z Junior Barranquilla zrobił to:

– Kopnąłem ją tylko, żeby zobaczyć, czy może latać! – tłumaczył się jeszcze sportowiec. Okazało się, że nie mogła: zmarła tego samego dnia, mimo interwencji weterynatrza. Idiocie poza dyskwalifikacją, grozi też trzymiesięczna odsiadka.

6. Spódnice zamiast mundurów

No i skoro zaczęliśmy od niby-zamachów stanu, to skończmy na czymś w podobie. Zobaczmy mianowicie, jak rządząca Birmą junta próbuje się zabezpieczyć na wypadek, gdyby rewolucyjne uniesienie z państw arabskich przeniosło się do Azji.
Otóż generałowie, na czele z kapitanem drużyny Than Shwe, pojawili się w telewizji ubrani w… kobiece spódnice. Czemu? Nikt nie wie na pewno, bo birmańska junta ma taką paranoję, że nigdy żadnych swoich posunięć nie tłumaczy. Ale popularna plotka głosi, że astrologowie przepowiedzieli generałom, że krajem będzie rządzić kobieta. Chodzi oczywiście o Aung San Suu Kyi (jak ktoś nie wie, to niech sobie sprawdzi na Wikipedii). No więc wojskowi postanowili uprzedzić wypadki.
Tak, to może brzmieć jak rojenia po grzybach, ale akurat władze Birmy są znane z takich akcji. Głowny macher Than Shwe tak bardzo ufa temu, co nagadają mu astrologowie, że w przeszłości między innymi zastąpił banknoty o nominałach 100 kiatów, takimi o nominałach 90 kiatów (bo są szczęśliwsze, proca!), oraz przeniósł stolicę z Rangunu do jakiejś dziury w środku dżungli, bo tak ponoć chciały gwiazdy. Mało tego, kiedy w 2007 roku reżim brutalnie zdusił rewolucję, której przewodzili buddyjscy mnisi, szefowie opozycji apelowali do mieszkańców kraju, żeby masowo wysyłali władzom kobiece majtki, bo ponoć generałowie są przekonani, że fizyczny kontakt z nimi pozbawi ich szczęścia.
Dział Zagraniczny podejrzewa, że Than Shwe i koledzy po prostu czytali raport ONZ o taniej kokainie w Urugwaju dużo przed jego oficjalną publikacją i już dawno podbili tam na wakacje.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Feminizm kaliber 9 mm

Grudzień 2006, Meksyk. Felipe Calderón po półrocznej wyczerpującej walce prawnej o uznanie jego zwycięstwa w wyborach prezydenckich (różnica między nim, a drugim kandydatem wyniosła zaledwie 0,6 proc., pojawiły się oskarżenia o oszustwa przy liczeniu głosów) obejmuje urząd i gorączkowo potrzebuje czegoś, czym zapunktowałby u opinii publicznej. Pada na coraz bardziej panoszące się w kraju kartele narkotykowe, w których walkach przez kilka wcześniejszych lat zdążyło zginąć 8 tys. osób. Calderón wypowiada im wojnę i na ulice swojego rodzinnego stanu Michoacan wysyła 6,5 tys. żołnierzy, którzy mają ją szybko skończyć.

Grudzień 2010. W akcji jest już 50 tys. wojskowych, a te cztery lata pochłonęły 30 tysięcy ofiar. Wojna jest daleka od zakończenia, ale wymusiła na gangach zaskajującą zmianę: równouprawnienie.

RównouprawnienieRównouprawnienie w akcji (Fot. Rosarito En La Noticia)

Od Sycylii po Japonię, przestępczość zorganizowana zawsze była zdominowana przez mężczyzn. W Meksyku tym bardziej. Wszystkie miejscowe kartele wywodzą się ze wsi i stamtąd czerpią twarde wzorce machismo. To mężczyźni handlują narkotykami. To mężczyźni strzelają do innych mężczyzn. To mężczyźni układają i śpiewają ballady narcocorrido o strzelających i handlujących mężczyznach. I to mężczyźni kręcą na ich podstawie kasowe hity narcocinema, w których grają mężczyźni z odpowiednio męskimi wąsami. Aż do teraz.

Okazuje się bowiem, że mężczyźni tak dużo strzelali do innych mężczyzn, że zaczęło ich w gangach zwyczajnie brakować. Szefowie musieli szybko uzupełnić pustki i sięgneli po tych, którym mogli zaufać: swoje żony, dziewczyny i córki.
Meksykański Narodowy Instytut Kobiet przeprowadził badania, z których wynika, że w ciągu ostatnich trzech lat liczba więźniów płci żeńskiej odsiadujących wyroki za działalność w kartelach zwiększyła się aż o 400 proc. Dziewczyny zaczynają od małych zadań, szmuglują i rozprowadzają niewielkie ilości narkotyków. Ale wiele z nich szybko awansuje w hierarchii i bierze się za ostrzejszą działalność: organizuje porwania dla okupu, albo wykonuje wyroki na wrogach swojego szefa. A potencjalnie każda sama może zostać szefem.

Największy rozgłos zyskała Sandra Ávila Beltrán, szerzej znana jako Królowa Pacyfiku. Członkini najpotężnejszego Kartelu z Sinaloa, trzy lata temu została aresztowana pod zarzutem przemytu 10 ton kokainy.
– Nie chciałam żyć w świecie przestępstwa, ale miałam go we krwi – powiedziała krótko po zatrzymaniu.
Królowa nie ma biografii, tylko scenariusz filmowy. Jej wujek, Miguel Ángel Félix Gallardo dosłownie stworzył przestępczość zorganizowaną w Meksyku. Jego współpracownikiem był kolejny krewny Sandry Rafael Caro Quintero, jeden z najpotężniejszych gangsterów lat 80. No i nie zapominajmy, że to zarazem siostrzenica braci Beltrán Leyva, kolorowej bandy, która odłączyła się od Kartelu z Sinaloa i stworzyła własną organizację, nie schodzącą z czołówek gazet.
Piękność z szemraną przeszłością dwukrotnie wychodziła za mąż, w obu przypadkach za byłych wysokich funkcjonariuszy policji, którzy przeszli na drugą stronę barykady. I którzy w końcu kończyli z kulami w głowach. Ostatecznie Sandra związała się z Juanem Diego Espinozą Ramírezem, jednym z przywódców kolumbijskiego kartelu Norte del Valle i to był strzał w dziesiątkę: kobieta zaczęła kontrolować kokainowe szlaki łączące Kolumbię z Meksykiem i ugruntowała swoją pozycję Królowej Pacyfiku.

Królowa Pacyfiku45-letnia Królowa wygląda nieźle nawet na mugshocie (Fot. EFE)

Nie wszystkie dziewczyny mogą liczyć aż na takie szczęście. Od kiedy są w grze, gangsterzy skreślili dawną zasadę, że nie wolno ich zabijać i wzięli je na celownik na tych samych prawach, co chłopaków. Dziennik “Diario de Juárez” podaje, że o ile w 2008 roku zamordowano w tym mieście 87 kobiet, tak w tym roku ich liczba sięgnęła 300.

Czy “równouprawnienie” w świecie przestępczym przełoży się na poprawę sytuacji kobiet w życiu codziennym Meksyku? Trudno powiedzieć. Warto jednak wspomnieć, że narkotykowa wojna feminizuje nie tylko kartele. Mężczyzn zaczyna brakować też po drugiej stronie, więc ich miejsce zajmują panie, niektóre od razu na wysokich stanowiskach. W październiku media na całym świecie (również w Polsce) ekscytowały się Marisol Valles Garcią, która w wieku zaledwie 20 lat została szefem policji w miejscowości Práxedis G. Guerrero, niedaleko Juárez. Mniej więcej w tym samym czasie, nominację na komendanta miejscowości Meoqui (położonej w tym samym stanie Chihuahua, co Práxedis G. Guerrero) odebrała Hermila García Quiñones. Dwa tygodnie temu została zastrzelona w drodze do pracy.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

PS Jeden z najpopularniejszych zespołów narcocorrido, Los Tucanes de Tijuana, nagrał w 2004 roku piosenkę “Fiesta en la Sierra”, gdzie w jednej ze zwrotek śpiewa o przylatującej na imprezę Królowej Pacyfiku. Teledysk do tej perełki pod tym linkiem. Sandra nie występuje tam osobiście, w jej rolę wciela się modelka Fabiola Campomanes. Jest tam też jakiś facet, który udaje Subcomendante Marcosa. Jaram się, brakuje jeszcze tylko, żeby kilku zapaśników lucha libre zaczęło się okładać burritos.