Archive

Posts Tagged ‘Meksyk’

Librotraficantes

Jak wiadomo, Szekspir miał w rzeczywistości na imię Guillermo. Woził się po kwadracie lowriderem, wiązał chustę na głowie, koszulę zapinał tylko na ostatni guzik przy szyi (reszta obowiązkowo rozpięta) i miał dziwne upodobanie do podkolanówek. A “Romeo i Julia” to mylna nazwa, bo pisarz chciał w rzeczywistości zatytułować dramat “Vatos Locos”.

Tak przynajmniej wydaje się urzędnikom z Arizony.

Romeo i JuliaWilliam podczas pisania swoich dramatów, zawsze puszczał Control Machete na boomboxie (Fot. Donald McAlpine/”Romeo+Juliet”)

Dział Zagraniczny z zasady nie pisuje o wydarzeniach w Stanach Zjednoczonych. Ale sprawa dotyczy przede wszystkim Meksykanów, a absurd osiąga takie rozmiary, że warto zrobić wyjątek.

W Arizonie bycie kimkolwiek innym, niż białym anglosaskim protestantem, jest w złym guście.

W złym guście jest mieć śniady kolor skóry. Policja na wszelki wypadek powinna prewencyjnie zatrzymywać takie osoby i sprawdzać, czy są w Arizonie legalnie. Nieważne, że co trzeci mieszkaniec stanu jest Latynosem, a w licznych badaniach najczęściej podawanym krajem pochodzenia przodków jest Meksyk (dopiero na dalszych miejscach Niemcy, Anglia, Irlandia itd.) – ciemnoskórych wąsaczy kontrolować trzeba! Tak przynajmniej nakazywałaby przegłosowana w 2010 r. antyimigrancka ustawa, gdyby nie zablokował jej sędzia federalny.

W złym guście jest być Latynosem i paść ofiarą gwałtu. Jak w grudniu ujawniła agencja Associated Press, w latach 2005-2007, biuro szeryfa Joe Arpaio kompletnie zignorowało ok. 400 skarg na molestowanie seksualne (część dotyczyła nieletnich). Trudno powiedzieć, czy szeryf nie podjął działań, tylko dlatego, że ofiary były nielegalnymi imigrantami, czy może po prostu był zbyt zajęty urządzaniem polowań na ich rodaków, którzy chcieliby przekroczyć granicę?

W złym guście jest wiedzieć, że przed 1854 r. Arizona była częścią Meksyku i jeszcze uczyć się o tym w szkole. Również w grudniu, tamtejszy sąd podtrzymał decyzję miejscowego kuratora oświaty, który lekką ręką zlikwidował trwający ponad dekadę program nauczania o etnicznym dziedzictwie stanu (oprócz wielu Latynosów, Arizonę zamieszkuje też największa w całych USA liczba osób, które w domu posługują się jezykami rdzennymi, np. nawaho), bo “promował urazę wobec niektórych grup ludzi”. Urazę całkowicie niesłuszną, bo przecież takich rzeczy nigdy nie było:

No Spanish(Fot. University of Texas)

Wreszcie, w styczniu (a żeby było jeszcze śmieszniej: w Dzień Pamięci Martina Luthera Kinga, który miał sen, a ten sen – jak wiadomo – był o tym, że puszczamy w niepamięć niewolnictwo i segregację, tabula rasa, gruba kreska, John Wayne strzelał do Indian, ale celował w krzaki) Arizona stwierdziła, że w złym guście jest czytać książki. Więc tego zabroniła.

Poważnie. “Indeks Ksiąg Zakazanych. Edycja Pustynia Sonora”.

Kuratorium w Tucson, gdzie ponad 60 proc. dzieci pochodzi z rodzin meksykańskich, kazało miejscowym szkołom usunąć ze swoich zbiorów – pod groźbą milionowych kar finansowych – cały szereg wywrotowej literatury. W tym, między innymi wielokrotnie wznawianą “Occupied America: A History of Chicanos”, czy używaną od 20 lat jako podręcznik “Rethinking Columbus: The Next 500 Years”, której współautor Bill Bigelow powinien mieć już pewne doświadczenie w byciu na indeksie, bo w 1968 r. dystrubycja jego innej książki – “Strangers in Their Own Country” – została zakazana w RPA, bo zawierała tekst siedzącego wówczas w więzieniu Nelsona Mandeli.

Wśród książek, które broń boże nie powinny wpaść w ręce bezbronnej młodzieży, znalazła się też oczywiście “Burza” Williama Szekspira.

Wielu z Was pewnie nie czytało tego dzieła. Dział Zagraniczny też nie. Ale specjalnie sprawdził, co tak straszliwego czai się w tym romansie/komedii?

W fabule z grubsza chodzi o to, że Prospero ma rządzić Mediolanem, ale zostaje wyrolowany przez brata, wsadzony wraz z córką na łódkę i wysłany w nieznane. Trafiają na wyspę, gdzie zabijają wiedźmę Sykoraks, a jej syna Kalibana więżą w jaskini (choć, gwoli sprawiedliwości, dlatego że próbował zgwałcić Włoszkę – przynajmniej Prospero jest skuteczniejszy w ściganiu przestępstw seksualnych, niż szeryf Joe Arpaio). Ale nie ma tego złego: Europejczycy uczą tubylca swojego języka i religii. Niezły deal, jak za morderstwo matki, Dział Zagraniczny brałby w promocji.

Właściwa akcja “Burzy” dzieje się dopiero lata później, kiedy na wyspę trafiają też dawni wrogowie Prospera, ale kuratorium w Tucson chodzi raczej o tę część. Szczególnie, kiedy Kaliban wyrzuca przybyszom, że przecież sam pokazał im całą wyspę, świeże źródła i najbardziej żyzną ziemię, a potem oni zagarnęli wszystko dla siebie i zrobili go swoim niewolnikiem.

Najwyraźniej kuratorium uważa, że gdyby William Szekspir nosił kapelusz, to nazywałby się Pancho Villa.

Meksyk ma swoje problemy z literaturą. Dopiero co, Dział Zagraniczny informował, że przyszły prezydent kraju jest w tej dziedzinie całkowitym ignorantem. Ale amerykańscy Latynosi postanowili nie pozostawiać sprawy bez odpowiedzi i szybko zapełnili nisze na rynku. Być może, już wkrótce od przemytu marihuany i metaamfetaminy, bardziej opłacalny będzie szmugiel książek:

W piątek karawana Librotraficantes dotarła do Tucson. Arizona nie wypowiedziała wojny Meksykowi. Na razie.

Tymczasem, Dział Zagraniczny obawia się: co będzie, kiedy pracownicy tamtejszego kuratorium odkryją inne dzieła Szekspira? Na przykład “Otella”? Afrykanin doprowadzony do szaleństwa przez białego podwładnego, który wmawia mu, że żona nigdy go nie pokocha, bo jest czarny? Nadchodzą ciężkie czasy dla teatrzyków szkolnych w Arizonie.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

PS Doniesienia z sąsiedztwa. Trwają republikańskie prawybory, więc Rick Santorum udał się w zeszłym tygodniu na Portoryko. Raczej po to, żeby kusić głosy tamtejszych emigrantów w Stanach, bo mieszkańcy wyspy (która jest terytorium stowarzyszonym) mogą co prawda wstępować do amerykańskiej armii i ginąć za ten kraj, ale już głosować na prezydenta, albo członków Kongresu – nie. Takie prawa będą im przysługiwały dopiero, kiedy Portoryko stanie się pełnoprawnym stanem. Ale Santorum powiedział w wywiadzie, że może do tego dojść dopiero, kiedy wyspa ogłosi swoim oficjalnym językiem urzędowym angielski: “język sukcesu”, jak stwierdził polityk.

Rick, zapunktowałeś w Arizonie!

Advertisements

Fotel niekoniecznie dla orła

W niedzielę miną dokładnie 4 lata, od kiedy Meksyk ogłosił swoją słynną wojnę przeciw kartelom narkotykowym. I mimo dość wątpliwych efektów (45 tyś. zabitych i kolejne 10 tys. zaginionych) nie ma jakoś zamiaru z niej rezygnować. Po ostatnim weekendzie trudno się jednak oprzeć wrażeniu, że południowemu sąsiadowi USA bardziej przydałaby się kampania na rzecz czytelnictwa. A już na pewno taka, której adresatami byliby kolejni prezydenci tego kraju.

Enrique Peña Nieto będzie od przyszłego roku rządził Meksykiem. Co prawda, wybory dopiero w lipcu, ale kandydat Partii Rewolucyjno-Instytucjonalnej ma taką przewagę w sondażach, a jego przeciwnicy są tak beznadziejni, że musiałby się stać cud, żeby to kto inny wprowadzał się latem do pałacu prezydenckiego. Nic zatem dziwnego, że media i zwykli obywatele chcieliby się dowiedzieć jak najwięcej o człowieku, od którego przez kilka lat będzie zależeć ich los. Na przykład: co czyta? Odpowiedź – najwyraźniej niewiele.

W sobotę, były gubernator stanu Meksyk odwiedzał Międzynarodowe Targi Książki w Guadalajarze. Podczas otwartego spotkania z potencjalnymi wyborcami, z sali padło pytanie: które trzy książki miały największy wpływ na jego życie? I Enrique Peña Nieto połknął żabę. Po kilku minutach beznadziejnego wymigiwania się, wreszcie wykrztusił: “Biblia”.

W sumie, nie byłoby w tym nic złego – każdy ma prawo być religijnym, nawet jeżeli należy do PRI (w końcu Grzegorz Napieralski też rozpowiadał w kampanii, jak to chadza z całą rodziną do kościoła). Szybko się jednak okazało, że Peña Nieto wymienił Pismo Święte nie dlatego, że faktycznie jest ono dla niego oparciem w trudach dnia codziennego, tylko dlatego, że to jedyna książka, co do której mógł być pewny tytułu i autorstwa (czyli: że jest nie do ustalenia). Jeszcze w tym samym zdaniu, bowiem, dodał, że w zasadzie, to “czytał jej fragmenty”. A potem pogrążał się coraz bardziej.

– Czytałem wiele książek, a lubię zwłaszcza powieści – przekonywał jakoś bez wyrazu – Miałbym teraz problem z przypomnieniem sobie ich tytułów.

W pewnym momencie, stwierdził, że bardzo mu się podobał “Fotel Orła” (polskie wydanie Świat Książki, 2004) autorstwa Enrique Krauze. Dopiero ktoś trzeci musiał poprawić przyszłego prezydenta, że książkę w rzeczywistości napisał Carlos Fuentes. Później z przerażeniem w oczach wypatrywał podpowiedzi od swoich asystentów, mamrocząc w kółko: “Nie pamiętam tytułu, no nie pamiętam tytułu…”, a na końcu zabłysnął myślą, że czytał niedawno thriller polityczny Jeffrey’a Archera, ale… uhm, nie pamięta tytułu.

Zaczytany Enrique Peña NietoEnrique Peña Nieto czyta o tym, jak Wojtek został strażakiem (Fot. Moisés Pablo/Cuartoscuro)

Prasa i internauci rzucili się na kandydata jak sfora wilków. Nic dziwnego, to żałosne wystąpienie było tylko wodą na młyn jego krytyków i potwierdzeniem wszystkich stereotypów na temat przyszłego prezydenta. Przeciwnicy Enrique uwielbiają wytykać mu, że jest “pustakiem”. Ich zdaniem, Peña Nieto najwięcej czasu spędza przed lustrem, żeby wyglądać jak gwiazda telenoweli, w czym ma mu zresztą pomagać żona, aktorka brylująca w takich właśnie produkcjach. Zarzucają mu też, że lubi piękne, okrągłe zdania, z których nic nie wynika. I że wpadka na targach książki tylko potwierdza, że to zwykły głupek.

I wszystko pięknie, tylko że przypadek popularnego polityka nie jest odosobniony. Jeżeli chodzi o Meksyk, to można odnieść wrażenie, że czytelnicza ignorancja to wręcz cecha niezbędna do pełnienia najwyższych stanowisk państwowych.

W poniedziałek, potencjalny (jego partia – PAN – jeszcze nie wyłoniła oficjalnego kandydata) rywal Enrique, były minister finansów Ernesto Cordero, krytykując w radiu wystąpienie lidera sondaży, sam zaliczył blamaż po pytaniu o ulubione książki: wymieniając “Wyspę cierpienia” (polskie wydanie: Amber, 2006), upierał się, że jego autorka Laura Restrepo ma jednak na imię Isabel. Z ignorancji w tej dziedzinie słynął też Vincente Fox, prezydent Meksyku w latach 2000-2006. Rok po odejściu z urzędu, na jednej z konferencji prasowej wychwalał “kolumbijskiego zdobywcę literackiego Nobla, Mario Vargasa Lllosę”, choć ten jest Peruwiańczykiem, a wspomnianą nagrodę dostał dopiero trzy lata później. Fox, z którego poprzedniej wpadki głośno się nabijano, postanowił zatrzeć złe wrażenie i pośpieszył z gratulacjami na swoim Twitterze: “Gratulacje Mario, udało Ci się! Już jest trzech: Borges, Paz i Ty”. Oczywiście, Jorge Luis Borges nigdy nie został laureatem Nobla i raczej już nie zostanie – zmarł w 1986 r.

Na serwisach społecznościowych przypominano także podobne wpadki innych polityków, a fala kpin dotarła nawet na drugi koniec kontynentu: do Argentyny, gdzie internauci z chęcią opisywali ignorancję własnych przywódców. Carlos Menem (prezydent w latach 1989-1999) w jednym z wywiadów przekonywał, że zaczytuje się w działach Sokratesa i ma zebrane wszystkie dokumenty jego autorstwa (w rzeczywistości grecki filozof nie pozostawił po sobie żadnych zapisków), a w innym pomylił Robin Hooda z Robinsonem Crusoe, twierdząc, że ten ostatni zabierał bogatym i rozdawał biednym (no faktycznie, Dział Zagraniczny przypomina sobie, że chyba dawał Piętaszkowi jakieś tam prezenty). A obecna głowa państwa, Cristina Fernández de Kirchner, w jednej z wypowiedzi zamieniła Cervantesa z autora “Don Kichota” na głównego bohatera, a potem cytowała fragment, który choć ma miejsce w jednej z adaptacji filmowych, to w samej książce nie występuje. Być może to dlatego, że – jak słusznie zauważyła w listopadzie – aż 80 proc. książek sprzedawanych w Argentynie, jest w rzeczywistości drukowanych zagranicą. Dział Zagraniczny rozumie: sabotują je wrogowie narodu. Najpewniej Anglicy.

Zaczytana CristinaMasz kochanie i sobie poczytaj, żebyś wiedziała, co w filmie jest wkładem własnym Madonny (Fot. El Diario 24)

Tymczasem na internetową falę żartów z Enrique, zareagowała jego córka, pisząc na swoim Twitterze, że ci, którzy krytykują jej ojca, to “banda debili z proletariatu” (faktycznie, pierwsza do wyśmiewania ignorancji w dziedzinie literatury jest zawsze klasa robotnicza – żelazna logika, nie ma co). Peña Nieto szybko przeprosił za jej zachowanie, ogłosił, że odbyli pouczającą rozmowę i to się więcej nie powtórzy. Dział Zagraniczny poleca też przerobić z nią książkę “Dobre maniery kaczuszki Kasi” – praca zbiorowa, nie trzeba pamiętać nazwiska autora.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Prawdziwy Głos

Manuel i Isidro ze sobą nie rozmawiają. Ich rodzinną wieś Ayapa w południowo-wschodnim Meksyku zamieszkuje zaledwie 415 osób, a domy obu mężczyzn dzieli niecałe 500 metrów, ale od lat żaden nie zamienił słowa z drugim i nie zanosi się, żeby miało się to zmienić. Po prostu nie chcą mieć ze sobą nic wspólnego. Koniec. Kropka.
O co trwa spór w latynoskiej wersji “Zemsty” Fredry? Nie wiadomo – zaczęło kilkadziesiąt lat temu od jakiejś legendarnej kłótni. Być może wywołał ją Manuel – który według sąsiadów “jest trochę dupkiem” – ale chociaż już nikt tego dokładnie nie pamięta, to spór pozostał. I być może nigdy się nie skończy, bo Manuel ma 75 lat, a Isidro 69, więc łatwo sobie wyobrazić, że obu mężczyznom do śmierci jest bliżej niż dalej. Problem w tym, że wraz z nimi umrze jeszcze Ayapaneco. Język ich przodków, w którym dziś mówią już tylko (ale nie do siebie) właśnie Manuel i Isidro.

ManuelManuel podczas tego, co wychodzi mu najlepiej: nierozmawiania z Isidro (Fot. Jaime Avalos/EPA)

Emeryci nie używają zresztą nazwy “Ayapaneco” – tak ich język ochrzcili hiszpańscy koloniści. Zamieszkujące te ziemie plemię wolało określenie “Nuumte Oote”, “Prawdziwy Głos”. Choć porozumiewających się w nim ludzi nigdy nie było przesadnie wielu, to jeszcze do połowy XX w. w Ayapa był popularniejszy od hiszpańskiego. Jednak wtedy władze Meksyku wpadły na pomysł alfabetyzacji kraju i przymusowej edukacji w języku narodowym – używanie jakiekolwiek innego stało się w szkołach surowo zabronione. Dzieci stopniowo wtrącały coraz więcej obcych słów do Nuumte Oote, a sprawę ostatecznie przypieczętowały urbanizacja i budowa solidnej drogi: w poszukiwaniu pracy, młodzie wyjeżdżali do miast, gdzie rozmywali się w masie nieznających “Prawdziwego Głosu” Meksykanów. W Ayapa, pamiętają go już tylko dwaj skłóceni ze sobą staruszkowie.

Nuumte Oote ma jednak szansę przeżyć swoich użytkowników. Daniel Suslak, wykładowca antropologii na Indiana University, od kilku lat kursuje bowiem między domami obu mężczyzn i na podstawie rozmów z nimi, tworzy słownik Ayapaneco. Projektem zainteresowała się Instituto Nacional de Lenguas Indígenas, czyli państwowe centrum badań nad językami rdzennymi i niewykluczone, że Suslak dostanie dofinansowanie od rządu Meksyku. Trochę szkoda, że ten zdecydował się na pomoc dopiero, kiedy Nuumte Oote naprawdę dogorywa. Ale to lepsze niż nic, szczególnie, że na świecie nie brakuje języków, które już za chwilę znikną bez śladu, nawet w najcieńszym słowniku.

HadzaMężczyzna z plemienia Hadza wypatruje pozostałe 900 osób, które go rozumieją (Fot. Martin Schoeller/National Geographic)

Na świecie współistnieje dziś – prawdopodobnie – prawie 7 tys. języków. Ale, jak dowodzą badania Muzeum Archeologii i Antropologii z Cambridge, w ciągu 20-30 lat, połowa z nich będzie już martwa.

Niektóre umrą wraz z ostatnimi ludźmi, którzy potrafią się nimi posługiwać. Na przykład, Yahgan (Ziemia Ognista), Tinigua (Kolumbia), Pazek (Tajwan), Laua (Filipiny) czy Bishuo (Kamerun) są znane już tylko po jednej osobie (a listę można ciągnąć i ciągnąć).

Inne, chociaż teoretycznie spełniają warunek słynnego językoznawcy Michaela E. Krauss’a, zgodnie z którym są “bezpieczne” (musi się nimi w każdym momencie posługiwać ponad setka mieszkających na wspólnym obszarze dzieci), to w istocie znikną w ciągu jednej generacji.
Czasami dlatego, że są one najzwyczajniej w świecie “mordowane”. Na przykład, składająca się z aż 17 tys. wysp, zamieszkanych przez ponad 300 grup etnicznych Indonezja, prowadzi świadomą politykę wykorzeniania miejscowych dialektów i zastępowania ich urzędowym Indonezyjskim).
Inne zwyczajnie nie są w stanie przetrwać próby czasu w integrującym się z różnych grup społeczeństwie. Tak dzieje się chociażby w Tanzanii. Gdy kraj uzyskiwał niepodległość (jeszcze jako Tanganika w 1961 r, obecną nazwę przyjął dopiero 3 lata później, po zjednoczeniu z Zanzibarem), jego pierwszy przywódca, Julius Nyerere, głowił się: jak w państwie zamieszkanym przez ponad 120 plemion, uniknąć krawych wojen domowych, grożących wszystkim zamkniętym w sztucznie wyznaczonych przez Europejczyków granicach? Odpowiedź była na wyciągnięcie ręki – kiswahili. Powstały na wybrzeżach Afryki Wschodniej język, wraz ze wzrostem handlu rozprzestrzenił się wgłąb lądu i był prawdziwym lingua franca szlaków kupieckich. Nyerere postawił na jego całkowite upowszechnienie (szczególnie przez prowadzoną w nim darmową i obowiązkową edukację podstawową) i chociaż w kraju wciąż są regiony, gdzie języki plemienne wiodą przed nim prym, to na większości terytorium Tanzanii, to on jest numerem jeden. Im więcej osób się nim posługuje, tym częstsze są związki międzyplemienne, a urodzone z nich potomstwo chętnie porzuca dla niego języki przodków. Piszący te słowa spędził w Tanzanii w sumie kilka miesięcy i od swoich rówieśników często słyszał: – Mój ojciec jest z Chaga, moja matka z Nyamwezi, a ja urodziłem się w Dar es Salaam i znam tylko kiswahili.

Nie wszystkie zagrożone języki są automatycznie skazane na wyginięcie. Niekiedy, przy tytanicznej pracy filologów i miłośników, da się odtworzyć taki, który już praktycznie stał na krawędzi.
Hebrajski, chociaż pozostawał językiem rytualnym, stracił swoją pozycją jako język ojczysty dla Żydów rozproszonych w diasporze, a odrodzenie zaczął przeżywać dopiero pod koniec XIX w. Dziś (w nieco zmienionej formie) jest językiem urzędowym Izraela i posługuje się nim niemal 7 mln osób. Od śmierci udało się uratować też irlandzki [czy tam celtycki, Gaeilge, czy jak kto woli], hawajski, czy chociażby salento. Ba! Włoski Sud Sound System dostaje kasę od lokalnych władz, tylko za to, że swoje piosenki nagrywa właśnie w tym dialekcie:

Prawdziwy problem pojawia się przy językach, które nie mają formy pisanej. Przekazywane ustnie legendy, pieśni itp. da się uratować i utrwalić na różnych nośnikach (robił już tak Bronisław Piłsudski, brat Józefa, który po zesłaniu na Sachalin, zaczął rejestrować język Ajnów na… wałkach woskowych). Jak jednak przenieść je na papier? Ustalić ich gramatykę?
Somalijski, chociaż posługiwali się nim niemal wszyscy mieszkańcy dzisiejszej Somalii, przez wieki nie dorobił się zapisu. Chociaż Osman Jusuf Kendid stworzył projekt własnego alfabetu już w latach 20. XX w., to zwolennicy różnych opcji (silnie promowany był np. alfabet arabski) ścierali się przez następne pół wieku, aż ostatecznie stanęło na alfabecie łacińskim.

W Chile zamieszkuje rdzenne plemię Mapuche. Ich liczebność ocenia się różnie, od 600 tys. aż do 1 mln. Tak czy siak – wydawać by się mogło, że jest ich ostatecznie wielu, by ich własny język kwitł bez przeszkód.
Nic bardziej mylnego. Mapudungun był ostro tępiony przez dyktaturę Pinocheta (za jego używanie w szkołach, dzieci karano biciem), a po jej upadku nikomu nie zależało na jego promowaniu. Dział Zagraniczny spędził wśród Mapuche trzy miesiące i doskonale wie, że najmłodsze pokolenia mają problem nawet z powiedzeniem “Kocham Cię”, chyba jednym z najbardziej podstawowych zwrotów we wszystkich językach świata.
Chociaż co do jego zapisu w języku łacińskim nikt nie ma żadnych wątpliwości, to wciąż nie ustalono do końca, jak przenosić na czcionki niektóre z jego zgłosek. Przed laty, Microsoft wypuścił tłumaczenie Windowsa na Mapudungun i niedługo później musiał go wycofywać, bo lokalne społeczności Mapuche oskarżyły amerykańską firmę, że z góry narzuca im określoną pisownię. Ich języka naucza się w szkołach (jako drugiego i tylko w Regionie IX) dopiero od 2010 r. Piszący te słowa był na przygotowującym tę zmianę kongresie nauczycieli Mapuche w Temuco i pamięta wyraźnie, że chociaż wszyscy starali się porozumiewać tylko i wyłącznie w Mapudungun, to czasami odruchowo przechodzili na hiszpański – w ich języku po prostu brakuje niektórych słów.

MapudungunNauczyciele Mapuche podczas rozkminy, jak w Mapudugun powiedzieć: “Siadaj, pała” (Fot. Maciej Okraszewski/Dział Zagraniczny)

Ile języków przetrwa do końca XXI w? Czy mandaryński zastąpi angielski? Trudno powiedzieć. Okazuje się jednak, że Ayapaneco ma na to większe szanse, niż się wydawało. Po tym jak historię Manuela i Isidro opisała prasa od Urugwaju po Mongolię, Instituto Nacional de Lenguas Indígenas ogłosiło, że chciałoby w Ayapa zorganizować lekcje Prawdziwego Głosu, na których mieszkańcy uczyliby się od obu mężczyzn. Najwyraźniej do stolicy nie dotarł główny przekaz artykułów – Manuel z Isidro w jednym pokoju siedzieć nie będzie. Koniec. Kropka.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Konstytucja? Jaka konstytucja?

Podsumowanie tygodnia znowu spóźnione o jeden dzień. Przepraszamy, zapraszamy.

1. No, tata obalił rząd, to teraz sobie wystartuję w wyborach

W zeszłym tygodniu pisaliśmy o tym, że Sandra Torres de Colom, żona prezydenta Gwatemali, chce po jesiennych wyborach zająć miejsce męża. Ale jest drobny szczegół: konstytucja latynoskiego kraju zabrania kandydowania “krewnym do czwartego pokolenia urzędującej głowy państwa”. W związku z czym Sandra przekonuje, że… przecież jest żoną, a nie krewną. Dział Zagraniczny chciał nawet sugerować rozwód, ale prezydent Álvaro Colom stanowczo odrzucił taką możliwość. “Stanowczo” oznacza “na kilka dni” – w tym tygodniu para ogłosiła, że jednak poświęci małżeństwo dla politycznej kariery Sandry.
– Rozwodzę się z mężem, ale biorę ślub z ludem! – ogłosiła (jeszcze) Pierwsza Dama, z trudem hamując łzy.

Dział Zagraniczny się wzrusza. Szczerze. Zwłaszcza, że Sandra jest już trzecią z rzędu panią Colom, a wcześniej brała już jeden rozwód z innym mężczyzną.

ColomowiePo prawej obecny prezydent, po lewej być może przyszły. Madonna już ćwiczy “Nie płacz po mnie, Gwatemalo” (Fot. Moises Castillo/AP)

Przeciwnicy polityczni (eks)małżeństwa Colomów oczywiście podnoszą alarm, że to niedopuszczalne kpiny z prawa. O tym, czy Sandra może ubiegać się o najwyższe stanowisko w państwie, ma ostatecznie rozstrzygnąć Trybunał Konstytucyjny. Ten sam, który już w 1989 r. zabronił startu w wyborach innej Pierwszej Damie: Raquel Blandón (jej mąż, Vinicio Cerezo, był prezydentem w latach 1986-1991). No, ale Raquel wówczas rozwodu nie brała…

Co jeszcze ciekawsze, Sandra nie jest jedyną potencjalną kandydatką w tegorocznych wyborach, której start byłby sprzeczny z konstytucją. Do Pałacu Prezydenckiego chce się wprowadzić też Álvaro Arzú (który był już raz głową państwa, a ustawa zasadnicza Gwatemali zabrania reelekcji), Harold Caballeros (pastor ewangeliczny: prawo nie pozwala na start “kapłanom religijnym”), Zury Ríos, której ojciec rządził jakiś czas jako dyktator po zamachu stanu z 1982 r. (konstytucja odrzuca możliwość kandydowania krewnych osób odpowiedzialnych za przewroty) oraz Eduardo Suger (który urodził się w Szwajcarii, więc nie jest jasne, czy spełnia warunek bycia “Gwatemalczykiem z pochodzenia”).

Patrząc na to wszystko, informacja że Leonel Fernandez – prezydent Dominikany – chce w przyszyłym roku kandydować na trzecią kadencję, mimo że (tak, zgadliście) konstytucja tego zabrania, to mały pikuś.

Dział Zagraniczny przewiduje ciekawą polityczną telenowelę.

2. Samozatrudnienie

Można olewać prawo, żeby zdobyć władzę, a można je też olewać, żeby tej władzy nie stracić. Jak w Somalii.
W kraju, który od 1991 r. jest de facto czarną dziurą na mapie świata, trudno wyłonić rząd w normalny sposób. Dlatego obecny powstał w ramach porozumienia pomiędzy różnymi frakcjami w państwie (czy raczej jego części) i pod czujnym okiem Unii Afrykańskiej, ONZ i USA. Miał działać do sierpnia tego roku. Ale już wiadomo, że będzie istnieć dłużej.
– Potrzebujemy więcej czasu, żeby przywrócić bezpieczeństwo – powiedział w niedzielę Mohamed Mohamud Boon, somalijski Minister do spraw Konstytucji (sic!), ogłaszając, że wraz z kolegami postanowił sobie przedłużyć umowę o pracę jeszcze na rok.
Rząd mógł wziąć przykład z parlamentu (również nie pochodzącego z wyborów), który w lutym zagłosował, że przesuwa sobie koniec kadencji o trzy lata.

Dział Zagraniczny mówi: słusznie! W kraju targanym wojną domową warto dbać o już istniejące etaty. ZUS się sam nie opłaci.

A, no i są też doniesienia, że do Somalii wkroczyły pierwsze oddziały kenijskie, żeby pomóc rządowi z Mogadiszu w walce z islamistami kontrolującymi południe kraju. Nairobi na razie oficjalnie tej informacji nie potwierdza, ale gdyby okazała się prawdą (a wiele na to wskazuje), to byłby pierwszy w historii przypadek interwencji tego państwa w Somalii (w Mogadiszu walczą też żołnierze z Ugandy i Burundi, ale w ramach misji Unii Afrykańskiej).

3. Sezon na zamachy

W ogóle w Afryce jest obecnie bardzo gorąco. Albo tak przynajmniej wygląda. Dział Zagraniczny informował już o bardzo dziwnej próbie zamachu stanu (do dziś nie wiadomo, kto się zamachnął) w Demokratycznej Republice Konga i próbie zabicia przywódcy Madagaskaru.
Tymczasem w zeszłym tygodniu rząd w Senegalu również ogłosił, że pojmał “komando”, które miało rzekomo przygotowywać się do puczu. Szybko też ogłoszono, że rebelianci mają powiązania z opozycją. Która z kolei jeszcze szybciej oskarżyła służby prezydenta Wade o prowokację. I wydaje się, że miała rację: w czwartek aresztowani zostali zwolnieni z braku dowodów.

Szykuje się ciekawa wiosna na południe od Sahary.

4. Za kanapki czapa

Ostatnia w tym tygodniu wiadomość z Afryki będzie dotyczyć innego aresztowanego: Freda. Pawiana z RPA.
Jeżeli ktoś z czytelników miał okazję odwiedzić Kapsztad, a konkretnie Przylądek Dobrej Nadziei, to z pewnością zauważył grasujące małpy, które wymuszają na turystach jedzenie, a czasem po prostu je bezczelnie kradną. Jedna z nich – Fred właśnie – zyskała sobie szczególnie złą reputację. Pawian był coraz bardziej agresywny, demolował samochody, atakował turystów, kilkoro osób poważnie poturbował. Więc został pojmany i czeka go kara śmierci. Serio: chcą go uśpić. Za kanapki.

5. Sprawiedliwość inaczej

Nie wiadomo z kolei za co policja w Brazylii chciała zabić 14-letniego chłopca z Manaus. Na nagraniu, które ujawniły w tym tygodniu media i które wzburzyło cały kraj, widać, jak jeden z policjantów strzela nastolatkowi w klatkę piersiową z odległości dwóch metrów.
Jak się okazuje, sytuacja miała miejsce w sierpniu zeszłego roku, ale nagranie z kamery przemysłowej długo pozostawało nieznane, bo rodzina chłopca bała się zemsty ze strony policji. Wideo wyciekło teraz, bo zarówno nastolatek (który cudem przeżył), jak i wszyscy jego krewni zostali objęci programem ochrony świadków.

Dział Zagraniczny odwiedzał kiedyś swoją własną rodzinę w Brazylii, kiedy w Sao Paulo doszło do ogromnej strzelaniny pomiędzy dwoma ekipami. Po jednej stronie ulicy strzelała policja. A po drugiej ogniem odpowiadała… policja.
Stróże prawa 1 – Zdrowy rozsądek 0.

6. Senat pozwala

Tymczasem w piątek, Senat w Meksyku znowelizował prawo karne, dzięki czemu od tego tygodnia zdrada małżonka już nie jest przestępstwem. Na co sami Meksykanie reagują pytając: “A była?!”.

7. Żona nie dla emeryta

I tym sposobem zataczamy koło, bo skoro podsumowanie zaczęliśmy od małżeństw i kruczków prawnych, to tym samym skończymy.
Kambodża wprowadziła ograniczenia dla zagranicznych mężczyzn, którzy chcieliby się ożenić z miejscowymi dziewczynami. Konkretnie, to zabroniła tego panom, którzy są po pięćdziesiątce. A jakikolwiek młodszy obcokrajowiec musi się teraz w urzędzie wykazać dowodem, że zarabia przynajmniej 2,5 tys. dolarów miesięcznie (czyli kilkakrotnie więcej, niż wynosi średnia pensja w Kambodży). W przeciwnym wypadku, zgody na sakrament nie dostanie.
– To nie wygląda dobrze, kiedy widzi się młodą Kambodżankę ze starszym obcokrajowcem – wypalił bez ogródek rzecznik prasowy rządu.
Co ciekawe, zakaz nie obejmuje starych Kambodżan, którzy chcieliby się ożenić z młodą właścicielką obcego paszportu.

Premier kraju, Hun Sen, ma 60 lat. I jest brzydki. Ale to na marginesie.

Hun SenNie będzie obcokrajowiec kobiet nam łajdaczył! (Fot. EPA)

Generalnie starszy pan nie pierwszy raz pokazuje, że prawa kobiet średnio mu leżą na sercu. W 2007 r. wsławił się publiczną deklaracją, że jego adoptowana córka okazuje się być lesbijką, więc właśnie wykreśla ją z testamentu.

Drogie panie: emigracja. Dział Zagraniczny zaprasza.

No. Ale to polskiego czytelnika nie interesuje.

Osiem krzaków na własny użytek i grobowiec na sprzedaż

W tym tygodniu nie było żadnego artykułu na Dziale Zagranicznym, bo przytłoczyły mnie inne obowiązki, a od piątku rano już szczególnie. Pozdrawiamy Antka Słodkowskiego, który często tu zagląda, a w przerwach od czytania dzielnie zasuwa dla Reutersa w Tokio. Ogrom zniszczeń w Japonii jest przerażający, ale w polskich mediach macie już setki ekspertów od trzęsień ziemi, tsunami, sushi, kimon i tajników japońskiej duszy, więc w Dziale Zagranicznym darujemy sobie rozstrząsanie “jak my byśmy się w tej sytuacji zachowali, panie profesorze” i po prostu rzućmy okiem, co działo się na świecie w tym tygodniu.

1. Patrz, ale nie pytaj

Zaczynamy od przypomnienia informacji z zeszłego tygodnia, o nieudanym zamachu stanu w Demokratycznej Republice Konga. Władze kraju wciąż twardo trzymają się wersji, że był to atak terrorystyczny i na razie nie ma żadnych twardych dowodów za jedną, bądź drugą wersją.
Chwilowo pewne są tylko dwie informacje. Po pierwsze, ostateczna liczba ofiar śmiertelnych to 19 osób, z czego 8 to żołnierze wierni prezydentowi Kabili. I po drugie: władze jak do tej pory aresztowały 126 podejrzanych o związki z napastnikami. W poniedziałek ściągnięto wszystkich zagranicznych dziennikarzy do więzienia w Kinszasie, żeby mogli ich sobie obejrzeć. Zatrzymani nosili ślady brutalnego pobicia i głośno krzyczeli, że są niewinni. Prasie nie wolno było jednak zadawać żadnych pytań.
Zobaczymy, jak sytuacja rozwinie się do przyszłego tygodnia.

2. Dyktatorzy ćwierkają sami do siebie

W państwach autorytarnych mieliśmy tydzień Twittera.

Kamerun zablokował swoim obywatelom możliwość korzystania z serwisu za pośrednictwem sieci komórkowych. Wszystko dlatego, że od kilku tygodni opozycja w kraju próbuje urządzić wielkie manifestacje niezadowolenia w stylu egipskim.
Nie bardzo tylko wiadomo, dlaczego rząd uderza w Twittera właśnie teraz. Prawie wszyscy czołowi przeciwnicy prezydenta Paula Biyai zostali aresztowani trzy tygodnie temu (siedzi między innymi Louis Tobie Mbida, syn pierwszego premiera Kamerunu po uzyskaniu niepodległości), jedyna manifestacja, jaka się odbyła, została ostro stłumiona przez policję, a z samego serwisu internetowego korzystała tu dosłownie garstka osób. Opozycja do działania wzywała przez zwykłe SMSy. Ale tych – na razie – Kamerun jeszcze nie zablokował.

Prezydent KamerunuMiędzy małżeństwem Obamów Paul Biya, prezydent Kamerunu, a pierwsza od lewej jego małżonka Chantal, która we włosach ukrywa trzy tajne więzienia, zagłuszacz fal radiowych i lotniskowiec (fot. Lawrence Jackson/whitehouse.gov)

Tymczasem inny przywódca nie tylko Twittera się nie boi, ale wręcz odnosi na nim sukcesy. Fidel Castro założył sobie konto mniej więcej rok temu, a w tym tygodniu przekroczył magiczną liczbę 100 tys. czytelników, śledzących jego wpisy o tym, że NATO chce najechać Libię itd. Wielbiciele są zapewne z zagranicy, bo choć Fidel lubi sobie poćwierkać, to tej samej przyjemności odmawia swoim rodakom. Według rządowych statystyk, z internetu korzysta na Kubie zaledwie 3 proc. mieszkańców. Nie wolno go podłączać w domu, a w oficjalnych kafejkach i hotelach jest często cenzurowany. W dodatku z siecią można się połączyć tylko za pomocą modemu telefonicznego, a prędkość transmisji danych jest wolniejsza tylko w jednym miejscu na świecie – na francuskiej wyspie Mayotte koło Madagaskaru.
Władze od dawna zwalały winę na amerykańskie embargo. Zresztą słusznie, Biały Dom przez lata skutecznie blokował możliwość poprowadzenia światłowodów z Florydy na Kubę. Ale w lutym bracia Castro z pompą świętowali doprowadzenie takiego kabla z zaprzyjaźnionej Wenezueli i pretekst do wymówek się skończył. Według prognoz, prędkość połączenia ma skoczyć jakieś 3 tys. razy, ale mieszkańcy niewiele na tym skorzystają. Ministerstwo Informacji od razu zapowiedziało, że na nowej sytuacji skorzystają szkoły i instytucje rządowe. Dla osób prywatnych, stałe łącze wciąż pozostaje marzeniem.

3. Fortuna kołem się toczy

Jeżeli mowa o technologiach, to rzućmy okiem na Nową Zelandię, która właśnie ekscytuje się powrotem Kary Hurring na łono ojczyzny. W kwietniu 2009 r. kobieta pośpiesznie uciekła wraz ze swoim ówczesnym chłopakiem do Chin (skąd pochodził mężczyzna) po tym, jak miejscowy bank przez pomyłkę przelał na jej konto równowartość 6 mln dolarów. Poszukiwana dobrowolnie wróciła na wyspy w tym tygodniu i odpowiada przed sądem z wolnej stopy. Jak się jednak okazuje, Hurring nie pchnęła do powrotu skrucha, tylko… brak kasy. Bo jej narzeczony większość łupu przegrał w kasynach w Makao. Po czym nawiał.
Dział Zagraniczny przeczuwa, że Kary sprzeda prawa do biografii/scenariusza i tak czy inaczej odbije się od dna. Mała rada: dziewczyno, gdy tak się stanie, to na wakacje jedź bez faceta.

4. Czemu ta dziewczyna chodzi ciągle na palcach?

Jeszcze przy okazji Chin, krótka informacja z Szanghaju: Mattel właśnie zamknął otwierany dwa lata temu z hukiem concept store z Barbie (sześć pięter różu i prawie tysiąc unikatowych lalek o nieludzkich proporcjach). Powód? Niewystarczająca ilość klientów – Chinczycy podobno nie bardzo znają tę markę.
Oczko w górę na liście krajów, gdzie Dział Zagraniczny chciałby się przeprowadzić.

5. Osiem krzaków dla każdego

A na tejże liście na podium wciąż mocno trzyma się Urugwaj, dlatego śledzimy doniesienia z tego małego latynoskiego państwa. Po zeszłotygodniowym raporcie ONZ, o coraz większej dostępności kokainy w Montevideo i okolicach, ostatnie dni przynoszą bardziej interesujące wieści. Do parlamentu właśnie trafił projekt ustawy, która ma całkowicie zliberalizować paragrafy dotyczące marihuany. Jeżeli tylko posłowie klepną nowe prawo, to każdy będzie mógł nosić sobie w kieszeni aż do 25 gramów, a w domu uprawiać cztery krzaki. Wszystko wskazuje na to, że już niedługo plany staną się rzeczywistością, bo projekt zgłosili posłowie koalicji rządzącej, ale za jest też i opozycja.
– Tak, powinna być z góry ustalona liczba krzaków, jakie każdy może posiadać, a sądy musiałyby jedynie decydować, czy uprawa jest na użytek własny, czy w celu sprzedaży – podsumował sprawę Luis Lacalle Pou, przewodniczący Izby Deputowanych z opozycyjnej Partii Narodowej.
Podobne zasady obowiązują od jakiegoś czasu po drugiej stronie La Platy. W sierpniu 2009 r. argentyński Sąd Najwyższy stwierdził, że małe ilości marihuany na własny użytek są jak najbardziej dozwolone, a próby sądzenia za jej posiadanie są niekonstytucyjne.
Dział Zagraniczny był i sprawdził: faktycznie, policja nie zatrzymuje.

6. Templariusze: reanimacja

Skoro narkotyki, to nie możemy nie rzucić okiem na Meksyk. Dział Zagraniczny już pisał o jednym z tamtejszych karteli – groteskowej La Familia. Otóż w styczniu gangsterzy ogłosili, że kończą karierę. A w tym tygodniu przy drogach w zachodnim Michoacan zawisły bannery, w którym inna ekipa ślubuje podjąć ich dzieło. Zacytujmy sobie w całości: “Będziemy na usługi mieszkańców Michoacan, żeby rozwiązać jakąkolwiek sytuację, która stanowiłaby zagrożenie dla Michoacanos. Naszymi zobowiązaniami są: utrzymać porządek, unikać kradzieży, porwań, wymuszeń i chronić stań przed możliwymi interwencjami rywali. Podpisano: Templariusze”.
Git. Dział Zagraniczny czeka, kiedy Kartel z Sinaloa zmieni nazwę na “Krzyżacy”. Najbardziej poszukiwany człowiek w kraju – Joaquín von Jungingen Guzmán.

7. Międzynarodowy model biznesowy

Jest jeszcze jeden kraj, gdzie chętnych do zostania przestępcą nie brakuje. W Peru ktoś najwyraźniej czyta Dział Zagraniczny i wziął sobie do serca nasze doniesienia, że piractwo jest jednym z nielicznych biznesów, który w ostatnich latach nie tylko nie przejmuje się kryzysem, ale jeszcze się rozwija. W tamtejszym Callao grupka 20 bandytów dokonała abordażu na japoński kuter, kradnąc gotówkę, komórki i sprzęt radiowy. Co więcej, to już drugi atak tej samej (prawdopodobnie) ekipy w tym roku.
Johnny Depp? Może następna część w Peru? “Piraci z Pacyfiku i Zemsta Meksykanskiego Jaquesa de Molay”.

8. Lokal sprzedam, atrakcyjna lokalizacja, trochę wilgotno

I kolejny news, który zahacza o kinematografię. Większość Polaków pewnie kojarzy Evitę z kreacji Madonny i piosenki, która w 1996 r. atakowała na wszystkich frontach: od sklepów ze spodniami, przez PKSy, na budkach z zapiekankami skończywszy. Ale w Argentynie Eva Peron jest druga po Bogu (czyli Maradonie) i każdy, kto wpadnie do Buenos Aires musi obowiązkowo zaliczyć jej grobowiec na cmentarzy w Recolecie. No, ale jeżeli jest prawdziwym fanem, to od teraz może sobie też kupić miejscówkę obok.
Damian Sabelli ma kryptę po sąsiedzku i potrzebuje kasy. Więc wyprzedaje lokale wewnątrz. Co prawda w grobowcu leży już 14 jego przodków, ale Damian się nie przejmuje. – Wszystkich można usunąć już dzień po sprzedaży. Przestrzeń będzie natychmiast gotowa do zajęcia – ogłosił radośnie.
Miejsc jest w sumie 20. Cena to mniej więcej 220,5 tys. euro. Za tyle można sobie w Recolecie (jednej z bardziej prestiżowych dzielnic Buenos Aires) kupić trzy pokoje z kuchnią i tarasem.
Ale tak, Dział Zagraniczny rozumie, że to wszystko blednie przy wcześniejszej informacji, że można w Argentynie palić skręty. Co Damianowi bez wątpienia nie jest obce.

9. Lukbuk wiosna/lato

No i na sam koniec: idzie lato. W związku z czym warto się zainteresować firmą 46664. Taki był więzienny numer Nelsona Mandeli, który za czasów apartheidu spędził za kratami 27 lat. I tak też nazywa się jego fundacja charytatywna, która wspiera walkę z AIDS w RPA. Teraz organizacja zapowiedziała wypuszczenie na rynek kolekcji ubrań inspirowanych kolorowymi koszulami, w jakich gustuje były prezydent. Pieniądze ze sprzedaży mają zostać wykorzystane przez 46664 do finansowania swoich projektów.
Szukajcie w dobrych sklepach od sierpnia.

46664Szał na następnej edycji Łódź Fashion Week (fot. 46664.com)

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Sandra robi botoks

Upływający tydzien spokojnie możemy zaklasyfikować jako mocno penitencjarny.

1. Świstak zaraz nie będzie miał w co zawijać

Wiadomość tygodnia, to oczywiście powrót wojny domowej na Wybrzeże Kości Słoniowej. Co prawda jeszcze nie oficjalnie, ale wszystko na to wskazuje.
Podłoże jest dokładnie wyjaśnione we wpisie z 12 grudnia, ale przypomnijmy szybko, że poprzedni konflikt wybuchł w 2002 r. i de facto podzielił kraj na dwie połowy: kontrolowaną przez rebeliantów północ i rządowe południe. W 2007 obie strony podpisały zawieszenie broni i wszystko miało pójść w niepamięć w listopadzie zeszłego roku, podczas wyborów prezydenckich. Z tym, że rządzący do tej pory Laurent Gbagbo obraził się na wyniki, powiedział, że nie uzna swojej przegranej i zamknął się w budynkach rządowych. Tymczasem uznawany przez resztę świata za nową głowę państwa Alassane Ouattara też nie wychodzi ze swojej siedziby, którą jest obstawiony przez błękitne hełmy luksusowy hotel. W kraju pat, czasem jakieś ruchawki na ulicach, są zabici i ranni.
Partyzanci z północy najwyraźniej nie wytrzymali już ciśnienia i w nocy z czwartku na piątek zajęli miasto Zouan-Hounien przy granicy z Liberią. Z której na pomoc Gbagbo ciągną ponoć wzywani przez niego najemnicy. Według statystyk UNHCR, z kraju ucieka już ok. 5 tys. osób dziennie. Nowa wojna wisi w powietrzu.
Tymczasem ceny kakao osiągnęły najwyższy poziom od 32 lat (przypomnijmy, że 1/3 nasion na świecie jest produkowana właśnie na Wybrzeżu Kości Słoniowej, a Unia Europejska nałożyła na nie embargo, licząc, że zmusi Gbagbo do oddania władzy). Innymi słowy: ruszajcie do sklepów po czekoladę, bo Dział Zagraniczny przewiduje smutną Wielkanoc.

2. Prison botoks

W grudniu Dział Zagraniczny zajmował się też tym, że kartele narkotykowe w Meksyku się feminizują, a najsłynniejszą kobietą-narco jest tam Sandra Ávila Beltrán. Znana jako Królowa Pacyfiku.
Królowa siedzi teraz w stołecznym więzieniu i czeka, jak potoczą się jej losy, a na rozprawach ewidentnie nie chce wypaść źle, bo dwa tygodnie temu przez media przetoczyła się wiadomość, że władze aresztu pozwoliły pewnemu doktorowi odwiedzić Sandrę za kratkami i strzelić jej kilka zastrzyków z botoksu. Co – jak łatwo się domyślić – nie należy do tej samej grupy praw więźnia, co np. prysznic.
Naczelnika zakładu oczywiście zwolniono, ale w ten piątek zdołał się poskarżyć, że nieniesłusznie, bo botoks był nie dla Królowej, tylko dla niego samego. Chciał chłopak dobrze wyglądać na spacerniaku. Sandra całą sprawę komentuje tak:

Sandra robi botoksJaki botoks? Fot. EFE

3. Tenis, mąka, sznaucery

Skoro już Meksyk, to odnotujmy, że w poprzedni weekend zaczął się w Acapulco Mexican Open. Miejscowi gangsterzy postanowili uczcić turniej tenisa, mordując 13 osób i podpalając pięć samochodów. Nie wiadomo, czy wcześniej robili sobie zastrzyki z botoksu.

Rzutem na taśmę, przelećmy sobie jeszcze jeden z ulubionych tematów Działu Zagranicznego: przestępczość w Ameryce Centralnej. W poprzednią niedzielę, w Gwatemali komuś nie spodobało się, że klub piłkarski Xinabajul (z miasta Huehuetenango) ma kiepskie wyniki, w związku z czym zastrzelił jego prezesa (w listopadzie to samo spotkało szefa klubu Malacateco). We wtorek, w stolicy kraju tłum zlinczował czterech mężczyzn podejrzanych o kradzież… mąki (w zeszłym roku kolektywna sprawiedliwość ulicy zakatowała w sumie 39 osób). A tego samego dnia, w sąsiednim Hondurasie, inni złodzieje zastrzelili ewangelickiego pastora, bo nie chciał im oddać… swoich dwóch sznaucerów. Dział Zagraniczny doszukał się tylko, ze oba skradzione psy to szczeniaki, nie wiadomo czy miniaturki, czy olbrzymy.

4. No tak, no, zabił, ale ma kartę “Wychodzisz z więzienia”

Informowaliśmy już w dwóch podsumowaniach tygodnia, o sytuacji Amerykanina w Pakistanie, który zastrzelił dwóch mężczyzn na ulicy, twierdząc że w samoobronie. Ten tydzien przyniósł już pewne informacje, że Raymond Davis co prawda członkiem CIA nie był, ale działał “na zlecenie” agencji. Czytaj: był płatnym mordercą. Stany mają jednak taką twardą zasadę, że nie porzucają swoich ludzi w potrzebie, w związku z czym dowodzą, że zabójca czy nie, to przed strzelaniną został wpisany na listę pracowników ambasady i immunitet ma. Więc, Pakistanie, przestań szlochać i wypuść Raymonda.
Dział Zagraniczny nie wgłębia się w sprawę jakoś szczególnie, ale pierwsze co przychodzi do głowy to: Waszyngtonie, bardzo git z twojej strony, że nie porzucasz ziomka w potrzebia, szkoda że równocześnie dajesz wszystkim prawdziwym pracownikom ambasady w Islamabadzie jasny sygnał “Chłopaki, czas bardzo szybko zmienić siedzibę firmy”.

5. Łaska pańska

Zajrzyjmy szybko do sąsiada. W Afganistanie na wolność wyszedł właśnie Sayed Mussa. Mężczyzna trafił do więzienia w maju zeszłego roku, po tym jak lokalna telewizja pokazała nagrania, na których widać modlących się Afgańczyków, którzy zmienili wiarę na chrześcijaństwo. Większość szybko się ukryła, ale Sayed wpadł.
W kraju teoretycznie panuje wolność wyznania, ale prozelityzm (czyli właśnie zmiana wiary, czytaj: przede wszystkim z islamu na jakąkolwiek inną) jest surowo zabroniony. Mussie groziła nawet kara śmierci. Po 9 miesiącach odsiadki i licznych międzynarodowych naciskach, mężczyzna został wypuszczony z aresztu, a prokuratura umorzyła dochodzenia. Formalnie z braku wystarczających dowodów, nieoficjalnie podobno pod warunkiem, że Sayed wróci do dawnego wyznania.
W więzieniu wciąż przebywa inny mężczyzna, zatrzymany pod tymi samymi zarzutami.

6. Kto butem wojuje, od buta ginie

Jeszcze kraje muzułmańskie. Czytelnicy Działu Zagranicznego być może kojarzą kim jest Muntazer al-Zaidi, ale jeżeli nie, to wyjaśniamy, że to ten były dziennikarz z Iraku, który wsławił się ciśnięciem buta w stronę ówczesnego prezydenta USA, George’a W. Bush. Przypomnijmy:

Al-Zaidi został wówczas na krótko aresztowany. W tym tygodniu powtórnie trafił do paki, za publiczne nawoływanie do rebelii w stylu egipskim. Na razie nie wiadomo jeszcze, ile czasu spędzi za kratkami.
W ramach ciekawostki, przypomnijmy tylko, co przez ostatnie lata działo się z facetem, który zapoczątkował prawdziwą falę rzucania butami w nielubianych polityków (ofiarami, oprócz Busha, padli też między innymi Wen Jiabao, Dominique Strauss-Kahn, Palaniappan Chidambaram, oraz Mahmud Ahmadineżad). Otóż w grudniu 2009, Al-Zaidi sam stał się celem takiego ataku: swoim obuwiem cisnął weń na konferencji prasowej inny dziennikarz, który oskarżył Muntazera o wybielanie dyktatury Saddama Husajna. Zaidi od jakiegoś czasu mieszkał w Bejrucie, gdzie pisywał felietony do miejscowej gazety. Emigracja mu się najwyraźniej znudziła, ale jak widać, powrót do domu w jego przypadku oznaczał powrót na więzienną pryczę.
Ciekawe, czy w bagdadzkim areszcie robią botoks?

7. Kevin Costner wraca do gry!

Wyspy Marshalla zalało. Konkretnie Majuro, stolicę, którą zamieszkuje ponad połowa z wszystkich 55 tys. mieszkańców archipelagu.
Wyspy Marshalla są znane z dwóch rzeczy. Pierwsza jest taka, że drugie największe skupisko ich mieszkańców – wyspa Ebeye – jest powszechnie uważana za najgorszy slums na Pacyfiku. A druga to fakt, że najwyższe wzniesienie w kraju to niecałe 3 metry nad poziomem morza. A według oceanologów, poziom wód na świecie będzie się przez następne lata podnosił. W związku z czym rząd Wysp Marshalla ogłosił właśnie, że wybuduje wokół stolicy wielki mur, który powstrzyma zalania.
Dział Zagraniczny mówi: Waterworld!

KevinNiektórzy w młodości wierzyli w Jezusa, Dział Zagraniczny wierzył w Kevina Costnera

8. Czyli nie macie kasy?

I to podsumowanie tygodnia zakończmy radosnym, morskim właśnie akcentem. Na Sri Lankę wrócili właśnie rybacy, których kuter zaginął na Oceanie Indyskim na początku miesiąca. Marynarze wyjaśnili, że po prostu napadli ich piraci, którzy dokonali abordażu, zabijając dwóch rybaków i uprowadzili łódź do Somalii. I dopiero wtedy postanowili pogadać ze swoimi ofiarami. Według tych drugich, dialog wyglądał z grubsza tak:
– Jesteście z Iranu?
– Nie, ze Sri Lanki.
– A, czyli nie macie kasy? No to sorry, nasza pomyłka. Możecie wracać do domu.
Dział Zagraniczny nie posiada się z radości, że są jeszcze na świecie piraci, którzy wykazują empatię.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

PS W ramach tygodniowego bonusa, video ze spotkania piłkarskich reprezentacji do lat 20 w meczu Ekwador-Chile. Komentarz po hiszpańsku, ale wystarczy się przyglądać:

Homo Latino

W najnowszym numerze tygodnika “Wprost” (21-27 lutegp 2011) jest mój tekst o sytuacji homoseksualistów w Ameryce Łacińskiej.
W skrócie chodzi o to, że najbardziej katolicki kontynent świata przez ostatnie kilka lat zrobił jakiś niesamowity skok kulturowy i jest teraz bardziej przyjazny gejom i lesbijkom niż klub Toro w Warszawie. Związki partnerskie, małżeństwa, adopcja dzieci: junejmyt, od Baja California po Patagonię to wszystko jest już faktem, a gdzie nie jest, to zaraz będzie.
Powodów, dla których latynoskie republiki liberalizują się na wyścigi, jest oczywiście mnóstwo i są bardzo zróżnicowane, ale w tekście skupiam się na tym, jak świetną pijarową robotę odwaliły środowiska LGBT, promując swoje wartości tam, gdzie patrzy cały kontynent: w telenowelach.

Zainteresowanym polecam zajrzeć do najnowszego “Wprost”, moim zdaniem warto.

BotinerasSporo się zmieniło od “Niewolnicy Isaury”

Tymczasem Dział Zagraniczny chciałby lekko rozwinąć wątek i pokazać, że latynoska publiczność mogła się przez ostatnie lata oswajać z homoseksualizmem nie tylko w ultrapopularnych operach mydlanych, ale też i na innych polach popkultury. Nie będziemy tu pisać pracy magisterskiej, po prostu przelećmy bardzo szybko przez trzy z nich.

Film.
Kino latynoskie od dawna udowadnia, że potrafi się mierzyć z trudnymi tematami i na ogół wyjść z tego starcia zwycięsko (ba! potrafią machnąć nawet film sensacyjny, który ogląda się jak dramat psychologiczny: patrz obie części “Elitarnych”). W produkcjach z najwyższej półki nie mogło więc zabraknąć wątków gejowskich. Dwa przykłady takich właśnie filmów:

Kubański “Fresa y chocolate” (w 1994 r. nominowany do Oscara za najlepszy film obcojęzyczny, nie zdobył, zgarnął za to Srebrnego Niedźwiedzia w Berlinie i hiszpańską Goyę):

Oraz brazylijski “Madame Sata” z 2002 r.:

Telewizja.
Tym Latynosom, którzy nie chodzą do kina, tematy LGBT też nie są obce. Pod warunkiem, że śledzą mały ekran.
Od Meksyku po Chile, stacje telewizyjne nadają w porach obiadowych długie (naprawdę: długie, dłuuugie!) programy plotkarskie, prowadzone na ogół przez kilkuosobową grupę przekrzykujących się osób, z których jedna zawsze jest gejem. Miliony telewidzów mogą się codzienie przekonać, że z homoseksualistą można normalnie porozmawiać i prawie na pewno nie ugryzie.
Inna rozrywka bardzo złej jakości, która sprzyja tolerancji? Proszę bardzo: reality shows. Jeżeli ktoś z czytelników zastanawia się teraz, czy ktoś jeszcze ogląda “Big Brothera”, to tak: w Ameryce Łacińskiej to wciąż coś. A od homoseksualizmu aż w nim kipi, spójrzmy tylko na najnowszą edycję w Argentynie. Jedna dziewczyna to lesbijka, jej kolega z programu trzy lata temu zdobył tytuł “Mr. Gay Cordoba”, a jeszcze inny chłopak urodził się jako dziewczyna. O czym mówi tu:

Muzyka.
Ameryka Łacińska to kontynent, który pulsuje rytmem. A ci, którzy do niego śpiewają, coraz częściej ujawniają się jako homoseksualiści. Już nawet mniejsza z tymi, którzy są znani tylko na swoim podwórku (jak Lisa Marrero w Portoryko, czy Rita Indiana na Dominikanie), ale o swojej orientacji mówią już otwarcie prawdziwe megagwiazdy. Ricky Martin. Angelo Garcia (który zaczynał karierę razem z Martinem w boysbandzie Menudo). Czy wreszcie Christian Chavez, wokalista szaleńczo popularnego zespołu RBD, który powstał na bazie jednej z najpopularniejszych telenowel na świecie: “Rebelde” (nadawanej też w Polsce).
Ale chyba zdecydowanie najciekawszy wątek w muzyce, to zespoły i wokaliści, którzy są stuprocentowo hetero, ale ich czas już dawno minął, więc teraz nagrywają dla publiczności homo, która okazuje się być ich najwierniejszą bazą. Weźmy na przykład zespół Pimpinela, nagrywający tak straszny pop, że Dział Zagraniczny płacze za każdym razem, gdy to słyszy (czyli, na szczęście, rzadko). Pimpinela byli w latach 80. prawdziwymi gwiazdami, ale teraz na próźno szukać ich w mainstreamie. Mają się za to świetnie na scenie gejowskiej, a remix ich piosenki “Tengo derecho a ser feliz” (“Mam prawo do bycia szczęśliwym”) to jeden z największych hitów w gay-friendly klubach Buenos Aires.
Absolutnym mistrzem jest Gualberto Castro. Meksykański kowboj był niekwestionowanym królem list przebojów w 1973 r. Teraz, na emeryturze, mieszka sobie w Las Vegas. Plany na przyszłość? 24 lutego (tak, pojutrze) odsłania własną tabliczkę na Alei Gwiazd, a miesiąc później wydaje nową płytę, na której wszystkie 12 piosenek będzie o gejach, którzy – jak się okazuje – są jego najbardziej hardcorową fanowską bazą. Dział Zagraniczny nie wie, czy nowy album będzie miał jakieś promocyjne teledyski, ale modli się o to, znając wcześniejsze dokonania pana Castro:

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

PS Na sam koniec lekki bonus. We “Wprost” piszę między innymi o telenoweli “Botineras”, gdzie jest wątek gejowskiej miłości dwóch piłkarzy. Słowa tego nie oddadzą, trzeba to zobaczyć, więc poniżej fragment. Czy ktoś to sobie wyobraża w “Na dobre i na złe”?