Archive

Posts Tagged ‘Libia’

Banan leczy AIDS

Czego by nie mówić o Muammarze Kaddafim, to nie da się ukryć, że miał styl i osobowość. Był jedynym w swoim rodzaju połączeniem Karla Lagerfelda z Freddim Mercurym i Hegemonem z “Kajka i Kokosza”. Beatą Kozidrak świata dyktatorów, po prostu. Dlatego, od jego śmierci w październiku Dział Zagraniczny zastanawiał się, kto może zająć miejsce dziwacznego Berbera? Kim Dzong Il – za sztywny. Hugo Chavez – zbyt prosty. Than Shwe – zbyt skryty. Łukaszenka – nie no, to beznadziejny przypadek, nie nadawałby się, nawet gdyby zaczął biegać po Mińsku w pasiastych getrach i swetrze z cekinami.

Odpowiedź nasuwała się więc sama i ostatecznie potwierdził ją ostatni wywiad dla BBC. Nowym Kaddafim jest Yahya Jammeh, prezydent Gambii.

Kaddafi daje radyStarszy kolega tłumaczy Jammehowi, że ciemne okulary to w klubie podstawa (Fot. AFP)

Kaddafi miał 27 lat, kiedy obalił króla Idrisa I i stanął na czele wojskowego rządu Libii. Jammeh był zaledwie dwa lata starszy, gdy przeprowadził pucz w 1994 r. i zaczął przewodzić tamtejszej juncie. Choć na Berbera mówiono popularnie “pułkownik”, w chwili rewolucji miał dopiero stopień porucznika – tak samo jak Gambijczyk. Początkowo obaj ubierali się tylko w mundury, a jedyną ekstrawagancją były ciemne okulary a la Tom Selleck, ale z czasem porzucili je na rzecz luźniejszych ciuchów, choć trzeba przyznać, że Jammeh pozostał wierny nieskazitelnej bieli, podczas gdy jego starszy kolega miał nieco odważniejszy gust.

Gambia zerwała stosunki dyplomatyczne z Libią tuż po rewolucji Kaddafiego. Jammeh wznowił je trzy miesiące po zdobyciu władzy. I zaczął się szybko uczyć.

Przede wszystkim, Jammeh nie jest po prostu Yahyają Jammehem. Nie jest także prezydentem Jammehem, ani nawet Kochanym Przywódcą Jammehem. Oficjalnie to Jego Ekscelencja Szejk Profesor Alhaji Doktor Yahya Abdul-Azziz Jemus Junkung Jammeh. O czym gambijska prasa przypomina przy każdej możliwej okazji.

Profesor Doktor Szejk (habilitowany) kazał sobie w stolicy Bandżulu wybudować łuk triumfalny, pod którym jednak może przejeżdżać tylko on sam. Być może czerpie z niego magiczną siłę, bo że takową posiada – ogłasza co i rusz. Jammeh potrafi leczyć złamania dotykiem. Osobiście opracował też (jak to Doktor) ziołowe leki na astmę, nadciśnienie i bezpłodność (ale tylko u kobiet). Jako największym sukcesem jest bez wątpienia wynalezienie kuracji bananami, która całkowicie niszczy AIDS, co oznajmił światu w 2007 r. (a gdy ten zarzucał mu, że to bzdura, bronił się mówiąc, że aby terapia była skuteczna, należy absolutnie przestać przyjmować leki antyretrowirusowe). Dwa lata później, postanowił też zwalczyć czarną magię: w rozsianych po kraju wioskach wyłapano ponad tysiąc osób oskarżonych o czary i zmuszono do wypicia kolejnego ziołowego koktajlu autorstwa Jego Ekscelencji Inżyniera Medycyny. Według Amnesty International, kilkoro zmarło, a wielu do dziś boryka się z chorymi nerkami i biegunką. To i tak lepiej, niż geje, którym prezydent – według własnych słów – chciałby po prostu ścinać głowy.

Jammeh wręcz tryska pomysłami, jakby tu wydobyć Gambię ze 192. miejsca na liście najbiedniejszych państw świata za pomocą swoich czarodziejskich mocy. Przed kilkoma laty postanowił więc sprawić, by stała się ona państwem produkującym ropę. Ale jak do tej pory, wciąż jej nie odnaleziono. Nikt nie wie dlaczego.

Jego Ekscelencja Szejk Profesor Alhaji Doktor Yahya Abdul-Azziz Jemus Junkung Jammeh uwielbia także kolekcjonować nagrody i tytuły (no coś takiego…). Tylko w zeszłym roku zebrał ich kilka. Najpierw został uhonorowany przez Międzynarodowy Parlament dla Bezpieczeństwa i Pokoju z siedzibą w Palermo (ciekawostka: jego przewodniczący – Vittorio Busa – szczyci się w internecie tytułami Wielkiego Chana Mongolii, Prezydenta Białorusi, prezydenta… Wolnego Miasta Gdańska i arcybiskupa Białegostoku; nie wiadomo co na to ksiądz Ozorowski i detektyw Bednarski). Później dostał jeszcze między innymi tytuł Honorowego Mistrza od Związku Drukarzy i Wydawców Niemiec Północnych i Admirała Wielkiej Floty Stanu Nebraska. Choć ta ostatnia nawet nie istnieje, bo… Nebraska nie ma dostępu do morza. Zresztą, w oficjalnym komunikacie wydanym przez rzecznika prasowego Szejka Profesora, nazwisko gubernatora tego stanu napisano z błędem. Co spotkało również imię prezydenta Stanów Zjednoczonych. Jeżeli to kogoś interesuje, to w tym szczęśliwym dla Gambii 2010 roku, Platynową Nagrodę (?) przyznał Jammehowi niejaki Barrack Obama.

Jammeh i BarrackPo prawej Barrack, po lewej Majchel, a w środku Admirał Wielkiej Floty Stanu Nebraska (Fot. Lawrence Jackson/White House)

Jego Ekscelencję Szejka Profesora Alhaji Doktora Yahya Abdul-Azziza Jemusa Junkunga Jammeha tak to wszystko ucieszyło, że pod koniec 2010 r. postanowił się przebranżowić i z Jego Ekscelencji Szejka Profesora Alhaji Doktora Yahya Abdul-Azziza Jemusa Junkunga Jammeha zostać królem Jammehem. W Gambii ruszyła wówczas kampania zbierania podpisów pod wnioskiem o wprowadzenie monarchii. Podobno było ich więcej niż wystarczająco, ale ostatecznie prezydent (jeszcze) plan porzucił – być może z powodu krytyki Zachodu, a być może, bo przypomniało mu się co spotkało Bokassę.

Porzucać narodu Profesor Szejk Doktor jednak nie zamierza. Kiedyś ogłosił, że będzie rządzić 40 lat. Teraz troszeczkę ten okres wydłużył – konkretnie do miliarda.

W listopadzie, w Gambii odbyły się wybory. O których już wcześniej było wiadomo, że będą tak przekręcone, że Wspólnota Gospodarcza Krajów Afryki Zachodniej olała nawet wysyłanie na miejsce niezależnych obserwatorów. Jammeh zgarnął skromne 72 proc., ale nawet to umiarkowanie mu nie pomogło i wszyscy zgodnie uznali, że wynik jest sfałszowany. Na co niedoszły król postanowił odpowiedzieć w wywiadzie dla BBC, którego fragmenty można obejrzeć pod tym linkiem.

Zdaniem Działu Zagranicznego, najlepszy moment – poza ciągłym mamrotaniem ” boję się tylko Allaha, boję się tylko Allah” – to kiedy Jammeh nie może uwierzyć, że monarchia brytyjska ma rolę wyłącznie ceremonialną. No i, oczywiście, kiedy mówi o Kaddafim.

Gambia była przez lata jednym z najbliższych przyjaciół Libii i beneficjentem płynącej z Trypolisu pomocy finansowej, przybierającej czasem dość dziwne formy: gdy Kaddafi ofiarował państwu traktory, równocześnie dawał Jammehowi stada wielbłądów jako “prywatny” prezent. Szejk Doktor Profesor okazał się jednak niewdzięcznikiem – Gambia jeszcze w kwietniu, jako pierwsze afrykańskie państwo, zerwała kontakty z Trypolisem i uznała władze powstańców za jedynych reprezentantów Libii.

Jammeh wspomina zresztą o tym w wywiadzie. I przekonuje, że los przywódcy nie zależy od tego, jak długo rządzi, tylko co robi. Więc o Admirała Wielkiej Floty Stanu Nebraska możemy się nie martwić. On przecież leczy z AIDS.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Advertisements

To mój rap, to moja rzeczywistość

W sobotę na marszu Oburzonych w Warszawie było jak zawsze – więcej policji i mediów, niż samych manifestantów. Część publicystów zastanawia się więc: dlaczego zagranicą młodzi tłumnie ściągają na takie protesty, a w Polsce nie? Tymczasem Dział Zagraniczny nie ma wątpliwości, że na manifestacji byłyby tłumy, gdyby wezwały na nie prawdziwe autorytety tego pokolenia, a nie Jacek Żakowski, czy Jaś Kapela. Jeden filmik na jutubie nagrany przez Ostrego, Sokoła, albo Peję i młodzież sparaliżowałaby Warszawę. Jak wcześniej Dakar.

“Mam dość tego skorumpowanego systemu, mam dość nie robienia niczego poza piciem herbaty, nie widzę nawet końca tego szaleństwa, musimy działać!” – to te rymy i ten bit nadają rytm ulicznej rewolucji w Senegalu. Rewolucji, która wystartowała dopiero, gdy wzięli się za nią hiphopowcy.

– Tego już za wiele – powiedzieli sobie Omar Toure (bardziej znany jako Thiat) i Mbessane Seck (ksywa Kilifeu), raperzy z Keur Gui, jednego z najpopularniejszych zespołów w kraju. Przerwy w dostawie prądu to w Senegalu nic nowego, ale tego styczniowego dnia musiało minąć ponad 20 godzin, zanim lodówki i radia zaczęły znowu działać. Muzykom działało to na nerwy prawie tak mocno, jak to, że za rok wybory ukradnie starzec, który jest za tę sytuację odpowiedzialny.

Abdoulaye Wade oficjalnie przyszedł na świat w roku 1926, choć jego krytycy twierdzą, że w rzeczywistości urodził się kilka lat wcześniej, co ukrywa, żeby nie można mu było zarzucić, że jest za stary na rządzenie krajem. A tym włada niepodzielnie od 11 lat, z każdym rokiem zrażając do siebie coraz więcej rodaków. Monitorująca wolność prasy na świecie organizacja Freedom House zarzuca mu, że prześladuje i wtrąca do więzień krytycznych wobec niego dziennikarzy. Bezrobocie wynosi oficjalnie 48 proc., ale wśród młodych jest nawet wyższe. Pod rządami Wade szerzą się korupcja i zwykłe marnotrawienie pieniędzy. Najgłośniejszy przypadek, to odsłonięty w kwietniu zeszłego roku monumentalny (mierzy prawie 50 metrów) pomnik Afrykańskiego Odrodzenia, którego wzniesienie kosztowało aż 27 mln dolarów. W dodatku prezydent ogłosił, że należy mu się 1/3 wszystkich pieniędzy, jakie zostawią odwiedzający budowlę turyści, bo przecież “ma do niego prawa autorskie”. W oczy kłuje też nepotyzm, szczególnie to, z jakim zapałem głowa państwa promuje swojego syna na następcę, wciskając na różne rządowe stanowiska (i równocześnie chroniąc przed przesłuchaniami w komisjach parlamentarnych), czy starty jego córki w rajdach Paryż-Dakar.

Zanim przejął władzę, Wade pięciokrotnie przegrywał wybory i kisił się w opozycji w sumie 30 lat. Więc nie zamierza teraz łatwo rezygnować z fotela prezydenckiego. Nie tylko będzie się w lutym ubiegał o trzecią kadencję, ale zaczął w dodatku forsować w parlamencie ustawę, dzięki której do zwycięstwa w pierwszej turze potrzebowałby tylko 25 proc. głosów (a nie standardowych 50.). Wtedy wśród hiphopowców zagrzmiało.

ThiatW Senegalu, każdy szanujący się rewolucjonista nosi zegarek na bicu (Fot. AfricanHipHop.com)

Tamtej styczniowej nocy, Thiat i Kilifeu zawiązali organizację Y’en a Marre – “Dość tego”. W marcu skrzyknęli fanów przez internet i urządzili wielką manifestację na jednym z głównych placów stolicy. Przyszło tylu protestujących, że policja – normalnie sięgająca po gaz łzawiący chętniej niż Tomasz Lis po grzebień – mogła się tylko bezradnie przyglądać. Raperzy nie dali ciśnieniu opaść. Już w kwietniu ruszyli z kampanią “Daas Fanaanal” (co w dominującym w Senegalu języku wolof oznacza “Samoobronę”): namawiają młodzież, żeby olała główne partie polityczne i pokazała swój sprzeciw.

– Nie jesteśmy ani po stronie rządu, ani opozycji, tylko po stronie ludzi – przekonywał w jednym z wywiadów Thiat.

23 czerwca Y’en a Marre urządziło taki Dzień Gniewu, że parlament w panice uwalił projekt ustawy o 25 proc. głosów potrzebnych do wygrania pierwszej tury.

Rząd robi co może, żeby zaszkodzić hiphopowym buntownikom. Policja robi naloty na lokale, gdzie mają koncertować i zastrasza właścicieli sal, w których chcą organizować spotkania organizacyjne. Raperom konfiskowano sprzęt nagłaśniający nawet na manifestacjach, na które mieli wcześniej pozwolenie. W lipcu, po jednej z demonstracji, Thiat został aresztowany. Młodzi Senegalczycy pikietowali pod więzieniem w Dakarze kilkadziesiąt godzin, dopóki władze nie zgodziły się go wypuścić.

Thiat i Kilifeu nie są sami. Wspierają ich także inni, uwielbiani przez młodzież raperzy, chociażby Fou Malad czy Matador. Swoją aprobatę wyrazili też muzycy, którzy już wcześniej głośno mówili o niezadowoleniu – koncertujący na całym świecie (i szczególnie popularny we Francji) wokalista reggae Tiken Jah Fakoly, oraz Didier Awadi:

Senegalscy raperzy mają powody do zadowolenia. Ich ruch nie tylko staje się coraz silniejszy, ale w dodatku sygnały, że idą dobrą drogą, płyną z północy, gdzie inni hiphopowcy odnieśli podobny sukces podczas Arabskiej Wiosny.

Jeszcze w styczniu, tunezyjski raper El Général trafił do więzienia za nagranie tej piosenki:

Dziś nie przestaje koncertować, niesiony popularnością, jaką przyniosło mu otwarte mówienie tego, o czym bali się mówić inni. Hip hop, do tej pory ograniczony właściwie do Maroka, dosłownie eksplodował w krajach arabskich. Libijski internet zalały dziesiątki amatorskich nagrań, w Syrii młodzież zasłuchuje się w nagranych przez mieszkającego w USA Omara Offenduma, egipskie stacje radiowe puszczają Deeba, który wcześniej nie miał szans na przebicie się do mainstreamu:

To oczywiście nie hip hop doprowadził do rewolucji w Afryce Północnej. Ale to właśnie tych ludzi słucha młodzież i to oni pokazują jej, którą iść drogą. W Senegalu na wybory trzeba się rejestrować. W najniższych grupach wiekowych, odsetek robiących to wyborców nie przekraczał dotąd 10 proc. Po kampanii, jaką rozkręcili Thiat i koledzy, w sierpniu nastolatki tworzyły długie kolejki do komisji rejestracyjnych i niewykluczone, że w lutym to właśnie oni zdecydują o przyszłości swojego kraju.

Dlatego krótkie memo dla organizatorów marszu w Warszawie. Dla sąsiadów Działu Zagranicznego z Pragi, idolem nie jest Adam Michnik, tylko Peja. Więc na przyszłość, jak się organizuje biede, to warto zadbać o poparcie tego, który ich reprezentuje.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

PS W ogóle, to jeśli idzie o senegalską scenę rapową, Dział Zagraniczny poleca jeszcze ekipę Daara J (która niektórym w Polsce powinna być już znana, bo tu koncertowała):

Kiedy World of Warcraft to za mało

Dział Zagraniczny zna ludzi, którzy wakacje spędzają kozacko. Jedni samotnie przepływają łódką Atlantyk. Inni jadą do Teheranu na stopa. Jeszcze pozostali, przemycają haszysz z Maroka na polecenie korsykańskiej mafii. Ale jakby się nie starali, to mistrza tegorocznego sezonu nie pobiją. Chris Jeon najzwyczajniej w świecie wziął udział w libijskim powstaniu.

JeonPo zdobyciu maksymalnego levelu w WoW, expić można już tylko w Libii (Fot. Bradley Hope/The National)

Są ludzie, którzy palą skręty. Są tacy, którzy wolą MDMA. Niektórzy wybierają pejotl. No i jest Chris Jeon, który najwyraźniej wszystko powyższe ładuje w siebie na raz.
– Moje wakacje się kończą, więc pomyślałem, że byłoby spoko dołączyć do powstańców – rzucił zdumionemu korespondentowi wydawanego w Zjednoczonych Emiratach Arabskich “The National”, który spotkał 21-latka z Los Angeles w mieście An-Naufalijja, mniej więcej 140 km na wschód od Syrty.

Amerykanin najpierw przyleciał do Kairu, stamtąd uderzył pociągiem do Aleksandrii, skąd dojechał autobusem (z przesiadkami) do Bengazi. Najwyraźniej powstańcy mają równie wielką fantazję co ich nowy kolega, bo wcisnęli mu karabin do ręki, wsadzili na pikapa i po kilku dniach dostarczyli na front. Żeby było śmieszniej, Jeon nigdy w życiu nie miał broni w ręku, nie zna też ani słowa po arabsku. W zasadzie potrafi powiedzieć tylko “Ahmed El Maghrabi Saidi Barga”, co jest jego powstańczą ksywą, a w rzeczywistości zlepkiem nazw libijskich klanów i regionów. Podobno, gdy wypowiada te słowa, jego towarzysze wpadają w ogromną wesołość.

Jeon na co dzień studiuje matematykę (w tym roku ma zrobić licencjat) i nie da się ukryć, że wykazuje się żelazną logiką. Jak wtedy, kiedy wychodzi na jaw, że lecąc do Kairu, miał bilet tylko w jedną stronę.
– Jak mnie złapią, albo co, to nie chcę wywalać kolejnych ośmiu stów – mówi dziennikarzowi hardo, a potem już trochę mniej – Tylko nie mów moim rodzicom! Oni nie wiedzą, że tu jestem!

Chrisie Jeon, Dział Zagraniczny będzie zaszczycony, dziarając sobie Twoją podobiznę na sercu.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Kevlarowy parasol

Relacjonując zdobycie Trypolisu przez powstańców, polskie media zdają się pomijać istotny szczegół: w ramach świętowania, zwycięzcy posłali w niebo tyle pocisków, że nocą w libijskiej stolicy w zasadzie nie powinien zapadać zmrok.

Libijscy powstańcy świętująJak impreza, to ze stylem (Fot. AP)

Od Ameryki Łacińskiej, po Daleki Wschód, to dość typowy obrazek. Ludowy Front Wyzwolenia Czegokolwiek zdobywa miasto, a minuty później radość oznajmiają klaksony powstańczych samochodów (koniecznie marki Toyota!) i kanonada z kałasznikowów. Partyzanci świętują tak zestrzelenie wrogiego helikoptera. Nomadzi, odbicie skradzionego wcześniej bydła. Ba! Jakiś czas temu, w pewnej afgańskiej wiosce tak hucznie świętowano ślub, że zbici z tropu Amerykanie zbombardowali dom weselny, zabijając większość gości.

Ale Libijczycy przebili ostatnio wszystkich.
– Kompletnie im odbiło! – rzuciła w relacji na żywo korespondentka CNN Sara Sidner. Po zdobyciu pałacu Muammara Kaddafiego, rebelianci urządzili taką imprezę, że korespondent BBC był początkowo przekonany, że to kontratak sił rządowych.
– O, teraz słyszeliście państwo wielki wybuch – ciągnęła Sidner – Od kiedy zdobyli ten kompleks, wszędzie słyszymy strzały. To się staje śmiertelnie niebezpieczne, bo dochodzą już ze wszystkich stron – dodawała obyta w strefach konfliktów dziennikarka.

Zagraniczni korespondenci nie bez powodu czują się zagrożeni. Znacie takie powiedzenie “What goes up, must come down”? No, więc info dla libijskich powstańców: dotyczy to też dziesiątek tysięcy wystrzeliwanych przez was w powietrze pocisków!

Czy wystrzelony w niebo nabój może zabić człowieka – to jedno z tych Wielkich Pytań, nad którymi Dział Zagraniczny łamał sobie głowę w podstawówce (innym było: co się stanie po wciągnięciu zupki chińskiej nosem? Odpowiedź sprawdzona empirycznie: będzie piekło). Okazuje się, że może.
Jest tak. Pocisk opuszczający lufę karabinu, stopniowo wytraca swoją energię kinetyczną, aż osiągnie punkt krytyczny, w którym jej wartość wyniesie zero. W tym momencie nabój zatrzymuje się, a siła grawitacji zaczyna go ściągać na dół. Wraz ze zmniejszaniem wysokości, powtórnie wzrasta jego energia kinetyczna. Innymi słowy: teoretycznie, pocisk powinien wrócić do punktu wyjścia z taką samą prędkością, z jaką go opuścił. Ale tak naprawdę, to się nigdy nie zdarza.
Ponieważ chodzi nam o warunki rzeczywiste, to nie możemy rozpatrywać tej sytuacji jakby działa się w próżni. Nabój będzie opadał w powietrzu, a opór aerodynamiczny będzie równoważył siłę grawitacji do tego stopnia, że zamiast ciągłego przyśpieszenia, osiągnie on tylko pewną określoną szybkość, która od tego momentu będzie już jednostajna i w dodatku mniejsza od tej z chwili wystrzału. Wciąż jednak wystarczająca, żeby zabić.
Sprawą zajęli się nawet kilka lat temu słynni Pogromcy Mitów z Discovery Channel. W odcinku 50. udowodnili, że pocisk wystrzelony w górę idealnie pod kątem prostym, straciłby swoją rotację i tym samym nie byłby śmiertelny w drodze powrotnej. Jednak prawdopodobieństwo, że ktoś wystrzeli właśnie pod takim kątem, jest mniejsze niż wygrana w totka. Więc praktycznie wszystkie spadające z góry naboje zachowują rotację.
Czy to aż tak istotne? Tak. Prędkość wylotowa dla kałasznikowa (bez którego nie ma prawdziwego powstańczego świętowania) to 715 metrów na sekundę. Opadanie pocisku zmniejszy ją do około 180-90 m/s. To wystarczy: żeby przebić czaszkę, kula musi osiągnąć zaledwie 60 m/s.

Albert“Było się uczyć w szkole, to napisanie tego posta nie zajęłoby ci trzech dni”

Jakby tego było mało, badania przeprowadzone w latach 1985-1992 przez lekarzy ze szpitala Uniwersytetu Kalifornijskiego udowadniają, że swobodnie opadająca amunicja jest bardziej śmiertelna od tej, która lata naokoło podczas zwykłej strzelaniny. W “tradycyjnej” wymianie ognia, śmiertelność postrzelonych wynosi od 2 do 6 proc. Tymczasem kąt opadania wystrzelonych w powietrze pocisków sprawia, że w przypadku zranienia człowieka, prawie zawsze trafiona zostaje głowa. Aż 1/3 takich przypadków kończyła się zgonem.

Czy prawdopodobieństwo takiego trafienia jest duże? Im gęściej zaludniony teren, tym większe. W Trypolisie to 4,5 tys. osób na kilometr kwadratowy (dla porównania: w Warszawie to 3,3 tys.). Na pewno nie pomaga, że powstańcy nie ograniczyli się do tradycyjnych wiwatów z udziałem kałasznikowów. W powietrze postrzelali też sobie między innymi z artylerii przeciwlotniczej.

Powstańcy w TrypolisieSzlachta się bawi, na koszta nie baczy (Fot. Tarek Elframawy/UPI)

A zatem, dobra rada dla wszystkich. Jeżeli kiedyś będziecie mieli okazję do odwiedzin w świeżo zdobytym mieście, poruszajcie się po nim z parasolem. Kevlarowym.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Armia na każdą kieszeń

Jakiś czas temu, pewien magazyn zamówił u mnie tekst o najemnikach. Materiał dostarczyłem szybko, ale właśnie wtedy zatrzęsło Japonią i artykuł trafił do poczekalni. A teraz dowiedziałem się, że koncepcja się zmieniła i nie pójdzie już w ogóle.
Ponieważ o najemnikach zdążyły już od tamtej pory napisać między innymi “Przekrój” i “Wyborcza”, to nie ma sensu, żebym oferował tekst innym redakcjom i wrzucam go tu w lekko okrojonej wersji. Endżoj.

Najemnicy w LibiiMężczyzna oskarżony przez libijskich rebeliantów o bycie najemnikiem (Fot. Goran Tomasevic/Reuters)

Muammar Kaddafi zwalcza rewolucję w Libii, zatrudniając setki najemników. Nie jest to jego wybryk, z ich usług korzystają państwa na całym świecie, a zawód kojarzący się z książkami od historii, jest dziś dochodowy jak nigdy

Cios. Czarnoskóry mężczyzna łapie się za głowę, twarz wykrzywia mu ból. Ludzie kłębią się dookoła, krzyczą, popychają. Są wściekli. – Kto ci rozkazał?! – wołają – Kto?! Kaddafi?! Ofiara jest skołowana, wodzi dookoła pustym wzrokiem. – Oficerowie… – mamrocze niewyraźnie i wyciera rozbity nos. Chwilę później pięść znowu ląduje na jego twarzy, przewraca się, najbliżej stojący zaczynają go kopać. – Już dość! Nie bijcie go! – słychać wołanie. Filmik się urywa. Następne wideo: zakrwawiony Afrykanin w mundurze i wojskowych butach, leży na ziemi i błaga o litość. Kilku Arabów zasłania go własnymi ciałami, inni próbują uspokoić tłum, który chce go zlinczować. Po minucie nagranie się kończy. Nie wiadomo, co stało się z mężczyzną, ale inny materiał jest bardziej szokujący – biały jeep, na masce leżą dwa sine, czarne ciała. Gapie robią zdjęcia komórkami.
To tylko trzy z kilkudziesięciu kręconych telefonami filmików, jakie każdego dnia wrzucają do internetu Libijczycy próbujący obalić dyktaturę Muammara Kaddafiego. Mają potwierdzać podawane przez światowe media informacje, że pułkownik wysłał przeciw własnemu narodowi ściągniętych z Afryki Zachodniej najemników. To hasło może się czytelnikom kojarzyć ze średniowieczem. Nic bardziej mylnego. W dzisiejszych czasach najemnictwo nie tylko ma się świetnie. Jest nawet jednym z najbardziej dochodowych biznesów na świecie.

Armię wynajmę od zaraz
Kaddafi nie musiał szukać długo, żeby znaleźć chętnych do walki w swojej obronie. Przez lata wspierał finansowo partyzantów z Czadu, Sudanu czy Nigru, od których mógł teraz zażądać spłaty długów. Ale wygląda na to, że w panice sięgnął po każdego, kto chciał zarobić – Al-Dżazira podaje, że w Nigerii i Gwinei pojawiły się oferty po 2 tys. dolarów zapłaty dla tych, którzy zdecydują się tłumić rewolucję w Libii.
Afryka to prawdziwy supermarket, w którym każdy z odpowiednio głęboką kieszenią może wybierać takich najemników, jakich tylko zapragnie. Krwawe konflikty w Liberii, Kongu, Rwandzie czy Sudanie, pozostawiły po sobie zastępy weteranów, którzy tylko czekają na oferty.
Kiedy w 1991 r. Zjednoczony Front Rewolucyjny rozpoczynał mającą potrwać 11 lat wojnę domową w Sierra Leone, 80 proc. jego członków pochodziło z krajów sąsiednich, a opłacano ich nielegalnie wydobywanymi diamentami. 7 lat temu Mark Thatcher, syn Margaret, byłej premier Wielkiej Brytanii, sfinansował wyprawę niemal setki byłych żołnierzy z RPA, którzy mieli obalić przywódcę bogatej w ropę Gwinei Równikowej. Do tego grona dołączył ostatnio Laurent Gbagbo, dotychczasowy prezydent Wybrzeża Kości Słoniowej, który nie chce się pogodzić z przegraną w listopadowych wyborach, więc do pomocy sprowadził sobie byłych partyzantów z Liberii.
Jednak większość współczesnych najemników operuje nie tylko w Afryce, a ich pracodawcami nie są wcale egzotyczni dyktatorzy. W rzeczywistości, największym z nich są Stany Zjednoczone.
Od kilkunastu lat branżą rządzą prywatne kompanie wojskowe. Działają jak dawni kondotierzy, którzy w czasach renesansu wynajmowali całe armie włoskim miastom-państwom i walczyli o ich sprawę za sowite wynagrodzenie. Nowocześni kontraktorzy to nastawione na zysk korporacje, które klientom oferują pełny zakres usług: od wojskowego treningu, przez analizy, wsparcie operacyjne, strategiczne planowanie aż po działania militarne.
Kompanie w niczym nie ustępują armiom z prawdziwego zdarzenia. Swoich pracowników rekrutują spośród byłych żołnierzy sił specjalnych i policjantów z elitarnych jednostek antyterrorystycznych. Ich szeregi zasilają między innymi dawni wojskowi z amerykańskich Navy SEALs, nepalscy Ghurkowie (chluba armii brytyjskiej) czy emerytowani oficerowie polskiego GROM-u (dwóch z nich, pracując dla jednej z tych organizacji, zginęło w 2004 r. w Iraku). Korporacje kuszą ich fantastycznymi zarobkami. W firmach ze Stanów Zjednoczonych, personel tej narodowości na niektórych kontraktach dostaje nawet po okrągły tysiąc dolarów wypłaty dziennie. Pracownicy z innych krajów na aż takie luksusy liczyć nie mogą, ale i tak ich pensje kilkakrotnie przewyższają państwowy żołd.
Dawniej do tego biznesu trafiało się przez znajomości, już po odejściu z czynnej służby. Teraz popyt jest tak duży, że kompanie szukają nowych członków nawet podczas trwających misji, np. w Afganistanie działa kilkanaście punktów werbunkowych, w tym jeden nieopodal polskiej bazy wojskowej Gardez.
Z usług najemników korzystają praktycznie wszyscy działający w strefach zagrożenia. Przedsiębiorstwa wydobywające ropę i diamenty, organizacje pozarządowe, dziennikarze, nawet ONZ wynajmowało ich do ochrony swoich konwojów humanitarnych. Najbardziej lukratywne są jednak kontrakty rządowe. W latach 90. firmy tego typu tłumiły bunty między innymi w Sierra Leone, Angoli czy na Papui-Nowej Gwinei, licząc sobie za to grube miliony. Żaden kraj nie był jednak tak hojny jak Stany Zjednoczone, które od 2001 r. miały przeznaczyć na ich kontrakty ok. 100 mld dolarów.
W Iraku ich personel był drugim pod względem liczebności kontyngentem zbrojnym po Amerykanach, ale już w Afganistanie prześcignęli USA dwa lata temu. Kompanie zajmują się praktycznie wszystkim: od prowadzenia i zaopatrywania stołówek, przez stróżowanie w bazach wojskowych, szkolenia dla żołnierzy, i konwojowanie ładunków (jedna z nich wspomagała między innymi transport rosomaków dla polskiej armii w Afganistanie trzy lata temu). Przede wszystkim zajmują się jednak ochroną zagranicznych oficjeli.
Ich popularność bierze się stąd, że są tańsi niż tradycyjne wojsko i absolutnie skuteczni: w Iraku nigdy nie zginął żaden z ochranianych przez kompanie dyplomatów (jedna z nich w 2007 r. uratowała życie polskiemu ambasadorowi Edwardowi Pietrzykowi, na którego przeprowadzono zamach przy użyciu samochodu-pułapki).

Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością
– Złodzieje za dnia, terroryści nocą – tak o działających w Afganistanie prywatnych kompaniach wojskowych wyraził Hamid Karzaj, prezydent kraju.
Blackwater (po fali skandali zmieniła nazwę na Xe, żeby odciąć się od starego wizerunku), do niedawna największa i najbardziej znana z korporacji, co prawda z wszystkich powierzonych jej zadań wywiązywała się celująco, ale przy okazji miała prać brudne pieniądze i przemycać broń. Jej najemnicy tylko w latach 2005-2007 wdali się w prawie 200 strzelanin, a późniejsze śledztwo pokazało, że 80 proc. z nich sami zaczęli. Najgłośniejsza była ta z 16 września 2007 r., kiedy w centrum Bagdadu zabili 17 cywilów, w tym lekarkę i jej dziecko. Żołnierzy innego potentata branży, DynCorp, oskarżano, że w Bośni brali udział w fałszerstwach dokumentów i stręczycielstwie. Sandline International, założona przez skompromitowanych weteranów apartheidu z RPA, łamała embargo ONZ na dostawy uzbrojenia do Sierra Leone. Wiele firm bez cienia skrupułów uczy też wyrafinowanych technik wojskowych klientów, których reputacja jest co najmniej wątpliwa (np. Saracen International szkoli od zeszłego roku siły zbrojne Puntlandu, nieuznawanego przez żadne państwo na świecie rządu w północnej Somalii, który odłączył się od reszty kraju podczas wojny domowej). Problem w tym, że nie bardzo wiadomo kto miałby ich za to wszystko pociągać do odpowiedzialności..
Większość kompanii to byty niemal wirtualne. Na ogół składają się z wielu spółek-córek, zarejestrowanych w egzotycznych krajach i powiązanych ze sobą na tyle niejasno, że trudno dojść która jest tak naprawdę za co odpowiedzialna. Na etatach pracuje w nich garstka osób, a najemników zatrudniają u siebie czasowo, tylko na czas wykonania umowy z klientem, po czym wypuszczają ich z powrotem na rynek. W ten sposób jeden weteran może w ciągu roku wziąć udział w kilku misjach bojowych na dwóch zupełnie różnych kontynentach, pracując dla różnych korporacji. W takich przypadkach nie wiadomo kto kogo i gdzie miałby sądzić. W dodatku ostatnie lata mogą najemników jeszcze utwierdzać w przekonaniu, że są bezkarni.
Paul Bremer, który przez rok po amerykańskiej inwazji na Irak pełnił funkcję jego cywilnego administratora, tuż przed odejściem z urzędu wydał dekret, który de facto dawał najemnikom z USA immunitet.i wyłączał ich spod lokalnej jurysdykcji. Kiedy po słynnej masakrze w centrum stolicy, rząd w Bagdadzie odebrał firmie Blackwater licencję na działanie kraju, ta nic sobie z tego nie robiła. Sprawców strzelaniny szybko wywieziono do Stanów pod pretekstem, że będą tam sądzeni za swoje czyny, a już na miejscu sprawę od razu umorzono. W zeszłym roku założyciel Blackwater, Erik Prince, sprzedał swoją korporację i uciekł przed licznymi pozwami cywilnymi do Zjednoczonych Emiratów Arabskich. – To utrudni szakalom dorwanie moich pieniędzy – powiedział niedawno w wywiadzie dla „Men’s Journal”.
W przypadku najemników Kaddafiego, sprawa wydaje się jednak prostsza. Chociaż prawdziwą międzynarodową zbieraniną – doniesienia mówią o czarnoskórych żołnierzach mówiących zarówno po angielsku, jak i francusku, oraz Białorusinach, Ukraincach i kilku Włochach – to dopóki wydarzenia w Libii pozostają wewnętrzną sprawą tego kraju, są po prostu prywatnymi osobami nielegalnie używającymi przemocy. Prościej mówiąc: przestępcami i jako tacy mogą być później skazani przez zwykły sąd. Oczywiści tylko pod warunkiem, że próbę sił wygra opozycja, a nie dyktator. Bo zwycięzców się nie sądzi.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

PS Warto jeszcze dodać, że choć libijski dyktator faktycznie sprowadził sporo czarnoskórych najemników z Afryki Zachodniej, to najprawdopodobniej większość z pojmanych przez rebeliantów mężczyzn to w rzeczywistości biedni imigranci, którzy do Libii przybyli w poszukiwaniu pracy, albo żeby dostać się z niej do Europy. Pisze o tym między innymi Mariusz Zawadzki w dzisiejszej “Świątecznej” w tekście “Robotnicy wojny”. Dobry artykuł, polecam.