Archive

Posts Tagged ‘Korupcja’

Przynęta

– Nie chciałbym, Pani Prezydent, żeby było Pani przykro, że nowy Minister Rybołówstwa nie potrafi nawet założyć przynęty na haczyk – niezwykłe słowa autokrytyki jak na pierwszy dzień urzędowania. Ale trudno się dziwić Brazylijczykowi Marcelo Crivelli, bo kiedy w czwartek dostawał nominację na to stanowisko, jego jedynie znane publicznie związki z rybactwem to wypowiedź, że “nie wierzy w ewolucję, bo nigdy nie widział skamieliny, która byłaby pół-rybą i pół-ptakiem”. Za to w internecie od razu zaroiło się od żartów, że Crivella świetnie nadaje się na to stanowisko jako były “poławiacz dusz”. Bo nowy minister, to były biskup.

Do tej pory, kiedy zagraniczni korespondenci chcieli pokazać absurdy brazylijskiej polityki, pisali o Francisco Everardo Oliveirze Silvie. Znany bardziej jako Tiririca, w latach 90. zabłysnął jedynym w życiu hitem na listach przebojów, po czym zaczął występować w telewizji jako klaun. W 2010 r. ogłosił nagle, że wystartuje w wyborach do kongresu i po kuriozalnej kampanii (jego najbardziej znane hasła to: “Co robi deputowany federalny? Nie wiem. Ale głosuj na mnie, to ci powiem” i “Jeżeli mnie wybierzecie, to obiecuję pomóc wszystkim brazylijskim rodzinom… szczególnie mojej”), niespodziewanie dla wszystkich zgarnął drugą największą liczbę głosów w historii Brazylii. Nowi koledzy z parlamentu próbowali jeszcze upokorzyć klauna, zmuszając go do udowodnienia, że nie jest analfabetą, ale od tamtej pory Tiririca bez przeszkód reprezentuje stan São Paulo i co jakiś czas wzbudza wesołość dziennikarzy.

Od teraz, korespondenci będą mieli zdecydowanie wdzięczniejszy temat do ironizowania. Członek Partii Liberalnej, którą tworzą konserwatyści. Chrześcijański fundamentalista, który popiera aborcję. Przedstawiciel prawicy, który uważa, że Ewangelia jest komunistyczna. I w dodatku wokalista, który sprzedał miliony płyt.

Marcelo Crivella z trudem mieści się w wąskich ramach Ministerstwa Rybołówstwa

tiriricaDział Zagraniczny też by głosował na tego pana

– Bóg nie wybiera tych najlepiej przygotowanych, ale zawsze przygotowuje tych, których wybrał – ciągnął w swojej przemowie inauguracyjnej Crivella. Nic dziwnego: całą karierę zawdzięcza korporacji swojego wujka, której znakiem towarowym jest Królestwo Boże.

Chociaż przyszedł na świat w rodzinie katolików, przyszły minister chodził do szkoły prowadzonej przez metodystów, a później stał się zielonoświątkowcem pod wpływem swojego wujka Edira Macedo. Ten, już w 1977 r. założył Kościół Powszechny Królestwa Bożego, który z małej wspólnoty zdążył przez trzy dekady wyrosnąć na gracza wagi superciężkiej. Dziś skupia 14 mln wiernych w ponad 200 krajach świata. W São Paulo buduje właśnie “Świątynię Salomona” – megakościół, który pomieści 10 tys. osób. Jego tygodnik “Folha Universal” ma nakład 2 mln egzemplarzy, a telewizja Record jest drugą najpopularniejszą stacją w kraju.

Nic dziwnego, że kiedy Crivella – wówczas już biskup w kościele wujka – postanowił wziąć się za muzykę, z miejsca został gwiazdą estrady. Jak do tej pory, wydał 14 płyt, które sprzedały się w ponad 5 mln egzemplarzy. Nowy minister to największa w Brazylii gwiazda gospel:

Do wielkiej polityki zaprowadziły go jednak nie talenty wokalne, tylko ciężka praca u podstaw. Crivella przez kilka lat pracował jako misjonarz w Afryce, co podobno bardzo wyczuliło na problemy najuboższych. I nie jest żaden PR – po powrocie do ojczyzny, Marcelo dokonał małego cudu w Nordeste. To najbiedniejszy i najsuchszy region Brazylii. Crivella założył tam prężnie działającą fundację i na leżących odłogiem państwowych nieużytkach wokół miasteczka Irecê, przeprowadził program irygacyjny wzorowany na rozwiązaniach, jakie podpatrzył w pustynnych kibucach podczas kilku pielgrzymek do Izraela. Na pewno nie zawadziło, że z wykształcenia jest inżynierem lądowym.

W 2003 r., dzięki głosom zachwyconych nim zielonoświątkowców, Crivella bez problemu dostał się do Senatu. I od tamtej pory, cały kraj nie może się nadziwić jego oryginalnym poglądom.

Jego wujek Edir Macedo, to chyba jedyny na świecie lider chrześcijańskich fundamentalistów, który popiera aborcję i w jej promowaniu pomaga sobie nawet cytatami ze Starego Testamentu. Uważa, że dzięki niej zmniejszy się przestępczość wśród młodocianych i że lepsze już takie rozwiązanie, niż porzucone dzieci żywiące się na śmietnikach. Crivella przez długi czas popierał jego poglądy, a wyparł ich się stosunkowo niedawno, żeby nie zrażać do siebie ewangelickich wyborców spoza kościoła swojej rodziny, w większości przeciwnych zabiegowi. Pozostał jednak wielkim orędownikiem edukacji seksualnej.

Minister jest przeciwny związkom tej samej płci, ale – w przeciwieństwie do innych zielonoświątkowców – nie zgadza się na kryminalizację homoseksualizmu, tłumacząc, że jest to forma przemocy.

Partia Liberalna, której był współzałożycielem, była ugrupowaniem konserwatystów. Ale podczas imprezy z okazji 85-lecia Komunistycznej Partii Brazylii, rzucił z senackiej mównicy, że “nie ma bardziej komunistycznej książki, niż Ewangelia”. Brazylijska Partia Republikańska, w którą po latach przekształciła się poprzednia formacja, uznawana jest już za centro-lewicową.

senatorSenator Crivella na mikrofonie – wyjątkowo nie śpiewa (Fot. Agência Senado)

Prezydent Dilma Rousseff nie mianowała go jednak z powodu ciekawej osobowości. Za jej wyborem stoi twarda kalkulacja polityczna.

Ewangelicy to dziś w Brazylii prawdziwa potęga. Chociaż kraj wciąż zamieszkuje największa liczba katolików na świecie, to już prawie co czwarty obywatel jest członkiem protestanckiej kongregacji. Za tymi liczbami idzie siła polityczna. Nowe kościoły mają w parlamencie ponad 40 reprezentantów, wiele głosowań zależy właśnie od nich. Marina Silva, która w poprzednich wyborach prezydenckich zajęła trzecie miejsce, swoją wysoką pozycję zawdzięczała właśnie temu, że jest żarliwą protestantką. Dilma na takie względy fundamentalistów nie ma co liczyć.

– Powiedziałem jej: nie mam nic przeciwko tobie, uważam, że jesteś inteligentną i kompetentną kobietą, ale nie mogę na ciebie głosować – zdradzał niedawno temu w wywiadzie pastor Silas Malafaia. Duchowny jest postacią kontrowersyjną, ale bardzo wpływową i przez wiele lat otwarcie głosił poparcie dla Luli, poprzednika i protektora Dilmy. Ale nowa głowa państwa to była komunistyczna działaczka, niegdyś aktywna w miejskiej partyzantce. Jest liberalna, popiera wolność wyznania, prawa kobiet i homoseksualistów. Dla wielu fundamentalistów jest nie do przełknięcia.

Tymczasem, nigdy jeszcze nie potrzebowała ich poparcia tak jak teraz. W nieco ponad rok od objęcia urzędu, musiała zdymisjonować aż siedmiu ministrów oskarżonych o korupcję. To akurat dobrze o niej świadczy – za czasów Luli, takie sprawy były zamiatane pod dywan. Ale opozycja już wykorzystuje tę sytuację, żeby uderzać w jej gabinet. Dilma musi więc szukać sojuszników wśród ewangelików. Crivella, choć sam nie jest nieposzlakowanej opinii, jest w tym środowisku jednak bardzo wpływowy, a politycznie zawsze sprzyjał partii rządzącej. Mianując go Ministrem Rybołówstwa, Rousseff próbuje sobie zjednać religijnych konserwatystów, od których może w przyszłości zależeć jej rząd.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Advertisements

Działaczu, rzuć palenie

Jak się nazywa najwyższa liga w polskiej piłce nożnej? Nie, nie Ekstraklasa, tylko Bitwa pod Cecorą, oczywiście. Tak, jak Primera división to w rzeczywistości Trafalgar, a Ligue 1 to nic innego, jak Waterloo. Przynajmniej w świecie, gdzie za nazywanie rozgrywek odpowiadaliby Argentyńczycy.

W piątek, nad La Platą ruszają rozgrywki tamtejszej ligi, która od tego roku będzie się oficjalnie nazywać Crucero General Belgrano Primera División. A Crucero General Belgrano, to nic innego, jak krążownik “Generał Belgrano” – okręt zatopiony w groteskowej wojnie z Wielką Brytanią, której 30. rocznicę Buenos Aires będzie z pompą obchodzić w kwietniu.

Stadion w ArgentynieDzieci, pamiętajcie: wiwatujemy na cześć klęski (Fot. Maciej Okraszewski/Dział Zagraniczny)

Jak Dział Zagraniczny informował już wielokrotnie, futbol w Argentynie przeżywa najgorszy kryzys od kilkudziesięciu lat. Ale zarazem, o czym również szeroko informowano na tych łamach, od 2009 r. palenie marihuany nie jest tam karalne. Co pozwala wysnuć wnioski, że atmosfera na zebraniach tamtejszego Związku Piłki Nożnej musi być prawdziwie zabawowa. A efekty to potwierdzają.

Działacze popalać zaczęli zapewne już wiele lat temu, bo wpadli wówczas na pomysł, że nad La Platą nie mogą obowiązywać normalne zasady, zgodnie z którymi do niższych lig spadają najsłabsze drużyny zakończonego sezonu. Nie, w Argentynie działa system, w którym zlicza się trzy kolejne lata rozgrywek i dopiero wtedy spuszcza w dół pechowców. Że co? Że to nieuczciwe, bo dzięki temu najbogatsze kluby po słabych dwóch sezonach mogą sobie na trzeci podkupić najlepszych graczy? E. Podaj bonga.

System nie sprawdził się jednak rok temu, a konkretnie sprawę zawaliła najbardziej utytułowana ekipa w kraju River Plate, która położyła trzy kolejne sezony i po raz pierwszy w swojej 110-letniej historii spadła do II ligi. Wtedy w centrali zapewne też poważnie przykurzyli, bo w grudniu Związek ogłosił, że tak w ogóle, to po co rozróżnienie na ligę taką, czy siaką: oni proponują zniesienie dotychczasowych i utworzenie jednego wielkiego turnieju, w którym mogłyby się ze sobą zmierzyć czołowe drużyny z obu pierwszych dywizji. Czytaj: “River spadł. Ale jednak nie”. W internecie rozpętała się jednak taka kampania gniewu, że polska wojna o ACTA to przy niej pikuś, więc władze szybko wycofały się z tego pomysłu.

Nic to! Zioło najwyraźniej wciąż krążyło, to w styczniu Związek zorganizował Superclásico, czyli derby między River a odwiecznym rywalem Boca Juniors. Dodajmy – derby o nic, bo obie ekipy są wciąż w różnych ligach, żaden to puchar, żadne eliminacje. “Przyjacielskie derby”, jak powiedział rzecznik prasowy Związku. Stawka mniej więcej taka, jak w meczu TVNu z reprezentacją Sejmu. Ale kasa za bilety jest, z reklam też spłynęło co trzeba: można palić dalej.

Efekt? Ostatnie posiedzenie władz argentyńskiej piłki wyglądało zapewne tak:
Działacz 1: A może by tak już nie trzymać pozorów i nazwać I ligę po jakiejś klęsce?
Działacz 2: Świetny pomysł. Skocz po kebaba.

BelgranoPierwsza ligo, czas zaadaptować tonący “Belgrano” na logo (Fot. AP)

Nad wojną o Falklandy/Malwiny nie ma się co zbytnio rozwodzić. Jest rok 1982, a w Argentynie pogłębia się kryzys gospodarczy. Więc rządząca nią junta wojskowa wpada na doskonały pomysł, jak odwrócić uwagę opinii publicznej: wypowiedzieć Wielkiej Brytanii wojnę o kilka bezużytecznych skał, które zamieszkuje więcej owiec niż ludzi. Konflikt potrwa 10 tygodni i pochłonie 649 latynoskich żołnierzy. Z czego aż 323 zginie na zatopionym krążowniku “Generał Belgrano”.

No i to cała historia. Mało kogo obchodzi, że “Generał Belgrano” nazywał się wcześniej “USS Phoenix”, a Amerykanie wyeksploatowali go do cna podczas II Wojny Światowej i w 1951 r. sprzedali Argentyńczykom, uznając że do niczego się już więcej nie nadaje, więc zatopiłaby go nawet Margaret Thatcher prowadząca w pojedynkę U-boota.

Tu chodzi o symbol. Kto chociaż raz był na jakimkolwiek meczu w Argentynie, ten wie, że na każdym stadionie wielkie graffiti będzie mu przypominać, że Anglicy ukradli wyspy. Jeden z tych, na których w zeszłym roku rozgrywano Copa América, nazwano wprost “Malvinas Argentinas”. Kibice River i Boca mogą się nienawidzić, ale za przypomnienie, że to sami mieszkańcy Falklandów chcą pozostać Brytyjczykami, zgodnie naplują ci w twarz.

Jak informuje miejscowa prasa, władze postanowiły więc iść za ciosem. Chciałyby ochrzcić pierwszoligowy puchar jako “Gaucho Rivero”, od nazwiska argentyńskiego chłopa, który półtora wieku temu miał wszczynać na Falklandach/Malwinach rebelię przeciwko Brytyjczykom. To, że podobno poszło nie o patriotyczne uniesienia, tylko niezapłaconą dniówkę, jest już najwyraźniej nieistotne.

Dział Zagraniczny ma więc jeszcze kilka pomysłów. Dlaczego by tak nie pozmieniać także innych nazw? Buenos Aires przemianować na “Esto no es Londres”. A z Patagonią w ogóle się nie cackać i trzasnąć po angielsku “Fuck you Thatcher”. Brzmi, jak brzmi, ale jak widać – w Argentynie nic nie jest niemożliwe.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

PS Piłkarscy działacze w Argentynie najwyraźniej palą nie tylko marihuanę. W październiku, wicedyrektor departamentu prasowego River zdenerwował się, że jakiś facet sprzedał mu dom z wysoką wilgotnością. Więc go zadźgał. Ciekawe, którą trybunę po nim nazwą?

Milicja Antyobywatelska

W więzieniu w Rio de Janeiro dochodzi do buntu, osadzeni biorą zakładników. Negocjacje się załamują, jednostka specjalna policji szturmuje budynek, giną ludzie i wybucha skandal. Dowódca oddziału, podpułkownik Roberto Nascimento, bierze na siebie odpowiedzialność i zostaje zwolniony ze służby. Ale kiedy okazuje się, że na ulicy cieszy się niesłychaną popularnością, gubernator proponuje mu, żeby pokierował wywiadem w Sekretariacie Bezpieczeństwa. Choć początkowo zadowolony z nowej pracy, szybko odkrywa, że ma być tylko listkiem figowym, podczas gdy miasto przejmują powoli we władanie milicje – paramilitarne bandy skorumpowanych policjantów, którzy są chronieni przez miejscowych polityków, w tym samego gubernatora, szefa Nascimento.

Tak przedstawia się skrócony opis fabuły “Elitarnych 2”, brazylijskiego kandydata do tegorocznych Oskarów, który w październiku wszedł także do polskich kin. Ale chociaż w filmie trup ściele się gęsto i nie brak efektownych strzelanin, sprowadzanie go do taniej sensacji byłoby błędem.

– To prawie dokument – twierdzi w rozmowie z Działem Zagranicznym Paulo Storani, ekspert do spraw bezpieczeństwa i były dowódca BOPE, elitarnych jednostek specjalnych brazylijskiej policji. Wie, co mówi: filmowa postać podpułkownika Nascimento jest oparta właśnie na nim.

NascimentoPrzykład, jak zrobić film sensacyjny, obyczajowy i dokumentalny w jednym (Fot. Lula Carvalho/”Tropa de Elite 2″)

Polskie tłumaczenie podtytułu – “Ostatnie starcie” – jest nieco mylące. Portugalskie “O Inimigo Agora é Outro” oznacza dosłownie “Teraz jest inny wróg” i sugeruje, że bardziej niż zwykłymi przestępcami, policjanci powinni się zająć kolegami z własnych szeregów. Paulo Storani, który – tak jak filmowy Nascimento – po odejściu z jednostek specjalnych został zatrudniony w Sekretariacie Bezpieczeństwa (tyle że w São Gonçalo, mieście po drugiej stronie Zatoki Guanabara niż Rio) mówi wprost, że milicje są już większym niebezpieczeństwem niż osławione gangi narkotykowe.

– To byli, albo wciąż zawodowo czynni policjanci, strażacy i strażnicy więzienni – opowiada – Kontrolują całe dzielnice, w których wymuszają na miejscowej ludności i handlarzach opłaty za ochronę, przemocą wzbudzają w nich strach i zmuszają do całkowitego podporządkowania się.

Na swoim terenie milicje nakładają własne podatki, którymi obwarowują wszystko, co przyjdzie im do głowy, od opłat za korzystanie ze środków transportu, przez kupno butli z gazem, a na zakładaniu telewizji kablowej skończywszy. Śledztwo przeprowadzone przez komisję parlamentarną stanu Rio de Janeiro wykazało, że jedna z paramilitarnych bojówek zarabiała dziennie równowartość 300 tys. złotych. Jej członkowie mogli sobie pozwolić na każdą broń, którą zresztą potem z ochotą handlowali

Pierwsza bojówka powstała w akcie samoobrony. Na początku lat 90., Rio de Janeiro zaczęło się rozbudowywać w kierunku zachodnim. Powstawały domy, ulice i kanalizacja, ale brakowało policji – jedyni funkcjonariusze pojawiali się tu dopiero po służbie, kiedy wracali do świeżo kupionych mieszkań. Więc gdy do jednej z tamtejszych dzielnic, Rio das Pedras, zaczęli ściągać pierwsi gangsterzy sprzedający narkotyki, zamieszkujący ją mundurowi postanowili zwalczyć ich siłą. Okazali się niezwykle skuteczni, działali więc dalej, zbierając fundusze na swoje poczynania wśród sąsiadów: najpierw po dobroci, później wymuszając je siłą. Gdy okazało się, że to całkiem lukratywny biznes, zaczęli go stopniowo rozszerzać o slumsy.

– Policja w Rio de Janeiro degenerowała się przez dekady – tłumaczy Działowi Zagranicznemu Luiz Eduardo Soares, były Sekretarz Bezpieczeństwa Publicznego w brazylijskim Ministerstwie Sprawiedliwości i autor książek, na podstawie których powstały obie części „Elitarnych” – Pensje funkcjonariuszy są tak małe, że muszą szukać dodatkowych sposobów dorobienia. Na ogół zatrudniają się po godzinach jako ochroniarze w sklepach, albo barach. To wbrew prawu, ale władze wolą przymykać oko, bo w innym wypadku musiałyby zwiększyć budżet na wypłaty. I tak państwo przyzwala na zapewnianie bezpieczeństwa zarówno w sposób legalny, jak i nielegalny. Milicje świetnie się w tej sytuacji odnajdują.

Według niedawnego dochodzenia “O Globo”, wiodącego brazylijskiego dziennika, najpotężniejszy z gangów narkotykowych Rio de Janeiro kontroluje dziś 55 slumsów w mieście, podczas gdy milicje – aż 105. Ich członkowie są zdeterminowani, a w walce o zyski bezwzględni. Rozbita w grudniu 20-osobowa banda, zdążyła na swoim terenie zamordować pół setki opornych mieszkańców. Inna ekipa paramilitarnych uprowadziła trzech opisujących jej działania dziennikarzy, którzy byli potem torturowani, między innymi przy użyciu elektrowstrząsów.

Milicje gotowe są uderzać nawet w tych przeciwników, którzy zajmują wysokie, eksponowane stanowiska. Sędzia Patricia Acioli była znana z bezkompromisowej postawy wobec skorumpowanych funkcjonariuszy – w ciągu kilku lat, posłała za kratki kilkudziesięciu z nich. Od pięciu lat regularnie dostawała pogróżki i prosiła o przydzielenie jej ochrony, która z niewyjaśnionych do tej pory przyczyn, została jej odmówiona. W sierpniu została zabita przed własnym domem: zamachowcy strzelili do niej 21 razy, żeby mieć pewność, że nie żyje. Morderstwo wywołało wielki skandal, jej pogrzeb przerodził się w manifestację, a Sąd Najwyższy wydał bezprecedensowe wezwanie do szybkiego znalezienia sprawców. Śledztwo wykazało, że kule, od których zginęła Acioli, pochodziły z policyjnych magazynów. Podejrzanym o zlecenie morderstwa jest dowódca miejscowego batalionu oddziałów specjalnych, do aresztu trafiło też 11 jego podwładnych. Podczas rozbijania innej grupy, przy jej szefie znaleziono listę z nazwiskami osób wytypowanych do zabicia – oprócz Acioli, znajdowało się na niej jeszcze kilkunastu sędziów, prokuratorów i nieprzekupnych policjantów z wydziału zabójstw.

Milicyjna brońOstatnio wyszło na jaw, że milicje w Rio odsprzedają broń gangom, z którymi później walczą – na emeryturze będą zapewne prowadzić kursy MBA “Jak zarobić w sytuacji kryzysowej” (Fot. O Globo)

W “Elitarnych 2”, obok pułkownika Nascimento, drugą najważniejszą postacią jest Diogo Fraga, wykładowca uniwersytecki, który zostaje wybrany do parlamentu stanowego Rio de Janeiro i wspólnie z byłym policjantem doprowadza do wszczęcia śledztwa przeciw zblatowanym z milicjami politykom.

W prawdziwym życiu, Fraga byłby wart ok. 750 tys. złotych – tyle bowiem wynosi nieoficjalna stawka za głowę Marcela Freixo, inspiracji dla filmowego bohatera.

Wieloletni działacz organizacji broniących praw człowieka, Freixo został deputowanym w 2006 r. Już dwa lata później, po coraz liczniejszych doniesieniach o zbrodniach popełnianych przez milicje, doprowadził do utworzenia zajmującej się nimi komisji śledzczej, której sam został przewodniczącym. Pokłosie jej dochodzenia jest monstrualne: zarzuty postawiono kilkuset podejrzanym, większość z nich trafiła za kratki. Wśród nich znalazło się wielu urzędników niższego szczebla, ale nie zabrakło też grubych ryb, jak stanowi parlamentarzyści Álvaro Lins czy Natalino José Guimarães (który wdał się nawet w strzelaninę z próbującymi go aresztować policjantami). Wielu innych, choć uniknęło więzienia z braku wystarczających dowodów, zostało całkowicie skompromitowanych.

Politycy w Rio de Janeiro przez lata albo całkowicie ignorowali problem milicji, albo wręcz popierali je jako coś pozytywnego. Były burmistrz César Maia, jeszcze w trakcie urzędowania nazwał je w wywiadzie “rodzajem społecznej samoobrony”, a jego następca, obecnie urzędujący Eduardo Paes, rzucił w telewizji, że paramilitarni “zapewniają mieszkańcom poczucie bezpieczeństwa” tam, gdzie nie jest w stanie tego zrobić państwo.

– Wielu polityków korzystało na współpracy ze skorumpowanymi funkcjonariuszami, w pierwszej instancji zostali skazani między innymi były gubernator i szef miejscowej policji – wyjaśnia Soares. Milicje nie tylko nie wpuszczały na swój teren gangów narkotykowych, dzięki czemu deputowani mogli rozpowiadać w mediach, że w ich okręgach taki problem nie istnieje, ale wręcz pomagały im wygrywać wybory, zapewniając odpowiednią liczbę głosów. W podzięce, wielu parlamentarzystów w Rio po prostu przymykało oczy na działalność paramilitarnych

Choć wyniki śledztwa komisji Freixo były szokujące (a on sam został w ubiegłym roku ponownie wybrany na deputowanego, z drugim najlepszym wynikiem w całym stanie), to prawdziwym przełomem w sposobie myślenia okazała się dopiero premiera “Elitarnych 2”. W Brazylii film wszedł na ekrany już w październiku zeszłego roku i z miejsca okazał się prawdziwą bombą. Kilkaset kin w całym kraju wyświetlało go po pięć, sześć, a nawet osiem razy dziennie. W dwa miesiące obejrzało go ponad 10 mln osób, a produkcja pobiła frekwencyjny rekord z 1976 r. Fabułę omawiano w mediach, na blogach, temat przebił się też do mediów międzynarodowych.

– Nigdy wcześniej nie było w Brazylii takiego zrozumienia problemu, ani takiego pola do dyskusji. To całkowicie zmieniło stosunek polityków do bezpieczeństwa publicznego – przekonuje Storani, a wtóruje mu Soares – Dziś, kryminalny i okrutny charakter milicji jest więcej, niż widoczny. Do tego stopnia, że nawet politycy, którzy do niedawna je wychwalali, nie mogą już tego robić.

Natalino José GuimarãesDeputowany Guimarães, który w przerwach między głosowaniami lubił sobie powymuszać haracze i postrzelać do aresztujących go policjantów (Fot. Celso Meira/O Globo)

W 2014 r. Brazylia będzie gospodarzem Mistrzostw Świata w piłce nożnej, których finał rozegrany zostanie właśnie w Rio. Już trzy lata później, miasto – jako pierwsze w historii Ameryki Południowej – stanie się areną zmagań olimpijskich. Problem w tym, że metropolia jest usłana favelami, żyje w nich co piąty mieszkaniec, a wiele z nich sąsiaduje z najważniejszymi punktami na mapie, chociażby stadionem Maracanã (zwanym “katedrą futbolu”), czy słynną plażą Copacabana. Władze, bojąc się blamażu, gorączkowo starają się je sobie podporządkować.

W drugi weekend listopada, do Rocinhii, największego slumsu na kontynencie, wkroczyło 3 tys. żołnierzy i policjantów z jednostek specjalnych. To część trwającej od 2008 r. kampanii “odzyskiwania” dzielnic nędzy – po oddziałach szturmowych, na miejsce wkraczają jednostki tzw. Policji Pacyfikacyjnej, które mają z jednej strony nie dopuścić do tego, żeby do faveli powróciły wypędzone gangi narkotykowe, a z drugiej poprawiać wizerunek mundurowych w oczach ich mieszkańców. Rocinha była 19 z kolei podbitym slumsem, władze zapowiadają, że do mundialu będą miały we władzy 40 największych z nich.

Eksperci obawiają się jednak, że to działania na krótką metę. W “spacyfikowanych” favelach już pojawiają się pierwsze milicje, które wypełniają próżnię po nieobecnych gangsterach. Jak dotąd, władze przymykają na to oko, bo paramilitarni nie są potencjalnym zagrożeniem dla żadnej z międzynarodowych imprez (również z tego powodu, jak dotąd pacyfikacje nie objęły żadnej z kontrolowanych przez nich dzielnic), nie handlują też narkotykami.

Jednak Paulo Storani, jak i pozostali komentatorzy, uważają, że to tylko kwestia czasu. Milicje przekształciły się już w klasyczne mafie, więc w końcu przyjmą też dotychczasowy sposób zarabiania gangów narkotykowych. A w przeciwieństwie do nich, paramilitarni mają świetne wyszkolenie, znajomość policyjnych technik operacyjnych i powiązania wśród polityków. Jeżeli pozwoli im się teraz rozwinąć skrzydła, to w przyszłości będzie ich trudniej wykurzyć, niż wszystkich dzisiejszych bandytów razem wziętych.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Jak ubrać słonia

Ile brezentu potrzeba na całkowite opatulenie kilkuset pomników słoni? Najwyraźniej dużo, bo służbom publicznym w indyjskim stanie Uttar Pradesh go zabrakło. A do zakrycia zostały jeszcze podobizny kobiety, która zleciła wykonanie posągów.

Wybory lokalne w Indiach, to nie kaszka z mlekiem.

Słonie w różuW Indiach, w tym sezonie słonie noszą róż (Fot. AFP)

Zasady są dość proste. Prawo mówi, że wszyscy kandydaci mają mieć równe szanse i żaden nie powinien być bardziej eksponowany niż inny. Oznacza to, że wizerunki polityków sprawujących kierownicze funkcje muszą zniknąć z publicznych placów, urzędów, środków komunikacji itd. Na ogół wystarczy zdjąć kalendarze z wizerunkami burmistrzów ze ścian, poodklejać plakaty, zamalować sławiące ich graffiti, więc sprawa wydaje się prosta.

No, chyba że jesteś urzędnikiem w Uttar Pradesh. Wtedy rzecz się komplikuje. Mayawati Kumari – premier tutejszego rządu stanowego – choć wywodzi się spośród najniższej i najuboższej klasy w Indiach, to lubi pożyć zgodnie z zasadą “na bogato”.

Dalici to niedotykalni, pariasi. W drabinie społecznej stoją najniżej z wszystkich. Mahatma Gandhi nazywał ich “ludźmi Boga” i próbował wywalczyć im więcej praw, ale udało mu się tylko częściowo. Choć w dużych miastach nie dyskryminuje się ich już tak otwarcie, to na wsi są wciąż szykanowani. Do dziś, ponad 90 proc. wszystkich analfabetów w Indiach, to właśnie dalici. Ale jest jedna rzecz, w której niedotykalni są prawdziwymi mocarzami – liczebność. Szacuje się, że jest ich aż 160 milionów, więc na wyborach to prawdziwa waga ciężka. Nic dziwnego, że Mayawati była wybierana na premiera ubogiego Uttar Pradesh aż czterokrotnie.

Behen-ji, “siostra” – tak nazywają ją zwolennicy. Według innych, to raczej “chciwa i skorumpowana paranoiczka”. Jest obecnie najbogatszym premierem stanowym w kraju, a jej majątek szacuje się na ponad 13 mln euro. Według indyjskich mediów, to aż o 67 proc. więcej, niż jeszcze kilka lat temu, a Mayawati nie potrafi przekonująco udowodnić, skąd ten zysk. Znana z ogromnego zamiłowania do diamentów, nie robi tajemnicy z tego, że lubi dostawać drogocenne prezenty, a na wiecach politycznych z upodobaniem odbiera od tłumów wielkie girlandy utkane z banknotów o wysokich nominałach – dla opozycji to wszystko dowody na jej chciwość i korupcję.

“Siostry” nie oszczędzały też depesze amerykańskich dyplomatów, ujawnione przez Wikileaks. Autorzy piszą w nich, że premier Uttar Pradesh popada w coraz większą paranoję, wszędzie węszy spiski na swoje życie, nigdzie nie rusza się bez obstawy większej niż ma niejedna głowa państwa, oraz że nie bierze do ust niczego, czego wcześniej nie spróbuje wyznaczony do tego człowiek. Amerykanie twierdzą, że lokalni dziennikarze są podsłuchiwani i boją się pisać krytyczne artykuły, a podwładni pani premier w obawie przed utratą pracy, przymykają oczy na jej najbardziej absurdalne zachcianki. Słynna jest anegdota, jak to posłała odrzutowiec po ulubioną markę sandałów, kiedy zaczęły jej się przecierać stare. Według tych samych dyplomatów, jej biura i luksusową rezydencję łączy prywatna droga, która jest błyskawicznie czyszczona, jak tylko przejedzie nią konwój pani polityk.

Girlandy z kasyDzięki za gotówkę chłopaki, będę miała na nowe sandały (Fot. AP)

Największe wrażenie robią jednak pomniki.

Przez ostatnie kilka lat, Mayawati kazała wznieść – często za publiczne pieniądze – 187 posągów słonia, symbolu jej partii. Wiele z nich sięga aż 5 metrów wysokości. Do tego, pani premier zleciła też stawianie pomników samej siebie: tych bardziej widocznych jest w sumie 12, z czego dwa wykuto w marmurze. W stolicy Uttar Pradesh zburzono nawet postawiony zaledwie kilka lat wcześniej stadion, żeby na jego miejscu wznieść podobizny zasłużonych działaczy partyjnych (oczywiście z Mayawati na czele).

Kiedy służby porządkowe wzięły się za wykonywanie zaleceń komisji wyborczej, okazało się, że zadanie jest tak ogromne, że już w poniedziałek zabrakło materiału na dalsze zakrywanie posągów. Z hurtowni błyskawicznie dostarczono dodatków 1500 metrów kwadratowych tkaniny, bo termin upływał w środę o 17:00 czasu miejscowego. Robotnicy uwijali się więc także w nocy. Krótko przed dedlajnem, Umesh Sinha ze stanowej komisji wyborczej, ogłosił, że zadanie zostało wykonane.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Prysznic w Kopenhadze

Żołnierze od rana uwijają się jak w ukropie. Przeszukują dom po domu, biją podejrzanych, ładują setki z nich do ciężarówek wiozących ich do naprędce przygotowanych obozów. Do wieczora, wojskowi zdążą zastrzelić kilkadziesiąt osób, większość z bliskiej odległości. Zbyt bliskiej, jak na “wymianę ognia podczas walki”. Mundurowi czują się jednak bezkarni: myślą, że nikt im nie patrzy na ręce, bo na miejscu nie ma żadnych dziennikarzy, zostali odcięci od dzielnicy ścisłym kordonem bezpieczeństwa. Nie wiedzą tylko jednego – że nad ich głowami od samego początku akcji krąży samolot szpiegowski P-3 Orion. I że bardzo dokładnie dokumentuje wszystkie ich ruchy.

Chociaż od szturmu na Tivoli Gardens, slumsu w zachodnim Kingston, stolicy Jamajki, minęło już ponad półtora roku, to wciąż mało wiemy o jego szczegółach, a sama akcja wzbudza ogromne emocje, bo splatają się w niej wątki naprawdę sensacyjne: narkotyki, przemoc, korupcja, zbrodnie przeciw ludzkości i wielka polityka.

Żołnierz w TivoliTego w katalogach turystycznych jakoś nie pokazują (Fot. Rodrigo Abd/AP)

O świcie 24 maja 2010 r., do Tivoli Gardens weszło 500 żołnierzy. Gdy słońce zachodziło za horyzont, tylko jeden z nich był martwy, ale liczba ofiar wśród lokalnych mieszkańców była znacznie większa: 73 zabitych, ponad tysiąc pobitych i przymusowo wywiezionych na przesłuchania. Armia nie mogła jednak ogłosić sukcesu, bo nie osiągnęła zamierzonego celu. Jedyny poszukiwany w tym całym zamieszaniu – Christopher Coke, znany bardziej jako “Dudus” – wymknął się obławie i nikt nie miał pojęcia, gdzie się ukrywa. Wielu podejrzewało za to, że cynk o akcji sprzedał mu nie kto inny, a sam premier karaibskiej wyspy.

Jako dziecko, Dudus miał niezłe perspektywy na wpasowanie się w rolę porządnego obywatela. Był podobno bardzo zdolnym uczniem, a chodził nie do byle jakiej szkoły, bo elitarnego prywatnego liceum, gdzie swoje pociechy posyłali czołowi politycy i najbardziej prominentni biznesmeni na wyspie. Ale rodzice Coke’a nie mieli problemów z opłacaniem mu czesnego, bo jego ojciec był przywódcą największego i najbrutalniejszego gangu na Jamajce. Co bardzo szybko wróciło do Dudusa jak bumerang.

Stary Lester Lloyd Coke wybił się w przestępczym półswiatku Jamajki w latach 70., kiedy złą sławę zyskał dowodzona przez niego banda Shower Posse, zwana tak, bo dosłownie robiła swoim przeciwnikom prysznic z kul. Dekadę później, Coke wykorzystał swoje kontakty wśród bardzo aktywnej karaibskiej diaspory w Stanach Zjednoczonych i przeniósł się na ich wschodnie wybrzeże. Gang szybko podporządkował sobie części Nowego Jorku, New Jersey, Filadelfii i Florydy. Pieniądze z handlu narkotykami i bronią zaczęły płynąć szerokim strumieniem do willi w Miami, gdzie osiadł Lester, ale żaden sposób nie zahamowało to brutalności przestępców. Stary Coke został aresztowany w 1987 r. i deportowany na Jamajkę, gdzie pięć lat później zginął w tajemniczych okolicznościach, zaledwie kilka godzin po tym, jak zamordowano jego starszego syna. Młodszy Dudus nie miał innego wyjścia, jak tylko w wieku 22 lat porzucić marzenia o normalnym życiu i przejąć bandycki interes rodziny.

Dorastanie wśród elity i solidna edukacja pozostawiły jednak trwały ślad, a Christopher wniósł do przestępczego półświatka nowy sznyt. Żarliwy wegetarianin, przez znajomych określany jako cichy i wycofany, starał się zawsze trzymać w cieniu. Zamknął się w swojej willi w Tivoli Gardens i stamtąd zarządzał swoim imperium, znacznie odmieniając jego oblicze. Pod jego przywództwem Shower Posse się stonowało, pokazowe egzekucje przeciwników odeszły do przeszłości. Dudus wyniósł też cenną wiedzę z lekcji historii: strachem można szybko wymusić posłuszeństwo, ale żeby zyskać trwałe poparcie, trzeba okazać szczodrość. I tej Coke nigdy nie żałował: opłacał czesne szkolne dzieciom ze swojej dzielnicy, dawał pieniądze na leczenie starych, a gdy było już za późno, łożył na ich pogrzeby. Pomagał znaleźć pracę, urządzał publiczne imprezy z darmowym jedzeniem. Przy pomocy uzbrojonych bandziorów, całkowicie wytępił drobne kradzieże na swoim terenie. Ci sami przestępcy gorliwie pilnowali, żeby – zgodnie z jego zaleceniem – niepełnoletni nie szwędali się po Tivoli Gardens po zmroku. Ulica go kochała. Ale ważniejszych sojuszników miał o wiele, wiele wyżej: na szczycie rządu.

Golding w TivoliBruce Golding, premier Jamajki, a wolnych chwilach najlepszy ziomek Dudusa (Fot. Ramon Espinosa/AP)

Dudus nie był takim aniołkiem, za jakiego chciał uchodzić. W okrucieństwie prześcigał najbrutalniejszych psychopatów – dobrze znana jest historia, jak to pociął piłą mechaniczną podwładnego, którego podejrzewał o nielojalność. A całą swoją działalność dobroczynną finansował z przestępczego biznesu, który rozwijał jak dobry biznesmen – Shower Posse pompowało coraz więcej narkotyków w amerykańskie wschodnie wybrzeże, a od kilku lat wyrastało też na czołowy gang w Toronto. Coke mógł być jednak pewien, że dopóki siedzi na Jamajce, jego pozycja jest niezagrożona. Miejscowi politycy byli gotowi go chronić, bo dostarczał im najbardziej pożądany z możliwych towarów – głosy wyborców.

Od uzyskania niepodległości w 1962 r., na Jamajce rozwijała się przedziwna symbioza polityki i przestępczości zorganizowanej. Po władzę sięgały na przemian dwa ugrupowania – Jamajska Partia Pracy (JLP) i Ludowa Partia Narodowa (PNP) – które dla zdobycia przewagi, nie cofały się przed żadnymi rozwiązaniami. Działacze obu stron zaczęli uzbrajać bandy przestępców, którzy w zamian za broń i przymykanie oka na ich działalność, zobowiązywały się rozbijać wiece przeciwników, a innych przymuszać na głosowanie na swoich patronów. System polityczny wykorzenił się jeszcze bardziej, kiedy zaczęto budować osiedla z mieszkaniami socjalnymi – politycy wpadli bowiem na pomysł, że skupienie w jednym miejscu bandytów i tłumów podatnych na zastraszenie wyborców, ułatwi zdobywanie mandatów parlamentarnych. W całym kraju zbudowano ponad 20 takich osiedli: w zależności od tego, która partia patronowała budowie konkretnego z nich, lokale przyznawano jej zwolennikom. I, oczywiście, zblatowanym z nią gangom. Przestępcy przejmowali całkowitą kontrolę nad terenem, do środka nie zapuszczały się żadne służby miejskie, a nowy typ dzielnic szybko zaczęto określać jako “garnizony”. Przemoc była tam na porządku dziennym, ale ze szczególną mocną wybuchała zawsze podczas wyborów – apogeum osiągnęła w roku 1980, kiedy walki o głosy pochłonęły ponad 800 ofiar.

Shower Posse było od samego początku związane z JLP. Oni napędzali im wyborców, a partia dbała o dobre samopoczucie “swoich” gangsterów”. Gdy starego Coke’a aresztowano w Miami i deportowano na Jamajkę, ojciec Dudusa nie zdążył nawet zagrzać miejsca w celi, bo został uniewinniony (co jego zwolennicy zebrani przed budynkiem sądu uczcili głośną kanonadą). Jego syn cieszył się nawet większymi względami, bo posłem z okręgu wyborczego Zachodnie Kingston (w którym o wyniku zawsze decydowały głosy z Tivoli Gardens) był nie kto inny, jak Bruce Golding. Czyli szef rządu.

Waszyngton, wiedząc że na proces Coke’a na Jamajce nie ma co liczyć, domagał się jego ekstradycji już od sierpnia 2009 r. Premier Golding opóźniał tę decyzję, jak tylko mógł, a za jego namową, prawnikiem Dudusa został Tom Tavares-Finson, wpływowy senator z jego własnej partii (a prywatnie były mąż Cindy Breakspeare, byłej Miss Świata, długoletniej kochanki Boba Marleya i matki ich syna – Damiana). Gdy wreszcie wojsko wkroczyło do Tivoli Gardens, przywódca Shower Posse zapadł się pod ziemię, a w mediach zaczęły się spekulacje, że to właśnie szef rządu ostrzegł go wcześniej i namówił do ucieczki z miasta. Plotki nasiliły się jeszcze bardziej, kiedy wyszło na jaw, że JLP zapłaciła 400 tys. dolarów znanej firmie lobbyngowej z Waszyngtonu, która miała przekonywać amerykańskie władze, żeby jednak zrezygnowały ze ścigania Coke’a.

DudusCzytelniku, jeżeli kiedyś kupiłeś skręta we Flatbush, to zasiliłeś kieszeń właśnie tego pana (Fot. AP)

Dudusa złapano ostatecznie w czerwcu 2010 r. podczas rutynowej kontroli samochodowej na prowincji – najgroźniejszy przestępca w kraju próbował się maskować, przebierając za kobietę. Został wydany Stanom, gdzie przyznał się do stawianych mu zarzutów. Golding, skompromitowany całą sytuacją, trzymał się stołka tak długo, jak to było możliwe, ale w zeszłym miesiącu złożył w końcu rezygnację i zapowiedział, że nie będzie już kandydować w nadchodzących wyborach.

Do tej pory jednak, wciąż nie wyjaśniono, co dokładnie działo się w Tivoli Gardens tamtego majowego dnia i w jaki sposób zginęło tych kilkadziesiąt ofiar. Wielu świadków twierdzi, że zabici nie mieli nic wspólnego z gangami, a żołnierze dokonywali na nich najnormalniejszych w świecie egzekucji. Nie ma na to jednak żadnych dowodów – dziennikarze zostali wpuszczeni do slumsu dopiero po zakończeniu akcji, nie mogli więc dokumentować jej przebiegu. Zrobili to jednak z nich Amerykanie.

P-3 Orion latał nad Tivoli Gardens przez cały dzień. Miejscowy fotoreporter, nudząc się na wojskowej blokadzie, dostrzegł samolot i sfotografował z braku lepszego zajęcia. Do zdjęć dotarł później Mattathias Schwartz, reporter magazynu “New Yorker”, który przygotowywał materiał o historii Coke’a. Dziennikarz skorzystał z Ustawy o Swobodnym Dostępie do Informacji i uzyskał od rządu potwierdzenie swoich podejrzeń: “Wszystkie zajścia zostały zarejestrowane”.

Na tym jednak kończy się wiedza reportera i – jak na razie – opinii publicznej. Nagrania nie zostały ujawnione i nie wiadomo, czy kiedykolwiek ujrzą światło dzienne. Byłoby to nie na rękę politykom na wyspie, ale także Waszyngtonowi. To właśnie za namową USA, Jamajska Partia Pracy (wbrew nazwie, będąca ugrupowaniem prawicowym) zaczęła budowę “garnizonów”, które miałyby jej zapewnić stałą przewagę nad lewicową Ludową Partią Narodową, w owym czasie coraz bliżej flirtującą z Kubą Fidela Castro. Dokumenty, do których dotarł Schwartz, sugerują także, że amerykańscy agenci byli również obecni w Tivoli Gardens podczas wojskowego szturmu, czemu jednak rząd zdecydowanie zaprzecza.

Ujawnieniem nagrań nie jest więc zainteresowana żadna ze stron, bo wbrew pozorom – jak do tej pory wszyscy wyszli na całym zamieszaniu na plus. Stany schwytały groźnego przestępcę. Dudus wyszedł z zawieruchy cało, a mógł podzielić los swojego ojca (który został przed śmiercią ponownie aresztowany, bo USA domagało się także jego ekstradycji, a zginął w tajemniczym pożarze w celi, co prawdopodobnie miało go powstrzymać przed obciążeniem zeznaniami swoich politycznych protektorów). I nawet JLP zachowała status quo: choć Golding musiał ustąpić, to jednak wcześniej robił wszystko, żeby tylko ochronić Coke’a. Shower Posse nie zapomni tego ani jemu, ani jego partyjnym kolegom, a w nadchodzących wyborach Tivoli Gardens – jak zwykle – murem zagłosuje na kandydata prawicy.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Ideały się sprzedały

Wyrok zapadł przed prawie dwoma tygodniami, wynik procesu był jasny już kilka miesięcy temu, a od wybuchu całej afery zdążył minąć ponad rok, ale wrzawa nie cichnie. Nic dziwnego: aferę można porównać do sytuacji, gdyby Messi sprzedał mecz reprezentacji. Tylko, że zamiast Argentyny mamy Pakistan, a zamiast piłki nożnej, drugi najpopularniejszy sport drużynowy świata – krykiet.

Pakistan-IndieIndie-Pakistan w krykiecie mają nawet podobne kolory jak Argentyna-Brazylia w piłce (Fot. Prakash Singh/AFP)

Historia wygląda w skrócie tak. W sierpniu zeszłego roku, reprezentacja Pakistanu na gościnnym wyjeździe w Anglii rozgrywała najtrudniejszy wariant krykietowych rozgrywek, tak zwany test, który z reguły trwa kilka dni. Do Mazhara Majeeda, menadżera kilku z azjatyckich graczy, zgłosili się wówczas tajemniczy Anglicy, proponując aż 150 tys. funtów, gdyby udało mu się nakłonić niektórych zawodników do umyślnego zepsucia kilku rzutów. Pomysł wydawał się genialny – kiksy popełnione we wcześniej ustalonych momentach, pozwoliłyby zarobić krocie na zakładach bukmacherskich, ale nie miałyby żadnego wpływu na końcowy wynik spotkania, więc nikt nie miałby powodów, żeby nabrać jakichkolwiek podejrzeń. Agent pieniądze przyjął, a do zmowy wciągnął trzech graczy. Gdy zawodnicy zagrali zgodnie z planem, Anglicy ujawnili, że w rzeczywistości są dziennikarzami brukowca “News of the World”, który ze szczegółami opisał całą prowokację.

Pakistan przyjął wiadomości o skandalu zgodnie z tradycją: na ulice ruszyły wściekłe demonstracje, a zdjęcia skorumpowanych krykiecistów w ciągu ostatniego roku publicznie palono tyle razy, że spokojnie mogłyby już zastąpić amerykańskie flagi. Trudno się jednak Pakistańczykom dziwić. W tym kraju krykiet to nie tylko sport, ale wręcz religia, druga zaraz po islamie (a czasem można nawet odnieść wrażenie, że pierwsza). Imran Khan, legendarny reprezentant w tej dyscyplinie, wspomina w swojej autobiografii “Pakistan. A personal history”, jak na przełomie lat 80. i 90. politycy dosłownie na kolanach błagali go, żeby wstąpił do ich partii, wierząc, że to natychmiast odmieni ich wizerunek i przywróci popularność u wyborców (Khan konsekwentnie odmawiał). W dodatku, tę pasję Pakistanu podziela sąsiad i odwieczny rywal, Indie, a czy jest coś lepszego niż pokonać przeciwnika w ubóstwianej przez niego grze?

No więc zdjęcia płoną w Pakistanie, ale dyskusja toczy się w mediach i na forach internetowych całego świata (a przynajmniej jego krykietowej części). I bardzo wiele mówi nie tylko o samej grze, ale także jak bardzo zmieniła się przez ostatnie kilkadziesiąt lat nasza mentalność.

Plakaty płonąPrzynajmniej wozów transmisyjnych nikt nie podpalał (Fot. Khalid Tanveer/AP)

– Oni za mało zarabiają – rzucił niedawno jeden z ekspertów podczas dyskusji w studiu BBC – Łatwo zrozumieć, że ktoś taki skusi się na łapówkę w wysokości 10 tys. funtów, podczas gdy milioner by nią wzgardził.

To argument, który w tej dyskusji powraca jak bumerang: zawodnicy krykieta są słabo opłacani. Choć powinni opływać w luksusy. Ubrani w nieskazitelnie białe stroje faceci uzbrojeni w wiosła, w rzeczywistości uprawiają drugi najpopularniejszy sport drużynowy świata (po piłce nożnej), a liczbę ich kibiców szacuje się czasem na prawie 2 miliardy (z czego wielu z nich to prawdziwi fanatycy). Międzynarodowa Rada Krykieta skupia 105 krajów członkowskich, a Puchar Świata należy do najbardziej dochodowych imprez telewizyjnych, obok Mundialu czy Igrzysk Olimpijskich. Ba! Board of Control for Cricket in India, czyli taki indyjski krykietowy PZPN, jest najbogatszą organizacją sportową na świecie, a Indian Premier League ma na swoich meczach średnią frekwencję 57 tys. kibiców.

A mimo to, krykieciści rzadko zarabiają na poziomie porównywalnym z piłkarzami czy koszykarzami. Najgorzej mają właśnie Pakistańczycy, którzy choć często należą do światowej czołówki (jeden ze skazanych za udział w zeszłorocznej ustawce to Mohammad Asif, wówczas uznawany za drugiego najlepszego miotacza na świecie), to przez rodzimą federację są słabo opłacani, a do najbardziej lukratywnej ligi na świecie – właśnie Indian Premier League – mają zakaz wstępu, ze względu na wrogie stosunki pomiędzy oboma państwami.

No i wszystko pięknie, do momentu, kiedy sprawdzimy o jakich sumach mowa. Jednym ze skazanych (i tym, na którego w ojczyźnie lecą największe gromy) jest ówczesny kapitan reprezentacji, Salman Butt. Który, jak się okazuje, rocznie zarabiał około 200 tys. funtów. To suma, za którą Dział Zagraniczny kupiłby sobie w Polsce jakiegoś konia arabskiego i karmił go przez cały sezon truskawkami i kokainą. W Pakistanie to mała fortuna. Siostra Butta udzieliła BBC wywiadu, w którym opowiadała, jak bardzo cała rodzina (szczególnie żona zawodnika, która niedawno urodziła dziecko) jest całą aferą wstrząśnięta. I mówiła to w pięknym ogrodzie na tyłach wielkiego domu. Co jak co, ale Buttom źle się raczej nie powodziło. Tym, którzy mogą sobie pozarabiać w IPL, też można pozazdrościć. Mahendra Singh Dhoni, kapitan reprezentacji Indii i najlepiej zarabiający krykiecista świata, w zeszłym roku skasował 10 pełnych banieczek. Funtów, oczywiście.

MahendraNa pierwszym planie kapitan reprezentacji, a na drugim to, co może sobie kupić za roczną wypłatę (Fot. AP)

Skąd więc, przy – powiedzmy sobie szczerze – dość godziwych zarobkach, ten pęd do ustawiania meczy wśród krykiecistów (w ciągu ostatniej dekady za sprzedawanie się, zawieszani byli między innymi Maurice Odumbe z Kenii, czy Marlon Samuels z Indii Zachodnich, a Steve Waugh, były reprezentant Australii, który dziś bada korupcję w swoim sporcie, twierdzi, że tylko w zeszłym roku zgłosiło się do niego 56 graczy, których w tym, czy innym momencie kariery próbowano przekupić)? Ano stąd, że pieniądze, to stosunkowo nowa rzecz w tym świecie.

“Dżentelmeńskie” sporty rodem z Wielkiej Brytanii bardzo długo broniły się przed profesjonalizacją. W rugby, Puchar Świata jest organizowany dopiero od 1987 r. W krykiecie pieniądze pojawiły się dopiero za sprawą działającej w latach 1977-1979 organizacji World Series Cricket, którą australijski biznesmen Kerry Packer założył w zemście za to, że nie sprzedano mu praw do transmisji telewizyjnych testów. A tak niesamowicie bogata Indian Premier League działa zaledwie od 2008 r.

Wielu ekspertów, komentując wyrok w sprawie reprezentantów Pakistanu, podkreśla właśnie, że ten nagły przypływ pieniędzy całkowicie zmienił oblicze krykieta. Dawniej chodziło albo o piękną grę, albo o ideały. Dla (opisywanej już przez Dział Zagraniczny) reprezentacji Indii Zachodnich, która w latach 1980-1995 nie przegrała ani jednego spotkania (co czyni ją najlepszą ekipą w historii sportów drużynowych), był to sposób na walkę z rasizmem. Przez bojkot reprezentacji RPA, chciano wymusić na tym kraju zniesienie apartheidu. Miłośnicy krykieta, choć z jednej strony wychwalają Indian Premier League pod niebiosa, to z drugiej narzekają po cichu, że od jej powstania, w dżentelmeńskiej grze przestały się liczyć jakiekolwiek zasady, a na pierwszym miejscu jest już tylko kasa. I to brudna – zarzuty o korupcję powracają tu jak bumerang. Ale po krótkim oburzeniu, są zamiatane pod dywan: kibice chcą oglądać dobre mecze w świetnej oprawie, a zawodnicy chcą zarabiać jak najwięcej – kto zostaje poza IPL, musi się zadowolić ochłapami. Tak, jak Pakistańczycy.

Cała czwórka, winna ustawiania testu sprzed roku, została skazana na kary od pół roku do prawie trzech lat więzienia i wysokie grzywny. Międzynarodowa Rada Krykieta zawiesiła ich też na pięć lat, choć mało kto wierzy, że po tym czasie wrócą jeszcze do gry. Komentatorzy zastanawiają się jednak, czy ich sprawa okaże się otrzeźwieniem, czy wręcz przeciwnie – nakręci jeszcze większą spiralę zarobków i chciwości, która wpędzi dawną dżentelmeńską grę w taki sam kryzys, w jaki reszta świata wpadła przez zachłanność i brak pohamowania bankowców.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Najdroższe Big Maki świata kupują Téveza

W niedzielę zakończyła się Copa América. Piłkarskie Mistrzostwa Ameryki Południowej zawsze dostarczają prawdziwych emocji – nigdzie indziej futbol nie jest tak religijnie czczony, jak na tym kontynencie. Ale tegoroczna edycja, okazała wyjątkowo pełna niespodzianek. Jeżeli ktoś obstawiał zakłady, opierając się na swoim wieloletnim doświadczeniu i wyczuciu latynoskiej piłki, to musiał nieźle utopić pieniądze.

Nie ma tu sensu rozwodzić się nad całym turniejem, czy Urugwaj wygrał zasłużenie, czy nie, albo jak Wenezueli, gdzie piłka przegrywa z baseballem, udało się dojść aż do półfinału. Za to warto się przyjrzeć kompletnej kompromitacji dwóch czołowych potęg futbolowych świata (o kontynencie nie mówiąc): Argentyny i Brazylii.

Żadna z tych dwóch reprezentacji nie wyszła poza ćwierćfinały. Jedyny taki przypadek w historii Copy miał miejsce w 1939 r. i to dlatego, że… obie ekipy na tamten turniej po prostu nie pojechały. Albicelestes i Canarinhos zawiedli już w swoich pierwszych meczach grupowych, remisując z przeciwnikami, których powinni rozjechać jak walec, a kompletnie zbłaźnili się w ostatnich spotkaniach: ci pierwsi, bo nie potrafili wygrać, mimo, że praktycznie całą połowę grali z przewagą jednego gracza, a ci drudzy, bo w karnych nie strzelili nawet jednej bramki.

Blamaż obu ekip jest dobrym pretekstem, żeby przyjrzeć się, co dzieje się na piłkarskim podwórku dwóch krajów, które eksportują największe na świecie ilości piłkarzy do bogatych klubów Europy. A dzieją się rzeczy zupełnie przeciwstawne.

Argentyński futbol przeżywa najgorszy kryzys w swojej historii. O tym, dlaczego, możecie przeczytać w moim tekście, który dziś na swoich stronach publikuje tygodnik “Polityka”.

Polityka o argentyńskim futbolu

W tym samym czasie, kluby brazylijskie zaczynają niespodziewanie konkurować na rynku z europejskimi. Już nie sprzedają graczy na stary kontynent, teraz ich odkupują. Za rekordowe sumy.

Tuż po tym, jak Carlos Tévez nie strzelił karnego, który decydował o argentyńskim być albo nie być na Copa América, klub Corinthians z Sao Paulo ogłosił, że jest gotowy odkupić napastnika od angielskiego Manchester City za 40 milionów. FUNTÓW! Takie sumy na piłkarzy wydaje tylko znany z rozrzutności Real Madryt.
Tévez nie byłby pierwszą wielką gwiazdą, którą brazylijska liga wyciągnęła z Europy. O ile o transferach Ronaldo i Ronaldinho można by powiedzieć, że był to powrót przebrzmiałych gwiazd (w przypadku tego drugiego, może jednak trochę mniej), to decyzja o zmianie kontynentu przez Fabiano czy Denilsona o czymś świadczy.

To zupełne przeciwieństwo tego, co dzieje się w Argentynie. Tamtejsze kluby, zagranicznych graczy sprowadzają z takich miejsc, jak Kolumbia czy Paragwaj, a rodzime gwiazdy jak najszybciej wyprzedają za ocean. Efekt? W biało-błękitnej koszulce reprezentacji na tegorocznej Copie biegał tylko jeden zawodnik, który na co dzień występuje nad La Platą. Dla porównania: w kadrze Brazylii, znalazło się miejsca dla siedmiu piłkarzy z rodzimej ligi.

Skąd taka różnica? Kasa, misiu. No i korupcyjny burdel w związku piłkarskim, który w pierwszym kraju wciąż ma się doskonale, a w drugim został zwalczony dekadę temu.

Argentyna i BrazyliaArgentyno, weź przykład z sąsiada i posprzątaj na podwórku

“Ekonomia, głupcze” – hasło Billa Clintona w futbolowym świecie okazuje się jak najbardziej prawdziwe.
Brazylia to dziś jedno z najszybciej rozwijających się państw świata, potęga regionalna, a już niedługo – zdaniem wielu analityków – i światowa. Wzrost gospodarczy jest imponujący: w zeszłym roku 7,5 proc. Sao Paulo jest dziesiątym najdroższym miastem na świecie, Rio de Janeiro usadowiło się dwa miejsca dalej. To drugie ma dzielnicę Leblon, gdzie metr kwadratowy kosztuje więcej niż w apartamentach na nowojorskiej Piątej Alei (z widokiem na Central Park). Nigdzie indziej nie ma tak drogich Big Maców! W samym tylko Sao Paulo mieszka 21 miliarderów (dolarowych). To więcej niż w Los Angeles.
Brazylijski cud ekonomiczny ma naturę szkatułową. To znaczy, że wewnątrz dużego wzrostu, dzieje się też mały. Innymi słowy – w przeciwieństwie do sytuacji w innych ubogich państwach, które nagle zaczynają się gwałtownie bogacić, w Brazylii nie puchną portfele tylko tych najbogatszych. Dzięki programom wyrównywania szans, w ciągu kilkunastu lat bieda w tym kraju zmniejszyła się jak nigdzie indziej. Połowa najuboższych zarabia dziś 68 proc. więcej niż przed dekadą, a sama bieda skurczyła się aż o 2/3. Przez nieco ponad dziesięć lat, klasie średniej przybyło ponad 30 mln osób!

Innymi słowy: od kilku lat Brazylijczycy mają coraz więcej kasy. A na coś trzeba ją wydać. Więc wydają – na piłkę.

Sam tylko klub Flamengo z Rio de Janeiro, ma 35 milionów kibiców. 35 milionów! To prawie cała Polska. Botafogo, zdecydowanie mniej popularny rywal z tego samego miasta, to i tak prawie 5 mln zadeklarowanych fanów. Można wymieniać dalej. Ci wszyscy ludzie są gotowi kupować nie tylko bilety na wszystkie mecze, ale też koszulki, szaliki, oficjalne fanziny i całą okolicznościową produkcję, jaka towarzyszy futbolowym emocjom. Coraz częściej decydują się też na zakładanie kablówki z płatnymi kanałami sportowymi, które transmitują spotkania ich drużyn. Więc za możliwość ich pokazywania, stacje telewizyjne odpalają klubom coraz większe miliony.

MaracanaW Rio mecz ligowy wygląda lepiej niż sylwester pod Pałacem Kultury (Fot. Travelpod)

Tyle, jeśli chodzi o pieniądze. A co z chorym systemem?

Jeszcze dekadę temu, brazylijska liga była siedliskiem korupcji, nepotyzmu i wszystkiego najgorszego, co da się wymyślić. System rozgrywek był tak skomplikowany i tak często zmieniany, że mało co można było z niego zrozumieć, poza jednym oczywistym wnioskiem – że zarabiają na tym ludzie związani z Ricardo Teixeirą.
Teixeira stanął na czele Brazylijskiego Związku Piłki Nożnej w 1989 r. i od tamtej pory nie przestał być oskarżany o łapówkarstwo. Miał czerpać dochody z niekorzystnych dla reprezentacji kontraktów ze sponsorami, oszukiwać na podatkach i przyjmować łapówki za sprzedaż praw do retransmisji kolejnych mundiali. Prezes był jednak nietykalny. Być może dlatego, że nie szczędził grosza na kampanie polityczne wpływowych kolegów, a w końcu sam postarał się o mandat w parlamencie (i immunitet).
Zasady gry zmieniły się, kiedy do władzy doszedł Lula. Samego Teixeiry nie mógł co prawda ruszyć (ma zostać na stanowisku do zakończenia Mistrzostw Świata w 2014, które organizuje Brazylia), ale wziął się za całą jego mafijną sitwę.
Reformy sprawiły, że wszystkie duże kluby zaczęły być traktowane jak zwykłe przedsiębiorstwa. Jawne musiały być wybory do ich władz, jawne rachunki. Za korupcję zaczęły grozić surowe kary. Najbardziej skompromitowanych działaczy wyrzucono na pysk, reszcie kazano się zmienić, albo podzielić los kolegów.
Podziałało. Rozgrywki zaczęły być przejrzyste, a kluby rosły w siłę, zamiast kręcić się wokół własnego ogona.

teixeiraKorupcja? Mógłby Pan to przeliterować? (Fot. AP)

Czy to znaczy, że Brazylia – w przeciwieństwie do Argentyny – uzdrowiła swoją piłkę jak za dotknięciem magicznej różdżki? Nie do końca.

Kluby zarabiają coraz większe pieniądze, ale zanim zaczną robić z nich pożytek, muszą spłacić wierzycieli. Drużyny toną w gigantycznych długach sprzed lat, które dopiero zaczynają regulować. Na zakup piłkarzy takich jak Tévez, czy Ronaldinho, po prostu ich nie stać. Ich pensje w rzeczywistości wypłacają prywatni wspólnicy, na ogół wielkie firmy, które w zamian oczekują udziału w zyskach, jakie przynoszą ich inwestycje (kasa ze sprzedaży koszulek, część honorariów z reklam itd).

W lidze wciąż pełno skandali, najpoważniejszy w ostatnich latach, to na pewno przypadek Bruno de Souzy, kapitana Flamengo, który zamordował swoją kochankę (a wcześniej porwał i zmusił do aborcji).

W dodatku, cały brazylijski wzrost gospodarczy może się zawalić jak domek z kart. Latynoskiego giganta często porównuje się do Chin, ale o ile komunistyczne mocarstwo napędza tania produkcja i eksport, o tyle siłą napędową Brazylii jest ogromna konsumpcja. Stąd coraz wyższe ceny, stopy procentowe na poziomie 12 proc., czy potężny real – w ciągu kilku ostatnich lat, umocnił się w stosunku do dolara aż ośmiokrotnie. Gospodarka się po prostu przegrzewa. Rząd robi wszystko, żeby trochę wyhamować, ale jak na razie, niewiele się dzieje.

Prognozy są mieszane. Bańka musi w końcu pęknąć, co do tego zgadzają się wszyscy. Ale nie wiadomo, kiedy to nastąpi. Większość ekonomistów przewiduje, że nie w ciągu najbliższych kilku lat, bo kraj będzie gospodarzem mundialu w 2014 r. i Igrzysk Olimpijskich w 2016 (oraz Pucharu Konfederacji w 2013 i następnej Copa América w 2015, choć te dwie imprezy nie będą miały aż takiego przełożenia na sytuację ekonomiczną), co z pewnością podtrzyma dobrą formę. Pytanie: co potem? Brazylijczycy raczej nie oszczędzają, większość nowej klasy średniej ma na głowie po kilka kredytów, za które kupują mało wartościowe dobra (telewizory, komputery, zestawy kina domowego itd.). Jeżeli przez najbliższe kilka lat, rząd nie zajmie się poważnym rozwiązywaniem tego problemu, to największy kraj kontynentu czekają bardzo, bardzo poważne kłopoty.

A wówczas Corinthians lekką ręką kolejnych 40 baniek nie wywali.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.