Archive

Posts Tagged ‘Manifestacje’

Bez prawka, bez mandatu

Arabska Wiosna przetoczyła się przez państwa regionu jak walec. W Tunezji i Egipcie wyniosła do władzy islamistów. W Libii obaliła dyktatora, teraz jej wschód ogłosił autonomię i to zapewne koniec tego państwa w formie, jaką znamy. W Syrii doprowadziła do krwawej wojny domowej. A w Jemenie zmiotła prezydenta i nikt nie wie, jaka przyszłość czeka ten kraj.

Gdzie by nie obrócić głowy, tam spowodowała prawdziwe polityczne trzęsienie ziemi. Za wyjątkiem jednego miejsca, które całkiem otwarcie wrzało już od dawna i gdzie czegoś na kształt Arabskiej Wiosny spodziewano się od co najmniej kilku lat.

Dlaczego więc Algieria nie wybuchła?

KibiceNie, to nie protestujący – to kibice (Fot. EPA)

Po wyjątkowo krwawej wojnie z Francją o wyzwolenie, władzę w kraju przejęli autorytarni wojskowi, którzy przez prawie trzy następne dekady nie chcieli nawet myśleć o jej oddaniu. Ale w 1988 r., po masowych protestach obywateli, rząd postanowił nieco poluzować gorset. Zatwierdzona rok później w referendum nowa konstytucja wprowadzała system wielopartyjny, związki zawodowe, wolność wypowiedzi i zgromadzeń.

Eksperyment z demokracją nie przetrwał nawet trzech lat.

W 1990 r., wybory lokalne miażdżąco wygrał Islamski Front Ocalenia, powiązany z egipskim Bractwem Muzułmańskim. Rok później, zwyciężył też w walce o parlament. Na reakcję byłych przywódców nie trzeba było czekać. Armia zrobiła zamach stanu, wybory zostały unieważnione, partia islamistów zdelegalizowana, konstytucja zawieszona, a wraz z nią – wszystkie dopiero co zdobyte wolności.

Musiało zginąć 200 tys. osób, zanim Abdelaziz Bouteflika, nowy prezydent, zdołał zaprowadzić pokój.

Bouteflika, rządzący krajem od 1999 r., kontynuował tradycję wtrącania przeciwników politycznych do więzień i okaleczania niezależnego sądownictwa. Ale równocześnie ograniczył władzę tajnych służb, pogodził się z islamistami i poszerzył możliwości debaty publicznej – między innymi przywracając częściową wolność prasy. Społeczeństwo obywatelskie poczuło, że pętla na szyi się poluzowała i zaczęło coraz głośniej wyrażać swoje niezadowolenie.

W Algierii jak na dłoni widać było wszystkie elementy, które doprowadziły do wybuchu Arabskiej Wiosny. Coraz młodsze i lepiej wykształcone społeczeństwo. Wysokie bezrobocie. Rosnące koszty życia, szczególnie jedzenia. Wpływy emigracji zarobkowej na postawy tych, którzy zostali w domu, czyli wzrost niezadowolenia z autorytaryzmu. Prasa otwarcie krytykowała władze, obywatele coraz częściej strajkowali, albo zbierali się na demonstracjach. Dział Zagraniczny już w 2008 r. wysłuchiwał na wykładach Uniwersytetu w Granadzie, że wybuch jest tylko kwestią czasu.

A kiedy wreszcie godzina wybiła, Algieria okazała się niewypałem.

Arabska Wiosna w AlgieriiArabska Wiosna w Algierii chwilowo przysiadła (Fot. Sidali Djarboub/AP)

Początek był obiecujący. W styczniu, już po wydarzeniach w Tunezji, ale jeszcze przed Egiptem, Algierczycy wyszli na ulice stolicy protestować przeciw zbyt wysokim cenom jedzenia. W starciach z rządowymi siłami zginęło pięć osób, a osiemset zostało rannych. Pozostałe miasta zawrzały. Ale tylko na chwilę – władze szybko rozbroiły sytuację.

W lutym zniesiono stan wyjątkowy (ten sam, który wprowadzono jeszcze w 1992 r.). W kwietniu zapowiedziano reformę konstytucji i nowe prawo wyborcze. W maju ogłoszono subsydia na mąkę, mleko i cukier. Poza tym, z więzień wypuszczono część islamistów przetrzymywanych tam jeszcze od pamiętnych wyborów, pracownicy budżetówki dostali podwyżkę, a policja polecenie, żeby nie napastować ulicznych sprzedawców, ani… kierowców, którzy nie mają dokumentów.

Poza tym, Bouteflika zapowiedział stworzenie ogólnonarodowego forum, gdzie będą omawiane przyszłe reformy. Do jego zorganizowania wyznaczył dwóch Mohammedów – Touatiego i Ali Boughaziego. Pierwszy to przedstawiciel Berberów, a drugi jest związany z kierownictwem islamistów.

Podziałało. Im więcej mijało czasu, tym Algierczycy byli mniej skłonni do buntowania się. Tym bardziej, że państwowa telewizja pokazywała wydarzenia w sąsiedniej Libii jako terrorystyczną rewolucję i obcą interwencję porównywalną z Irakiem, albo Afganistanem. Rany z własnej wojny domowej jeszcze się nie zagoiły – Algieria wolałaby ich na nowo nie rozdrapywać.

Pytanie: co dalej?

W połowie maja powinny się odbyć wybory parlamentarne. W poprzednich – w 2007 r. – wzięło udział zaledwie 35 proc. uprawnionych, co szczególnie teraz łatwo odczytać jako żółtą kartkę dla rządzących. Władze robią więc wszystko, żeby tym razem było inaczej.

Zgodnie z nowym prawem wyborczym, partie niepowiązane z rządem mogą wreszcie urządzać kongresy i wiece wyborcze. Według przewidywań, w majowych wyborach powinno się zmagać aż 60 ugrupowań. Co nie cieszy jednak wszystkich. Front Sił Socjalistycznych (FFS), główna partia opozycyjna, która zbojkotowała zarówno głosowanie w 2007, jak i 2002 r., uważa że to celowe działanie władzy, która chce rozbić nieprzychylne sobie siły na drobne i słabe grupki.

Rząd robi co może, żeby nowe wybory okazały publiczną akceptacją dla reform, które podejmuje – a taki wizerunek gwarantowałaby wysoka frekwencja. Między innymi dlatego, Ministerstwo Spraw Wewnętrznych od jakiegoś czasu rozsyła SMSy, w których nakłania do głosowania.

W Tunezji, Egipcie i Maroku, elekcje zorganizowane już po zeszłorocznych wydarzeniach, przyniosły zwycięstwo islamistom. Ich koledzy z Algierii liczą teraz na podobny wynik u siebie.

Pytanie więc: czy jeżeli faktycznie odniosą sukces, to wojskowi nie zafundują im powtórki sprzed 20 lat? I czy wówczas obecna wiosna w Algierii nie okaże się jeszcze gorętsza, niż zeszłoroczna u sąsiadów?

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Advertisements

Prezydent ulepsza rasę

Prezydent Piñera jest odprężony i uśmiechnięty. Trudno, żeby nie był. To ciepły, słoneczny dzień w stosunkowo niewielkim Los Ángeles, daleko na południe od stolicy i tamtejszej napastliwej prasy. Mieszkańcy przyszli się z nim zobaczyć, są w dobrych nastrojach. Ktoś podaje mu niemowlaka, najprostszy sposób, żeby zapunktować w sondażach u przyglądających się matek. Piñera bez namysłu wypala więc do ojca:

– Gratuluję ci, bo wykonałeś świetną robotę. Ulepszasz rasę!

Twitter i Facebook eksplodowały. Nagranie ze spotkania trafiło na Youtube, a chilijski internet przez kilka dni kpił z tego, że blond włosy dziecka, są dla prezydenta znakiem rasowej dominacji.

Ale samego Piñery, sprawa nie mogła obejść mniej. W ostatnich tygodniach rządzenie idzie mu tak źle, że w zasadzie sięgnął dna. A wystąpienia w internecie nie mogą się nawet równać z tymi w realu.

Pinera i rasaPrezydent ulepsza rasę zgodnie z najlepszymi tradycjami swojego kraju (Fot. Gobierno de Chile)

Wyniki sondażu, opublikowanego wczoraj przez chilijski ośrodek badania opinii społecznej Adimark, są na pierwszy rzut oka łaskawe dla prezydenta: popiera go o 6 proc. więcej respondentów, niż w sierpniu zeszłego roku. Problem widać, kiedy spojrzymy na suche liczby. Przeciwnych Piñerze jest aż 58 proc. Chilijczyków. Zwolenników jest zaledwie 33 proc. – o dwa pkt. mniej, niż jeszcze w listopadzie. A wiele wskazuje na to, że w kolejnych badaniach wyniki te będą się dla głowy państwa jeszcze pogarszać.

Piñera gdzie się nie ruszy, tam popełnia błędy. W lipcu, Dział Zagraniczny informował, że prezydenckie dołowanie w sondażach przypomina skok z samolotu bez spadochronu. Już miesiąc później, była nadzieja chilijskiej prawicy zderzyła się z ziemią – tylko 27 proc. poparcia, przy rekordowych 68 proc. społecznego niezadowolenia.

Głowę państwa pociągnęły wtedy na dno protesty studentów i licealistów. Chilijski system edukacyjny jest jednym z najbardziej nierównych na świecie. W 1981 r., wojskowa junta Augusto Pinocheta praktycznie sprywatyzowała naukę. Na edukację przeznacza się zaledwie 3 proc. PKB (dla porównania: w Polsce jest to ok. 6 proc.), więc uczelnie wyższe muszą się de facto utrzymywać same. Studia są płatne i to wysoko. Biedniejsi mogą się na nie zdecydować dopiero po wzięciu kredytów, które potem z trudem spłacają długie lata, a na komfort bezstresowej nauki mogą sobie pozwolić jedynie najbogatsi. Tych jest dosłownie garstka: według OECD, stosunek dochodów najzamożniejszych i najbiedniejszych Chilijczyków wynosi aż 27:1 (w Polsce to 8:1).

Studenci i licealiści zorganizowali w sierpniu ogromne protesty. Niektórzy rozpoczęli strajk głodowy. Na demonstracjach masowo przyłączali się do nich sympatycy w wieku ich rodziców, a nawet dziadków. Największy związek zawodowy w kraju, w ramach solidarności ogłosił strajk generalny. Ana Tijoux, jedna z najpopularniejszych młodych wokalistek w Ameryce Łacińskiej, nagrała o nich piosenkę:

Efekt? W poniedziałek, 45 licealistów, którzy brali udział w zeszłorocznych protestach, dowiedziało się, że nie mają po co wracać do swoich szkół po wakacjach (w Chile właśnie kończą się wczasy), bo zostali z nich wyrzuceni. Zasady działania systemu pozostały nietknięte. A prezydent nazwał protesty “drugim trzęsieniem ziemi” (to nawiązanie do potężnej katastrofy sprzed trzech lat), które poważnie uderzyło w chilijską edukację. Piñera, przed objęciem urzędu jeden z najbogatszych ludzi w kraju, problemu jak nie widział, tak nie widzi.

Tego w Patagonii, też jakoś dostrzec nie mógł. Rok temu, południowym regionem Magellanes wstrząsały gwałtowne zamieszki. Prezydent obiecał, że zajmie się ich powodami. Minęło kilka miesięcy, a w sąsiedztwie mamy powtórkę z rozrywki.

W regionie Aysen, od połowy lutego praktycznie co noc wybuchają zamieszki. Policja rozpędza codziennie rozpędza tłum armatkami wodnymi i gazem łzawiącym, a mieszkańcy odpowiadają kamieniami i budowaniem barykad. Są ranni i zabici. W zeszłym tygodniu zginął pięciolatek. Amnesty International wzywa do zbadania doniesień o wyrywkowych aresztowaniach i pobiciach.

Protestujący domagają się między innymi utworzenia w ich regionie publicznego uniwersytetu. Ale przede wszystkim chodzi im o koszty życia. Latem, Patagonia jest piękna i przyciąga tysiące turystów. Zimą trudno tam wytrzymać. Ceny paliwa, prądu, czy energii są prawie dwukrotnie wyższe, niż w stolicy, tymczasem płace są niższe. I to mimo, że Aysen ma trzykrotnie wyższy wzrost gospodarczy, niż wynosi średnia krajowa, a rząd planuje w tym miejscu wybudowanie – kosztem 10 mld dolarów – ogromnej hydroelektrowni.

Sęk w tym, że pieniądze nie zostają w Aysen, a region nie może nimi sam zarządzać. To także spadek po dyktaturze wojskowej, która wprowadziła ścisły centralizm w podejmowaniu decyzji. O wszystkim decyduje stolica: nawet gubernatorzy poszczególnych prowincji nie są wybierani w wyborach, tylko nominowani w Santiago. Po drugiej stronie granicy – w Argentynie – jest dokładnie na odwrót. Na południu Chile szczególnie kłuje to w oczy, bo żeby dostać się do niektórych miast w tej części kraju, trzeba jechać drogą, która częściowo przebiega właśnie przez terytorium sąsiada. Dlatego część protestujących pozowała do zdjęć z transparentami: “Adoptuj nas, Argentyno!”.

BacheletTa pani mogłaby swoją popularnością obdzielić trzech Piñerów (Fot. Maciej Okraszewski/Dział Zagraniczny)

Prezydentowi nie idzie nawet w tym, co przyniosło mu wcześniej popularność.

Kiedy w lutym 2010 r., potężne trzęsienie ziemi zdewastowało dużą część kraju, Piñera był już po minimalnie wygranych wyborach, ale jeszcze przed zaprzysiężeniem. Działał jednak błyskawicznie. Obleciał wszystkie dotknięte regiony swoim prywatnym helikopterem, wszędzie dodawał ludziom otuchy i obiecywał pomoc.

Kilka miesięcy później, pod ziemią utknęło słynnych już 33 górników. Piñera poruszył niebo i ziemię, żeby wydobyć ich na powierzchnię i zadbał o to, żeby wszystkie obiektywy były skierowane na niego, kiedy w blasku fleszy przytulał ostatniego z uratowanych.

Wówczas popierało go aż 63 proc. wyborców. Jednak prezydent z łatwością roztrwonił ten kapitał.

Warunki w chilijskim kopalnictwie nie poprawiły się ani na jotę. A prokuratura właśnie oskarżyła ośmiu byłych urzędników, którzy podczas pamiętnego trzęsienia nie wydali ostrzeżenia o powstrząsowym tsunami. Ich wina jest bezsprzeczna – na szczęście, wielu mieszkańców wybrzeża samodzielnie uciekło w porę wgłąb lądu – ale zdaniem opozycji, sposób przeprowadzenia sprawy i jej nagłośnienia, jest próbą obarczenia za katastrofę poprzedniej ekipy. Tym bardziej, że administracja próbuje przykrywać niewygodne dla siebie fakty. Prezydenccy urzędnicy twierdzą, że udało im się odbudować domu 47 proc. poszkodowanych rodzin. Tymczasem opozycyjna chadecja ujawniła, że do tej liczby są także zaliczane dopiero co rozpoczęte remonty, a rzeczywista ilość ukończonych prac nie przekracza 11 proc. 148 tys. rodzin wciąż czeka na dach nad głową.

W listopadzie 2013 r., odbędą się w Chile wybory. Konstytucja zabrania natychmiastowej reelekcji, więc Piñera nie będzie mógł brać w nich udziału. Na szczęście dla siebie: Michelle Bachelet, poprzednia głowa państwa i murowana kandydatka opozycji w następnym głosowaniu, odchodziła z urzędu z rekordowym, ponad 80-procentowym poparciem społecznym. Według ostatnich sondaży, wciąż się takowym cieszy. Gdyby Piñera jednak mógł stanąć z nią do walki, zostałby rozjechany jak walec.

Może więc lepiej, żeby już zaczął się oswajać z perspektywą emerytury. I ulepszania rasy, oczywiście.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Afrobeat na barykadach

Teoria na to, że ilość nasłonecznienia wpływa na zachowania ludzi, znajduje ostatnio coraz więcej potwierdzenia. Kiedy w Polsce ktoś organizuje masowy protest, jest zawsze te 50 proc. szans, że będzie mała ruchawka i w ruch pójdą policyjne armatki. W Paryżu, palenie samochodów to już chyba nowa tradycja. A w Londynie, jak wiadomo po ostatnich wakacjach, zamieszki są lepsze od loterii: każdy kończy z telewizorem, albo chociaż iPadem.

Tymczasem w Afryce nagrywają rapy i kręcą teledyski.

Flavour w trasieBenzyna zdrożała, więc muzycy w Nigerii ruszają w trasę nowym środkiem transportu

O tym, jaką wagę podczas Arabskiej Wiosny miał głos raperów, Dział Zagraniczny już informował. Na południe od Sahary są jeszcze bardziej wpływowi. W Senegalu, gdzie kwitnie chyba największa hip hopowa scena w Afryce, założony przez nich oddolny ruch protestu Y’en a Marre intensywnie pracuje nad przewietrzeniem tamtejszej sceny politycznej. Niedawno swój start w wyborach na prezydenta ogłosił legendarny wokalista Youssou N’Dour:

A teraz najwyraźniej przyszedł czas na Nigerię.

W kilka godzin po sylwestrze, tamtejszy rząd ogłosił, że przestanie dopłacać do paliwa. Nagle litr benzyny, zamiast 65 naira (1.35 PLN), zaczął kosztować 150 naira (3.29 PLN). To paradoks. Nigeria jest bogata w ropę, dziennie wydobywa jej aż 2 mln baryłek. Ale jej rafinerie są w opłakanym stanie i przez lata były źle zarządzane, więc nie są w stanie przerobić takiej ilości paliwa, jakiej wymaga miejscowy rynek. W efekcie, większość benzyny musi być importowana. W dodatku, w kraju gdzie duża część społeczeństwa zarabia niecałe 2 dolary dziennie, trzeba ją subsydiować. Tylko w zeszłym roku, z budżetu poszło na ten cel 8 mld dolarów.

Rząd próbował przekonywać, że zaoszczędzone dzięki zniesieniu dopłat pieniądze wyda na rozbudowę będącej w opłakanym stanie infrastruktury. I oczywiście walkę z biedą. Dotkniętych nią ludzi to jednak nie przekonało. Nauczeni złymi doświadczeniami, zaczęli głośno komentować, że większość kasy i tak rozkradną skorumpowani politycy. W dodatku w Nigerii, jak w podobnych krajach, nie istnieje transport publiczny. Wielu ubogim Nigeryjczykom zajrzało w oczy bezrobocie, bo nagle przestało im wystarczać na dojazd do pracy. Wzrost cen benzyny przełożył się też na droższe jedzenie i podstawowe usługi.

W kraju zagrzmiało. Związki zawodowe zapowiedziały strajki. Na ulice ruszyły tysiące protestujących. A wraz z nimi muzycy.

Piosenki o manifestacjach i podwyżkach pojawiły się w lokalnych radiostacjach już pierwszego dnia. A niewiele później, do sieci trafiły teledyski.

Pierwszy był The Suspect, znany chociażby ze współpracy z brytyjskim Blak Twang i Wyclef’em. Może to nie Fela Kuti, ale też robi pierwszorzędny afrobeat:

Jeszcze tego samego dnia, własny teledysk pokazał popularny w Nigerii Flavour:

Za chwilę dołączyła też do nich Aduke, która dopiero co w grudniu wypuściła dobrze przyjęty singiel “Made in Lagos”:

Jak ktoś jest ambitny i poszuka, to podobnych produkcji znajdzie więcej. Protesty poparł cały zastęp muzyków, w tym chociażby Seun Kuti, syn Feli:

Nie ma co malować oderwanego od rzeczywistości obrazu nigeryjskich protestów, jako roztańczonych i rozśpiewanych wieców przepełnionych artystami i nieszkodliwymi intelektualistami. Podczas manifestacji dochodziło do zamieszek, zdemolowano kilka stacji benzynowych, właścicieli kilku innych zastraszono. Wojsko strzelało do ludzi, co najmniej kilku zabito. Po negocjacjach ze związkami zawodowymi, prezydent Goodluck Jonathan zgodził się przywrócić dopłaty, jednak tylko częściowo, więc emocje nie opadają.

Ale trudno nie być pod wrażeniem, że tamtejsi artyści potrafią w tak krótkim czasie zrobić tak dobre komentarze do bieżących wydarzeń i to jeszcze w tej jakości.

No. Ale polskiego czytelnika to interesuje.

Toalety i debaty

Najnowsze podsumowanie tygodnia zaczniemy od przyjrzenia się trzem poruszanym już wcześniej na tym blogu sprawom.

1. Uspokójcie się, przecież mianowałem się na tego ministra!

Po pierwsze, Burkina Faso. W połowie kwietnia Dział Zagraniczny informował, że na ulice stolicy Ouagadougou wyległy tłumy protestujących przeciw podwyżkom, a już dzień później swoje niezadowolenie z opóźnień w wypłacaniu żołdu postanowili pokazać żołnierze z prezydenckiej straży przybocznej. I trochę postrzelali w powietrze. Półtora miesiąca później i sytuacja jest daleka od spokojnej.
Do wojskowych ze stolicy przyłączyli się bowiem koledzy z garnizonów w innych miastach, a równolegle protesty zorganizowali cywile, między innymi studenci i nauczyciele. Rządzący już od 24 lat prezydent Blaise Compaoré próbował załagodzić sytuację, proponując podwyżki, dymisjonując rząd i mianując nowych ministrów, w tym… siebie – na Ministra Obrony.
Jednak to wszystko na nic, bo zbuntowani żołnierze nie chcieli iść na żaden kompromis. Najmocniej poczuli się ci skoszarowani w położonym ok. 350 km na zachód od stolicy Bobo-Dioulasso. Sytuacja w tym mieście przyśpieszyła w ciągu kilku ostatnich dni. Najpierw, w środę, wojskowi splądrowali tam sklepy i kramy na targu. Więc w czwartek kupcy, w proteście, że rząd nie jest w stanie zapewnić im spokoju, zdemolowali między innymi siedzibę burmistrza, urząd celny, oraz biura krajowego przedsiębiorstwa energetycznego. Wobec czego władze wprowadziły w Bobo-Dioulasso godzinę policyjną. Efekt? Zbuntowani żołnierze jeszcze raz zrabowali handlarzy, których i tak wyczyścili z towaru dwa dni wcześniej.
Blaise Compaoré najwyraźniej stracił cierpliwość, bo na miejsce wysłał wierne sobie elitarne jednostki, które wzięły koszary szturmem. Zginęło 6 zbuntowanych wojskowych i jedna przypadkowo postrzelona dziewczynka, ponad 30 osób zostało rannych. Na tym się jednak prawdopodobnie nie skończy, bo sytuacja w kraju jest napięta.
Dział Zagraniczny będzie się jej przyglądał.

2. Obcokrajowiec w Obcokrajowni Wewnętrznej

Po drugie, Mongolia. Konkretnie Mongolia Wewnętrzna, czyli region w północnych Chinach. W zeszłym tygodniu Dział Zagraniczny podawał, że tamtejsza mongolska mniejszość (w samej prowincji stanowią tylko 20 proc. ludności, w całym kraju to zaledwie promil), sprowokowana przez zabójstwo dwóch swoich pobratymców, wyszła na ulice lokalnej stolicy protestować przeciw dyskryminacji. W tym tygodniu protesty rozszerzyły się ponoć na inne miasta w okolicy, ale trudno to potwierdzić, bo władze szybko wprowadziły blokadę informacyjną. Dziennikarzom udało się tylko dotrzeć do informacji od osób na miejscu, że ponoć zgromadzenia są rozpędzane przez siły porządkowe, kampus uniwersytecki zamknięto i wprowadzono tymczasowy stan wyjątkowy.
Tymczasem Pekin raz twierdzi, że w Mongolii Wewnętrznej nic się nie dzieje i wiadomości o protestach to tylko plotki, a za chwilę przyznaje, że coś jednak jest na rzeczy.
– Problemy wywołują obcokrajowcy – stwierdziła rzeczniczka Ministerstwa Spraw Zagranicznych, ale, jak zauważa BBC, nie powiedziała, o jakich dokładnie obcokrajowców chodzi.

Dział Zagraniczny zgaduje: o Mongołów?

MongołowieObcokrajowcy wywołują problemy w Xilinhot (Fot. Reuters)

3. W przerwie zapraszamy do bufetu na zimne przekąski

Po trzecie, Sri Lanka. Na początku maja, Dział Zagraniczny opisywał zarzuty, jakie pojawiają się wobec władz wyspy. W skrócie: że dwa lata wcześniej, rozprawiając się ostatecznie z Tamilskimi Tygrysami, wojsko siekało wszystkich równo, nie bacząc na cywilów i miały miejsce zbrodnie przeciw ludzkości. Na końcu znalazła się też informacja, że rząd (który oczywiście odrzuca wszystkie oskarżenia), na 30 maja zaplanował konferencję “Pokonać Terroryzm: Doświadczenie Sri Lanki”, w której udział zapowiedziały delegacje z 30 krajów, w tym Turcji, Izraela, Czadu czy Zimbabwe.
No więc, konferencja się odbyła. A dwa dni później, w siedzibie Rady Praw Człowieka ONZ w Genewie przedstawiono dowody śledztwa, które potwierdza łamanie praw człowieka. Pokazano między innymi nagrany przez samych żołnierzy film, na którym mordują cywilów.

“Pokonać Terroryzm: Doświadczenie Sri Lanki”. Uczcie się, Czadzie i Zimbabwe.

4. Pan na tronie

O właśnie, Zimbabwe. Dział Zagraniczny musiał tę informację sprawdzić z 10 razy, przespać się, znowu sprawdzić, zbadać się alkomatem i sprawdzić jeszcze raz. Ale okazuje się, że władze tego kraju właśnie wysunęły się na dalekie prowadzenie w konkurencji “Represje 2.0 – Absurd i Groteska edition”. A było tak.
Jest 6 maja, Bulawayo, drugie co do wielkości miasto Zimbabwe. Trwają doroczne Międzynarodowe Targi Handlowe. Alois Mabhunu, ubrany po cywilnemu policjant z miejscowego wydziału zabójstw, poci się i przestępuje z nogi na nogę. Poci się i zaciska zęby, ale dłużej nie wytrzyma: musi iść za potrzebą. Rusza do najbliższej toalety, jak burza przepycha się przez kilku stojących przed nią mężczyzn i dopada muszli. Po kilku chwilach, szczęśliwy i odprężony, spuszcza wodę i chce wrócić do pracy. Zamiast tego, trafi do wojskowego aresztu. Bo kibel, a którego skorzystał, był zarezerwowany dla prezydenta Roberta Mugabego.

Noł szit, Mabhunu przesiedział trzy tygodnie w areszcie miejscowych baraków, aż w środę sąd skazał go na bonusowe 10 dni “normalnego” więzienia. Został też zdegradowany. Ale nie wyrzucony – znaj łaskę pana, Alojzy.

Prasa opozycyjna oburza się, że po pierwsze nie miał żadnego adwokata, a po drugie akt oskarżenia nie wskazuje, jakie artykuły kodeksu karnego złamał, korzystając z prezydenckiej toalety.

Dział Zagraniczny też należy do tych mężczyzn, którzy też nerwowo reagują, kiedy ich ziomki najpierw pochłaniają dwa kebaby z ostrym sosem, a potem – z gazetą w ręku – bezceremonialnie zmierzają w stronę toalety. Prezydent Zimbabwe właśnie pokazał, że da się temu przeciwdziałać. Robercie! Piąteczka za innowacyjność!

5. Meanwhile, in Korea…

– Od tej pory, rozpoczniemy praktyczne i ogólne odwetowe działania militarne, żeby za jednym zamachem zetrzeć [z powierzchni ziemi – tak domyśla się DZ] zdrajców! – piszą w oświadczeniu władze Korei Północnej. O jakich zdrajców chodzi? O Koreę Południową, jak zawsze. Ale powód do ostatniego wybuchu gniewu, jest tym razem bardzo konkretny: tarcze strzelnicze.
Pojawiły się bowiem zdjęcia, na których żołnierze armii Południa trenują celność, oddając salwy do zdjęć Kim Ir Sena, Kim Dzong Ila i Kim Dzong Una (który prawdopodobnie obejmie władzę po śmierci swojego ojca). W związku z czym Korea Północna zapowiada, że zmaże zniewagę siłą.

Zdjęcia Kimów na tarczachTrochę to niesprawiedliwe, że w najmłodszego tak łatwo trafić (Fot. Park Jung-Ho/AP)

Nikt nie wie, co by zrobiła, gdyby komandosi z Południa zamiast do zdjęć strzelać, używaliby ich jako papieru toaletowego. A, nie, poprawka: Robert Mugabe wie.

6. Doświadczonego w używaniu sznura, zatrudnię od zaraz

Zaprzyjaźniona z Działem Zagranicznym graficzka, znalazła wczoraj w gazecie ogłoszenie o treści: “Ochrona mężczyzn. Kobiety do lat 40 zatrudnię”. I jeszcze kilka podobnych kwiatków, czasem z rzetelnym: “Doświadczenie w branży nie jest wymagane”. Poeci krótkiej formy mogliby się teraz popisać w Indiach, gdzie właśnie poszukuje się kandydata na dość nietypowe stanowisko. Na kata.
Okazuje się, że na subkontynencie od 2004 r. nie wykonano żadnego wyroku śmierci. Aż tu nagle zdarzyły się (czy raczej – mają się zdarzyć) dwie egzekucje. Prośby o łaskę Devindera Pala Singh Bhullara (skazanego za planowanie ataków terrorystycznych) i Mahendry Nath Dasa (pospolitego mordercy) zostały odrzucone, więc obu rychło powinien spotkać smutny koniec. Ale sprawa się odwleka, bo… na etacie już dawno nie ma kata. Więc teraz władze gorączkowo jakiegoś szukają.

Egzekucja ma się odbyć przez powieszenie. Podobno kandydat musi się wykazać doświadczeniem w tej dziedzinie. Dział Zagraniczny usilnie się zastanawia: gdzie odbywa się staż w takiej profesji?! W Arabii Saudyjskiej? Chinach? USA?

7. Słowik na uwięzi

Tymczasem jedno z więzień w Kolumbii już niedługo będzie miało trochę muzycznej rozrywki. W Wenezueli został bowiem pojmany (i ma zostać wydany sąsiadowi) jeden z bardziej charakterystycznych członków lewackiej partyzantki FARC: Guillermo Enrique Torres Cueter vel Julian Conrado. Szerzej znany jako “Śpiewak”. Torres dorobił się tej ksywy, bo na plecach oprócz karabinu, nosił też gitarę. Z której korzystał przy każdej okazji. Przypisuje mu się autorstwo ponad stu piosenek sławiących kolegów z dżungli i ich walkę. W roku 2000, gdy doszło do krótkotrwałego rozejmu między rządem a partyzantką, to właśnie jego wytypowano, żeby zaśpiewał przed otwarciem pierwszej rundy negocjacji.

Tu na jednym z występów:

8. Konrad Wallenrod

No i na sam koniec, trochę rozrywki. Ten tydzień upłynął Działowi Zagranicznemu pod znakiem narkotyków – a to na promocji książki “Wojny Narkotykowe” w łódzkim klubie Krytyki Politycznej, a to w Programie III Polskiego Radia, objaśniając najnowszy raport Światowej Komisja ds. Polityki Narkotykowej. Więc trzymajmy się tego wątku i narkotykami zakończmy też niedzielę.

W sierpniu 2009 r., Trybunał Konstytucyjny Argentyny stwierdził, że pociąganie do odpowiedzialności karnej dorosłych osób palących marihuanę jest sprzeczne z tamtejszą ustawą zasadniczą. Co stwarza pewien problem, bo orzeczenie Trybunału nie oznacza wcale legalizacji marihuany, nie pozwala tylko, by za skręta w kieszeni ładować kogoś za kratki. Więc jakiegoś czasu w kraju trwa ożywiona debata, czy nie skończyć z tą farsą i po prostu nie zalegalizować trawy. I “ożywiona” była też wtorkowa wymiana zdań w programie dyskusyjnym kanału C5N. W rolach głównych Sebastián Basalo (redaktor naczelny magazynu “THC” i działacz kampanii na rzecz legalizacji) oraz Claudio Izaguirre (z Argentyńskiego Stowarzyszenia Przeciw Narkotykom). Łoczyt (jeżeli ktoś zna hiszpański, to niech ogląda całość, jeżeli nie, to może od razu przewinąć do mniej więcej drugiej minuty):

Señor Izaguirre, w imieniu wszystkich znajomych Argentyńczyków, którzy popierają legalizację miękkich narkotyków, Dział Zagraniczny składa ogromne podziękowania za fantastyczny PR! Oby tak dalej!

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Władza niejedno ma oblicze

Podsumowanie tygodnia po raz kolejny z opóźnieniem. To staje się taką normą, że chyba Dział Zagraniczny powinien się zacząć tłumaczyć, jeżeli akurat wyrobi się na termin.

1. Bohater kreskówki trzyma się mocno

Zaczynamy oczywiście od Wybrzeża Kości Słoniowej, które przyciąga uwagę Działu Zagranicznego od listopada. A w kraju dzieją się cuda, bo mimo, że rebelianci popierający Alassane Ouattarę wkroczyli do Abidżanu już tydzień temu, to Laurent Gbagbo schował się w bunkrze i wciąż się nie poddaje.
Poważnie, zaczynam wierzyć, że były prezydent to nie żywa osoba, tylko postać z kreskówki. Świat odmawia uznania go za głowę pańswa, Gbagbo nawet nie zwraca na to uwagi. Wprowadzają sankcje na kakao, Gbagbo prycha z politowaniem. Ofensywa rebeliantów toczy się z północy jak walec, który rozjedzie wszystko co ma na drodze, Gbagbo tylko prasuje spodnie na impreze. Philippe Mangou – szef jego sztabu – ucieka i szuka schronienia w domu ambasadora RPA, Gbagbo ziewa ze znudzeniem (generał po kilku dniach wrócił skruszony). Wreszcie jego rezydencję ostrzeliwują nawet Francuzi z ONZ, Gbagbo martwi się tym, że mu tynki lecą na biurko.
Właśnie, wbrew temu, co pisałem tydzień temu, nawet żołnierze z misji stabilizacyjnej (sic!) włączyli się do imprezy, bo jeden z nich najwyraźniej przeczytał rezolucję, w której stało, że mają “bronić cywilów”. No to obronili: wysłali kilka helikopterów, które ostrzelały siedzibę Laurenta.
Ale Gbagbo nie tylko się nie ugina, ale jeszcze kontratakuje. Lojalni mu żołnierze (szacuje się, że ma jeszcze ok. tysiąca ludzi pod bronią) przetrzymali atak rebeliantów i przeszli do kontrofensywy, atakując nawet hotel, który przez miesiące był siedzibą Ouattary. Tymczasem obrokrajowcy są ewakuowani przez Francuzów, a reszta mieszkańców Abidżanu, która nie ma w kieszeni paszportu Unii Europejskiej, ucieka na własną rękę.
W zeszłym tygodniu Dział Zagraniczny był pewny, że to ostatnie dni walk na Wybrzeżu, ale jakoś o tym nie napisał. Okazuje się, że słusznie. Dlatego teraz też nie będziemy niczego prorokować, bo chociaż wygląda na końcówkę ruchawki, to jeszcze skończy się na tym, że pod koniec maja będziemy pisać: “Rebelianci nacierają. Gbagbo siedzi w bunkrze i świetnie się bawi”.

2. Manifestantów nie ma (bo siedzą w więzieniu)

Świetnie bawi się też najwyraźniej Mswati III, król Swazilandu, ostatniej afrykańskiej monarchii absolutnej. Co prawda miesiąc temu miał w kraju manifestacje niezadowolonych obywateli, a na Facebooku młodzież nawołuje do zebrania się we wtorek (czyli jutro) i obalenia go w stylu egipsko-tunezyjskim, ale rząd się tym nie przejmuje.
– Słyszmy więcej o powstaniu za granicą, niż w ojczyźnie – ogłosił Lutfo Dlamini, Minister Spraw Zagranicznych.
Szybko okazało się czemu: otóż od tygodnia policja wyciąga z domów resztki aktywistów, którzy pozostali w kraju (reszta opozycji jest na emigracji w RPA – w Swazilandzie partie polityczne są nielegalne od 1973 r.) i wrzuca ich do więzień, gdzie są bici. Najwyraźniej minister Dlamini nie nadstawia ucha pod celą.

Protesty w SwazilandzieTo zdaniem ministra nigdy nie miało miejsca (Fot. Mantoe Phakathi/IPS)

3. Syzyfowe prace

A skoro już o Facebooku i protestującej młodzieży, to przeciwko rządowi występują studenci w Chartumie. Od końca stycznia urządzają pikiety na uniwersytecie i marsze przez środek miasta, a raczej próby marszów, bo zanim przejdą pół kilometra, są bezlitośnie bici przez policję. Ostatnio próbowali w poniedziałek, dzięki czemu miejscowe służby porządkowe mogły sobie przećwiczyć wariant “Euro 2012”. Po tych kilku tygodniach patrzenia na zmagania studentów z policją, trudno nie zacytować klasyka: “Szacun za podjęcie walki”.

4. Wojsko troszczy się o konstytucję

Ale są też i dobre wiadomości z regionu i to mimo, że w doniesieniach przewija się “junta wojskowa”. Przy całkowitej olewce ze strony mediów, do Nigru wróciła w zeszłym tygodniu demokracja.
W lutym 2010 r. wojsko zrobiło zamach stanu, bo prezydent Mamadou Tandja chciał się pobawić w Laurenta Gbagbo i porządzić trzecią kadencję, chociaż konstytucja wyraźnie tego zabraniała. Kiedy armia przejęła stery, zapowiadając, że “za jakiś czas przeprowadzi nowe wybory”, wszyscy postawili na afrykańskim państwie kreskę, podejrzewając, że skończy się jak zawsze, czyli na wieloletnich rządach mundurowych. Tymczasem szef szefów, generał Salou Djibo wyciął wszystkim numer i naprawdę zorganizował głosowanie. W którym – coś bardziej nieprzewidywalnego niż wygrana Polski na mundialu – nie brał udziału.
Marcowe wybory ostatecznie wygrał wieloletni przywódca opozycji Mahamadou Issoufou, a w czwartek armia przekazała mu pełnię władzy.

W piątek (dzień wolny od pracy) impreza trwała w całym kraju. Dział Zagraniczny przyłączył się na odległość.

5. Dopóki śmierć nas nie rozłączy

Jeszcze tylko szybki update innej sprawy rozbijającej się o konstytucję i wybory prezydenckie: sąd w Gwatemali wstrzymał sprawę rozwodową małżeństwa Colomów.
Do sędziów rozpatrujących wniosek rozwodowy, wpłynęło kilka zawiadomień o możliwym popełnieniu przestępstwa (czyli złamaniu konstytucji właśnie). W związku z czym małżeństwo będzie trwać, dopóki nie zostaną one rozpatrzone. A znając gwatemalską rychliwość w sądach, do tego czasu może być już po wyborach. I drugiej Evicie.

UPDATE Z GODZINY PO NAPISANIU TEGO POSTA: Nie sprawdziłem najnowszych depesz. Okazuje się, że Sandra Colom właśnie dostała rozwód. Nie wiadomo jednak, czy Trybunał Konstytucyjny zezwoli jej na start w wyborach.

6. Chase those crazy baldheads out of town

Dobre wiadomości również z Jamajki. Kraj, który w Polsce kojarzy się głównie z plażami, drinkami i Bobem Marleyem (albo zespołem UB40 branym za Wailersów), w rzeczywistości był jednym z najniebezpieczniejszych miejsc na ziemi, zajmując zawsze miejsce na podium w statystykach morderstw na 100 tys. obywateli. A teraz to ostatnie wydaje się zmieniać.
Według rządowych statystyk, w pierwszym kwartale tego roku, liczba zabójstw spadła aż o 44 proc. (a w Kingston nawet o 60) w stosunku do roku poprzedniego. Władze twierdzą, że to dzięki setkom policjantów posłanych do walki z wszechmocnymi gangami, rządzącymi do tej pory slumsami (“inwazja” zaczęła się od obławy na Christophera Dudusa Coke’a – najbardziej dona na wyspie – w maju zeszłego roku; akcja była bardzo krwawa, zginęło w niej ponad 70 osób, wiele zostało rannych, Coke ostatecznie został pojmany i wysłany do USA, gdzie ma proces za przemyt narkotyków i zlecanie morderstw).
Jednak na dobrych wieściach kładzie się pewien cień. Podobne akcje organizuje od jakiegoś czasu Brazylia. Jednak tam, choć do faveli wchodzi najpierw BOPE (czyli elitarna jednostka, której zadaniem jest po prostu jak najszybciej wykończyć bandytów), to potem ich miejsce zajmują funkcjonariusze z Unidade de Polícia Pacificadora (w wolnym tłumaczeniu: Policyjny Oddział Pacyfikujący). Bardziej niż tradycyjnymi zadaniami, zajmują się oni odbudową zaufania mieszkańców do państwa i mają ku trmu solidne przygotowanie – przechodzą trening z psychologii, animacji społecznej itp. Tymczasem policjanci patrolujący teraz slumsy Kingston, to członkowie oddziałów szturmowych, nie mają żadnego przygotowania do sytuacji w jakiej się znaleźli. Przez co organizacje praw człowieka oskarżają ich o torturowanie podejrzanych i przeprowadzanie samosądów. Według ich statystyk, w 2010 r. ofiarą zbyt krewkich stróżów prawa, padło ponad 400 osób.

Mimo wszystko, Dział Zagraniczny ma nadzieję, że w slumsach Kingston za jakiś czas “One Love” nie będzie już tylko pustym hasłem.

Policja na JamajceCzy twój dzielnicowy też odwiedza cię z kolegami? (Fot. Reuters)

7. Otwieram lodówkę, a tam Kate

A na sam koniec, wiadomość z okolicy. Barbuda.
Jak wiadomo, książę Wiliam za chwilę się żeni. Dział Zagraniczny już go nienawidzi, bo której gazety nie otworzy, tam suknia Kate, porcelana z Kate, dziewczyny, które chcą być jak Kate, ulubione ciasteczka Kate, blablabla. Ale mieszkańcy Karaibów wiedzą, że nie ma to jak dobra reklama, a ślub stulecia (no bo przecież…) będzie darmową reklamą dla wszystkiego, co się z nim wiąże. A, że młoda para wciąż nie zdecydowała, gdzie wybiera się w podróż poślubną, to władze Barbudy postanowiły jedną z plaż nazwać… imieniem Księżnej Diany. Nie wiadomo, czy na pewno przekona to nowożeńców, ale prasa już podaje, że “rodzina Middleton jest w trakcie negocjacji z Lighthouse Bay Resort”. Więc nawet, jak nic z tego nie wyjdzie, to media exposure jest.
Kołobrzeg, Władysławowo, Ustka – do roboty! Dział Zagraniczny proponuje od razu całe wybrzeże ponazywać imionami rodziny królewskiej. Jest ich sporo, więc starczy dla wszystkich. A Trójmiasto w ogóle przemianujmy na “Kate uwielbia jeździć konno”.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

PS A, byłbym zapomniał. Obraz Zhanga Xiaoganga poszedł w tym tygodniu pod młotek w Sotheby’s i wyciągnął 6 mln funtów, stając się najdroższym chińskim dziełem sztuki współczesnej. Czyli: inwestujcie w Azji!

PS2 Polak jednak nie będzie rządził Peru. Do drugiej tury przeszli Humala i Fujimori. Będzie ciekawa dogrywka.